Thursday, 16 April 2015

Lista powielkanocna


   1. Od paru dni już w Londynie. Wczoraj i przedwczoraj gorąco, ponad dwadzieścia stopni, dziś trochę chłodniej, ale ciągle słonecznie. Taki punkt pogodynkowy, na zaczęcie.
   2. Trzeci tydzień urlopu. W poniedziałek z powrotem do pracy. Mam jakieś 15 tygodni płatnego urlopu w roku. Tyle wygrać;)
   3. Dziś rano pojechałem rowerem do centrum. Jakieś siedem, osiem mil w jedną stronę. Stęskniłem się za Londynem. Piratowałem po ulicach, cieszyłem się przejazdami na czerwonych światłach (ach, ta wolność), posiedziałem w St James Park, no i z powrotem do domu, przez Vauxhall, Camberwell, Peckham, Brockley.
   4. Po drodze zgłodniałem i przypomniałem sobie, że jestem spłukany, a zjadłoby się coś ciepłego. W Peckham odwiedziłęm kilka targowisk warzywnych i z wyrzuconych dóbr nazbierałem szpinaku, ziemniaków, pomidorów, marchewki i papryki.
   5. Ugotowałem z tego obiad z trzech dań: szpinak, warzywka na ostro smażone na ghi oraz ryż. Do tego puszka cydru i pierwszy odcinek Friendsów.
   6. No właśnie: na jedzenie już nie ma, ale za to mam cały zestaw Friendsów na dvd, wersja rozszerzona. Kupiłem na ebayu zaraz po przyjeździe, dzisiaj doszło. To jest moja ucieczka do miłego świata, gdzie wszystko kończy się zawsze dobrze i wszyscy się lubią:) Tania zabrała swój zestaw do Finlandii, no ale teraz mam swój własny.
   7. Od niedzieli biegam co rano. Kupiłem sobie nawet buty do biegania w Primarku za dziesięć funtów.
   8. Oprócz ćwiczeń fizycznych, codziennie robię ćwiczenia muzyczne. Trzy zestawy: na cajon, charango i na melodykę. Bardzo to lubię. Odpręża mnie nauka, lubię dźwięk tych instrumentów, szczególnie charango, no i nie czuję, żebym stał w miejscu.
   9. Wczoraj dosyć ciężki wieczór. Napad samotności, rozżalenia nad sobą i egzystencjalnego smutku. Ale nie było to złe. Zwinąłem się w kłębek i to zwinięcie stało się jakby modlitwą, przyszło ciepło i poczucie opieki z góry.

 

Monday, 6 April 2015

Dzień siódmy i ósmy

   1. Wczoraj Niedziela Wielkanocna. Zjedliśmy razem uroczyste śniadanie. Wszyscy naszą tradycyjną jajecznicę na boczku ze szczypiorkiem, a ja moją wegetariańską sałatkę jarzynową. Później dzieciaki szukały jajek.


 


















   2. Po południu pojechaliśmy z Łukaszem i Moniką do Złatnej. Posiedzieliśmy z wszystkimi wujkami, ciotkami, kuzynami, dużo śmiechu, wódki. To dom babci, która nie tak dawno umarła. Tam przyjeżdżałem na wakacje, gdy byłem dzieckiem.


 











    3. Później pojechaliśmy (na pace:) do Toma, gdzie w kanciapce trwała impreza do późna. Na szczęście Łukasz załatwił transport do domu. Nie cierpię budzić się po imprezie w nie swoim łóżku.

























  4. Dziś dzień lenistwa. Stare komiksy, książka, dużo soku na kaca:)

Saturday, 4 April 2015

Dzień piąty i szósty

   Wesołych świąt:)
   1. Wczoraj zasiedzieliśmy się do późna przy kominku. Graliśmy w gry, gadaliśmy sobie.
   2. W ciągu dnia malowaliśmy jajka do święcenia. W domowej tradycji każdy musi zrobić przynajmniej jedno jajko. Nie wykręcałem się, było fajnie.




















