Tuesday, 3 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3



Z dziennika podróżnika astralnego - cz.3

Dzień 62

Leci ten czas niesamowicie szybko. To, co jeszcze niedawno było nowością, stało się chlebem powszednim. Chce mi się śmiać, kiedy przypominam sobie pierwszy raz. Ale miałem wtedy pełne portki.
Nic się ostatnio nowego nie zdarzyło. Mogę nawet powiedzieć, że wpadłem w rutynę. Prawie co noc wyfruwam z domu, latam sobie dookoła, czasami wypuszczam się dalej, nad rzekę albo do lasu. Kilka razy spotkałem różne osoby, ale nikogo ciekawego. Wydaje się, że nikt z nich nie był zainteresowany kontaktem. Jak do tej pory nie natknąłem się na tajemniczą nieznajomą.
Co jeszcze? Pokonałem lęk wysokości, a przynajmniej mam go pod kontrolą. Czasami wzlatuję wysoko, ponad drzewa i przez chwilę wiszę nad wioską, czerpiąc radość z widoku. I tyle. Jest miło, sympatycznie, ale chyba stanąłem w miejscu. Chociaż nie wiem, czego oczekiwałem. Objawienia? Spotkania ze Stwórcą? Na to pewnie przyjdzie jeszcze czas.

Dzień 81

W końcu coś nowego. Zaniedbałem ostatnio pisanie w dzienniku. Po prostu nic się nie działo.
Przez kilka dni byłem w odwiedzinach u Smyka. Ucieszył się na mój widok, ale dostałem burę za długi okres milczenia. Dlaczego się nie odzywałem? Gdzie byłem? Co jest grane?
Wahałem się przez chwilę, ale wreszcie machnąłem ręką i wieczorem, przy ognisku opowiedziałem wszystko jak na spowiedzi. Słuchał uważnie, przerywając tylko z rzadka krótkim pytaniem, kiedy czegoś nie zrozumiał. Jąkałem się trochę i od razu pożałowałem gadulstwa, ale kiedy skończyłem, Smyk zapytał: „Masz tę książkę tutaj?”. Zaprzeczyłem. Nie przyszło mi do głowy, że mógłbym jej potrzebować. Przyjechałem, żeby posmakować dawnych klimatów, a nie nauczać nowej ścieżki.
„Jutro jedziemy do ciebie. Muszę to przeczytać. Zdajesz sobie sprawę, na co trafiłeś? To jest coś, facet. Wielkie coś”.
Następnego dnia dałem mu książkę i pożegnaliśmy się na prawie dwa tygodnie. Zadzwonił przedwczoraj.
- Pankracy, ciągle latasz?
- Latam.
- Codziennie?
Pomyślałem przez chwilę.
- Prawie codziennie. W środę spałem normalnie, ale oprócz tego…
- Słuchaj – przerwał mi. – Nic mi nie wychodzi z tych ćwiczeń. Mam tak jak ty na początku: kiedy tylko próbuję się zrelaksować, wszystko mnie swędzi i wkurza.
- Co ci poradzę?
- No właśnie, możesz poradzić.
- Smyk, o czym ty mówisz?
- Monroe pisze, że będąc poza ciałem, można wyciągnąć inną osobę. Kapujesz?
Kapowałem i zgodziłem się spróbować.

No więc: wczoraj w nocy, po wyjściu przypomniałem sobie o prośbie przyjaciela. Monroe pisze, że jeśli chcesz kogoś znaleźć, musisz skupić myśli na tej osobie, i wtedy koncentracja zaprowadzi cię prosto do celu. Żeby jednak nie ulec rozproszeniu, najlepiej przebyć całą podróż z zamkniętymi oczami. Wiedziałem, że ma rację. Nieraz doświadczyłem, jak mała myśl, emocja, czy pragnienie, w jednej chwili przeradza się w niekontrolowaną fiksację albo namiętność.
Zamknąłem oczy i przywołałem obraz Smyka. Nawet nie sam obraz, ale raczej wspomnienie jego osobowości. Takie rzeczy robi się łatwo, kiedy wyobraźni nie ogranicza materia
Wystrzeliłem przed siebie. Czułem na twarzy podmuch wiatru, niby od ogromnego pędu. I nagle coś mnie skusiło, żeby otworzyć oczy.

