Friday, 6 August 2010

Mafia, śmierć i piękna agentka



Mafia, śmierć i piękna agentka
(sen)

Białe kolumny, basen, kilka kabrioletów na podjeździe, pokorna pokojówka w białym fartuszku, umięśniony ochroniarz przy bramie, nie kryjący się z wystającym spod pachy pistoletem. Mieszkam w posiadłości potężnego mafiosa. Nazywają go Wróżbita – zawsze wie, kiedy ktoś ma umrzeć. To taka ironia. W końcu to nie on pociąga za cyngiel, ale…

Pracuję w kuchni. Wróżbita jest wegetarianinem. Nie mam nic wspólnego z przestępstwami, nikt nic mi nie mówi, ale zdaję sobie sprawę, że mój pracodawca zajmuje się ciemnymi interesami. Potężny facet. Nie w sensie mięśni, ale osobowości. Charyzma. Zwykle wydaje się spokojny, ale pod tą maską czai się coś strasznego, chorego. Jest jak dobry ojciec, dobrotliwy dla swoich dzieci, ale kiedy ktoś go zawiedzie, czeka go sroga kara. Wiem z drugiej ręki o kilku mieszkających tutaj osobach, które zniknęły, kiedy zawiodły jego zaufanie.

Mieszka tutaj sporo osób. Oprócz bliskich pracowników szefa, osoby jak ja: kucharze, sprzątacze, ochraniarze, muzycy. Wróżbita stworzył sobie tutaj mały renesansowy pałac.
Moją uwagę przyciąga tylko jedna osoba. Dziewczyna szefa. Iśha. Wygląda jak hinduska, albo muzułmanka. Bardzo drobna, energetyczna, wielkie, prawie czarne oczy, zawadiacki uśmiech, pod którym jednak kryje się coś poważnego, smutnego.

Niebezpiecznie zakochiwać się w dziewczynie szefa. Nawet na nią nie patrzę, choć szyja sama skręca, kiedy tylko słyszę jej śmiech, albo lekko zachrypły, ale słodki głos.

W ogóle staram się trzymać nisko głowę. Nie chcę być zauważony. Kasa jest dobra, nawet bardzo dobra, godzin niedużo, ale czuję się osaczony, w ciągłym napięciu, jakbym siedział na beczce prochu. Szef i tak mnie zauważa. I to z sympatią. Wcale mi się to nie podoba, wolałbym dla niego nie istnieć, ale nic nie mogę poradzić. Żartuje do mnie na każdym kroku, daje kolosalne napiwki, robi ze mnie głównego kucharza.
Postanawiam się urwać. Najlepiej wcześnie rano. Wieczorem, przechodząc obok biura zauważam na stole stos banknotów. Tylko mała część z tej kasy urządziłaby mnie na resztę życia. Pakuję pliki banknotów za koszulę, ile się zmieści. Chyba nie zauważą, a przynajmniej nie do rana.

Budzi mnie zimny dotyk na twarzy. Lufa pistoletu.
- Wróżbita chce z tobą pogadać – słyszę drwiący głos.
- O czym? – pytam, choć wiem. Przerażenie napływa do gardła. Idziemy do biura szefa. Po drodze myślę, że może dogadam się z nim jakoś, przecież mnie lubi.
Wita mnie lodowatym wzrokiem psychopaty. Pod warstwą (cienką, cienką jak cholera) pozornego spokoju widzę szaleństwo. Strach jest coraz intensywniejszy, lepki, cuchnący.
- Masz mi coś do powiedzenia? – pyta cicho. Nie czekając na odpowiedź podchodzi bliżej. Panika. Czuję się jak mysz przyparta do ściany przez kota. I nie ma żadnej dziury, w której można by się ukryć. Chwyta mnie za rękę. W jego dłoni lśni mały sekator. Taki, jakim przycina się róże.
- Powiem! Powiem! Zaczekaj! – wyję.
Przytrzymuje mnie mocno i po kolei obcina palce prawej dłoni. Czuję dotyk zimnego ostrza, do którego ciągle przyklejone są grudki ziemi. Ostrze rozrywa skórę, mięso i kość, jakby to była krucha łodyżka. Może to taki ostry, mafijny żart? Zaraz pojedziemy na pogotowie i przyszyją mi palce, a za miesiąc znów będę mógł grać na akordeonie?
- Jasne, że powiesz – mówi spokojnie Wróżbita. Kiedy najmniejszy z palców spada na brudną ziemię, czuję się, jakbym miał zemdleć. Niech ktoś pozbiera palce z tej brudnej podłogi! Otrzeźwia mnie uderzenie w twarz.
- Teraz możesz mówić.
- Chciałem uciec… Bałem się… Chciałem żyć spokojnie, z dala od przemocy, ciemnych interesów… Normalnie… - mówię przez łzy.
- I do tego uczciwego życia potrzebowałeś moich pieniędzy?
- Przepraszam… - szepczę, ciągle z nadzieją.
- Oszukałeś mnie – mówi. Z jego twarzy znikają ostatnie pozory normalności. Nawet zbiry odsuwają się z obawą. Chwyta mnie za drugą rękę. Kolejne palce spadają na podłogę. Odrzuca sekator i podnosi z biurka brzytwę. Odcina mi nos. Ciepła krew wlewa mi się do ust. I w tym momencie uświadamiam sobie, że już po mnie. Za chwilę umrę, nie ma odwołania. Dlatego muszę w te ostatnie kilka minut nauczyć się nie walczyć, nie zmagać, przyjąć w spokoju swój los.

Oddycham głęboko i zaczynam śpiewać Hare Kryszna. Wszyscy patrzą zdziwieni, nawet mój kat przerywa na chwilę. Tylko na sekundę, po której wraca do tortur. Staram się nie myśleć o bólu, jak u dentysty, skupiam się na maha-mantrze, zwijam się do wewnątrz, obolały ślimak. Stopniowo ból cichnie, wreszcie znika. Spokój. Śpiewam i cierpliwie czekam na koniec. Widzę mojego kata nie jako wroga, ale jako sługę mojej karmy, narzędzie przeznaczenia. Czuję nawet do niego sympatię.

Nagle wszyscy zaczynają intonować. Dziwię się, ale myślę, że to siła mojego śpiewu zmieniła ich serca. Patrzę na podłogę. Pod ścianą widzę moje bezwładne ciało, obok którego Wróżbita wydaje polecenia, co do sposobu pozbycia się zwłok. Czyli już nie żyję! Wcale mnie to nie martwi. Jestem wdzięczny za piękną wizję, w której uświadomiłem sobie, jak nieważne i iluzoryczne są dualizmy tego świata. Wróg – przyjaciel? A co to ma za znaczenie? Dostrzegłem jedność i to było cudowne.
A później zapadam się w czerń. Przez sekundę myślę z niepokojem, że może ta czerń to już wszystko, czego mogę oczekiwać, ale po chwili nie ma już nikogo, kto mógłby myśleć.

****

Mija wieczność (albo milisekunda). Wynurzam się z ciemności, wyrwany z niej przez kobiecy głos.
- Obudź się mały. Obudź się.
Otwieram oczy. Nade mną klęczy Dziewczyna szefa. Iśha. Wielkie, ciepłe oczy patrzą z troską, współczuciem.
- Nie umarłem? – pytam zdziwiony.
Współczucie w oczach dziewczyny pogłębia się.
- Umarłeś – mówi cicho.
Kompletnie trzeźwy siadam. Dotykam twarzy. Jest nos. Patrzę na palce dłoni. Są wszystkie.
- Nie rozumiem.
- Musisz mi pomóc.
Kręcę głową.
- Nie rozumiem – powtarzam bezradnie.
- Jestem agentką. Wróżbita nie pochodzi… stąd. W innym miejscu, w innym czasie narobił dużo złego, a później uciekł tutaj, do twojego świata. Dopiero niedawno udało nam się go wytropić…
- Nam? – przerywam jej.
Wzdycha.
- Są inne światy, inne sprawy… Nie mamy teraz czasu… Jesteś pierwszym, jakiego udało się nam złapać, po tym, jak Wróżbita go zabił.
Myślę o wizji jedności, nieważności spraw tej egzystencji, bez względu na różne wymiary. Materia to materia. Chcę znów być światłem… Wszystko zaczyna się rozmazywać. Za chwilę wrócę do jedności…
- Zaczekaj – głos dziewczyny odgania nadchodzącą nirwanę. Wbija we mnie wzrok. – Patrz dobrze – mówi z naciskiem. Cudowne oczy. Potężne, głębokie jak studnie, czarne dziury… I nagle widzę. Coś, co zupełnie mnie zaskakuje i przywiązuje z powrotem do materialnego świata. Uczucie. Dziewczyna jest wyraźnie zakochana. Widzę coś jeszcze. Ona wiedziała, że zginę i mogła temu zapobiec. Mimo uczucia do mnie nic nie zrobiła.
- Wiedziałaś – mówię z niedowierzaniem.
- Tak. Ale ty byłeś jedyną szansą. Tylko dzięki nici miłości między nami mogłam cię ściągnąć z powrotem.
Widzę, że mnie wykorzystała, ale nie gniewam się. W końcu kocha mnie dziewczyna szefa. Kto by się gniewał?
- Możesz mnie dotknąć? – pytam.
Wyciąga dłoń. Czuję na ramieniu ciepły dotyk.
- Tak. Tylko ja, nikt inny.
Uśmiecham się szeroko.
- W takim razie mnie pocałuj.