   3. Jeszcze wcześniej poszedłem na spacer do lasu. Przeszedłem chwiejną kładką na drugą stronę rzeki, przedzierałem się przez chaszcze, o mały włos nie wpadłem do strumyka, w czasie wspinaczki między dwoma górkami. Lubię naturę, popatrzeć z góry na moją wioskę. Ale jednak bardziej swobodnie, ciepło czuję się spacerując po starych uliczkach jakiegoś miasta. Albo w sumie czasami wolę to, a czasami tamto.
 
































































   4. Tęsknię za Tanią bardzo. Chciałbym, żeby tutaj była. Cokolwiek by się nie działo, to moja najlepsza przyjaciółka. Nikt mnie tak nie rozumie, jak ona. Tym bardziej boli czasami samotność.
   5. Z Petią dużo rozmawiałem dziś na skypie. Też za nią tęsknię, choć wiadomo, inaczej. Uczę się żyć w teraźniejszości. Przestałem planować przyszłość, bo i tak nie mam pojęcia, czego chcę, co oczekiwać. Staram się czerpać radość z małych rzeczy. Z weekendów z dziewczyną, z gry na charango, z tego, że mam dużo wolnych dni w pracy, że nie mam za dużo zobowiązań, że naprawiam sobie zęby za darmo, z dobrej książki. Kiedyś się bardziej stresowałem tym, co będzie. Teraz uczę się pozwalać rzeczom płynąć.
   6. Ja z Uklejką:)


Thursday, 2 April 2015

Dzień czwarty





 















   Sypie, sypie, sypie. Już mi starczy. Teraz chcę słońca.
   Przed chwilą wróciliśmy z pizzerii. Niby mała wioska, ale jakość pizzy mamy na poziomie europejskim. Na pewno nikt nie poda tutaj z pizzą ketchupu. Do tego mieliśmy dwie karafki czerwonego wina. Atmosfera miła. Szczególnie dzieciaki nadają wszystkiemu coś odświeżającego, sympatycznego. Na pewno nie doceniałem swojej roli, jako dziecko:) Myślałem, że nie jesteśmy tak naprawdę ważni, błąkamy się tylko pod nogami i wszyscy nas wyrzucają z miejsca na miejsce. Teraz zdaję sobie sprawę, że gdyby nie maluchy, to by było smętnie. A  może to tylko ja? Odzywa się materiał na ojca, ha ha.
   Rano zrobiliśmy sobie małe jam session. Łukasz przyniósł ostatnią butelkę czteroletniej nalewki na głogu (tak, rano:), wyciągnęliśmy ukulele, tamburyny, bębny i przez godzinę podryfowaliśmy sobie razem, podczas gdy mama robiła ciasta na święta.
   Tarzam się w błogości.
   Ale coraz bardziej mnie ciągnie na kilkudniową chociaż wyprawę w góry. Trzy dni, to nie tak dużo. Gdybym tak wyszedł w sobotę i powłóczył się do poniedziałku... Tom by się obraził, że się nie zjawiłem, ale co zrobić:) Pomyślę jeszcze. Póki co leżę przy kominku i biorę się za Sandmana.,,
   ... O nie, wszyscy chcą grać w gry planszowe i się nie wywinę.















Wednesday, 1 April 2015

Dzień trzeci






















 Nic się za bardzo dziś nie wydarzyło, ale spróbuję utrzymać kontynuację tej urlopowej serii.

