1. Noc i poranek były straszne. Rano napisałem trochę o tym. Przychodzą czasami ciężkie chwile. Szczególnie nocami, gdy jestem sam. Dni są w porządku.
2. Później praca. Miło tak mieć do roboty pięć minut spaceru. Trochę jeszcze zdołowany człapałem w słońcu, ale powoli (chyba przez to słońce) zrobiło mi się lepiej.
3. W collegu super. Nasza paczka: Fernanda, Chloe, Barry i Dzeni. Żarty, rozmowy. Czuję tam wsparcie. Chloe poradziła mi, żebym pogadał z menadżerką. College może zapłacić mi wizyty u terapeuty. Fakt, nie radzę sobie z utratą Tani. Może ma sens poszukać gdzieś pomocy.
4. Umówiliśmy się na małe house warming party w przyszły piątek po pracy.
5. Później do domu (znów pięciominutowy spacerek), prysznic i cajon. Uczyłem się nowego rytmu: bossa nova. Podstawy opanowałem.
6. Wieczorem mieliśmy house meeting. Ustaliliśmy, jak będzie wyglądał rozkład sprzątania: podzieliliśmy dom na cztery części i każdy będzie miał w tygodniu jedną część do ogarnięcia.
7. Dzwoniłem dziś do warsztatu. Rower ma być gotowy na jutro. Pojadę po pracy odebrać. Nie mogę się już doczekać. Bez rowera, jak bez nogi.
8. Reszta domowników rozmawia w kuchni. Simon (gospodarz), Jay i właśnie przyszła Guia, której nie było na spotkaniu. Mili,inteligentni ludzie.
9. W sobotę zabieram się za ogród! Simon zaoferował mi spory kawałek ziemi za domem. Dał mi też torbę nasion, coś z tego wybiorę. Cieszę się na to bardzo. Lubię grzebać w ziemi, a później obserwować, jak rośnie.
10. Dzień po dniu i jakoś do przodu.
Thursday, 4 June 2015
Stacyjka Zdrój
Ciężka, ciężka noc. Sny, jak zwykle, a później w ciemności zwinięcie się w kłębek i płacz bez łez. Minął prawie rok odkąd odeszła. Powoli przestaję mówić sobie, że czas leczy wszystko. Pojawia się myśl, że chyba potrzebuję pomocy, żeby to ogarnąć. Z drugiej strony nie wierzę za bardzo, że ktoś mógłby pomóc, więc nie robię nic.
Doświadczałem już wcześniej ciemności. Bałem się, ale zawsze jednak przetrwałem. Bo widziałem światło - jej obecność, miłość, świadomość, że ona zawsze będzie przy mnie. Dodawało mi też energii to, że mogłem pomóc jej w walce z jej ciemnością. Dwa białe żagle wśród stalowego bezkresu wody.
Tym razem jest inaczej. Przez gęste chmury nie przebija się nawet jeden promyczek światła, mój samotny żagiel podarty, woda powoli wlewa się przez dziury, łódź przechyla się niebezpiecznie i wiatr wieje bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Leżę cicho na dnie, mokry, zmęczony i nucę stare melodie.
Doświadczałem już wcześniej ciemności. Bałem się, ale zawsze jednak przetrwałem. Bo widziałem światło - jej obecność, miłość, świadomość, że ona zawsze będzie przy mnie. Dodawało mi też energii to, że mogłem pomóc jej w walce z jej ciemnością. Dwa białe żagle wśród stalowego bezkresu wody.
Tym razem jest inaczej. Przez gęste chmury nie przebija się nawet jeden promyczek światła, mój samotny żagiel podarty, woda powoli wlewa się przez dziury, łódź przechyla się niebezpiecznie i wiatr wieje bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Leżę cicho na dnie, mokry, zmęczony i nucę stare melodie.
Tuesday, 2 June 2015
Monday, 1 June 2015
Perypetie na szlaku (Cumbria Way)
Dzień pierwszy
Początek podróży trochę zakręcony. Spóźniłem się na autobus do Lancaster. Rano wydawało się, że mam dosyć czasu. Wczoraj byłem już zupełnie spakowany. Petia przygotowała mi jedzenie na drogę, położyłem się wcześnie.
O dziewiątej rano otworzyli pocztę, więc wzięliśmy we dwójkę pudło z cajonem (odsyłam go do Niemiec, jakość była kiepska) i pomaszerowaliśmy do Ladywell. Na poczcie pani z okienka powiedziała, że pudło za duże i musimy iść do Lewisham, No i od tej małej rysy na planie się zaczęło.
Wróciliśmy do domu, zabrałem plecak i znów z pudłem do Lewisham. Przez pomyłkę zaszliśmy do Delivery Office, gdzie, jak sama nazwa wskazuje paczki się tylko odbiera, nie wysyła. Stamtąd odesłali nas do Lewisham Shopping Center, gdzie pomalej dyskusji na poczcie zdecydowali się zrobić nam przysługę i przyjąć paczkę.