Tuesday, 3 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3

Dzień 62

Leci ten czas niesamowicie szybko. To, co jeszcze niedawno było nowością, stało się chlebem powszednim. Chce mi się śmiać, kiedy przypominam sobie pierwszy raz. Ale miałem wtedy pełne portki.
Nic się ostatnio nowego nie zdarzyło. Mogę nawet powiedzieć, że wpadłem w rutynę. Prawie co noc wyfruwam z domu, latam sobie dookoła, czasami wypuszczam się dalej, nad rzekę albo do lasu. Kilka razy spotkałem różne osoby, ale nikogo ciekawego. Wydaje się, że nikt z nich nie był zainteresowany kontaktem. Jak do tej pory nie natknąłem się na tajemniczą nieznajomą.
Co jeszcze? Pokonałem lęk wysokości, a przynajmniej mam go pod kontrolą. Czasami wzlatuję wysoko, ponad drzewa i przez chwilę wiszę nad wioską, czerpiąc radość z widoku. I tyle. Jest miło, sympatycznie, ale chyba stanąłem w miejscu. Chociaż nie wiem, czego oczekiwałem. Objawienia? Spotkania ze Stwórcą? Na to pewnie przyjdzie jeszcze czas.

Dzień 81

W końcu coś nowego. Zaniedbałem ostatnio pisanie w dzienniku. Po prostu nic się nie działo.
Przez kilka dni byłem w odwiedzinach u Smyka. Ucieszył się na mój widok, ale dostałem burę za długi okres milczenia. Dlaczego się nie odzywałem? Gdzie byłem? Co jest grane?
Wahałem się przez chwilę, ale wreszcie machnąłem ręką i wieczorem, przy ognisku opowiedziałem wszystko jak na spowiedzi. Słuchał uważnie, przerywając tylko z rzadka krótkim pytaniem, kiedy czegoś nie zrozumiał. Jąkałem się trochę i od razu pożałowałem gadulstwa, ale kiedy skończyłem, Smyk zapytał: „Masz tę książkę tutaj?”. Zaprzeczyłem. Nie przyszło mi do głowy, że mógłbym jej potrzebować. Przyjechałem, żeby posmakować dawnych klimatów, a nie nauczać nowej ścieżki.
„Jutro jedziemy do ciebie. Muszę to przeczytać. Zdajesz sobie sprawę, na co trafiłeś? To jest coś, facet. Wielkie coś”.
Następnego dnia dałem mu książkę i pożegnaliśmy się na prawie dwa tygodnie. Zadzwonił przedwczoraj.
- Pankracy, ciągle latasz?
- Latam.
- Codziennie?
Pomyślałem przez chwilę.
- Prawie codziennie. W środę spałem normalnie, ale oprócz tego…
- Słuchaj – przerwał mi. – Nic mi nie wychodzi z tych ćwiczeń. Mam tak jak ty na początku: kiedy tylko próbuję się zrelaksować, wszystko mnie swędzi i wkurza.
- Co ci poradzę?
- No właśnie, możesz poradzić.
- Smyk, o czym ty mówisz?
- Monroe pisze, że będąc poza ciałem, można wyciągnąć inną osobę. Kapujesz?
Kapowałem i zgodziłem się spróbować.

No więc: wczoraj w nocy, po wyjściu przypomniałem sobie o prośbie przyjaciela. Monroe pisze, że jeśli chcesz kogoś znaleźć, musisz skupić myśli na tej osobie, i wtedy koncentracja zaprowadzi cię prosto do celu. Żeby jednak nie ulec rozproszeniu, najlepiej przebyć całą podróż z zamkniętymi oczami. Wiedziałem, że ma rację. Nieraz doświadczyłem, jak mała myśl, emocja, czy pragnienie, w jednej chwili przeradza się w niekontrolowaną fiksację albo namiętność.
Zamknąłem oczy i przywołałem obraz Smyka. Nawet nie sam obraz, ale raczej wspomnienie jego osobowości. Takie rzeczy robi się łatwo, kiedy wyobraźni nie ogranicza materia
Wystrzeliłem przed siebie. Czułem na twarzy podmuch wiatru, niby od ogromnego pędu. I nagle coś mnie skusiło, żeby otworzyć oczy.

Jęknąłem z zachwytu, choć nie rozumiałem do końca, co widzę. Leciałem pośród rzadkich, srebrzystych chmur. Srebrzyły się od księżyca, którego jasna tarcza lśniła dokładnie nad moją głową. Pod stopami natomiast rozciągały się góry i ciemny las. Wypłoszony wysokością, spikowałem, zatrzymując się dopiero tuż nad linią drzew. Dotknąłem szyszek i iglastych gałęzi. Skupiłem wzrok. Las żył. Widziałem jaśniejsze plamy zwierząt. Tam czaił się lis, tam stała sarna, tu zając. Było w tym widoku cos tak swojskiego i przyjemnego, że aż serce bolało z radości. Zawyłem jak wilk i zagubiłem się pośród drzew. Byłbym tak latał do rana, gdybym nie przypomniał sobie, że mam misję do spełnienia. Smyk. Tylko w jaki sposób trafiłem tutaj?

Choć racjonalność nie jest mocną stroną umysłu w ciele astralnym, zaskoczyłem sam siebie trzeźwym wnioskiem: droga prowadząca do domu Smyka ma w przybliżeniu kształt litery U. Ja mieszkam na końcu jednego ramienia, on na końcu drugiego. Pomiędzy nami leży natomiast kilka gór i las. Przyzwyczajony do podróży zwykłą drogą, oczekiwałem, że w ten sam sposób pofrunę do przyjaciela. Okazało się, że duch wybrał drogę na przełaj, pomijając bezużyteczną szosę.
To wszystko uświadomiłem sobie tam, nad lasem. Zostawiłem z żalem zapach świerków i rosy (być może wyobraziłem sobie, że go czuję?) i kontynuowałem podróż. Po krótkiej chwili zobaczyłem pod sobą dom przyjaciela. Powoli podleciałem do okna i przez wąski lufcik wpłynąłem do środka. Smyk leżał w łóżku. Nie wiedząc za bardzo, jak się do tego zabrać, pociągnąłem go za nogi. Wtedy mnie zauważył. Zdziwiony i przestraszony, zaczął prosić, żebym go zostawił, że właśnie się rozmyślił. Po chwili zauważyłem, że komunikuję się z jego ciałem astralnym, natomiast ciało fizyczne leżało w bezruchu. Nie słuchałem błagań, mówiąc, że z początku strach to normalka, ale kiedy minie, to zaczyna się prawdziwa zabawa.

Nasz pojedynek trwał dobrą chwilę, aż nagle obudziłem się w swoim ciele. Pełny pęcherz nie pozwolił mi na zakończenie misji. Musiałem pójść do kibla.
Dziś rano zadzwonił Smyk. Głos drżał mu z przejęcia.
- Byłeś u mnie?!
- Powiem ci, ale najpierw powiedz, co się stało. Nie chcę cię sugerować.
Okazało się, że w nocy poczuł wibracje. Przeraziło go to tak bardzo, że chciał natychmiast zrezygnować (oh, skąd ja to znam?), nic jednak nie mógł zrobić. Paraliż. Coś wyciąga go za nogi. Walka. Wreszcie udało mu się oswobodzić, nie zmrużył jednak oka do rana.
Opowiedziałem mu, co zrobiłem. Mieliśmy kupę śmiechu, ale ostatecznie poprosił, żebym już tego nigdy nie zrobił. Choć podoba mu się idea, to czuje, że nie jest jeszcze gotowy.
Trudno. Pozostanę w takim razie samotnym włóczęgą po innych wymiarach.

