Friday, 6 August 2010

Mafia, śmierć i piękna agentka



Mafia, śmierć i piękna agentka
(sen)

Białe kolumny, basen, kilka kabrioletów na podjeździe, pokorna pokojówka w białym fartuszku, umięśniony ochroniarz przy bramie, nie kryjący się z wystającym spod pachy pistoletem. Mieszkam w posiadłości potężnego mafiosa. Nazywają go Wróżbita – zawsze wie, kiedy ktoś ma umrzeć. To taka ironia. W końcu to nie on pociąga za cyngiel, ale…

Pracuję w kuchni. Wróżbita jest wegetarianinem. Nie mam nic wspólnego z przestępstwami, nikt nic mi nie mówi, ale zdaję sobie sprawę, że mój pracodawca zajmuje się ciemnymi interesami. Potężny facet. Nie w sensie mięśni, ale osobowości. Charyzma. Zwykle wydaje się spokojny, ale pod tą maską czai się coś strasznego, chorego. Jest jak dobry ojciec, dobrotliwy dla swoich dzieci, ale kiedy ktoś go zawiedzie, czeka go sroga kara. Wiem z drugiej ręki o kilku mieszkających tutaj osobach, które zniknęły, kiedy zawiodły jego zaufanie.

Mieszka tutaj sporo osób. Oprócz bliskich pracowników szefa, osoby jak ja: kucharze, sprzątacze, ochraniarze, muzycy. Wróżbita stworzył sobie tutaj mały renesansowy pałac.
Moją uwagę przyciąga tylko jedna osoba. Dziewczyna szefa. Iśha. Wygląda jak hinduska, albo muzułmanka. Bardzo drobna, energetyczna, wielkie, prawie czarne oczy, zawadiacki uśmiech, pod którym jednak kryje się coś poważnego, smutnego.

Niebezpiecznie zakochiwać się w dziewczynie szefa. Nawet na nią nie patrzę, choć szyja sama skręca, kiedy tylko słyszę jej śmiech, albo lekko zachrypły, ale słodki głos.

W ogóle staram się trzymać nisko głowę. Nie chcę być zauważony. Kasa jest dobra, nawet bardzo dobra, godzin niedużo, ale czuję się osaczony, w ciągłym napięciu, jakbym siedział na beczce prochu. Szef i tak mnie zauważa. I to z sympatią. Wcale mi się to nie podoba, wolałbym dla niego nie istnieć, ale nic nie mogę poradzić. Żartuje do mnie na każdym kroku, daje kolosalne napiwki, robi ze mnie głównego kucharza.
Postanawiam się urwać. Najlepiej wcześnie rano. Wieczorem, przechodząc obok biura zauważam na stole stos banknotów. Tylko mała część z tej kasy urządziłaby mnie na resztę życia. Pakuję pliki banknotów za koszulę, ile się zmieści. Chyba nie zauważą, a przynajmniej nie do rana.

Budzi mnie zimny dotyk na twarzy. Lufa pistoletu.
- Wróżbita chce z tobą pogadać – słyszę drwiący głos.
- O czym? – pytam, choć wiem. Przerażenie napływa do gardła. Idziemy do biura szefa. Po drodze myślę, że może dogadam się z nim jakoś, przecież mnie lubi.
Wita mnie lodowatym wzrokiem psychopaty. Pod warstwą (cienką, cienką jak cholera) pozornego spokoju widzę szaleństwo. Strach jest coraz intensywniejszy, lepki, cuchnący.
- Masz mi coś do powiedzenia? – pyta cicho. Nie czekając na odpowiedź podchodzi bliżej. Panika. Czuję się jak mysz przyparta do ściany przez kota. I nie ma żadnej dziury, w której można by się ukryć. Chwyta mnie za rękę. W jego dłoni lśni mały sekator. Taki, jakim przycina się róże.
- Powiem! Powiem! Zaczekaj! – wyję.
Przytrzymuje mnie mocno i po kolei obcina palce prawej dłoni. Czuję dotyk zimnego ostrza, do którego ciągle przyklejone są grudki ziemi. Ostrze rozrywa skórę, mięso i kość, jakby to była krucha łodyżka. Może to taki ostry, mafijny żart? Zaraz pojedziemy na pogotowie i przyszyją mi palce, a za miesiąc znów będę mógł grać na akordeonie?
- Jasne, że powiesz – mówi spokojnie Wróżbita. Kiedy najmniejszy z palców spada na brudną ziemię, czuję się, jakbym miał zemdleć. Niech ktoś pozbiera palce z tej brudnej podłogi! Otrzeźwia mnie uderzenie w twarz.
- Teraz możesz mówić.
- Chciałem uciec… Bałem się… Chciałem żyć spokojnie, z dala od przemocy, ciemnych interesów… Normalnie… - mówię przez łzy.
- I do tego uczciwego życia potrzebowałeś moich pieniędzy?
- Przepraszam… - szepczę, ciągle z nadzieją.
- Oszukałeś mnie – mówi. Z jego twarzy znikają ostatnie pozory normalności. Nawet zbiry odsuwają się z obawą. Chwyta mnie za drugą rękę. Kolejne palce spadają na podłogę. Odrzuca sekator i podnosi z biurka brzytwę. Odcina mi nos. Ciepła krew wlewa mi się do ust. I w tym momencie uświadamiam sobie, że już po mnie. Za chwilę umrę, nie ma odwołania. Dlatego muszę w te ostatnie kilka minut nauczyć się nie walczyć, nie zmagać, przyjąć w spokoju swój los.