Stamtąd na przystanek, złapać autobus na Victorię. W zapasie miałem ponad godzinę, ale nie wiedziałem:
1. że autobus przyjedzie po 50 minutach
2. że będą korki
3. że autobus się zepsuje po drodze
4. że w drugim autobusie starsza pani upadnie i trzeba będzie wezwać pogotowie i policję
Na Victorię dotarłem pół godziny po odjeździe autokaru. Czekała na mnie Petra.
Razem zaczęliśmy się zastanawiać, co teraz. Sprawdziliśmy kilka linii, ale wszystkie autobusy do Lake District właśnie odjechały. Zacząłem już kontemplować powrót do domu i spędzenie urlopu w łóżku z piwem i Friendsami, ale na szczęście Megabus miał ostatnie miejsce do Lancaster na dziewiątą wieczór za 18 funtów. Petia wyłuskała ostatnie dziesięć z konta, a Barry wysłał mi trzydzieści, więc jakoś to ogarnąłem.
Zostało mi teraz jakieś sześć godzin obozowania na Victorii. Petia pojechała już do domu.
I tak zaczyna się moja tygodniowa pustelnicza przygoda.
***
Siedzę w Coście przy najtańszej herbacie (1.75 funta) na najwygodniejszym fotelu. Przede mną przewodnik po Cumbria Way. Dotarł przedwczoraj z Amazona. Cumbria Way to 112 kilometrowa trasa przez Lake District – piękny region na północy Anglii, przy granicy ze Szkocją.
Mam mały namiot, raz już sprawdzony na wyjeździe (Rainbow Gathering 2012, Lukovista), średnio ciepły śpiwór, starą karimatę i ciepły sweter, jakby wiało za bardzo. I jeszcze ponczo. W kieszeni wliczając 30 funtów od Barryego, jakieś 70 funtów. Musi wystarczyć do piątku.
***
Jaki nastrój? Trochę zmęczony po porannym zamieszaniu. Lekko wyobcowany, jak to bywa na tłumnych dworcach, ale też podekscytowany wyprawą. Zaśniedziałem ostatnio, brzuch mi się pojawił, przyda się dostać w kość. Poza tym tydzień na lasce surowej kumbryjskiej natury może mnie zresetuje. Może pojawią się nowe perspektywy, świeże spojrzenie. Nie wiem, co będzie. Jestem otwarty na działanie Wszechświata, że tak powiem hipisowsko.
***
Poczytam wreszcie przewodnik, jeszcze nie miałem okazji. W Lancaster będę o trzeciej w nocy. Złapię najwcześniejszy pociąg do Ulverston i od razu w trasę. Pierwszy dzień zaplanowany na 24 kilometry.
***
Boję się ludzi, którzy nie mają wątpliwości. Jest w nich coś odpychająco zimnego, ograniczonego.
Lubię ludzi, wątpiących. Zwątpienie rodzi pokorę. Z człowiekiem, który „nie wie” jest mi dobrze. Nie narzuca swoich opinii, umie słuchać i rozmawia w sposób szczególny: otwarty na wzbogacenie swojej wizji świata. Nawet jeśli podświadomie, to ludzie niepewni zawsze szukają odpowiedzi, która rzuciłaby trochę światła na chaos. Chyba lubię po prostu ludzi smutnych.
Smutny nie musi znaczyć nieszczęśliwy. Pewność może wyglądać jak szczęście-„wiem czego chcę, wiem co robię, wszystko jasne, osiągam cele”. Smutek płynący z niepewności może prowadzić do innego rodzaju szczęścia – z poddania się, zrozumienia swojej znikomości i otwarcia się na coś większego od nas.
Gdy jednak zabraknie tego oddania, otwartości, człowiek niepewny może wpaść w desperację. Ale dziś nie chcę o tym pisać.
***
Jeszcze dwie godziny do odjazdu. Czuję się zmęczony. Przeczytałem książkę (Joe Haldeman „Wieczna Wojna”), zabijając czas starą dobrą fantastyką. Po kilku godzinach siedzenia na karimacie zdrętwiał mi tyłek. Zrobiłem sobie krótki spacer po dworcu. Tłum zabieganych, podenerwowanych ludzi. Siedzę na ławce, patrzę i wkurza mnie to wrażenie obcości. Zagubiona studentka, chyba Polka, matka z córką, nie odzywające się do siebie, dwóch Afrykańczyków rozmawiających z chłopięcymi uśmiechami, ładna dumna dziewczyna z tatuażem na szyi i wyzywającym makijażem, Czuję się oderwany, a chciałbym być połączony. Typowe wyobcowanie dworcowe. Londyn nie chciał mnie wypuścić, wymęczył do końca, wymieszał z tłumem, żeby za chwilę wypluć mnie w przestrzeń, z ulgą wejdę w w zimną północną naturę, otrząsnę się i później nie wiem: albo się będę sycił spokojem i krajobrazem, albo zatęsknię za ludźmi. A może to i to.