Dzień 100

Dawno nie pisałem. Nie miałem do tego głowy. Sporo nauki w szkole. Wciągnąłem się w Bułhakowa i Dostojewskiego. Oprócz tego rzuciłem palenie – sam nie wiem dlaczego. Po doświadczeniach ostatnich kilku miesięcy, palenie wydaje się głupie, trywialne. Zacząłem też szperać po książkach religijnych. Nigdy mnie to nie interesowało, ale w takiej sytuacji…
W bibliotece znalazłem jakieś książki o buddyzmie i kabale. Smyk miał trochę literatury od krysznowców - pożyczył mi. Będę po trochu czytał.

Dzień 112

Wreszcie coś nowego. Myślę, że ostatniej nocy przekroczyłem granicę. Jaką? Nie jestem pewny.
Nad ranem, zaraz po wyjściu, pomyślałem, że chciałbym spotkać kogoś „na wyższym szczeblu”. Może to wpływ książek, jakie ostatnio czytam? Dużo w nich o duchowych przewodnikach, guru, wyższych siłach, aniołach, itd.
Przymknąłem oczy i skoncentrowałem umysł na pragnieniu kontaktu z wyższą siłą. Natychmiast z wielką szybkością ruszyłem w górę. Poczułem lekki strach, ale utrzymałem medytację. Trwało to kilka chwil i miałem wrażenie pokonania wielkiego dystansu. Jak wielkiego? Nie mam pojęcia, ale byłem przekonany, że zostawiłem Ziemię za sobą.
Kiedy skończył się lot i otworzyłem oczy, widok kompletnie mnie zaskoczył. Stałem przed kawiarnią. Kilka osób siedziało na zewnątrz w ażurowych, delikatnych fotelach, cicho rozmawiając i pijąc herbatę (tak przynajmniej pomyślałem, widząc filiżanki). Wyglądało to jak paryska kafejka. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Przyszło mi do głowy, że być może „wpadłem” w normalny sen - zdarzało się to wcześniej. Oznaczałoby to, że obecne doświadczenie nie ma obiektywnej wartości. Rozczarowała mnie ta myśl, ale zanim miałem okazję przeanalizować ją głębiej, z kawiarni wyszedł uśmiechnięty mężczyzna i skierował się w moją stronę. Wyglądał zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że byłem już prawie pewny, że śnię. Jasny, chyba kremowy garnitur w stylu lat dwudziestych, róża wpięta w butonierkę, błyszczące, skórzane buty. Twarz przeciętna, jasna, wzbudzająca zaufanie. Wyciągnął rękę.
- Witaj, Pankracy. Miło cię widzieć.
Zbity z tropu, uścisnąłem dłoń. Mężczyzna zaprowadził mnie do stolika i wskazał pusty fotel. Bez słowa usiadłem.
- Pytaj, o co chcesz – powiedział nieznajomy, usadowiwszy się naprzeciwko.
Zrozumiałem, że chyba faktycznie znalazłem wyższą istotę, choć nie tak to sobie wyobrażałem. Zdążyłem zadać tylko jedno pytanie.
- Niech pan wytłumaczy, jak to możliwe, że chociaż jestem na innej planecie, to pan i reszta tych ludzi – zatoczyłem ręką łuk – wyglądacie jak ja? Jak to możliwe, że ewolucja tutaj rozwijała się w ten sam sposób, co na Ziemi?
Uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy i szerszy, aż wreszcie mężczyzna wybuchnął śmiechem. Chichotał, jakbym opowiedział najlepszy kawał na świecie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Wreszcie opanował wesołość. Nachylił się i wbijając we mnie roziskrzone spojrzenie, powiedział:
- Czy ty naprawdę myślisz, że świat jest na ślepo wystrzelonym pociskiem?
Nie zdążyłem zareagować ani spytać o wyjaśnienie zagadkowej odpowiedzi. Jakaś siła pociągnęła mnie w dół i w sekundę znalazłem się w łóżku. Pęcherz.
Byłem zły, że z powodu tak trywialnej potrzeby zmarnowałem okazję fascynującej rozmowy. Kiedy jednak pomyślałem nad tym przez chwilę, zdałem sobie sprawę, jak ważne było to krótkie zdanie. „Świat nie jest na ślepo wystrzelonym pociskiem”. Chodzi o Boga? Wszechświat nie jest chaotycznym workiem materii, ale zaplanowanym, harmonijnym aktem Stwórcy?
Muszę o tym pomyśleć.

Dzień 200

Deszcz siecze o okno. Szaro i zimno. Złota jesień trwała nie więcej niż tydzień. Teraz już deszcz, ziąb i człowiek z niecierpliwością oczekuje zimy, która wprowadziłaby trochę porządku w ten zabłocony bajzel.
Dlaczego czuję się tak podle? Po wczorajszej nocy powinienem być szczęśliwy, uduchowiony, a zamiast tego drąży mnie smutek. Nie pomaga Daab, ani Bakszysz. Nie pomaga Bhagavad-gita.
Wychodząc wczoraj z ciała, po raz pierwszy od spotkania z facetem od „ślepo wystrzelonego pocisku” skoncentrowałem umysł na czymś wyższym. Tym razem chciałem doświadczyć jeszcze więcej, zrozumieć głębiej.
Gdy tylko wzbudziłem w sercu silne pragnienie poznania, wystrzeliłem z wielką szybkością w górę. Przysięgam, leciałem jeszcze szybciej niż ostatnio. O wiele szybciej. Nie dam rady nawet spróbować opisać dystansu, jaki pokonałem. Mijałem gwiazdy, które od pędu zlały się w lśniące smugi. Musiałem zamknąć oczy. Ukłucie strachu trwało tylko sekundę. Później nic nie miało znaczenia. Czułem, że dzieje się coś bardzo ważnego. Zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wrócić z tej wycieczki, ale wcale mnie to nie zmartwiło.
Podróż trwała długo. Kilkanaście minut? Piszę z pytajnikiem, bo jak mówić o upływie czasu w takiej sytuacji? Może to była tylko mała chwila? A może godzina?

Najpierw uderzyło mnie uczucie nieograniczonej radości i miłości. Zorientowałem się, że już nie lecę. Otworzyłem oczy. Unosiłem się w wypełnionej światłem przestrzeni. Było w niej coś rozkosznego, znajomego… Zacząłem szlochać ze szczęścia. Wróciłem do domu – taka była pierwsza myśl. Nie pozostał nawet ślad niepokoju, strachu, zagubienia, zmartwienia, nic. Jakby ktoś przejechał po duszy mokrą gąbką i oczyścił ją z kurzu. Wiem, jak brzmi to teraz… Cholera – nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko pisać o prawdziwie religijnym doświadczeniu. Jak je opisać? To, co wcześniej uważałem za szczęście – zakochanie, rozmowa z przyjacielem, dobra muzyka, spokój płynący z leżenia na leśnej polanie, itd., okazało się tylko ulgą od ciągłego napięcia i walki. Dysharmonia jest z nami cały czas, więc nie zdajemy sobie sprawy z jej obecności.

Tam, w górze doświadczyłem dotykalnego szczęścia. Stanowiło wartość samo w sobie, nie będąc tylko odpoczynkiem od cierpienia. Dotknąłem harmonii! Wirowałem w tym złocistym świetle, śmiejąc się i płacząc równocześnie. Dom! Jestem w domu! – krzyczałem.

I wtedy ciepła, miękka dłoń ujęła moją. Miłość spłynęła z niej chłodnym strumieniem, wypełniając mi duszę po brzegi. A przecież przed chwilą czułem, że nie mogę być już szczęśliwszy. Podniosłem wzrok. Moje ramię zanurzone było w kuli światła. Próbowałem przebić wzrokiem jasność, ale silny uścisk skarcił mnie za ciekawskość. Posłusznie opuściłem oczy i wtuliłem twarz w emanującą miłością dłoń. Wiedziałem na pewno – wróciłem…

Niepokój nadszedł, kiedy tajemnicza istota pociągnęła mnie w dół. „Nie chcę stąd odchodzić” – wysłałem błagalną myśl. Nie usłyszałem odpowiedzi, jedynie falę współczucia. „Pozwól mi zostać” – nie przestawałem prosić przez łzy.

Gdy zatrzymaliśmy się, spojrzałem pod siebie… Brakuje słów, cholera, brakuje słów… Tam była materia… Cała materia. Dysonans. Najniższe spektrum energii, całkowite przeciwieństwo miejsca, które właśnie znalazłem.
Ekstaza i spokój odeszły bez śladu. Desperacko wpiłem się palcami w dłoń anioła. „Proszę…”. Odpowiedział. Nie użył słów, ale w tłumaczeniu byłoby to coś w tym sensie: „Jeszcze nie jesteś gotowy”. Rozumiałem, że jest mu bardzo smutno, że jego serce pełne jest litości i współczucia. Wiedziałem jednak, że nie mogę zostać. Popatrzyłem jeszcze raz na światło, w którym tonęła moja ręka. I puściłem. Spadłem.