   1. Przyjechał Roland ze Szwajcarii. Zaparkował kampera na podwórku, przywiózł wino i szwajcarski ser. Porozmawialiśmy przez parę godzin, robiłem również za tłumacza, bo on ani w ząb po polsku, a reszta mojej rodziny tylko po polsku:) Lubię towarzystwo, ale czasami mam nastrój na bycie sam, albo z bliskimi. Tak było dzisiaj, więc nie kręciła się rozmowa za bardzo.
   2. Za jakąś godzinę przyjeżdża z Krakowa Ania. Myślę, że jeszcze nie będę spał, to się przywitam z siorą.
   3. Koło południa wzięła mnie chęć na lekturę. Poszedłem do mojego domu po jakieś książki. Błąd. Grzebiąc w szufladach i półkach zakopałem się we wspomnieniach i uczuciach. Uciekłem stamtąd, zapominając nawet o zabraniu książki. Jakby mnie gonił jakiś duch. Ciągle potrzebuję czasu, żeby się zresetować.
   4. Rozmawiam internetowo z jedną dziewczyną (tak myślę:), którą poznałem poprzez  bloga. Miła osoba. Wyczuwam dojrzałość, wyluzowanie i trzeźwość. Oprócz tego lubi poezję. Mieszka niedaleko mnie w Londynie, może wyskoczymy kiedyś na kawę.
   5. Żałuję, że nie zostaję tutaj na całe trzy tygodnie urlopu. Dwa tygodnie potrzebuję na delektowaniem się atmosferą gniazda rodzinnego, leniuchowanie, nudzenie się nawet. I dopiero trzeci tydzień poświęciłbym na jakiś samotny wypad w góry, wyłączenie się, obcowanie z naturą i przypadkowymi włóczęgami. No ale trudno, tak kupiłem bilety, muszę to jakoś wszystko ścisnąć w dwóch tygodniach.
   6. To chyba tyle. Może jeszcze tak refleksyjnie/smętnie. Nie wiem... Kocham ich wszystkich bardzo, ale czuję się jednak trochę poza. Ciężko mi to określić. Może dlatego tęsknię tak za Tanią. Bo ona sprawiała, że gdzie bym nie był, czułem się w domu. A teraz wszędzie jestem jakby gościem. Czy tu, czy w Londynie. Czasami czuję ekscytację nowymi możliwościami, niespodziankami od życia, potencjalnymi przyszłościami. A czasami mam to gdzieś. Męczą mnie nowi i znajomi ludzie, nie chce mi się przebijać przez ludzkie blokady, ani przepuszczać innych przez swoje, itd. Czasami jestem naprawdę gburem:)
   7. Cały dzień sypało, dopiero pod wieczór zaczęło lać. Słońca chyba nie doświadczę na tym wyjeździe, ale nie przeszkadza mi. Ta surowość mnie odświeża, inspiruje. Gdybym mieszkał na jakichś Hawajach, czy Teneryfie, to bym chyba umarł.


Tuesday, 31 March 2015

Dzień drugi

 



 


















   Po wczorajszych powitaniach, rozmowach do północy i winie obudziłem się na lekkim kacu, ale szczęśliwy. Po śniadaniu poszedłem zobaczyć do naszego domku (zatrzymałem się u mamy, mój dom jest po drugiej stronie podwórka). Napaliłem w kuchni, później w kominku, ale wydaje się, że komin jest zatkany, nie ma ciągu. Zakopciłem całe mieszkanie i w końcu dałem sobie spokój. Zostanę u mamy w kominkowym, i tak mam cały pokój dla siebie, więc wystarczy mi prywatności. W środę przyjeżdża Ania, ale zamieszka w pokoju z dzieciakami.
   Smutno było mi w naszym mieszkaniu. Wspólne rzeczy, nasze książki, drobiazgi. Moja tablica z notatkami i wykresami Najstarszych - powieści, której nie udało się skończyć, pudełko z kolekcją kart tarota, komplet DVD "Wojny domowej", różne bzdurki wyszywane przez Tanię.
   Czuję, że tu należę, że to moje miejsce, z bliskimi ludźmi, z moimi książkami, historią, górami. Żal mi, ze muszę wracać do Londynu, do obojętnego mi miejsca i ludzi, którzy nic mnie nie jarzą. Zostałbym, ale nie wiem, co miałbym tutaj robić. Może to i lepiej mieszkać daleko i mieć takie miejsce, które uważam za dom, które daje mi poczucie, że zawsze mogę gdzieś wrócić.
   Choć czuję nostalgię, to dobry smutek. Inspirujący, nie destrukcyjny. Nawet jutrzejszy dzień nie dołuje mnie: pierwszy kwiecień, nasza rocznica ślubu. gdyby nie rozwód, to byłaby piętnasta. Rzeczy się kończą, co zrobić. Prawdziwa sztuka, to nie utknąć w żalu, ale zestroić się z pięknem przemijalności. Bo przemijanie oznacza zmianę, a zmiana rozwój i człowiek przez to głębszy, mądrzejszy, czuje więcej.
   W piątek idę na Krawców Wierch do chatki Szymka. Ze Słowacji przyjeżdża Tomas, zrobimy sobie jam session, posiedzimy przy piecu, pogadamy, popatrzymy na góry. W niedzielę schodzimy do Złatnej, gdzie jak co roku wszyscy kuzyni, wujkowie i przyjaciele zbierają się razem i łoją ile się da. Co znaczy, że w poniedziałek będę się leczył, ale warto:)
   Teraz biorę się za książkę, poobcować z pięknym umysłem Kropotkina i czekam na obiad (fajne uczucie czekać na obiad, zamiast go robić:)
 

