Monday, 2 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.2
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Dzień 35

Ufff. Przełom. Po pięciu dniach braku snu, walki i strachu, zrobiłem postęp. Dziś wreszcie jestem zrelaksowany i wyspany. Patrzę na świat z radością. A było to tak:
Ostatniej nocy, podobnie jak noc wcześniej i jeszcze wcześniej, zacząłem wychodzić z ciała. Wiedziałem, co będzie za chwilę – spadnę, później wrócę i przesiedzę do rana. Kiedy miałem już poddać się losowi, przypomniałem sobie nagle ustęp z książki, gdzie Monroe pisze, żeby przy samym wyjściu wyobrazić sobie wznoszenie. Pomyśleć, że jesteśmy lżejsi niż powietrze.
Skoncentrowałem umysł na lataniu. Wznoszę się coraz wyżej, ciało pozostaje w dole, na łóżku, jestem ptakiem, wolnym duchem… Udało się. Lewitowałem pod samym sufitem, spoglądając na zanurzony w błękitnawej poświacie pokój. I co najważniejsze, nie czułem żadnego strachu! Wręcz przeciwnie – rozpierała mnie radość i poczucie nieograniczonej wolności. Zawirowałem pod sufitem, przeleciałem z jednego końca pokoju na drugi, badając stopień kontroli nad ciałem astralnym. Okazało się, że mogłem sterować nim z pełną swobodą, podobnie jak steruję zwykłym ciałem na jawie, a powiedziałbym, że nawet lepiej – nie ograniczała mnie grawitacja.

Chciałem jednak rozwiać wszelkie obawy. Zniżyłem lot tak, że znalazłem się bezpośrednio nad sobą. Przez chwilę patrzyłem z ciekawością. Rozpoznawałem własne rysy, ale wizja nie była stabilna – twarz falowała, mieniła się, zmieniała kształt.

Następnie „odwróciłem się” na plecy i bardzo powoli wpłynąłem do leżącego ciała. Zrobiłem to bez problemu. Może poszło tak gładko, bo przestałem panikować? Wróciwszy do siebie, usiadłem, włączyłem lampkę, omiotłem wzrokiem otoczenie, dotknąłem ściany i własnej twarzy, żeby upewnić się, że to nie sen, po czym zgasiłem światło i położyłem się z powrotem. Już po minucie znowu fruwałem po pokoju. Niepokój zniknął całkowicie. Kręciłem piruety, udawałem, że pływam żabką, odbijałem się od ścian jak na basenie, żeby dopłynąć do drugiego końca pomieszczenia. Rozpierała mnie radość.

Kiedy już poszalałem, postanowiłem zbadać dalsze otoczenie i wypuścić się poza pokój. Podpłynąłem do drzwi i ostrożnie wyciągnąłem dłoń. Nie wiedziałem, czego oczekiwać. Że jak na filmach ręka przejdzie przez drewno? Dotknąłem twardej powierzchni. Pod palcami wyczuwałem wyraźną strukturę lakieru. Popchnąłem mocniej. Opór. Zaparłem się z całych sił. Cholera. Nic. Normalne drzwi, a ja równie dobrze mógłbym próbować sforsować je na jawie.

Podfrunąłem pod sufit i lewitując, pomyślałem przez chwilę. W czym problem? Monroe opisuje, jak przenika przez grube ściany. Dlaczego więc nie mogę poradzić sobie z głupimi drzwiami? Chyba, że… Może nie wstrzymują mnie prawdziwe drzwi, ale drzwi w mojej głowie? Koncepcja, której nie potrafię świadomie odrzucić?

Zbliżyłem się do przeszkody i powtarzając w myślach: „jesteś niematerialny, jesteś niematerialny” wyciągnąłem dłoń. Twarda powierzchnia. No dobra. Może przeszkodą jest „patrzenie”? Zamknąłem oczy i spróbowałem jeszcze raz. Ręka natrafiła na delikatną, miękką zasłonę, czy raczej elastyczną błonę. Popchnąłem mocniej i dłoń weszła głębiej. Poczułem jak zagłębia się w strukturę drewna. Wyczułem cienką granicę lakieru. Aż wreszcie ręka była wolna, po drugiej stronie. Nie otwierając oczu, cały przeniknąłem przez drzwi. Dziwne uczucie. Lekko nieprzyjemne, ale nic naprawdę drastycznego.

Znalazłem się w pokoju mamy i siostry. Podfrunąłem do łóżka, spoglądając z ciekawością na śpiące postacie. Po chwili zostawiłem je same i popłynąłem do kuchni, gdzie sypiał tata. Z włączonego telewizora płynął srebrzysty, nienaturalny blask. Tata nie spał.