Dziwnie było dzisiaj jeść śniadanie. Jakby nic się nie stało – smarować chleb masłem, kłaść na kromkę plasterek sera, pomidora, słuchając rozmów przy stole. Chyba bardziej ich teraz wszystkich kochałem. Ale nie potrafiłem otrząsnąć się ze smutku. Gdyby istniała taka możliwość, to bym tam został.
Nie załamuję się. Przecież powiedział „Jeszcze nie jesteś gotowy”. „Jeszcze”. To znaczy, że kiedyś będę, nie?
Zacząłem dziś palić w piecu. Kopci się niemiłosiernie, ale tak jest zawsze, za pierwszym razem, na jesień. Naznosiłem drewna, rozłożyłem obok paleniska, poduszki, parę książek. Muszę się wyciszyć. Odnaleźć. Przemyśleć to wszystko.

KONIEC



Monday, 2 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Dzień 35

Ufff. Przełom. Po pięciu dniach braku snu, walki i strachu, zrobiłem postęp. Dziś wreszcie jestem zrelaksowany i wyspany. Patrzę na świat z radością. A było to tak:
Ostatniej nocy, podobnie jak noc wcześniej i jeszcze wcześniej, zacząłem wychodzić z ciała. Wiedziałem, co będzie za chwilę – spadnę, później wrócę i przesiedzę do rana. Kiedy miałem już poddać się losowi, przypomniałem sobie nagle ustęp z książki, gdzie Monroe pisze, żeby przy samym wyjściu wyobrazić sobie wznoszenie. Pomyśleć, że jesteśmy lżejsi niż powietrze.
Skoncentrowałem umysł na lataniu. Wznoszę się coraz wyżej, ciało pozostaje w dole, na łóżku, jestem ptakiem, wolnym duchem… Udało się. Lewitowałem pod samym sufitem, spoglądając na zanurzony w błękitnawej poświacie pokój. I co najważniejsze, nie czułem żadnego strachu! Wręcz przeciwnie – rozpierała mnie radość i poczucie nieograniczonej wolności. Zawirowałem pod sufitem, przeleciałem z jednego końca pokoju na drugi, badając stopień kontroli nad ciałem astralnym. Okazało się, że mogłem sterować nim z pełną swobodą, podobnie jak steruję zwykłym ciałem na jawie, a powiedziałbym, że nawet lepiej – nie ograniczała mnie grawitacja.

Chciałem jednak rozwiać wszelkie obawy. Zniżyłem lot tak, że znalazłem się bezpośrednio nad sobą. Przez chwilę patrzyłem z ciekawością. Rozpoznawałem własne rysy, ale wizja nie była stabilna – twarz falowała, mieniła się, zmieniała kształt.

Następnie „odwróciłem się” na plecy i bardzo powoli wpłynąłem do leżącego ciała. Zrobiłem to bez problemu. Może poszło tak gładko, bo przestałem panikować? Wróciwszy do siebie, usiadłem, włączyłem lampkę, omiotłem wzrokiem otoczenie, dotknąłem ściany i własnej twarzy, żeby upewnić się, że to nie sen, po czym zgasiłem światło i położyłem się z powrotem. Już po minucie znowu fruwałem po pokoju. Niepokój zniknął całkowicie. Kręciłem piruety, udawałem, że pływam żabką, odbijałem się od ścian jak na basenie, żeby dopłynąć do drugiego końca pomieszczenia. Rozpierała mnie radość.

Kiedy już poszalałem, postanowiłem zbadać dalsze otoczenie i wypuścić się poza pokój. Podpłynąłem do drzwi i ostrożnie wyciągnąłem dłoń. Nie wiedziałem, czego oczekiwać. Że jak na filmach ręka przejdzie przez drewno? Dotknąłem twardej powierzchni. Pod palcami wyczuwałem wyraźną strukturę lakieru. Popchnąłem mocniej. Opór. Zaparłem się z całych sił. Cholera. Nic. Normalne drzwi, a ja równie dobrze mógłbym próbować sforsować je na jawie.

Podfrunąłem pod sufit i lewitując, pomyślałem przez chwilę. W czym problem? Monroe opisuje, jak przenika przez grube ściany. Dlaczego więc nie mogę poradzić sobie z głupimi drzwiami? Chyba, że… Może nie wstrzymują mnie prawdziwe drzwi, ale drzwi w mojej głowie? Koncepcja, której nie potrafię świadomie odrzucić?

Zbliżyłem się do przeszkody i powtarzając w myślach: „jesteś niematerialny, jesteś niematerialny” wyciągnąłem dłoń. Twarda powierzchnia. No dobra. Może przeszkodą jest „patrzenie”? Zamknąłem oczy i spróbowałem jeszcze raz. Ręka natrafiła na delikatną, miękką zasłonę, czy raczej elastyczną błonę. Popchnąłem mocniej i dłoń weszła głębiej. Poczułem jak zagłębia się w strukturę drewna. Wyczułem cienką granicę lakieru. Aż wreszcie ręka była wolna, po drugiej stronie. Nie otwierając oczu, cały przeniknąłem przez drzwi. Dziwne uczucie. Lekko nieprzyjemne, ale nic naprawdę drastycznego.

Znalazłem się w pokoju mamy i siostry. Podfrunąłem do łóżka, spoglądając z ciekawością na śpiące postacie. Po chwili zostawiłem je same i popłynąłem do kuchni, gdzie sypiał tata. Z włączonego telewizora płynął srebrzysty, nienaturalny blask. Tata nie spał.

Tutaj zauważyłem ciekawą rzecz. Patrzył w ekran, ale pod jego twarzą falowała druga, wpatrzona we mnie. Wyraźnie widziałem, że ta „druga” postać wcale nie jest zadowolona z mojej obecności. Wyczułem coś w rodzaju przekazu: „wracaj do ciała, nie powinieneś tego robić”. Zostawiłem go samego i pofrunąłem do siebie.

Wstałem z łóżka, założyłem kapcie i poszedłem cicho w stronę kuchni. Zerknąłem do środka. W telewizorze leciał western. Tata na wpół drzemał, na wpół oglądał.
Nie budząc nikogo, wróciłem do łóżka i pierwszy raz od dawna zasnąłem głębokim, spokojnym snem.

Dzień 39

Dni płyną szybko i radośnie. Nastrój zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni. Przestałem odburkiwać rodzicom, w szkole też idzie całkiem dobrze, choć przyznaję, że nie mam entuzjazmu do nauki. Większość czasu myślę o tym, co będę robił w nocy. Planuję eksperymenty, wypady poza dom, itd. No ale nie udaje mi się wyjść poza plany.

W czym problem? Choć strach zniknął i co noc wychodzę z ciała, nie wypuszczam się poza pokój. Nie dlatego, że nie chcę - nie w tym rzecz. Chodzi o to, że poza ciałem łatwo jest dać się rozproszyć. Przed zaśnięciem mam już w głowie plan badawczy, kiedy jednak tylko jestem na zewnątrz, cała logika umyka z głowy (hm… „z głowy”? Musze pomyśleć, czy w nowych okolicznościach to wyrażenie ma jakiś sens). Zamiast trzeźwo ocenić sytuację, bawię się jak dziecko i większość czasu „poza”, spędzam na głupich harcach pod sufitem. To dziwne uczucie. Z jednej strony poczucie wolności i radości, ale przy tym całkowity brak racjonalnego myślenia.
Wszystko zależy od momentu wyjścia. Jeśli na samym początku człowiek da się porwać jakiejś myśli, czy atmosferze, to ta rzecz w pełni nad nim zapanuje. Nie jest łatwo, choć udało mi się mieć kilka chwil przejrzystości.

Muszę kończyć. Szczekają psy. Siwy miał dzisiaj wpaść, pewnie to on.

* * *

Już późny wieczór. Siwy właśnie poszedł do domu. Kusiło mnie, żeby podzielić się ostatnimi doświadczeniami, ale w ostatniej chwili powstrzymałem jęzor. Spytałem tylko, co myśli o oddzieleniu umysłu od ciała, czy jest to możliwe i czy spróbowałby, jeśli miałby okazję. Popatrzył jakoś tak dziwnie i rzuciwszy głupi żart, zmienił temat. No tak, ciężko oczekiwać, żeby ludzie interesowali się, a tym bardziej wierzyli w takie historie. Muszę uważać na przyszłość, żeby nie zaczynać tego tematu zbyt pochopnie.

