Sunday, 1 August 2010

Z dziennika podróżnika astralnego - cz.1



Z dziennika podróżnika astralnego - 1
(gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych)

Zabłocona, niebieska okładka prześwitywała pomiędzy krzakami. Pochylił się. Zeszyt. Jakiś dzieciak musiał wyrzucić albo zgubić. Nie wiedział dlaczego sięgnął po brudny notatnik. Sparzyła go pokrzywa, zaklął. Otworzył wymięte stronice. Pismo z pewnością nie było dziecięce. Przebiegł wzrokiem po koślawych, prawie nieczytelnych bazgrołach. Dziennik. Wytarł błoto rękawem i schował go do kieszeni. Być może przyciągnęło go kilka, przypadkowych słów, w których wyczuł bratni umysł? A może był znudzony i ucieszył się, że może podglądnąć czyjeś myśli? Choć na chwilę oszukać samotność... Oddalił się spokojnym krokiem, znikając powoli we mgle.

Kruk siedzący na gałęzi bezlistnej jabłonki chciał groźnie zakrakać, ale zmienił zdanie (z lenistwa) i tylko popatrzył drwiąco.

Dzień 1

Zima chyba nigdy się nie skończy. Już prawie połowa marca, a śnieg nie chce stopnieć. W pokoju jest tak zimno, że kłęby pary wylatują z ust przy każdym oddechu, ale oszczędzam drewno. Więcej czasu spędzam w kuchni. Kiedy już męczy mnie towarzystwo domowników, wracam do siebie, zarzucam na głowę śpiwór i dwie kołdry. Tak opatulony mogę czytać i palić papierosy, wystawiając na zewnątrz tylko kawałek twarzy.
Złapało mnie przeziębienie, więc mam tydzień wolnego od szkoły. Radość. Po drodze z ośrodka zdrowia kupiłem ostatni numer Fantastyki, paczkę Klubowych i dwa Żywce.
Może jednak rozpalić w piecu? Choroba rozgrzesza mnie chyba z marnotrawstwa, nie? Lubię siedzieć przy piecu, kiedy huczy w nim ogień. Jest domowo, bezpiecznie.

* * *

Rozpaliłem. Od razu milej. Włączyłem Cranberries. Lubię ciepły głos Dolores. W Fantastyce znalazłem ciekawy artykuł, o wychodzeniu poza ciało. Wciągnęło mnie po uszy. Przygoda, tajemnica, poznawanie innych wymiarów, i to nie tylko na papierze, ale w prawdziwym życiu. Miód. Autor powołuje się na książkę jakiegoś Amerykanina. Robert Monroe „Podróże poza ciałem”. Kurde, ale się napaliłem. Tylko gdzie ja to znajdę? Na pewno nie w naszej księgarni, a już na pewno nie w bibliotece. Kiedy polepszy się ze zdrowiem, pojadę do miasta.

Dzień 8

Udało się! Po całodniowej wędrówce, po przewróceniu do góry nogami kilku księgarni, wliczając nawet te osiedlowe, znalazłem! Najśmieszniejsze jest, że trafiłem na książkę dopiero w dworcowym kiosku, kiedy rozczarowany czekałem na pociąg powrotny. Potraktuję to jako dobry omen. Może Wszechświat chce, żebym wgłębił się w temat? Może coś tam na mnie czeka?
Siedzę w pociągu i gładzę okładkę. Odwlekam czytanie. Uwielbiam moment przed rozpoczęciem książki, której tyle się szukało. Nie odstrasza mnie nawet new age’owska, pstrokata okładka. No dobra, zaczynam…

Dzień 9

Przeczytałem. Choć bardziej pasowałoby słowo „połknąłem”. Zacząłem już w pociągu. W domu wrzuciłem na szybko kanapkę i uciekłem do pokoju. Mama zdążyła jeszcze zapytać, jak było w szkole i dlaczego tak późno wróciłem. „Mieliśmy próbę kółka teatralnego” – skłamałem i zamknąłem drzwi. Wskoczyłem do wyrka i odpaliwszy papierosa, pogrążyłem się na powrót w lekturze. Fascynująca książka. Po godzinie mama zawołała mnie na kolację, ale wykręciłem się bólem żołądka.