Oddycham głęboko i zaczynam śpiewać Hare Kryszna. Wszyscy patrzą zdziwieni, nawet mój kat przerywa na chwilę. Tylko na sekundę, po której wraca do tortur. Staram się nie myśleć o bólu, jak u dentysty, skupiam się na maha-mantrze, zwijam się do wewnątrz, obolały ślimak. Stopniowo ból cichnie, wreszcie znika. Spokój. Śpiewam i cierpliwie czekam na koniec. Widzę mojego kata nie jako wroga, ale jako sługę mojej karmy, narzędzie przeznaczenia. Czuję nawet do niego sympatię.

Nagle wszyscy zaczynają intonować. Dziwię się, ale myślę, że to siła mojego śpiewu zmieniła ich serca. Patrzę na podłogę. Pod ścianą widzę moje bezwładne ciało, obok którego Wróżbita wydaje polecenia, co do sposobu pozbycia się zwłok. Czyli już nie żyję! Wcale mnie to nie martwi. Jestem wdzięczny za piękną wizję, w której uświadomiłem sobie, jak nieważne i iluzoryczne są dualizmy tego świata. Wróg – przyjaciel? A co to ma za znaczenie? Dostrzegłem jedność i to było cudowne.
A później zapadam się w czerń. Przez sekundę myślę z niepokojem, że może ta czerń to już wszystko, czego mogę oczekiwać, ale po chwili nie ma już nikogo, kto mógłby myśleć.

****

Mija wieczność (albo milisekunda). Wynurzam się z ciemności, wyrwany z niej przez kobiecy głos.
- Obudź się mały. Obudź się.
Otwieram oczy. Nade mną klęczy Dziewczyna szefa. Iśha. Wielkie, ciepłe oczy patrzą z troską, współczuciem.
- Nie umarłem? – pytam zdziwiony.
Współczucie w oczach dziewczyny pogłębia się.
- Umarłeś – mówi cicho.
Kompletnie trzeźwy siadam. Dotykam twarzy. Jest nos. Patrzę na palce dłoni. Są wszystkie.
- Nie rozumiem.
- Musisz mi pomóc.
Kręcę głową.
- Nie rozumiem – powtarzam bezradnie.
- Jestem agentką. Wróżbita nie pochodzi… stąd. W innym miejscu, w innym czasie narobił dużo złego, a później uciekł tutaj, do twojego świata. Dopiero niedawno udało nam się go wytropić…
- Nam? – przerywam jej.
Wzdycha.
- Są inne światy, inne sprawy… Nie mamy teraz czasu… Jesteś pierwszym, jakiego udało się nam złapać, po tym, jak Wróżbita go zabił.
Myślę o wizji jedności, nieważności spraw tej egzystencji, bez względu na różne wymiary. Materia to materia. Chcę znów być światłem… Wszystko zaczyna się rozmazywać. Za chwilę wrócę do jedności…
- Zaczekaj – głos dziewczyny odgania nadchodzącą nirwanę. Wbija we mnie wzrok. – Patrz dobrze – mówi z naciskiem. Cudowne oczy. Potężne, głębokie jak studnie, czarne dziury… I nagle widzę. Coś, co zupełnie mnie zaskakuje i przywiązuje z powrotem do materialnego świata. Uczucie. Dziewczyna jest wyraźnie zakochana. Widzę coś jeszcze. Ona wiedziała, że zginę i mogła temu zapobiec. Mimo uczucia do mnie nic nie zrobiła.
- Wiedziałaś – mówię z niedowierzaniem.
- Tak. Ale ty byłeś jedyną szansą. Tylko dzięki nici miłości między nami mogłam cię ściągnąć z powrotem.
Widzę, że mnie wykorzystała, ale nie gniewam się. W końcu kocha mnie dziewczyna szefa. Kto by się gniewał?
- Możesz mnie dotknąć? – pytam.
Wyciąga dłoń. Czuję na ramieniu ciepły dotyk.
- Tak. Tylko ja, nikt inny.
Uśmiecham się szeroko.
- W takim razie mnie pocałuj.

No comments:

Post a Comment