Otworzyłem okno. Zapowiada się ciepła noc. Zapachy wiosny wypierają zastałe powietrze mojej nory. Widać gwiazdy. Choć tak dalekie i choć pomiędzy mną a nimi leży mroźna pustka kosmosu, to patrząc na nie, czuję otuchę. Żebym tylko mógł wyfrunąć z tego cholernego pokoju! Poleciałbym do gwiazd. Daję słowo.

Zanim się położę, zapiszę jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Trzy dni temu, kiedy przyszły wibracje, zaszło coś dziwnego. Trochę śmiesznego, ale równocześnie denerwującego. Moje nogi i tułów wysunęły się z ciała, ale głowa utknęła. Majtałem w powietrzu nieważkimi nogami, próbując wyrwać głowę zablokowaną w… głowie, ale nie dałem rady. Co więcej, czułem dotyk poduszki na skórze, mogłem nawet poruszyć lekko gałkami ocznymi, natomiast kompletnie straciłem czucie w reszcie materialnego ciała. Wreszcie zrezygnowany wsunąłem się z powrotem do siebie. Zapaliłem lampkę, usiadłem, wziąłem kilka głębokich oddechów i z niecierpliwością ponowiłem próbę. Znowu to samo! Głowa utknęła na dobre. Spróbowałem jeszcze trzy razy, po czym dałem spokój. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowe niepowodzenie.

Następnej nocy, gdy nadeszły wibracje, postanowiłem zrobić eksperyment. Zamiast całkowicie wyjść z ciała, wysunąłem tylko rękę. Udało się bez problemu. Choć byłem świadomy całego ciała, to moja „astralna” ręka była wolna. Opuściłem ją i dotknąłem podłogi. Przez chwilę badałem powierzchnię, wyczuwając strukturę klepek, tak jak wcześniej zrobiłem z drzwiami. Postanowiłem „wypuścić się” dalej. Nacisnąłem mocniej. Ręka, prawie bez oporu weszła w podłogę. Czułem konsystencję drewna. Zagłębiłem się bardziej. Sucha, miałka ziemia. Później trafiłem na kamienie. Ta warstwa była grubsza. Powiedziałbym, że miała ponad metr. Wreszcie poczułem luz. Domyśliłem się, że trafiłem na pustą przestrzeń… Piwnica! Poczułem ukłucie strachu. Nasza piwnica zawsze wzbudzała we mnie niepokój. Przypominała średniowieczny loch, a nie swojską komórkę na ziemniaki. Zawahałem się, ale ciekawość zwyciężyła. Jak bardzo będę mógł rozciągnąć rękę? Znów trafiłem na lekki opór. Chyba podłoga piwnicy. Trochę głębiej… Kiedy dotknąłem mokrej ziemi pod fundamentami, skapitulowałem. Przeczuwałem, że mogę rozciągnąć się na druga stronę planety. Wystraszyło mnie to.

Jeszcze jedno ciekawe wydarzenie. Tym razem z przedwczoraj. Po wyjściu znowu wpadłem w „głupawę”. Wirowałem pod sufitem, odbijałem się od ścian, skakałem po meblach, a nawet wchodziłem poza meble, w szparę nie większą niż dłoń. Kiedy wreszcie postanowiłem wrócić do ciała, mój wzrok zatrzymał się na budziku. Otrzeźwiałem. Przyszło mi do głowy, żeby coś sprawdzić. Z wysiłkiem skoncentrowałem się na wskazówkach. Nie było to wcale łatwe. Choć umysł miałem jasny, to w jakiś sposób procesy myślowe ciała astralnego płyną inaczej. Uczucia, myśli, nastroje są bardzo rzeczywiste i dotykalne, ale tabliczka mnożenia, czy sprawdzenie godziny, to już spory wysiłek. Ale dałem rady. Trzecia czterdzieści trzy. Zapamiętałem cyfry i wskoczyłem do siebie. Natychmiast otworzyłem oczy, włączyłem światło i podniecony, wbiłem wzrok w zegar przy łóżku. Trzecia czterdzieści trzy! Eksperyment wykonany i w pełni udany.
No dobra, gaszę światło i do spania. Ciekawe, co czeka mnie dzisiaj.

Dzień 40

Ta-tam! Dałem radę. Przykontrolowałem głupawę, choć nie było łatwo: wewnętrzne dziecko chciało się bawić jak co noc, ale tym razem nie popuściłem. Wygrał badacz. Kiedy spłynęły ze mnie niekontrolowane emocje, mogłem wreszcie trzeźwo myśleć (choć tak, jak pisałem wcześniej, trzeźwe myślenie „tam” różni się od trzeźwego myślenia „tutaj”).

Postanowiłem wyjść poza dom. Miałem stracha. Wiedziałem, czego oczekiwać w domu, ale kto wie, jakie niespodzianki czaiły się na zewnątrz? Nie oczekiwałem, że jestem jedynym astralnym podróżnikiem. A co, jeśli spotkam ducha?

Odrzuciłem tchórzliwe myśli i wyobraziłem sobie, że wzbijam się wysoko do góry. Wystrzeliłem jak z procy, aż zaparło mi dech. Przebiłem sufit, dach i zanim się obejrzałem, wisiałem kilkaset metrów nad wioską, widząc w dole nieliczne, drobne światła. Dokładnie wtedy przypomniałem sobie, że cierpię na lęk przestrzeni. Spadłem jak kamień, przeraźliwie krzycząc.
O mały włos nie wróciłem do ciała, ale opanowałem emocje. Kolejna lekcja – bardziej mierzyć siłę, jaką wkłada się w myśli.

Mój wzrok przyciągnęło otwarte okno. Ta droga wydawała się bezpieczniejsza, niż katapultowanie przez sufit. Podfrunąłem bliżej, posiedziałem przez chwilę na parapecie, obserwując drzewa i inne, poruszające się kształty. Strach odszedł zupełnie. Zastąpiła go ulga i przeczucie przygody, mistyki, nieprzewidywalności rzeczywistości. Wszystko może się zdarzyć. I cokolwiek by to nie było, nie ma się czego bać. Wszechświat jest przyjaznym miejscem.

Delikatnie popłynąłem w ciemność. Najpierw ostrożnie, badawczo, ale już po chwili pędziłem po całym ogrodzie. Podleciałem do kilku drzew, przyglądając się z bliska korze i liściom. Choć wyglądały tak samo jak na jawie, miałem wrażenie, że oglądam je pierwszy raz. Widziałem fizyczna formę, ale równocześnie dostrzegałem drżącą, lśniącą energię, która nie tyle co kryła się pod materią, ale raczej stanowiła jej podstawę… Tkanina materii przeplatała się z tkaniną energii… Nie umiem tego właściwie opisać.

Podobnie było z trawą, z owadami, a nawet z przedmiotami. Nie mogłem uwierzyć, że zmarnowałem tyle dni na durne zabawy w czterech ścianach. Odkryłem właśnie nowy, fascynujący świat.

Nie wiem, jak długo to trwało. Nie pamiętam powrotu do ciała. W którymś momencie po prostu się obudziłem.

Dzień 41

Ostatniej nocy nic. Zasnąłem wieczorem i obudziłem się rano. Rozczarowanie jak cholera. Powlokłem się do szkoły, odbębniłem swoje. Później w domu bez entuzjazmu pooglądałem telewizję, wypiłem piwo, zjadłem zupę. Już wieczór. Znowu zostawiłem otwarte okno, choć dzisiaj trochę chłodniej.

Dzień 42

Kurde, nie! Znowu nic. Spałem całą noc jak kamień. Nawet nie miałem żadnego snu. Mam nadzieję, że to nie koniec. Proszę, proszę, proszę! Chciałem jeszcze zrobić tyle rzeczy. Niech to się nie kończy.

Dzień 43

Ostatniej nocy spotkałem na podwórku ducha.
Chociaż nie jestem do końca przekonany, że to był duch. Może ktoś wypuścił się za daleko podczas snu? Napisałem o duchu, żeby było bardziej dramatycznie.
Po dwóch, „normalnych” nocach ogarnęła mnie wczoraj czarna rozpacz. Na szczęście, wkrótce po zaśnięciu usłyszałem trzeszczenie, poczułem wibracje i po chwili kołysałem się pod sufitem. Od początku byłem spokojny i trzeźwy. Może wystraszony ostatnimi niepowodzeniami, podświadomie nie chciałem tracić czasu na wygłupy?

Tak jak ostatnio, wyfrunąłem przez otwarte okno (nie, żeby miało to jakieś znaczenie – przez zamknięte wyleciałbym pewnie tak samo) i pochłonęło mnie radosne latanie wokół domu. Rozzuchwalony, kilkakrotnie wzbiłem się na wysokość jesiona, ale szybko wracałem do bezpiecznego poziomu. Czułem jednak, że niedługo przełamię opory i spróbuję polecieć wyżej. Jak bardzo wyżej? Miałem już kilka pomysłów. Najpierw trochę ponad atmosferę. Następny w kolejce był księżyc. A co!

