Saturday, 26 December 2009

Paulina Tarot - droga przez życie. cz. 1



Tania kupiła mi pod choinkę nową talię tarota. Karty, które mam teraz, zawsze sam sobie wybierałem, ale dziewczyna zdecydowała, że zaryzykuje i tę sama mi wybrała. Trafiła na całej linii - zakochałem się w ilustracjach, przypominających mi w klimacie stare baśniowe obrazki z książek dla dzieci, szczególnie Marcina Szancera. Artystka ma na imię Paulina Cassidy i wszystkie ilustracje, jakie użyję pochodzą z jej strony i są jej własnością (żeby nie było, że piratuję;).

Jak już nieraz pisałem, tarot nie jest tylko wróżeniem, zgadywaniem przyszłości, itd - czyli tak jak widzi to większość ludzi, znających karty tylko z telewizyjnych, podejrzanych wróżek, albo z lektury "Czwartego wymiaru". Niektórzy teoretycy tarota uważają, że karty, szczególnie duże arkana są odbiciem podróży człowieka przez życie. Niektórzy, jak Hajo Banzhaf dopatrzyli się również takiej metafory ludzkich losów w małych arkanach. Właśnie taką wizję chciałbym teraz przedstawić, opierając się na talii Pauliny i filozofii Hajo Banzhafa.

Znalazłem ilustracje kart na stronie autorki, ale nie jestem jeszcze pewny, jak to wrzucić na bloga. Zobaczę, co z tego wyniknie:). Miłej lektury.

Najpierw trzeba czytać to, co czarną czcionką - od góry, ku dołowi (czyli normalnie), ignorując to, co napisane zieloną czcionką. Na dole, po dziesiątce zaczynamy czytać zielone podpisy, idąc karta po karcie ku górze. W ten sposób odsłonią się nam dwie historie. Mam nadzieję, że to będzie czytelne.

Buławy

Buławy od asa do 10 - droga woli, wzrostu i sławy:

As - odwaga, inicjatywa i radość przedsięwzięć,



As- by możliwa była samorealizacja.

*

2 - żądają zaangażowania i jasnego punktu widzenia,



2 - oraz wymagają świadomości i jasności,

*

3 - które gwarantują stabilne zakończenie,



3 - nowe plany powstają na stabilnej postawie,

*


4 - i doprowadzenie do pożądanego celu,



4 - cel zostaje osiągnięty,

*

5 - zaś ambicja pobudza do nowych walk,



5 - i po dalszych próbach,

*


6 - i przynosi sławę,



6 - ale zwycięstwo jest blisko,

*

7 - ale i krytykę oraz zawiść innych,



7 - i przez krytykę innych,

*

8 - wydarzenia zaczynają iść automatycznie,



8 - zmieniają się pod wpływem wydarzeń,

*

9 - dlatego trzeba bronić to, co się osiągnęło,



9 - nawykowa gotowość do obrony,

*


10- lecz ten wysiłek przynosi sławę i sukces.



10- przygniatający obowiązek,


Buławy od 10 do asa - droga z niewoli obowiązku do swobodnej samorealizacji (kolorem zielonym, czytać od dołu ku górze):

* * *

Kielichy

Kielichy od asa do 10 - droga miłości i uczuć:

As - siła miłości,



As- prowadzącego do głębokiego, wewnętrznego szczęścia.

*

2 - prowadzi do spotkania,



2 - z niespodziewanego spotkania,

*

3 - najpierw radośnie uczczonego,



3 - jednak przychodzi nieoczekiwana radość,

*

4 - lecz wkrótce następuje przesyt,



4 - i niezadowolenie z tego, co osiągnął,

*

5 - i lekkomyślnie traci się to, co osiągnięto,



5 - człowiek czuje tęsknotę za utraconym rajem dzieciństwa,

*

6 - potem we wspomnieniach budzi się tęsknota za pięknymi czasami,



6 - ale i tęsknot za dawnymi czasami,

*

7 - które kuszą obrazami w snach,



7 - pełen marzeń,

*

8 - więc z bolesnym sercem człowiek wyrusza w nieznane,



8 - następuje z ciężkim sercem wymarsz w nieznane,

*

9 - gdzie czeka na niego nakryty stół,



9 - od zawsze nakrytego stołu,

*

10- i odnalezione szczęście.