Jęknąłem z zachwytu, choć nie rozumiałem do końca, co widzę. Leciałem pośród rzadkich, srebrzystych chmur. Srebrzyły się od księżyca, którego jasna tarcza lśniła dokładnie nad moją głową. Pod stopami natomiast rozciągały się góry i ciemny las. Wypłoszony wysokością, spikowałem, zatrzymując się dopiero tuż nad linią drzew. Dotknąłem szyszek i iglastych gałęzi. Skupiłem wzrok. Las żył. Widziałem jaśniejsze plamy zwierząt. Tam czaił się lis, tam stała sarna, tu zając. Było w tym widoku cos tak swojskiego i przyjemnego, że aż serce bolało z radości. Zawyłem jak wilk i zagubiłem się pośród drzew. Byłbym tak latał do rana, gdybym nie przypomniał sobie, że mam misję do spełnienia. Smyk. Tylko w jaki sposób trafiłem tutaj?

Choć racjonalność nie jest mocną stroną umysłu w ciele astralnym, zaskoczyłem sam siebie trzeźwym wnioskiem: droga prowadząca do domu Smyka ma w przybliżeniu kształt litery U. Ja mieszkam na końcu jednego ramienia, on na końcu drugiego. Pomiędzy nami leży natomiast kilka gór i las. Przyzwyczajony do podróży zwykłą drogą, oczekiwałem, że w ten sam sposób pofrunę do przyjaciela. Okazało się, że duch wybrał drogę na przełaj, pomijając bezużyteczną szosę.
To wszystko uświadomiłem sobie tam, nad lasem. Zostawiłem z żalem zapach świerków i rosy (być może wyobraziłem sobie, że go czuję?) i kontynuowałem podróż. Po krótkiej chwili zobaczyłem pod sobą dom przyjaciela. Powoli podleciałem do okna i przez wąski lufcik wpłynąłem do środka. Smyk leżał w łóżku. Nie wiedząc za bardzo, jak się do tego zabrać, pociągnąłem go za nogi. Wtedy mnie zauważył. Zdziwiony i przestraszony, zaczął prosić, żebym go zostawił, że właśnie się rozmyślił. Po chwili zauważyłem, że komunikuję się z jego ciałem astralnym, natomiast ciało fizyczne leżało w bezruchu. Nie słuchałem błagań, mówiąc, że z początku strach to normalka, ale kiedy minie, to zaczyna się prawdziwa zabawa.

Nasz pojedynek trwał dobrą chwilę, aż nagle obudziłem się w swoim ciele. Pełny pęcherz nie pozwolił mi na zakończenie misji. Musiałem pójść do kibla.
Dziś rano zadzwonił Smyk. Głos drżał mu z przejęcia.
- Byłeś u mnie?!
- Powiem ci, ale najpierw powiedz, co się stało. Nie chcę cię sugerować.
Okazało się, że w nocy poczuł wibracje. Przeraziło go to tak bardzo, że chciał natychmiast zrezygnować (oh, skąd ja to znam?), nic jednak nie mógł zrobić. Paraliż. Coś wyciąga go za nogi. Walka. Wreszcie udało mu się oswobodzić, nie zmrużył jednak oka do rana.
Opowiedziałem mu, co zrobiłem. Mieliśmy kupę śmiechu, ale ostatecznie poprosił, żebym już tego nigdy nie zrobił. Choć podoba mu się idea, to czuje, że nie jest jeszcze gotowy.
Trudno. Pozostanę w takim razie samotnym włóczęgą po innych wymiarach.

Dzień 100

Dawno nie pisałem. Nie miałem do tego głowy. Sporo nauki w szkole. Wciągnąłem się w Bułhakowa i Dostojewskiego. Oprócz tego rzuciłem palenie – sam nie wiem dlaczego. Po doświadczeniach ostatnich kilku miesięcy, palenie wydaje się głupie, trywialne. Zacząłem też szperać po książkach religijnych. Nigdy mnie to nie interesowało, ale w takiej sytuacji…
W bibliotece znalazłem jakieś książki o buddyzmie i kabale. Smyk miał trochę literatury od krysznowców - pożyczył mi. Będę po trochu czytał.