Tutaj zauważyłem ciekawą rzecz. Patrzył w ekran, ale pod jego twarzą falowała druga, wpatrzona we mnie. Wyraźnie widziałem, że ta „druga” postać wcale nie jest zadowolona z mojej obecności. Wyczułem coś w rodzaju przekazu: „wracaj do ciała, nie powinieneś tego robić”. Zostawiłem go samego i pofrunąłem do siebie.

Wstałem z łóżka, założyłem kapcie i poszedłem cicho w stronę kuchni. Zerknąłem do środka. W telewizorze leciał western. Tata na wpół drzemał, na wpół oglądał.
Nie budząc nikogo, wróciłem do łóżka i pierwszy raz od dawna zasnąłem głębokim, spokojnym snem.

Dzień 39

Dni płyną szybko i radośnie. Nastrój zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni. Przestałem odburkiwać rodzicom, w szkole też idzie całkiem dobrze, choć przyznaję, że nie mam entuzjazmu do nauki. Większość czasu myślę o tym, co będę robił w nocy. Planuję eksperymenty, wypady poza dom, itd. No ale nie udaje mi się wyjść poza plany.

W czym problem? Choć strach zniknął i co noc wychodzę z ciała, nie wypuszczam się poza pokój. Nie dlatego, że nie chcę - nie w tym rzecz. Chodzi o to, że poza ciałem łatwo jest dać się rozproszyć. Przed zaśnięciem mam już w głowie plan badawczy, kiedy jednak tylko jestem na zewnątrz, cała logika umyka z głowy (hm… „z głowy”? Musze pomyśleć, czy w nowych okolicznościach to wyrażenie ma jakiś sens). Zamiast trzeźwo ocenić sytuację, bawię się jak dziecko i większość czasu „poza”, spędzam na głupich harcach pod sufitem. To dziwne uczucie. Z jednej strony poczucie wolności i radości, ale przy tym całkowity brak racjonalnego myślenia.
Wszystko zależy od momentu wyjścia. Jeśli na samym początku człowiek da się porwać jakiejś myśli, czy atmosferze, to ta rzecz w pełni nad nim zapanuje. Nie jest łatwo, choć udało mi się mieć kilka chwil przejrzystości.

Muszę kończyć. Szczekają psy. Siwy miał dzisiaj wpaść, pewnie to on.

* * *

Już późny wieczór. Siwy właśnie poszedł do domu. Kusiło mnie, żeby podzielić się ostatnimi doświadczeniami, ale w ostatniej chwili powstrzymałem jęzor. Spytałem tylko, co myśli o oddzieleniu umysłu od ciała, czy jest to możliwe i czy spróbowałby, jeśli miałby okazję. Popatrzył jakoś tak dziwnie i rzuciwszy głupi żart, zmienił temat. No tak, ciężko oczekiwać, żeby ludzie interesowali się, a tym bardziej wierzyli w takie historie. Muszę uważać na przyszłość, żeby nie zaczynać tego tematu zbyt pochopnie.

Otworzyłem okno. Zapowiada się ciepła noc. Zapachy wiosny wypierają zastałe powietrze mojej nory. Widać gwiazdy. Choć tak dalekie i choć pomiędzy mną a nimi leży mroźna pustka kosmosu, to patrząc na nie, czuję otuchę. Żebym tylko mógł wyfrunąć z tego cholernego pokoju! Poleciałbym do gwiazd. Daję słowo.

Zanim się położę, zapiszę jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Trzy dni temu, kiedy przyszły wibracje, zaszło coś dziwnego. Trochę śmiesznego, ale równocześnie denerwującego. Moje nogi i tułów wysunęły się z ciała, ale głowa utknęła. Majtałem w powietrzu nieważkimi nogami, próbując wyrwać głowę zablokowaną w… głowie, ale nie dałem rady. Co więcej, czułem dotyk poduszki na skórze, mogłem nawet poruszyć lekko gałkami ocznymi, natomiast kompletnie straciłem czucie w reszcie materialnego ciała. Wreszcie zrezygnowany wsunąłem się z powrotem do siebie. Zapaliłem lampkę, usiadłem, wziąłem kilka głębokich oddechów i z niecierpliwością ponowiłem próbę. Znowu to samo! Głowa utknęła na dobre. Spróbowałem jeszcze trzy razy, po czym dałem spokój. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowe niepowodzenie.