10- od szczęśliwego dzieciństwa,

Kielichy od 10 do asa - droga od szczęścia domu dzieciństwa do własnego szczęścia (czytać od dołu strony do góry, zielonym kolorem czcionki):

* * *

Wędrówka przez Miecze i Denary w następnym wpisie, najprawdopodobniej jutro.

Thursday, 24 December 2009

Życzenia



Wpis wigilijny. Właśnie skończyłem zupę grzybową, moja miła zrobiła gołąbki i sałatkę jarzynową, choinka świeci na złotozielono, zaraz przyjdzie Nick... Jest dobrze. Kameralnie, ale dobrze.
Dziś robimy eksperyment – ściągnęliśmy angielskie napisy do „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Bareji i zobaczymy jak angielski umysł zareaguje w zetknięciu z PRLowską rzeczywistością. Mam nadzieję, że Nick nie wyniesie z tego jakiejś traumy;)
Wszystkich was pozdrawiam i życzę najlepszego. Najchętniej pozdrowiłbym indywidualnie, ale boję się, że kogoś opuszczę, a że jestem roztargnioną osobą, na pewno bym to zrobił. Wesołych Świąt!

Z dedykacją świąteczną "Me llaman calle" Manu Chao:

Tuesday, 22 December 2009

Action Taken - Kopenhaga







Kilka lat temu, mieszkając w Kopenhadze, zetknąłem się z Caf'em - duńskim anarchistą - rastamanem. Mieszkaliśmy razem przez kilka tygodni, w czasie których miałem okazję poznać go bliżej, jak również posłuchać jego muzyki. Gościu ma niesamowitą charyzmę. Prawdziwy rewolucjonista. Jego poglądy były mi bliskie, być może dlatego, że jego wolnościowe ideały nie kłóciły się z duchowymi poszukiwaniami i przekonaniem o istnieniu innych warstw rzeczywistości, do których racjonalny umysł nie może dotrzeć.
Nie widzieliśmy się od kilku lat, ale często o nim myślę, wysyłając w przestrzeń pozytywne myśli:). Zespół (Action Taken) ma swoją stronę, z której można ściągnąć trochę starych kawałków. Te poniżej, z playera pochodzą z ostatniego okresu, sam słucham ich pierwszy raz. Widzę, że są o wiele bardziej roots niż starsze, w których słychać było trochę ska i punka. Tutaj można ściągnąć kilkanaście darmowych piosenek. Polecam z całego serca.


Press kits
Quantcast

Sunday, 6 December 2009

Na lotnisku w Poznaniu (wpis nihilistyczny)

Na lotnisku w Poznaniu (wpis nihilistyczny)



Uff – to był dopiero „urlop”. Mama Tani zmarła. We wtorek był pogrzeb. Później Tania z bratem i siostrą jeździła po różnych urzędach, bankach, itd., załatwiając pośmiertne sprawy.

Kupiłem „Lód” Dukaja. Jestem po jakichś trzystu stronach. Ciekawa książka. Trudna i powolna, plus trochę eksperymentów językowych, ale z klimatem. Ma smak książki napisanej sto lat temu.

Samopoczucie? Zmęczony i wyobcowany. Siedzimy w poczekalni na lotnisku. Przywiózł nas Łukasz. Kochany chłopak. Kiedy jego kiwająca się na boki sylwetka zniknęła w drzwiach terminalu, poczułem się jeszcze samotniej niż zwykle.