Dzień 112

Wreszcie coś nowego. Myślę, że ostatniej nocy przekroczyłem granicę. Jaką? Nie jestem pewny.
Nad ranem, zaraz po wyjściu, pomyślałem, że chciałbym spotkać kogoś „na wyższym szczeblu”. Może to wpływ książek, jakie ostatnio czytam? Dużo w nich o duchowych przewodnikach, guru, wyższych siłach, aniołach, itd.
Przymknąłem oczy i skoncentrowałem umysł na pragnieniu kontaktu z wyższą siłą. Natychmiast z wielką szybkością ruszyłem w górę. Poczułem lekki strach, ale utrzymałem medytację. Trwało to kilka chwil i miałem wrażenie pokonania wielkiego dystansu. Jak wielkiego? Nie mam pojęcia, ale byłem przekonany, że zostawiłem Ziemię za sobą.
Kiedy skończył się lot i otworzyłem oczy, widok kompletnie mnie zaskoczył. Stałem przed kawiarnią. Kilka osób siedziało na zewnątrz w ażurowych, delikatnych fotelach, cicho rozmawiając i pijąc herbatę (tak przynajmniej pomyślałem, widząc filiżanki). Wyglądało to jak paryska kafejka. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Przyszło mi do głowy, że być może „wpadłem” w normalny sen - zdarzało się to wcześniej. Oznaczałoby to, że obecne doświadczenie nie ma obiektywnej wartości. Rozczarowała mnie ta myśl, ale zanim miałem okazję przeanalizować ją głębiej, z kawiarni wyszedł uśmiechnięty mężczyzna i skierował się w moją stronę. Wyglądał zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że byłem już prawie pewny, że śnię. Jasny, chyba kremowy garnitur w stylu lat dwudziestych, róża wpięta w butonierkę, błyszczące, skórzane buty. Twarz przeciętna, jasna, wzbudzająca zaufanie. Wyciągnął rękę.
- Witaj, Pankracy. Miło cię widzieć.
Zbity z tropu, uścisnąłem dłoń. Mężczyzna zaprowadził mnie do stolika i wskazał pusty fotel. Bez słowa usiadłem.
- Pytaj, o co chcesz – powiedział nieznajomy, usadowiwszy się naprzeciwko.
Zrozumiałem, że chyba faktycznie znalazłem wyższą istotę, choć nie tak to sobie wyobrażałem. Zdążyłem zadać tylko jedno pytanie.
- Niech pan wytłumaczy, jak to możliwe, że chociaż jestem na innej planecie, to pan i reszta tych ludzi – zatoczyłem ręką łuk – wyglądacie jak ja? Jak to możliwe, że ewolucja tutaj rozwijała się w ten sam sposób, co na Ziemi?
Uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy i szerszy, aż wreszcie mężczyzna wybuchnął śmiechem. Chichotał, jakbym opowiedział najlepszy kawał na świecie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Wreszcie opanował wesołość. Nachylił się i wbijając we mnie roziskrzone spojrzenie, powiedział:
- Czy ty naprawdę myślisz, że świat jest na ślepo wystrzelonym pociskiem?
Nie zdążyłem zareagować ani spytać o wyjaśnienie zagadkowej odpowiedzi. Jakaś siła pociągnęła mnie w dół i w sekundę znalazłem się w łóżku. Pęcherz.
Byłem zły, że z powodu tak trywialnej potrzeby zmarnowałem okazję fascynującej rozmowy. Kiedy jednak pomyślałem nad tym przez chwilę, zdałem sobie sprawę, jak ważne było to krótkie zdanie. „Świat nie jest na ślepo wystrzelonym pociskiem”. Chodzi o Boga? Wszechświat nie jest chaotycznym workiem materii, ale zaplanowanym, harmonijnym aktem Stwórcy?
Muszę o tym pomyśleć.

Dzień 200

Deszcz siecze o okno. Szaro i zimno. Złota jesień trwała nie więcej niż tydzień. Teraz już deszcz, ziąb i człowiek z niecierpliwością oczekuje zimy, która wprowadziłaby trochę porządku w ten zabłocony bajzel.
Dlaczego czuję się tak podle? Po wczorajszej nocy powinienem być szczęśliwy, uduchowiony, a zamiast tego drąży mnie smutek. Nie pomaga Daab, ani Bakszysz. Nie pomaga Bhagavad-gita.
Wychodząc wczoraj z ciała, po raz pierwszy od spotkania z facetem od „ślepo wystrzelonego pocisku” skoncentrowałem umysł na czymś wyższym. Tym razem chciałem doświadczyć jeszcze więcej, zrozumieć głębiej.
Gdy tylko wzbudziłem w sercu silne pragnienie poznania, wystrzeliłem z wielką szybkością w górę. Przysięgam, leciałem jeszcze szybciej niż ostatnio. O wiele szybciej. Nie dam rady nawet spróbować opisać dystansu, jaki pokonałem. Mijałem gwiazdy, które od pędu zlały się w lśniące smugi. Musiałem zamknąć oczy. Ukłucie strachu trwało tylko sekundę. Później nic nie miało znaczenia. Czułem, że dzieje się coś bardzo ważnego. Zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wrócić z tej wycieczki, ale wcale mnie to nie zmartwiło.
Podróż trwała długo. Kilkanaście minut? Piszę z pytajnikiem, bo jak mówić o upływie czasu w takiej sytuacji? Może to była tylko mała chwila? A może godzina?