Monday, 30 March 2015

Dzień pierwszy

   Jestem w Polsce! Minęło dokładnie 21 miesięcy. Z lotniska odebrał mnie Łukasz (brat), pogadaliśmy trzy godziny drogi z lotniska. Byliśmy śmiertelnie głodni, śpieszyliśmy się do domu. Po drodze Łukasz zauważył znajomego z zepsutym samochodem i zaoferował pomoc, więc holowaliśmy go 30 kilometrów. Choć zdychałem z głodu, to ucieszyłem się na ten bezinteresowny gest. Poczułem się w domu:)
   A w domu jeszcze cudniej. Rozdałem upominki, dzieciaki odleciały, Nadia z Wiki nadały imiona kotkom-maskotkom i z nimi śpią, Kuba cieszy się z nowych słuchawek. Mama wyściskała mnie, rozpłakała się i powiedziała, że widzi, że nadrabiam dobrą miną. Miała rację. Też uśmiechałem sie przez łzy.
   Napiliśmy się wina (nie z dziećmi:), Monika ugotowała super obiad, mój tradycyjny wegetariański obiad na przyjazd z zagranicy - kotlety ziemniaczane, kotlety serowe i surówka z kapusty z jabłkiem.
   Cudnie, ale smutno. Zdjęcie taty w kuchni. I pomyślałem, że wszystko się w życiu jakoś rozchodzi. Tata umarł. Tania trochę też. Już jej nie ma dla mnie, świeci gwiazdula komuś innemu już. Byłem na chwilę w naszym domku. Trochę zapuszczony, czuć grzybem. Jutro napalę, posprzątam i pomieszkam, poczytam stare książki. Ładuję się tutaj.
   Kocham tu być. Mam wspaniałą rodzinę, jestem za nią wdzięczny. Nie byłbym, kim jestem, bez nich.


Thursday, 26 March 2015

Charango

 



















   I się doczekałem - moje charango wreszcie doszło. Długa droga z Boliwii, prawie dwa miesiące zajeło od zamówienia, zaczynalem się już martwić, tym bardziej, że nie wykupiłem ubezpieczenia, brakło mi kasy. No ale jest. Piękny instrument, przecudny dźwięk, nie mogę się nasycić brzmieniem. Podekscytowałem się, jakby to było Boże Narodzenie i dostałbym super prezent. Sam sobie kupiłem, ale co tam:)
   Off topic- brzuch mi rośnie od tych wszystkich kartofli, smażonek, jedzenia z puszek i piwa. Muszę się wziąć za ćwiczenia znowu. Po powrocie z Polski spróbuję powrócić do Chodakowskiej.

Wednesday, 25 March 2015

Pierogi i wino




















   Kiedy za bardzo smutno, to zawsze są jeszcze pierogi i wino:)
   Dziś skończyłem pracę o szóstej. Pół godziny pedałowania z Camberwell do Ladywell. Wziałem prysznic, podsmażyłem pierogi z wczoraj i oglądałem Wikingów, bębniąc przy okazji w cajon. Pomyślałem sobie dzisiaj, że Tania ma szczęście, że jej tu nie ma, bo dostałaby szajby od tego bębnienia:)
   W pracy super. Tzn. zależy. Olga trochę zagięła atmosfere swoimi klimatami, nie chcę się zagłębiać, nie lubię krytykowac. Ale z resztą jest super. Po czwartej siedliśmy z Fernandą i gadaliśmy do szóstej. Bardzo ją lubię. Mocna osobowość, ciepła, opiekuńcza, trzeźwa, w kaszę nie da sobie dmuchać. Opowiadała przygody z Ekwadoru. Ładuję się przy niej.
   W piątek mamy pożegnalno popijawę po pracy przed feriami. Nie planuję szaleć. Kilka piw i wracam do domu. W sobotę chcę podjechać na Londyn i kupić prezenty. Kuba ma urodziny we wtorek, tak że coś lepszego trzeba wymyślić. Muszę też kupić buty, bo stare mi się rozpadły.
   No i w poniedziałek lecę.Tęsknię za wszystkimi bardzo.
   PS. Miałem dziś dziwny sen, z tych co nie lubię. Był jakiś stary cmentarz, na którym się zgubiłem. Kamienne pomniki, zmurszałe trumny wyzierające spod ziemi, dziwna, nieuchwytna obecność czegoś niepokojącego, aż nagle zmieniła się perspektywa z poziomej na pionową i zacząłem spadać, aż zasypały mnie groby, trumny,wyschnięte truchła i smutne epitafia. Obudziłem się spocony i drżący.