Zmęczenie. Nie tylko ostatnimi tygodniami, ale ogólnie, życiem. Nie potrafię przestać myśleć o kruchości życia, o śmierci, boję się jej i nienawidzę za jej nieuchronność. Ciężko jest mi ot tak żyć, nie myśląc o tym. Dziwię się (i zazdroszczę) ludziom, którzy zadowoleni, w pogodzie ducha, żyją po prostu, codziennie, bez rozterek.

Tak to wygląda w mojej łepetynie. Do tego dochodzi niechęć do pracy. Tzn. nie do pracy jako takiej, ale struktury miejsca pracy, hierarchii autorytetów, bezosobowości oficjalnych relacji, niepewności rezultatu kontaktów opartych nie na osobistych, nieformalnych „transakcjach”, ale na bezdusznej literze prawa, podatnej na arbitralną interpretację biurokratów. Brr... Praca wysusza mi duszę.
No dobra – bardziej konkretnie i na temat. Jakbym ocenił ten urlop? Bilans zysków i strat.

- Skazany na ekstremalnie słaby internet, na nowo odkryłem rozkosze lektury. W sumie, połknąłem w te dwa tygodnie około 1500- 1700 stron. Skończyłem „Demanding Impossible” Marshalla, „Dude, Where is My Country” M. Moora, „Rzeczy ulotne” Gaimana i około 300 stron „Lodu” Dukaja.

- Przez dwa tygodnie paliłem fajki. Winowajcy? Nerwy, zamieszanie, oraz towarzystwo dwóch wielkich palaczy - teścia i Łukasza (a moja słabość? Nie, nie. Jestem bez winy.)

... Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

W Bristolu będziemy około północy. Jutro jeszcze wolne, czyli choć jeden dzień na dojście do siebie.

* * *

Eh, do diabła z ludźmi! Niech się gapią. Rzuciłem kurtkę na podłogę i walnąłem się w kącie poczekalni, odgrodziwszy się od świata słuchawkami. Moja łódź nurza się w melancholii. Jestem nieskończenie małą solipsystyczną planetą. Skrawki wspomnień z poprzednich żyć przelatują przez zmęczoną głowę. A może to tylko sny z dzieciństwa? Świat Młodych, Kajko i Kokosz na ostatniej stronie, wyprawa na strych u dziadków, stare gazety, książki, rupiecie-skarby, dziadek gasi światło i mrucząc zrzędliwie, przegania nas na słoneczne podwórko. Zostało po nim tylko trochę wspomnień. Podobnie jak po pradziadku. Pamiętam jego rosyjski akcent, grę na skrzypcach, wyprawy na jagody o czwartej rano. Później tata. Wspomnień trochę więcej, ale jaka różnica? Nawet ten ja, który z wypiekami na twarzy, przekopuje graty, czając się przed dziadkiem - ile z niego zostało? Ile jest prawdziwości we wszystkim? Ile sensu? Ile jest substancji w tej dziwnej egzystencji, łudzącej trwałością, a która tak naprawdę jest niewiele uchwytniejsza od snu?

Jako siedmioletni chłopaczek mam taki sen – podróżuję pomiędzy planetami, z przyjaciółmi, misją, sensem, ukochaną. Srebrzą się nasze podniebne statki, migocą wielkie gwiazdy, obracają się pierścienie planet i zapierają dech w piersiach. Któregoś dnia ukochana znika wśród gwiazd. Umiera, odlatuje, odchodzi, nie wiem. Poczucie straty, żal, że dlaczego chociaż nie mogłem się pożegnać... Budzę się z poduszką mokrą od łez. Kilkuletni dzieciak. Sen pozostał ze mną, dwadzieścia sześć lat już, a może więcej. Nieprzemijające, niewyjaśnione uczucie straty i przemijalności, zakorzenione głęboko, bezlitośnie i w pewnym sensie słodko. W jakim? Bo skoro wszystko przemija, to co by się nie zrobiło jest się samemu, a będąc samemu, jest się całkowicie wolnym.