Najpierw uderzyło mnie uczucie nieograniczonej radości i miłości. Zorientowałem się, że już nie lecę. Otworzyłem oczy. Unosiłem się w wypełnionej światłem przestrzeni. Było w niej coś rozkosznego, znajomego… Zacząłem szlochać ze szczęścia. Wróciłem do domu – taka była pierwsza myśl. Nie pozostał nawet ślad niepokoju, strachu, zagubienia, zmartwienia, nic. Jakby ktoś przejechał po duszy mokrą gąbką i oczyścił ją z kurzu. Wiem, jak brzmi to teraz… Cholera – nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko pisać o prawdziwie religijnym doświadczeniu. Jak je opisać? To, co wcześniej uważałem za szczęście – zakochanie, rozmowa z przyjacielem, dobra muzyka, spokój płynący z leżenia na leśnej polanie, itd., okazało się tylko ulgą od ciągłego napięcia i walki. Dysharmonia jest z nami cały czas, więc nie zdajemy sobie sprawy z jej obecności.

Tam, w górze doświadczyłem dotykalnego szczęścia. Stanowiło wartość samo w sobie, nie będąc tylko odpoczynkiem od cierpienia. Dotknąłem harmonii! Wirowałem w tym złocistym świetle, śmiejąc się i płacząc równocześnie. Dom! Jestem w domu! – krzyczałem.

I wtedy ciepła, miękka dłoń ujęła moją. Miłość spłynęła z niej chłodnym strumieniem, wypełniając mi duszę po brzegi. A przecież przed chwilą czułem, że nie mogę być już szczęśliwszy. Podniosłem wzrok. Moje ramię zanurzone było w kuli światła. Próbowałem przebić wzrokiem jasność, ale silny uścisk skarcił mnie za ciekawskość. Posłusznie opuściłem oczy i wtuliłem twarz w emanującą miłością dłoń. Wiedziałem na pewno – wróciłem…

Niepokój nadszedł, kiedy tajemnicza istota pociągnęła mnie w dół. „Nie chcę stąd odchodzić” – wysłałem błagalną myśl. Nie usłyszałem odpowiedzi, jedynie falę współczucia. „Pozwól mi zostać” – nie przestawałem prosić przez łzy.

Gdy zatrzymaliśmy się, spojrzałem pod siebie… Brakuje słów, cholera, brakuje słów… Tam była materia… Cała materia. Dysonans. Najniższe spektrum energii, całkowite przeciwieństwo miejsca, które właśnie znalazłem.
Ekstaza i spokój odeszły bez śladu. Desperacko wpiłem się palcami w dłoń anioła. „Proszę…”. Odpowiedział. Nie użył słów, ale w tłumaczeniu byłoby to coś w tym sensie: „Jeszcze nie jesteś gotowy”. Rozumiałem, że jest mu bardzo smutno, że jego serce pełne jest litości i współczucia. Wiedziałem jednak, że nie mogę zostać. Popatrzyłem jeszcze raz na światło, w którym tonęła moja ręka. I puściłem. Spadłem.

Dziwnie było dzisiaj jeść śniadanie. Jakby nic się nie stało – smarować chleb masłem, kłaść na kromkę plasterek sera, pomidora, słuchając rozmów przy stole. Chyba bardziej ich teraz wszystkich kochałem. Ale nie potrafiłem otrząsnąć się ze smutku. Gdyby istniała taka możliwość, to bym tam został.
Nie załamuję się. Przecież powiedział „Jeszcze nie jesteś gotowy”. „Jeszcze”. To znaczy, że kiedyś będę, nie?
Zacząłem dziś palić w piecu. Kopci się niemiłosiernie, ale tak jest zawsze, za pierwszym razem, na jesień. Naznosiłem drewna, rozłożyłem obok paleniska, poduszki, parę książek. Muszę się wyciszyć. Odnaleźć. Przemyśleć to wszystko.

KONIEC



No comments:

Post a Comment