Miałem pisać o duchu.
Zobaczyłem na środku podwórka postać. Zastygłem w bezruchu. Byłem bardziej ciekaw niż wystraszony. Podleciałem bliżej. To była dziewczyna. Nikt, kogo bym znał. Najpierw myślałem, że mnie nie widzi, ale kiedy zbliżyłem się jeszcze bardziej, podniosła oczy. Nic w stylu horroru. Wydawała się normalną, miłą dziewczyną i patrzyła na mnie z taką samą ciekawością, z jaką ja na nią. Powiedziała coś, ale nie pamiętam, co. Odpowiedziałem. Również nie mam pojęcia, co. Po chwili poczułem, że rośnie we mnie coraz większe pragnienie seksualne. Wiedziałem, jak bardzo jest to widoczne. Widziała mój umysł i uczucia jak na dłoni. Ogarnął mnie wstyd i z tego wstydu, tak mi się wszystko pomieszało, że nagle wróciłem do ciała. Żałowałem, bo przypadła mi do gustu i pamiętam, że zanim zawstydzony zwiałem, uśmiechnęła się ładnie, dając do zrozumienia, że wszystko w porządku.

Trudno. Za późno. Może się jeszcze spotkamy?

c.d.n.

Sunday, 1 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.1



Z dziennika podróżnika astralnego - 1
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Zabłocona, niebieska okładka prześwitywała pomiędzy krzakami. Pochylił się. Zeszyt. Jakiś dzieciak musiał wyrzucić albo zgubić. Nie wiedział dlaczego sięgnął po brudny notatnik. Sparzyła go pokrzywa, zaklął. Otworzył wymięte stronice. Pismo z pewnością nie było dziecięce. Przebiegł wzrokiem po koślawych, prawie nieczytelnych bazgrołach. Dziennik. Wytarł błoto rękawem i schował go do kieszeni. Być może przyciągnęło go kilka, przypadkowych słów, w których wyczuł bratni umysł? A może był znudzony i ucieszył się, że może podglądnąć czyjeś myśli? Choć na chwilę oszukać samotność... Oddalił się spokojnym krokiem, znikając powoli we mgle.

Kruk siedzący na gałęzi bezlistnej jabłonki chciał groźnie zakrakać, ale zmienił zdanie (z lenistwa) i tylko popatrzył drwiąco.

Dzień 1

Zima chyba nigdy się nie skończy. Już prawie połowa marca, a śnieg nie chce stopnieć. W pokoju jest tak zimno, że kłęby pary wylatują z ust przy każdym oddechu, ale oszczędzam drewno. Więcej czasu spędzam w kuchni. Kiedy już męczy mnie towarzystwo domowników, wracam do siebie, zarzucam na głowę śpiwór i dwie kołdry. Tak opatulony mogę czytać i palić papierosy, wystawiając na zewnątrz tylko kawałek twarzy.
Złapało mnie przeziębienie, więc mam tydzień wolnego od szkoły. Radość. Po drodze z ośrodka zdrowia kupiłem ostatni numer Fantastyki, paczkę Klubowych i dwa Żywce.
Może jednak rozpalić w piecu? Choroba rozgrzesza mnie chyba z marnotrawstwa, nie? Lubię siedzieć przy piecu, kiedy huczy w nim ogień. Jest domowo, bezpiecznie.

* * *

Rozpaliłem. Od razu milej. Włączyłem Cranberries. Lubię ciepły głos Dolores. W Fantastyce znalazłem ciekawy artykuł, o wychodzeniu poza ciało. Wciągnęło mnie po uszy. Przygoda, tajemnica, poznawanie innych wymiarów, i to nie tylko na papierze, ale w prawdziwym życiu. Miód. Autor powołuje się na książkę jakiegoś Amerykanina. Robert Monroe „Podróże poza ciałem”. Kurde, ale się napaliłem. Tylko gdzie ja to znajdę? Na pewno nie w naszej księgarni, a już na pewno nie w bibliotece. Kiedy polepszy się ze zdrowiem, pojadę do miasta.

Dzień 8

Udało się! Po całodniowej wędrówce, po przewróceniu do góry nogami kilku księgarni, wliczając nawet te osiedlowe, znalazłem! Najśmieszniejsze jest, że trafiłem na książkę dopiero w dworcowym kiosku, kiedy rozczarowany czekałem na pociąg powrotny. Potraktuję to jako dobry omen. Może Wszechświat chce, żebym wgłębił się w temat? Może coś tam na mnie czeka?
Siedzę w pociągu i gładzę okładkę. Odwlekam czytanie. Uwielbiam moment przed rozpoczęciem książki, której tyle się szukało. Nie odstrasza mnie nawet new age’owska, pstrokata okładka. No dobra, zaczynam…

Dzień 9

Przeczytałem. Choć bardziej pasowałoby słowo „połknąłem”. Zacząłem już w pociągu. W domu wrzuciłem na szybko kanapkę i uciekłem do pokoju. Mama zdążyła jeszcze zapytać, jak było w szkole i dlaczego tak późno wróciłem. „Mieliśmy próbę kółka teatralnego” – skłamałem i zamknąłem drzwi. Wskoczyłem do wyrka i odpaliwszy papierosa, pogrążyłem się na powrót w lekturze. Fascynująca książka. Po godzinie mama zawołała mnie na kolację, ale wykręciłem się bólem żołądka.

Robert Monroe opisuje, jak pewnego dnia, wbrew własnej woli, zaczął wychodzić poza ciało. Najpierw obawiał się choroby psychicznej albo guza mózgu. Walczył z przerażającym doświadczeniem, ale pomimo wysiłków, prawie co noc jego astralne ciało wędrowało poza materialną powłokę. Wreszcie zdał sobie sprawę, że musi zaakceptować nową sytuacją. Z czasem zaczął eksperymentować, opisywać i studiować swój stan. Doświadczenia i przemyślenia z tego okresu zawarł właśnie w „Podróżach poza ciałem”.
Najlepsze jest to, że jeden z rozdziałów zawiera ćwiczenia mające pomóc w samodzielnej wędrówce poza ciało. Zaczynam od zaraz!

Dzień 12

Nie jest tak łatwo, jak myślałem. Za cholerę nie mogę przejść przez ćwiczenia relaksujące. Kiedy tylko próbuję powiedzieć ciału, żeby się rozluźniło, wszystko zaczyna mnie swędzić, uwierać, denerwować.

Codziennie spędzam po kilka godzin, próbując złamać opór, ale jest coraz gorzej. Kiedy wczoraj leżałem w medytacji, do pokoju weszła mama. Spytała, czy dobrze się czuję, czy może jeszcze trzyma mnie choróbsko z zeszłego miesiąca. Odburknąłem, że to rodzaj medytacji i potrzebuję do tego spokoju. Eh, dlaczego nie zwaliłem wszystkiego na chorobę? Kiedy mama usłyszała słowo „medytacja”, na jej twarz wypłynął niepokój. No ale za późno, nie można cofnąć słów.

Dzień 21

Próbuję i próbuję. I nic. Przeczytałem „Podróże…” jeszcze dwa razy, żeby być pewnym, że wszystko robię dobrze, ale nie znalazłem nic nowego. Tyle z tego dobrego, że po kolejnym przeczytaniu o doświadczeniach Monroe, wróciła inspiracja. Potrzebuję tego, bo entuzjazmu coraz mniej. Odbija się to na szkole i domowym życiu. Mama chyba myśli, że jestem w sekcie. Jak niby mógłbym być w sekcie, skoro większość czasu spędzam w swoim pokoju, gapiąc się w sufit?!

Dzień 30

Pierdolę to! Od trzech tygodni nie myślę o niczym innym. Jak idiota spędzam długie godziny, leżąc w bezruchu, próbując nie drapać swędzącej skóry, ani nie pozwalać pchającym się bzdurom wejść do umysłu. Gówno. W zetknięciu z rzeczywistością marzenia o astralnych podróżach zbladły bardzo szybko. Przed chwilą, po entej próbie wejścia w stan pomiędzy jawą a snem, wziąłem tę durną książkę i rzuciłem o ścianę. Wydanie było kiepskie, od początku wypadały strony, więc po takim rzucie książka rozsypała się na kawałki. Kopnąłem luźne kartki pod łóżko i wściekły wypaliłem chyba z pół paczki fajek. Zaraz idę do baru, odnowić znajomości. Nie widziałem kumpli prawie od miesiąca. Wszystko przez głupotę i nierealne marzenia. Pierdol się, Robercie Monroe!