Sunday, 29 November 2009

W Polskim Mieście



W Polskim Mieście

Śpiew i gwizdy pijanych klawiszy prawie zagłuszają skoczne nuty disco polo. Dźwięki keyboarda odbijają się echem od ścian korytarzy. Brzmi to trochę upiornie i surrealistycznie. Jeden z „tych” momentów, kiedy myślisz: „skąd się tu wziąłem?”

Wiecie, co znajduje się w zestawie pokojowym, hotelu służby więziennej? Dwa talerzyki, dwa widelce, dwa noże i dwa kieliszki (co najciekawsze, w pokojach jednoosobowych również nie zapomina się o kieliszku :). Na półce pod telewizorem ułożył je dla nas więzień. W sumie to mówi się „skazany”. „Więzień” uważane jest w kulturze penitencjarnej za obraźliwe. Spotkaliśmy go zaraz po przyjeździe.

- To wy zarezerwowaliście trójkę? – spytał dwudziestopięcioletni na oko chłopak, na którego wpadliśmy na korytarzu.
- My – odpowiedziała Tania.
Chłopak podał jej klucze.
- Ostatnie piętro i na lewo.
- Dzięki.
To tyle? Zdziwiliśmy się trochę. Żadnych formalności, dokumentów, spisywania danych? Wstyd się przyznać, ale w takich momentach czuję sentyment do służb mundurowych, szczególnie instytucji tak swojsko pachnących starymi, socjalistycznymi czasami. Klimat trochę z „Psów”, trochę z „Krolla”. Odrapana lamperia, krzywa boazeria, zarządzenia i plakaty na ścianach.
- To był klawisz? – spytałem, zbity z tropu wyglądem chłopaka (spłoszony wzrok, dziwnie wygolona głowa, niebieski kombinezon).
- Coś ty. Skazany.
- I tak sobie może wszędzie chodzić?
- Pewnie tylko tutaj sprząta, a później wraca do celi.

Jutro rano mieliśmy lecieć z powrotem na Wyspy, a pojutrze już do pracy. Okazało się, że musimy zmienić plany.

Spacerowaliśmy dziś po Polskim Mieście. Chcieliśmy przed wyjazdem pożegnać się z krajem, poszwendać bez celu i choć tego ostatniego dnia urlopu, zapomnieć o zamieszaniu ostatnich dni. Za dwadzieścia sześć zeta zjedliśmy obiad w Vedze. Później pospacerowaliśmy po rynku, pełnym świątecznych bud. Ciągnęło mnie do Empiku, ale Tania lubi cepeliowe klimaty i musiałem ulec. Zresztą po co się śpieszyć? W końcu urlop kończy się dopiero jutro. Przechadzając się wśród obwieszonych światełkami budek i dziewczyn przebranych za anioły i mikołajów, prawie zapomnieliśmy, że to dopiero listopad. Tania zaczęła krzątać się przy stoiskach z choinkowymi ozdobami, wełnianymi czapkami i watą cukrową (teraz robią nawet jabłkową i bananową!), a ja z tęsknotą pociągnąłem nosem w kierunku złotych, pachnących dymem i k..... NIEWEGETARIAŃSKICH (!) oscypków.

W końcu postawiłem na swoim i weszliśmy do księgarni. Najpierw wypatrzyłem ostatni numer „Akcentu”. Leżał ukryty za Zeszytami Literackimi. Z próżnością przekartkowałem go, upewniając się, że moje nazwisko ciągle tam jest, po czym ustawiłem go na wyższej półce, gdzie był bardziej na widoku. Wszystko to z lekkim zawstydzeniem.

Pieniędzy mieliśmy już końcówkę, więc z bólem serca ominąłem masywny „Lód” Dukaja (ponad 1000 stron, za 69 złotych), „Bitwę o Hiszpanię” (59 PLN, mmm...), żeby w końcu zdecydować się na „Rzeczy ulotne” Neila Gaimana za niecałe trzy dychy. Tania wzięła sobie „Angorę” i „Przekrój”. Zostało nam jeszcze na piwo i chipsy.