Następnej nocy, gdy nadeszły wibracje, postanowiłem zrobić eksperyment. Zamiast całkowicie wyjść z ciała, wysunąłem tylko rękę. Udało się bez problemu. Choć byłem świadomy całego ciała, to moja „astralna” ręka była wolna. Opuściłem ją i dotknąłem podłogi. Przez chwilę badałem powierzchnię, wyczuwając strukturę klepek, tak jak wcześniej zrobiłem z drzwiami. Postanowiłem „wypuścić się” dalej. Nacisnąłem mocniej. Ręka, prawie bez oporu weszła w podłogę. Czułem konsystencję drewna. Zagłębiłem się bardziej. Sucha, miałka ziemia. Później trafiłem na kamienie. Ta warstwa była grubsza. Powiedziałbym, że miała ponad metr. Wreszcie poczułem luz. Domyśliłem się, że trafiłem na pustą przestrzeń… Piwnica! Poczułem ukłucie strachu. Nasza piwnica zawsze wzbudzała we mnie niepokój. Przypominała średniowieczny loch, a nie swojską komórkę na ziemniaki. Zawahałem się, ale ciekawość zwyciężyła. Jak bardzo będę mógł rozciągnąć rękę? Znów trafiłem na lekki opór. Chyba podłoga piwnicy. Trochę głębiej… Kiedy dotknąłem mokrej ziemi pod fundamentami, skapitulowałem. Przeczuwałem, że mogę rozciągnąć się na druga stronę planety. Wystraszyło mnie to.

Jeszcze jedno ciekawe wydarzenie. Tym razem z przedwczoraj. Po wyjściu znowu wpadłem w „głupawę”. Wirowałem pod sufitem, odbijałem się od ścian, skakałem po meblach, a nawet wchodziłem poza meble, w szparę nie większą niż dłoń. Kiedy wreszcie postanowiłem wrócić do ciała, mój wzrok zatrzymał się na budziku. Otrzeźwiałem. Przyszło mi do głowy, żeby coś sprawdzić. Z wysiłkiem skoncentrowałem się na wskazówkach. Nie było to wcale łatwe. Choć umysł miałem jasny, to w jakiś sposób procesy myślowe ciała astralnego płyną inaczej. Uczucia, myśli, nastroje są bardzo rzeczywiste i dotykalne, ale tabliczka mnożenia, czy sprawdzenie godziny, to już spory wysiłek. Ale dałem rady. Trzecia czterdzieści trzy. Zapamiętałem cyfry i wskoczyłem do siebie. Natychmiast otworzyłem oczy, włączyłem światło i podniecony, wbiłem wzrok w zegar przy łóżku. Trzecia czterdzieści trzy! Eksperyment wykonany i w pełni udany.
No dobra, gaszę światło i do spania. Ciekawe, co czeka mnie dzisiaj.

Dzień 40

Ta-tam! Dałem radę. Przykontrolowałem głupawę, choć nie było łatwo: wewnętrzne dziecko chciało się bawić jak co noc, ale tym razem nie popuściłem. Wygrał badacz. Kiedy spłynęły ze mnie niekontrolowane emocje, mogłem wreszcie trzeźwo myśleć (choć tak, jak pisałem wcześniej, trzeźwe myślenie „tam” różni się od trzeźwego myślenia „tutaj”).

Postanowiłem wyjść poza dom. Miałem stracha. Wiedziałem, czego oczekiwać w domu, ale kto wie, jakie niespodzianki czaiły się na zewnątrz? Nie oczekiwałem, że jestem jedynym astralnym podróżnikiem. A co, jeśli spotkam ducha?

Odrzuciłem tchórzliwe myśli i wyobraziłem sobie, że wzbijam się wysoko do góry. Wystrzeliłem jak z procy, aż zaparło mi dech. Przebiłem sufit, dach i zanim się obejrzałem, wisiałem kilkaset metrów nad wioską, widząc w dole nieliczne, drobne światła. Dokładnie wtedy przypomniałem sobie, że cierpię na lęk przestrzeni. Spadłem jak kamień, przeraźliwie krzycząc.
O mały włos nie wróciłem do ciała, ale opanowałem emocje. Kolejna lekcja – bardziej mierzyć siłę, jaką wkłada się w myśli.