Dzień 31

Jest czwarta rano, za oknem jeszcze ciemno, ale nie mogę czekać. Chcę opisać wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół, na świeżo, póki pamiętam. Serce wali z podekscytowania jak młot. Nie mogę opanować drżenia dłoni, bazgrzę więc straszliwie, ale co tam. Później przepiszę. Teraz fakty.

Zrobiłem to. Tak. Dziś w nocy wyszedłem z ciała. Wszystko działo się dosłownie przed kilkoma minutami. Kiedy o tym myślę, to aż mi się miesza w głowie. Kurde… To działa! I co? Jestem przerażony. Cieszę się, w końcu marzyłem o tym przez ostatni miesiąc, ale strach jest silniejszy niż radość. Dotknąłem czegoś, co mnie przerasta. Tajemnica badana przez filozofów i joginów, ignorowana przez naukowców, głoszona przez kapłanów. I właśnie z tą tajemnicą nawiązałem kontakt, w moim pokoju, śmierdzącym starym dymem i brudną pościelą.
Nie wiem, jak opisać wszystkie uczucia. Boję się o stan własnego umysłu. Rozpiera mnie prawie mesjańskie, mistyczne uniesienie…

No dobra. Podejdź do tego naukowo. Weź głęboki oddech, uspokój się i po kolei…

Zasnąłem normalnie. Wcześniej obejrzałem odcinek Archiwum X, wypiłem piwo, wyrzuciłem przez okno zawartość przepełnionej popielniczki i poszedłem do łóżka. Pierwszy raz od miesiąca nie próbowałem doświadczać odmiennych stanów świadomości. Byłem pokonany, ale i zrelaksowany.

Obudziło mnie dziwne uczucie. Otworzyłem oczy, próbując w ciemności znaleźć wyjaśnienie niepokoju. Niby wszystko to samo: kontury szarych mebli, ciemne prostokąty obrazów, jaśniejszy kształt okna.

Wstałem, włączyłem lampkę, zapaliłem papierosa, poszedłem do łazienki.
Kiedy wróciłem do łóżka, zamknąłem oczy, próbując zapomnieć o nieprzyjemnym wrażeniu i po prostu zasnąć. Nie wiem, ile to trwało, ale niepokój, zamiast odejść, był coraz intensywniejszy. Ponadto zacząłem słyszeć hałas. Nieprzyjemny, trzeszczący szelest, którego źródło wydawało się być wewnątrz mnie. Trzaski były coraz głośniejsze, po chwili przeszły w wibracje, a te rozlały się po całym ciele. I wtedy uświadomiłem sobie, że doświadczam zjawiska, o którym pisał Monroe. Początek wyjścia poza ciało: trzaski w uszach i wibracje.

Zamiast cieszyć się z sukcesu, wpadłem w panikę. Przerażony spróbowałem usiąść. Nic. Odrętwiałe ciało nie reagowało. Szarpnąłem mocniej. Bez skutku. Byłem więźniem w stalowym uchwycie Nieznanego, a najgorsze było to, że sam to „Nieznane” wywołałem! Dobra – pomyślałem – muszę się skupić i wyrwać z tego stanu. Muszę skoncentrować całą wolę… 1… 2… i… 3! Szarpnąłem.

Udało się. Usiadłem. Odetchnąłem z ulgą, obiecując sobie, że na tym kończę eksperymenty.
Ulga nie trwała długo. Wyczułem, że coś jest nie tak. Rozejrzałem się nieufnie po pokoju. Pomimo ciemności widziałem dokładnie wszystkie przedmioty. Nie dość, że każdy szczegół rysował się wyraźnie, niczym w dzień, to jeszcze wszystko lśniło słabą poświatą. Oprócz tego ja sam czułem się inaczej… Tknięty przeczuciem zerknąłem za siebie.

Moje ciało leżało. Zanurzony w nim do pasa, siedziałem i spoglądałem na własną, śpiącą twarz… Oddzieliłem się od ciała.

Nie mogłem powstrzymać paniki. Przerażony spróbowałem wsunąć się z powrotem, dopasować do leżącego ciała. Bez rezultatu. Wyraźnie odczuwałem siebie jako odrębnego od ciała, a gorączkowe ruchy nic nie dawały. Czułem dotyk bezwładnego mięsa, ale nie mogłem znowu się nim stać.

Umarłem! – spadła na mnie przerażająca myśl. – Tyle kombinowałem przez ten miesiąc, że w jakiś sposób uszkodziłem połączenie ciała z duszą i teraz jestem martwy!
Podwoiłem wysiłki. Osiągnąłem tylko tyle, że zacząłem spadać. Przeniknąłem przez łóżko, drewno podłogi, kamienie piwnicy. Spadałem w ciemności, teraz już pewny, że to śmierć i za chwilę poznam swoje przeznaczenie. W ostatnim rozbłysku trzeźwości, zwróciłem się ku modlitwie. W takim momencie można pozwolić sobie na rozejm z religią. Zadziałało. Przestałem spadać. Następnie powoli, później coraz szybciej wzniosłem się do góry. Z pustki wyłonił się w oddali ludzki kształt. Poza nim ujrzałem swój pokój. Tak, jakby moje ciało było przezroczystym oknem. Kiedy wreszcie zetknąłem się z „oknem”, mój duch i ciało „kliknęło” i znów byliśmy całością. Obudziłem się. Usiadłem, zapaliłem lampkę i odruchowo popatrzyłem za siebie, na poduszkę. Tylko wygnieciony materiał. Wróciłem!
Natychmiast złapałem dziennik i opisałem dokładnie całe wydarzenie.
I co teraz? Boję się zasnąć. Chyba przesiedzę do rana. Nie zostało przecież dużo. W świetle dziennym popatrzę na to inaczej, trzeźwiej.

* * *

Dobrze, że jest weekend. Nie wiem, jak poradziłbym sobie w szkole. Cały dzień myślę o tym, co zdarzyło się nad ranem. Około dziewiątej poszedłem na spacer. Wiosna na całego. Ciepły, kwietniowy dzień. Widziałem wszystko inaczej. Jakbym dojrzał znaczenie w rzeczach, które wcześniej były zwykłe, prawie niezauważalne. Coś ważnego, czego wcześniej nie dostrzegałem, a teraz tylko wyczuwam, nie rozumiejąc pełnego sensu. Szum rzeki wydał się głębszy, trawa zieleńsza, drzewa dostojniejsze... Uświadomiłem sobie, że wszystko jest duchem. Materia to tylko cienka warstwa, przykrywająca pulsującą, żywą energię. Cholera, nie ściemniam. Naprawdę to poczułem. Cały spacer przenikała mnie euforia, uniesienie, wrażenie szczególności tego momentu. Chciałem się śmiać, tarzać po trawie, śpiewać.

Później niepokój wrócił. Już późne popołudnie i niedługo zapadnie zmrok. Za kilka godzin idę do łóżka. Będę odwlekał ten moment, ile się da, ale spać przecież muszę. Odkąd własne łóżko przestało być bezpiecznym schronieniem, a stało się portalem do innego wymiaru, wcale mi się do niego nie śpieszy. Wstyd, bo myślałem, że mam żyłkę do przygód, a okazuje się, że ze mnie zwykły tchórz.

Dzień 32

To, czego najbardziej się bałem, jest faktem – dziś w nocy miałem powtórkę z wczoraj. Choć minęło kilka godzin i siedzę teraz w środkowym pokoju, oglądając telewizję z całą rodziną, która, niczego nieświadoma, śmieje się przy „Soku z żuka”, nie mogę strząsnąć czarnych myśli. Ile bym dał, żeby wrócić do słodkiej nieświadomości. Łajza przysuwa się bliżej i kładzie łeb na mojej nodze. Głaszczę go po głowie… Cholera, po co mi to wszystko było?

Tak jak poprzednio, najpierw były trzaski w uszach. Zaalarmowany, natychmiast wstałem. Nie chciałem dopuścić do paraliżu, który uwięził mnie wczoraj. Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Wypaliłem fajkę, zgasiłem lampkę, zamknąłem oczy. Nie minęła nawet minuta, kiedy trzaski wróciły. Kurwa! Znów usiadłem. Światło. Kolejny papieros. Z powrotem do spania. I znowu. Wreszcie znużony dałem sobie spokój z walką. Trzaski, paraliż, oddzielam się od ciała, spadam w pustkę, strach, panika, modlitwa, wracam do przezroczystego okna o kształcie ciała, za którym lśni pokój.

Obudziłem się na dobre i resztę nocy spędziłem na siedząco, czytając „Kroniki marsjańskie” i kopcąc nerwowo jak lokomotywa. Jestem niewyspany i wykończony.