W więziennym hotelu dancing trwał już na całego. Przemknęliśmy cichaczem pod drzwiami świetlicy, żeby w końcu zamelinować się bezpiecznie pod trójką. Pościeliliśmy łóżko, włączyli telewizor. Miło tak odpocząć po całym dniu podróży. Później zadzwonił telefon. Stan mamy się pogorszył. Leży na OIONie. Czyli zostajemy na razie w kraju.




Friday, 20 November 2009

Urlop!

Jutro wreszcie jedziemy na urlop. Stop. Witaj Polsko kochana:). Stop. Nie wiem, czy będzie internet. Stop. Na pożegnanie trochę (kaleczonej) muzyki. Stop. Trzymajcie się. Stop.

Tuesday, 17 November 2009

unlibertario - nowy blog



Niniejszym chciałbym zaprosić wszystkich na swojego nowego bloga - unlibertario . Nie wiem jeszcze jak się to rozwinie, na ile starczy mi entuzjazmu i czy będzie to miało sens, ale doszedłem do wniosku, że chciałbym pisać trochę więcej na ten temat, a tutaj, na garści-drobnych jest raczej miejsce na bardziej osobiste i literackie wynurzenia. Co nie znaczy, ze nie będzie ich na unlibertario:)
Pozdrawiam.

Saturday, 14 November 2009

Skąd pochodzą piosenki...



Skąd pochodzą piosenki...

Jestem dziś bardzo pobudzony. Doszedłem do punktu, w którym desperacko szukam wyciszenia. Myślę, że w dużej mierze powodem mojego niepokoju jest moje zanurzenie się w wolnościowej literaturze – Peter Marshall, Noam Chomsky, Hiszpańska Wojna Domowa. Wchodząc w ten temat, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo wykrzywiony i szalony jest świat, w którym żyje. Nic tutaj nie jest tak, jak powinno być. Może oprócz smaku bigosu i „Friendsów”.

Druga rzecz, która budzi we mnie smutek, to fakt, że żyjemy w czasach wielkiej hipokryzji i coraz bardziej scentralizowanych systemów, które szybko tracą pozory demokracji, a słowo „liberalizm” staje się synonimem drapieżnego, niekontrolowanego kapitalizmu. Jednak jakimś cudem wydaje się, że większa część ludzkości nie zdaje sobie z tego sprawy. Czasami myślę, że może to ze mną coś jest nie tak.

Lepiej czułbym się w końcu XIX wieku, kiedy ciągle młode oświecenie wspierane było przez wspaniałych myślicieli i artystów, jak Oscar Wild, Edward Carpenter, William Morris, czy najbardziej chyba przeze mnie ulubiony Henry David Thoreau. Tęsknię za utraconym rajem. Nie ma znaczenia, że nigdy go nie doświadczyłem.

Próbuję więc łagodzić egzystencjalne lęki. Spokojna muzyka gdzieś na granicy słyszalności (moja miłość nazywa ten rodzaj muzyki „plumkaniem’). Zasłona oddziela mnie od strug deszczu uderzających o szybę i podmuchów wiatru z entuzjazmem szarpiących plandeki, pod którymi schowały się rowery. Tania czyta Tolkiena, napychając się makaronem i sałatką z ogórków.
- Nie czytaj już tych anarchistów – radzi mi z troską. – Zwariujesz od tego. Weź się lepiej za jakąś powieść.
Ma rację. Potrzebuję przerwy.
Wyciągam karty Tarota. Może one pomogą mi odwrócić się od zewnętrznego chaosu do wewnątrz. Chyba tylko tam możliwa jest harmonia.

Rozkładam na stoliku brązowy, kwiecisty materiał i jak zwykle kładę na nim Najwyższą Kapłankę. Gęsty, biały dym splata się z jej włosami. Nagie piersi wysuwają się z niebieskiej sukni. To bogini, więc w jej seksualności jest coś transcendentalnego. Najwyższa Kapłanka patrzy na mnie przenikliwie, z ulotnym uśmiechem.