Mój wzrok przyciągnęło otwarte okno. Ta droga wydawała się bezpieczniejsza, niż katapultowanie przez sufit. Podfrunąłem bliżej, posiedziałem przez chwilę na parapecie, obserwując drzewa i inne, poruszające się kształty. Strach odszedł zupełnie. Zastąpiła go ulga i przeczucie przygody, mistyki, nieprzewidywalności rzeczywistości. Wszystko może się zdarzyć. I cokolwiek by to nie było, nie ma się czego bać. Wszechświat jest przyjaznym miejscem.

Delikatnie popłynąłem w ciemność. Najpierw ostrożnie, badawczo, ale już po chwili pędziłem po całym ogrodzie. Podleciałem do kilku drzew, przyglądając się z bliska korze i liściom. Choć wyglądały tak samo jak na jawie, miałem wrażenie, że oglądam je pierwszy raz. Widziałem fizyczna formę, ale równocześnie dostrzegałem drżącą, lśniącą energię, która nie tyle co kryła się pod materią, ale raczej stanowiła jej podstawę… Tkanina materii przeplatała się z tkaniną energii… Nie umiem tego właściwie opisać.

Podobnie było z trawą, z owadami, a nawet z przedmiotami. Nie mogłem uwierzyć, że zmarnowałem tyle dni na durne zabawy w czterech ścianach. Odkryłem właśnie nowy, fascynujący świat.

Nie wiem, jak długo to trwało. Nie pamiętam powrotu do ciała. W którymś momencie po prostu się obudziłem.

Dzień 41

Ostatniej nocy nic. Zasnąłem wieczorem i obudziłem się rano. Rozczarowanie jak cholera. Powlokłem się do szkoły, odbębniłem swoje. Później w domu bez entuzjazmu pooglądałem telewizję, wypiłem piwo, zjadłem zupę. Już wieczór. Znowu zostawiłem otwarte okno, choć dzisiaj trochę chłodniej.

Dzień 42

Kurde, nie! Znowu nic. Spałem całą noc jak kamień. Nawet nie miałem żadnego snu. Mam nadzieję, że to nie koniec. Proszę, proszę, proszę! Chciałem jeszcze zrobić tyle rzeczy. Niech to się nie kończy.

Dzień 43

Ostatniej nocy spotkałem na podwórku ducha.
Chociaż nie jestem do końca przekonany, że to był duch. Może ktoś wypuścił się za daleko podczas snu? Napisałem o duchu, żeby było bardziej dramatycznie.
Po dwóch, „normalnych” nocach ogarnęła mnie wczoraj czarna rozpacz. Na szczęście, wkrótce po zaśnięciu usłyszałem trzeszczenie, poczułem wibracje i po chwili kołysałem się pod sufitem. Od początku byłem spokojny i trzeźwy. Może wystraszony ostatnimi niepowodzeniami, podświadomie nie chciałem tracić czasu na wygłupy?

Tak jak ostatnio, wyfrunąłem przez otwarte okno (nie, żeby miało to jakieś znaczenie – przez zamknięte wyleciałbym pewnie tak samo) i pochłonęło mnie radosne latanie wokół domu. Rozzuchwalony, kilkakrotnie wzbiłem się na wysokość jesiona, ale szybko wracałem do bezpiecznego poziomu. Czułem jednak, że niedługo przełamię opory i spróbuję polecieć wyżej. Jak bardzo wyżej? Miałem już kilka pomysłów. Najpierw trochę ponad atmosferę. Następny w kolejce był księżyc. A co!

Miałem pisać o duchu.
Zobaczyłem na środku podwórka postać. Zastygłem w bezruchu. Byłem bardziej ciekaw niż wystraszony. Podleciałem bliżej. To była dziewczyna. Nikt, kogo bym znał. Najpierw myślałem, że mnie nie widzi, ale kiedy zbliżyłem się jeszcze bardziej, podniosła oczy. Nic w stylu horroru. Wydawała się normalną, miłą dziewczyną i patrzyła na mnie z taką samą ciekawością, z jaką ja na nią. Powiedziała coś, ale nie pamiętam, co. Odpowiedziałem. Również nie mam pojęcia, co. Po chwili poczułem, że rośnie we mnie coraz większe pragnienie seksualne. Wiedziałem, jak bardzo jest to widoczne. Widziała mój umysł i uczucia jak na dłoni. Ogarnął mnie wstyd i z tego wstydu, tak mi się wszystko pomieszało, że nagle wróciłem do ciała. Żałowałem, bo przypadła mi do gustu i pamiętam, że zanim zawstydzony zwiałem, uśmiechnęła się ładnie, dając do zrozumienia, że wszystko w porządku.

Trudno. Za późno. Może się jeszcze spotkamy?

c.d.n.

No comments:

Post a Comment