Robert Monroe opisuje, jak pewnego dnia, wbrew własnej woli, zaczął wychodzić poza ciało. Najpierw obawiał się choroby psychicznej albo guza mózgu. Walczył z przerażającym doświadczeniem, ale pomimo wysiłków, prawie co noc jego astralne ciało wędrowało poza materialną powłokę. Wreszcie zdał sobie sprawę, że musi zaakceptować nową sytuacją. Z czasem zaczął eksperymentować, opisywać i studiować swój stan. Doświadczenia i przemyślenia z tego okresu zawarł właśnie w „Podróżach poza ciałem”.
Najlepsze jest to, że jeden z rozdziałów zawiera ćwiczenia mające pomóc w samodzielnej wędrówce poza ciało. Zaczynam od zaraz!

Dzień 12

Nie jest tak łatwo, jak myślałem. Za cholerę nie mogę przejść przez ćwiczenia relaksujące. Kiedy tylko próbuję powiedzieć ciału, żeby się rozluźniło, wszystko zaczyna mnie swędzić, uwierać, denerwować.

Codziennie spędzam po kilka godzin, próbując złamać opór, ale jest coraz gorzej. Kiedy wczoraj leżałem w medytacji, do pokoju weszła mama. Spytała, czy dobrze się czuję, czy może jeszcze trzyma mnie choróbsko z zeszłego miesiąca. Odburknąłem, że to rodzaj medytacji i potrzebuję do tego spokoju. Eh, dlaczego nie zwaliłem wszystkiego na chorobę? Kiedy mama usłyszała słowo „medytacja”, na jej twarz wypłynął niepokój. No ale za późno, nie można cofnąć słów.

Dzień 21

Próbuję i próbuję. I nic. Przeczytałem „Podróże…” jeszcze dwa razy, żeby być pewnym, że wszystko robię dobrze, ale nie znalazłem nic nowego. Tyle z tego dobrego, że po kolejnym przeczytaniu o doświadczeniach Monroe, wróciła inspiracja. Potrzebuję tego, bo entuzjazmu coraz mniej. Odbija się to na szkole i domowym życiu. Mama chyba myśli, że jestem w sekcie. Jak niby mógłbym być w sekcie, skoro większość czasu spędzam w swoim pokoju, gapiąc się w sufit?!

Dzień 30

Pierdolę to! Od trzech tygodni nie myślę o niczym innym. Jak idiota spędzam długie godziny, leżąc w bezruchu, próbując nie drapać swędzącej skóry, ani nie pozwalać pchającym się bzdurom wejść do umysłu. Gówno. W zetknięciu z rzeczywistością marzenia o astralnych podróżach zbladły bardzo szybko. Przed chwilą, po entej próbie wejścia w stan pomiędzy jawą a snem, wziąłem tę durną książkę i rzuciłem o ścianę. Wydanie było kiepskie, od początku wypadały strony, więc po takim rzucie książka rozsypała się na kawałki. Kopnąłem luźne kartki pod łóżko i wściekły wypaliłem chyba z pół paczki fajek. Zaraz idę do baru, odnowić znajomości. Nie widziałem kumpli prawie od miesiąca. Wszystko przez głupotę i nierealne marzenia. Pierdol się, Robercie Monroe!

Dzień 31

Jest czwarta rano, za oknem jeszcze ciemno, ale nie mogę czekać. Chcę opisać wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół, na świeżo, póki pamiętam. Serce wali z podekscytowania jak młot. Nie mogę opanować drżenia dłoni, bazgrzę więc straszliwie, ale co tam. Później przepiszę. Teraz fakty.