- Coś cię boli, chłopcze? – pyta z leciutką drwiną. – Czyżbyś spędzał zbyt wiele czasu z moim bratem, Magiem? Uważaj na niego. Zawsze chce zmieniać świat, zawsze chce przekuć idee w czyny, a rewolucje mają to do siebie, że łatwo zgubić w nich duszę; zapatrzywszy się w horyzont, przestać widzieć swoje serce.



- Lubię przychodzić do ciebie, Bogini Snów. Oprócz tego, że jesteś piękna, to zawsze powiesz coś mądrego.
- Próbujesz być zabawny? – Najwyższa Kapłanka podnosi brew.
Kręcę głową.
- Mówię z serca. Przy tobie czuję się w domu. Jesteś moją przystanią, spokojną wodą, gwiazdą...

Dłonie Najwyższej Kapłanki kreślą w kłębach pachnącego dymu magiczne znaki. To nie są potężne czary Maga. To magia kobieca – tak zostały stworzone motyle, letnia bryza i zapach jaśminu w nocy.

- Szukasz porządku w chaotycznym świecie – mówi w końcu. – Równocześnie uważasz, że to porządek Cesarza jest zabójcą harmonii. Myślisz, że szczęście ukryte jest w całkowitej wolności, a dobre rzeczy rodzą się z pozornego nieporządku, kiedy upada Cesarz, zastąpiony przez miłość. Miłość uosabianą przez Cesarzową i jej kobiecą anarchię, opartą na uczuciach, zaufaniu i sztuce. Równocześnie widzisz jaki świat jest naprawdę i to nie pozwala ci odetchnąć. Dlatego przyszedłeś tutaj, szukając ukojenia we mnie.



Kiwam głową.
- Znasz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny, bogini.
- I czego ode mnie oczekujesz, zagubiony podróżniku?

Milczę przez chwilę, niepewny odpowiedzi. Dym we włosach Najwyższej Kapłanki przybiera fantastyczne formy. Kształty dziecięcych wspomnień, namiętnych pocałunków, snów o utraconych, rodzinnych wioskach, których nigdy nie było.
- Pokaż mi drugą stronę...
- Och, więc jesteś pewny, że ona istnieje?
- A skąd przychodzą sny? Skąd wiara w harmonię, skoro nigdy jej nie doświadczyłem? Gdzie rodzą się bogowie, anioły i piosenki, które czasami słyszymy, tuż przed obudzeniem, i których później nie potrafimy wyrzucić z serca przez cały dzień?
- Może to wszystko rodzi się w tobie, mój chłopcze?
- A ja skąd pochodzę? – Kręcę głową. – Nie graj ze mną. Nie dzisiaj. Już i tak myślę za dużo. Poza tym czuję nienawiść. Nienawidzę Cesarza i Arcykapłana. Nie lubię nienawiści.

Uśmiech Najwyższej Kapłanki jest bardziej kojący niż blask księżyca. Wyciąga dłoń.
- Więc chodź – mówi cicho, prawie szepcząc. Zasłona za jej plecami lekko drży. Wydaje mi się, że słyszę szum fal. – Dziś możesz zapomnieć o kłopoczących cię kamiennych tronach i złoconych tiarach. Dziś w nocy będziemy pływać nago w jeziorze.
- Gdzie jest to jezioro?
- Tuż za mną. W krainie, z której pochodzą piosenki, słyszane czasami tuż zanim skończy się sen.
Dotykam jej dłoni i już...


Thursday, 12 November 2009

Biblioteka Światów




Część z was czytała całość, ale dla tych, którzy nie czytali, wrzucam jeden z moich ulubionych fragmentów. W pewnej części oparty na pięknym śnie, który jeszcze długo po przebudzeniu "świecił" pod moimi powiekami, w innej części w tym fragmencie mieści się lekko ufantastyczniony światopogląd o życiu i wszechświecie, jaki rozwinąłem przez lata.