Pozbierałem spod łóżka kawałki książki Monroe’a, poskładałem je do kupy i czytam jeszcze raz. Tym razem uważniej. Mam nadzieję znaleźć wyjście z tej kabały.

c.d.n.

Monday, 26 July 2010

Akordeonowe wariacje

Po powrocie do kraju mija depresja, znów wygrzebałem harmoszkę i poszerzam repertuar. Poniżej owoce ostatnich dni.





Friday, 16 July 2010

Wreszcie w domu



Dawno się nie odzywałem. Dużo zamieszania - wróciliśmy z Tanią do Polski, musieliśmy wyremontować kanciapę, która zamieniła się w przytulne mieszkanko (po tygodniu ciężkiej harówy i paru włożonych tysiącach). Niedługo, kiedy już dojdę w pełni do siebie, pewnie znów będę dawał znać częściej. Póki wklejam kilka zdjęć. Pozdrowienia.












Wednesday, 23 June 2010

Balkan Beat Box



Kolejne wykopalisko muzyczne z tego tygodnia. Balkan Beat Box. Zespół izraelski, jeden z członków należał do Gogol Bordello, co już stanowi dobrą zapowiedź:). Ponownie jak w Abjeez fuzja folku z nowoczesnymi stylami. Poniżej kilka próbek.







Sunday, 20 June 2010

Abjeez



Abjeez - moje ostatnie odkrycie muzyczne. Żadnych jazzów, intelektualnych depresji i drugiego dna. Czyste przesłanie, folkowy klimat, mocne kobiece głosy. Miód:)
Dziewczyny są z Iranu, mieszkają w Szwecji. Grają reggae, flamenco (ostatni kawałek), ska, trochę hip-hopu, nawet pop.










Tuesday, 8 June 2010

Uwięzieni - sen



Uwięzieni
(sen)

Ruszamy z Tulasi na długo wyczekiwaną wyprawę lotnią. Nie jest to standardowa lotnia. Kruchą, drewnianą konstrukcję opina białe płótno. Przypomina samolot z lat dwudziestych. Pod spodem jest nawet mała kabina dla dwóch osób.

Z zachwytem spoglądamy na krajobrazy powoli przesuwające się u stóp. Góry porośnięte gęstym lasem, małe wioski, krowy na łąkach, ludzie kąpiący się w rzece. Cudowne uczucie pełnej wolności i niezwykłości.

Po kilku godzinach szybowania postanawiamy rozprostować kości. Lądujemy na leśnej polanie, wystarczająco szerokiej, żeby nie rozbić się o drzewa. Zetknięcie z ziemią sprawia, że znika beztroska. Czuję, że teraz znów coś może się nam stać, ktoś może nas zranić, zepsuć wszystko. Najchętniej od razu bym się wzniósł. Już mam to zaproponować, kiedy Tulasi zauważa wśród drzew mały budynek.
- Zobacz! – woła. – Jaki ładny domek. Będziemy kiedyś taki mieli?
Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Strach, wstręt, zagubienie. Mimo to składam nasz pojazd i idę za Tulasi, która postanawia podejść bliżej. Z jednej strony widzę, że domek jest ładny - drewniany, ozdobiony zabawnymi rzeźbami zwierząt i ludzi, furkocze mały wiatraczek… Mimo sielankowej scenerii mam wrażenie, że to tylko fasada, za którą czai się coś niewyobrażalnie złego. Czasami w snach robi się głupie rzeczy i wbrew swojej woli. Wchodzimy do środka.

Wita nas para uśmiechniętych staruszków. Częstują herbatą i ciastkami. Wydaje się, że Tulasi nic nie zauważa, ja natomiast widzę, jak wymieniają znaczące spojrzenia i złe uśmiechy. Mówię, że czas na nas, czeka nas jeszcze długa droga. Podniebne przestrzenie i beztroska wydają mi się teraz odległym snem. Ale wiem, że mamy szansę. Idziemy przez niespodziewanie długi korytarz. Jak zmieścił się w takiej małej chatce. Zaglądam w bok, poza barierkę. Kręci mi się w głowie od widoku nieskończonej głębi. To co widzieliśmy na powierzchni jest tylko czubkiem góry lodowej. Przyglądam się bliżej. Widzę w szczelinie piętro po piętrze, podobnych mieszkań, jak to, przez które szliśmy teraz, pełne ludzi. Część z nich ogląda telewizję, część pije herbatę, coś je, ale część podeszła do brzegu szczeliny i patrzy w górę, na mnie, z ciekawością, z uśmiechem. Niektórzy kiwają przyjaźnie.

Groza wypełnia mi serce. popędzam Tulasi, która też zaczyna zauważać, że coś jest nie tak z tym miejscem. Drzwi są coraz bliżej. Obmyślam najszybszy sposób złożenia lotni i ucieczki. Już prawie jesteśmy, gdy nagle… zapominam, czego chciałem. Zwalniamy, zwalniamy, zatrzymujemy się. Nasi gospodarze proponują nam ciastka i herbatę. Zgadzamy się. Trochę zakłopotani, bo wiemy, że o czymś zapomnieliśmy, ale z drugiej strony ciasteczko i herbata nie brzmi źle…

Ten dom to pułapka. Za każdym razem kiedy przypominam sobie, że chcę odlecieć, rozprasza mnie jakaś mała rzecz i zostaję w tym okropnym miejscu. Rok po roku. Starzejemy się. Coraz rzadziej pamiętam własny dom i podniebną wędrówkę. Złożona lotnia kurzy się w kącie, białe płótno jest już szare, zatęchłe. Życie to niekończące się filiżanki herbaty, ciastka i bezbarwne rozmowy z mieszkańcami. Czasami, w przebłysku świadomości, myślę, że oni też są więźniami, jak my, tylko są tutaj już tak długo, że zapomnieli. Czy my też kiedyś całkiem zapomnimy?

Któregoś razu, gdy wspomnienia uderzyły silniej niż kiedykolwiek, mówię Tulasi:
- Tym razem uciekamy na serio. Zatkaj uszy i biegnij za mną, na strych. Po drodze powtarzaj do siebie, co robimy, żeby nie zapomnieć.
Próbują nas zatrzymać nasi gospodarze-strażnicy-więźniowie. Odpycham ich i biegniemy. Próbuję utrzymać w otępiałym mózgu, wyślizgującą się myśl o ucieczce. Jesteśmy w końcu na ostatnim piętrze. Zamykam drzwi na zasuwkę i podpieram je ramieniem. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko ucieczki! Myśl ta dodaje mi siły. Myśli stają się jaśniejsze, konkretniejsze. Ze wstrętem myślę o herbacie i ciastkach, które płyną przez nasze żyły. Zatrute jedzenie.

Mówię Tulasi, żeby przygotowała lotnię – rozplątała sznurki, rozłożyła szkielet, płótno. Nie idzie jej za dobrze, a napór na drzwi jest coraz większy. Głosy bulgoczą, kotłują się, pozbawione pozorów człowieczeństwa. To już nie są głosy, ale jeden głos, wydobywający się z gardła Ciemności.
- Szybciej! – wołam do Tulasi.
- Próbuję! - odpowiada w panice, dusząc się łzami.

Głos(y) zaprasza na pożegnalną herbatkę, po której będziemy mogli odlecieć, gdzie chcemy. Jest przymilny, mizdrzący się, ohydny.
Widząc, że Tulasi sobie nie radzi, zostawiam drzwi i próbuję sam złożyć lotnię. Drzwi zaraz pękną na pół. Chwytam niedokończoną konstrukcję, podchodzę do okna, wołam do Tulasi, żeby się mnie chwyciła i skaczę, z nadzieją, że wiatr nas uniesie. Udaje się! Wiatr wieje mocno. Nagle ktoś chwyta mnie za stopę. Przerażony widzę twarz starszego pana, w przyciemnianych okularach. Z trudem rozpoznaję w wykrzywionych rysach naszego gospodarza. Wolną nogą kopię go z całej siły w twarz. Puszcza.

Wiatr unosi nas coraz wyżej. Z ulgą i wstrętem patrzymy na znikającą pośród drzew chatkę, nie potrafimy jednak przestać. Jakaś perwersyjna potrzeba nie pozwala oderwać wzroku, dopóki dom i las nie nikną za horyzontem. Patrzymy na siebie, na czyste niebo, zachodzące słońce i płaczemy z ulgą. Jesteśmy wolni.





Saturday, 5 June 2010

Swiat studni - premiera w lecie



Wlasnie dowiedzialem sie, ze juz jest okladka "Magazynu Fantastycznego" z moja minipowiescia. Niech nie odstrecza was ilustracja - nie ma nic wspolnego z trescia:). Magazyn wychodzi w lecie, jeszcze nie wiem dokladnie kiedy.