Zrobiłem to. Tak. Dziś w nocy wyszedłem z ciała. Wszystko działo się dosłownie przed kilkoma minutami. Kiedy o tym myślę, to aż mi się miesza w głowie. Kurde… To działa! I co? Jestem przerażony. Cieszę się, w końcu marzyłem o tym przez ostatni miesiąc, ale strach jest silniejszy niż radość. Dotknąłem czegoś, co mnie przerasta. Tajemnica badana przez filozofów i joginów, ignorowana przez naukowców, głoszona przez kapłanów. I właśnie z tą tajemnicą nawiązałem kontakt, w moim pokoju, śmierdzącym starym dymem i brudną pościelą.
Nie wiem, jak opisać wszystkie uczucia. Boję się o stan własnego umysłu. Rozpiera mnie prawie mesjańskie, mistyczne uniesienie…

No dobra. Podejdź do tego naukowo. Weź głęboki oddech, uspokój się i po kolei…

Zasnąłem normalnie. Wcześniej obejrzałem odcinek Archiwum X, wypiłem piwo, wyrzuciłem przez okno zawartość przepełnionej popielniczki i poszedłem do łóżka. Pierwszy raz od miesiąca nie próbowałem doświadczać odmiennych stanów świadomości. Byłem pokonany, ale i zrelaksowany.

Obudziło mnie dziwne uczucie. Otworzyłem oczy, próbując w ciemności znaleźć wyjaśnienie niepokoju. Niby wszystko to samo: kontury szarych mebli, ciemne prostokąty obrazów, jaśniejszy kształt okna.

Wstałem, włączyłem lampkę, zapaliłem papierosa, poszedłem do łazienki.
Kiedy wróciłem do łóżka, zamknąłem oczy, próbując zapomnieć o nieprzyjemnym wrażeniu i po prostu zasnąć. Nie wiem, ile to trwało, ale niepokój, zamiast odejść, był coraz intensywniejszy. Ponadto zacząłem słyszeć hałas. Nieprzyjemny, trzeszczący szelest, którego źródło wydawało się być wewnątrz mnie. Trzaski były coraz głośniejsze, po chwili przeszły w wibracje, a te rozlały się po całym ciele. I wtedy uświadomiłem sobie, że doświadczam zjawiska, o którym pisał Monroe. Początek wyjścia poza ciało: trzaski w uszach i wibracje.

Zamiast cieszyć się z sukcesu, wpadłem w panikę. Przerażony spróbowałem usiąść. Nic. Odrętwiałe ciało nie reagowało. Szarpnąłem mocniej. Bez skutku. Byłem więźniem w stalowym uchwycie Nieznanego, a najgorsze było to, że sam to „Nieznane” wywołałem! Dobra – pomyślałem – muszę się skupić i wyrwać z tego stanu. Muszę skoncentrować całą wolę… 1… 2… i… 3! Szarpnąłem.

Udało się. Usiadłem. Odetchnąłem z ulgą, obiecując sobie, że na tym kończę eksperymenty.
Ulga nie trwała długo. Wyczułem, że coś jest nie tak. Rozejrzałem się nieufnie po pokoju. Pomimo ciemności widziałem dokładnie wszystkie przedmioty. Nie dość, że każdy szczegół rysował się wyraźnie, niczym w dzień, to jeszcze wszystko lśniło słabą poświatą. Oprócz tego ja sam czułem się inaczej… Tknięty przeczuciem zerknąłem za siebie.

Moje ciało leżało. Zanurzony w nim do pasa, siedziałem i spoglądałem na własną, śpiącą twarz… Oddzieliłem się od ciała.

Nie mogłem powstrzymać paniki. Przerażony spróbowałem wsunąć się z powrotem, dopasować do leżącego ciała. Bez rezultatu. Wyraźnie odczuwałem siebie jako odrębnego od ciała, a gorączkowe ruchy nic nie dawały. Czułem dotyk bezwładnego mięsa, ale nie mogłem znowu się nim stać.