Biblioteka Światów
(fragment minipowieści)

Krzyś śnił o bibliotece. W niekończącym się holu, pod sklepieniem z pojedynczych gwiazd i całych galaktyk, w ich złotym, migoczącym świetle, stały regały z książkami. Półki pełne zakurzonych, masywnych ksiąg, jak i nowych, pachnących jeszcze drukiem wydań, sięgały tak wysoko, że ich szczyty nikły w ciemnościach kosmosu. „A może szczyt nie istnieje i drewniane regały nigdy się nie kończą, rosnąc i rosnąc w poszukiwaniu sufitu wszechświata?” – pomyślał chłopiec, patrząc z szeroko otwartymi ustami w górę.

- Witaj w Bibliotece Światów – powiedziała Złota Kropelka, pojawiwszy się nie wiadomo skąd.
- To ty! – Ucieszył się Krzyś i wyciągnął ręce. Złocista, mała istota objęła go i wtuliła się policzkiem w szyję. – Tak długo nie przychodziłaś – poskarżył się. Złota Kropelka odsunęła się trochę i popatrzyła mu ze smutkiem w oczy.
- Musimy porozmawiać Krzysiu. O bardzo ważnych rzeczach.
- Ja też chciałem z tobą porozmawiać. - Ściszył głos. - Dzieje się coś złego... - Złota Kropelka pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Wiem, mój malutki, wiem, wszystko się łączy.
- Wiesz o dzieciach, Panu Złym Szelągu i Świecie Studni?

- Przejdźmy się. – Złota Kropelka spłynęła z objęć Krzysia i unosząc się nad ziemią, chwyciła go za rękę, po czym poszli przed siebie, po czerwonym, wytartym, ale ciągle miękkim dywanie. Krzyś z zapartym tchem rozglądał się dookoła. Choć książek były miliony, czuł każdą z osobna i jeśli skupiał się na konkretnej okładce, wydawało się, że książka woła i chce mu opowiedzieć historię. To było piękne i pociągające, ale trochę też się bał. Ścisnął mocniej dłoń Złotej Kropelki. Kątem oka zobaczył spadającą gwiazdę.
- Pomyślałeś sobie życzenie? – spytała jego towarzyszka.
- Tak. Chciałbym, żeby Małgosia...
- Tsss – Złota Kropelka przyłożyła palec do nosa. – Jeśli powiesz, to się nie spełni. Nie wiedziałeś?
Krzyś zamknął buzię i pokiwał głową z przejęciem. Znów rozejrzał się po pełnych półkach.
- Co to za miejsce? Jeszcze nigdy mi go nie pokazywałaś.
- Biblioteka Światów. Zwykle nie przyprowadzam tutaj gości.
- Dlaczego?
- Ponieważ... to nie jest zwykłe miejsce.
- A czy jakieś miejsce, które do tej pory z tobą odwiedziłem, było zwykłe?
Złota Kropelka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Masz racje, ale Biblioteka Światów jest inna.
- Opowiesz mi o niej?
- Dlatego tu jesteś.
- I to ma jakiś związek z zaginionymi dziećmi?
- Mówiłam ci, że wszystko się łączy.
- Czasami nie wiem czy mówisz konkretnie, czy filozoficznie.
- Tym razem konkretnie.
Krzyś zmarszczył czoło.
- Ale czy ja tego nie zapomnę? Jest tyle rzeczy, które pamiętam będąc z tobą, a po przebudzeniu nie zostaje z nich nic i znów jestem tylko małym, głupim chłopcem.
- Nigdy nie jesteś głupi.
- Wiesz, o co mi chodzi. Kiedy wracam ze spacerów z tobą, świat staje się mniejszy... albo ja widzę mniej. Znów oglądam rzeczywistość z perspektywy dziecka.
- Tak to już jest, Krzysiu. Musimy stosować się do zasad naszych światów. Nie ma na to rady.
- Więc znowu zapomnę?
Złota Kropelka pokręciła przecząco głową.
- Nie teraz. Tym razem musisz pamiętać. To ważne.
- No to opowiedz mi.



Złota Kropelka puściła dłoń chłopca i usiadła mu na ramieniu.
- Twój świat nie jest jedynym światem – zaczęła.
- To już wiem. Zabrałaś mnie przecież do tylu miejsc. Ogrodów, planet, pałaców. Poznałem duszki i elfy. Zjeżdżaliśmy wspólnie po zjeżdżalniach utkanych z gwiezdnego pyłu. Uczyłaś mnie języka Marsjan...
Złota Kropelka pokręciła głową.
- Nie, nie. To ciągle był twój świat.
- Naprawdę? – Chłopca zamurowało.
- Tak. Zawsze pokazywałam ci twój własny świat, po prostu z trochę innej perspektywy. A czasami w większej skali, niż przyzwyczajeni są ludzie. Nigdy jednak nie opuściłeś swojego domu.

Kilka książek, wyraźnie nowych i świeżych, sfrunęło z półki i z głośnym trzepotem przeleciało nad ich głowami, aby wzlecieć wyżej, gdzie w końcu stopiły się z czernią nieboskłonu. Kiedy prawie dotykały włosów chłopca, poczuł powiew czegoś nowego, radosnego i pełnego młodzieńczej energii. Krzyś zatrzymał się na chwilę, próbując wytropić je pośród gwiazd, ale Złota Kropelka pociągnęła go za ucho.
- Skup się, Krzysiu. To ważne.
Chłopiec uśmiechnął się przepraszająco.

- Zanim zaczął się czas, Opiekunowie pisali książki, a każda z nich stała się światem. Bo musisz wiedzieć, że wszechświat nie składa się z atomów - a przynajmniej nie naprawdę, ale z historii, idei oraz słów. Opiekunowie pisali więc swoje dzieła, a trwało to tak długo, że gdyby czas już wtedy istniał, nigdy by nie skończyli. Na szczęście czas jeszcze spał, czekając na chwilę, aż czytelnicy przewrócą pierwszą stronę pierwszej napisanej książki. A kiedy wreszcie to się stało, czas przeciągnął rozespane kości, wstał i ruszył przed siebie. Będzie tak szedł już zawsze.
- I nigdy znów nie zaśnie? – zapytał ze współczuciem Krzyś.
Złota Kropelka pogładziła go po włosach.
- Oczywiście, że zaśnie. Każdy musi kiedyś odpocząć. Ale kiedy zaśnie, nie będzie już czasu, więc śmiało można powiedzieć, że będzie szedł zawsze. Tam gdzie nie ma czasu, nie ma też „zawsze”, ani „nigdy”.
Krzyś zrozumiał, choć był przekonany, że kiedy się obudzi, to z pewnością nie będzie tego pamiętał. Westchnął bezsilnie:
- Co dalej?
- Opiekunowie przynieśli książki tutaj. Ułożyli je na półkach, choć ręce im drżały, kiedy musieli się rozstać z ukochanymi dziełami.
- A później odeszli?
- Nie. Kiedy już wszystkie książki leżały na półkach, Opiekunowie spojrzeli na nie, jak się zdawało, ostatni raz. Pomyśleli wtedy o milionach opowieści, zapisanych na nieskończonych stronach, o swoich bohaterach, ich miłości, nienawiści, przyjaźniach, problemach i triumfach... i okazało się, że nie mogą odejść. Łzy płynęły im z oczu i już wiedzieli, że nigdzie nie pójdą. Opiekunowie pożegnali się ze sobą, po czym weszli do książek, żeby już zawsze być z postaciami, którym dali życie. Właśnie tak – uświadomili sobie wtedy, że ich książki nie były zwykłymi książkami, ale światami, w których słowa stały się duszą. Zrozumieli, że stworzyli życie. Dlatego nie byli w stanie odejść.
Kropelka nachyliła się do ucha chłopca.
- To jest właśnie Biblioteka Światów – wyszeptała. – A jedną z tych książek jest twój świat.