Umarłem! – spadła na mnie przerażająca myśl. – Tyle kombinowałem przez ten miesiąc, że w jakiś sposób uszkodziłem połączenie ciała z duszą i teraz jestem martwy!
Podwoiłem wysiłki. Osiągnąłem tylko tyle, że zacząłem spadać. Przeniknąłem przez łóżko, drewno podłogi, kamienie piwnicy. Spadałem w ciemności, teraz już pewny, że to śmierć i za chwilę poznam swoje przeznaczenie. W ostatnim rozbłysku trzeźwości, zwróciłem się ku modlitwie. W takim momencie można pozwolić sobie na rozejm z religią. Zadziałało. Przestałem spadać. Następnie powoli, później coraz szybciej wzniosłem się do góry. Z pustki wyłonił się w oddali ludzki kształt. Poza nim ujrzałem swój pokój. Tak, jakby moje ciało było przezroczystym oknem. Kiedy wreszcie zetknąłem się z „oknem”, mój duch i ciało „kliknęło” i znów byliśmy całością. Obudziłem się. Usiadłem, zapaliłem lampkę i odruchowo popatrzyłem za siebie, na poduszkę. Tylko wygnieciony materiał. Wróciłem!
Natychmiast złapałem dziennik i opisałem dokładnie całe wydarzenie.
I co teraz? Boję się zasnąć. Chyba przesiedzę do rana. Nie zostało przecież dużo. W świetle dziennym popatrzę na to inaczej, trzeźwiej.

* * *

Dobrze, że jest weekend. Nie wiem, jak poradziłbym sobie w szkole. Cały dzień myślę o tym, co zdarzyło się nad ranem. Około dziewiątej poszedłem na spacer. Wiosna na całego. Ciepły, kwietniowy dzień. Widziałem wszystko inaczej. Jakbym dojrzał znaczenie w rzeczach, które wcześniej były zwykłe, prawie niezauważalne. Coś ważnego, czego wcześniej nie dostrzegałem, a teraz tylko wyczuwam, nie rozumiejąc pełnego sensu. Szum rzeki wydał się głębszy, trawa zieleńsza, drzewa dostojniejsze... Uświadomiłem sobie, że wszystko jest duchem. Materia to tylko cienka warstwa, przykrywająca pulsującą, żywą energię. Cholera, nie ściemniam. Naprawdę to poczułem. Cały spacer przenikała mnie euforia, uniesienie, wrażenie szczególności tego momentu. Chciałem się śmiać, tarzać po trawie, śpiewać.

Później niepokój wrócił. Już późne popołudnie i niedługo zapadnie zmrok. Za kilka godzin idę do łóżka. Będę odwlekał ten moment, ile się da, ale spać przecież muszę. Odkąd własne łóżko przestało być bezpiecznym schronieniem, a stało się portalem do innego wymiaru, wcale mi się do niego nie śpieszy. Wstyd, bo myślałem, że mam żyłkę do przygód, a okazuje się, że ze mnie zwykły tchórz.

Dzień 32

To, czego najbardziej się bałem, jest faktem – dziś w nocy miałem powtórkę z wczoraj. Choć minęło kilka godzin i siedzę teraz w środkowym pokoju, oglądając telewizję z całą rodziną, która, niczego nieświadoma, śmieje się przy „Soku z żuka”, nie mogę strząsnąć czarnych myśli. Ile bym dał, żeby wrócić do słodkiej nieświadomości. Łajza przysuwa się bliżej i kładzie łeb na mojej nodze. Głaszczę go po głowie… Cholera, po co mi to wszystko było?

Tak jak poprzednio, najpierw były trzaski w uszach. Zaalarmowany, natychmiast wstałem. Nie chciałem dopuścić do paraliżu, który uwięził mnie wczoraj. Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy. Wypaliłem fajkę, zgasiłem lampkę, zamknąłem oczy. Nie minęła nawet minuta, kiedy trzaski wróciły. Kurwa! Znów usiadłem. Światło. Kolejny papieros. Z powrotem do spania. I znowu. Wreszcie znużony dałem sobie spokój z walką. Trzaski, paraliż, oddzielam się od ciała, spadam w pustkę, strach, panika, modlitwa, wracam do przezroczystego okna o kształcie ciała, za którym lśni pokój.

Obudziłem się na dobre i resztę nocy spędziłem na siedząco, czytając „Kroniki marsjańskie” i kopcąc nerwowo jak lokomotywa. Jestem niewyspany i wykończony.

Pozbierałem spod łóżka kawałki książki Monroe’a, poskładałem je do kupy i czytam jeszcze raz. Tym razem uważniej. Mam nadzieję znaleźć wyjście z tej kabały.

c.d.n.

1 comment:

  1. Ehh,super... ja to musialem siegac po Psilocybe semilanceata.

    ReplyDelete