***
Co jakiś czas wraca ćmiące jak ból zęba przypomnienie o rozwodzie i utracie. Nie daję się pociągnąć za mocno. Nauczyłem się już, że łatwo wpaść w pułapkę wspomnień i wtedy to człowiek po prostu spada. Uświadamiam sobie jej odejście i czuję się bezkreśnie bezdomny, osierocony.
Mój autobus wjeżdża właśnie na stanowisko. Dobrej nocy.
Dzień drugi
Czekam, kiedy deszcze przestanie wreszcie bębnić w namiot i będę mógł wyjść. Udało mi się przespać parę godzin po przyjeździe. Dojechałem do Lancaster pięć po trzeciej rano. Daleko od centrum. Planowałem rozbić namiot, ale pewna pani, która odbierała córkę z autobusu zaoferowała się mnie podwieźć. Zmieszała się trochę, kiedy okazało się, że zarówno dworzec kolejowy, jak i autobusowy były zamknięte. Uspokoiłem ją, ze dam sobie radę.
Szybko znalazłem przytulne miejsce na rozbicie namiotu na małej polance w lesie koło rzeki. Pomimo ciemności rozbiłem namiot w jakieś dwadzieścia minut (trochę wyszedłem z wprawy), wczołgałem się do śpiwora i zasnąłem przy dźwiękach deszczu i śpiewu budzących się ptaków.
Kiedy się obudziłem, ciągle lało. Sprawdziłem na komórce (która w każdej chwili może paść, że około ósmej ma przestać padać. Wtedy się spakuje i ruszę na dworzec. Chciałbym wyjechać jak najszybciej. Dziś mam do przejścia 24 kilometry, a to spora trasa.
***
Cieszę się, że wyjechałem z Londynu. Wczoraj miałem trochę ciężkich chwil. Zacząłem zastanawiać się, po cholerę zrezygnowałem z wygodnego łóżka i ciepłych posiłków. Ale dziś czuję się szczęśliwy. Zapomniałem jakie to cudne uczucie: nie wiedzieć, gdzie się będzie spało, co czeka za zakrętem, kogo się spotka. Dopiero teraz widzę, jak za tym tęskniłem.
Deszczu, zelżyj. Muszę w krzaki.
***
Czekam na dworcu w Lancaster, Okazało się, że pierwszy pociąg do Ulverston odjeżdża dopiero po jedenastej. Czekają mnie tutaj trzy godziny. Doładuję przynajmniej telefon i vape’a (e-papieros). Mógłbym w sumie zwiedzić Lancaster, ale wtedy nie będę miał telefonu, a może się przydać.
Nerwowy Chińczyk chodzi tam i z powrotem. Myślę, ze ma autyzm. Albo może jest po prostu dziwny. Póki co dużo czekania w tej podróży. Dziewięć godzin na Victorii, sześć w autobusie, teraz trzy na dworcu. Chcę już być na szlaku i nie musieć na nic czekać.
***
Postanowiłem spróbować szczęścia z autostopem. Wyszedłem na autostradę i postałem godzinę z palcem w górze. Zatrzymała się jedna miła para, ale niestety jechali w inną stronę. W końcu wróciłem na dworzec. Nie oczekiwałem, że coś złapię (choć miałem nadzieję). Miałem po prostu ochotę stanąć i liczyć na szczęście, jak kiedyś, gdy włóczyłem się stopem. W Anglii jeszcze nie próbowałem.
***
W Ulverston będę około 12:30. Późno trochę. Wolałbym zacząć rano i skończyć po południu. Spróbuję jednak do wieczora przejść cały odcinek. Czas mam wyliczony raczej na styk. Autobus z Carlise (koniec trasy) odjeżdża w piątek o 1:30 w nocy. Muszę go złapać, innej opcji nie ma. Choć w sumie to bzdura. Opcje są nieograniczone.
Pociąg z Lancaster do Ulverston:
1. Zieleń i przestrzeń.
2. Owce, owce, dużo owiec.
3. Kamienne domy na farmach.
4. Sosny z rzadka, za to morze liściastych.
5. Rodzina saren przy torach.
6. Ludzie z akcentem tak innym od londyńskiego.
7. I wszyscy biali. Po dwóch latach w południowym Londynie, to aż dziwnie.
8. Wrażenie dobrobytu. Patrzę na ładne, kamienne domy i myślę: tutaj nikt nie musi się gnieździć w jednym pokoju za 500-600 funtów miesięcznie.
Rekonstrukcja:
1. Początek trasy w Ulverston. Wietrznie, ale słonecznie. Ostro pod górę, miasteczko zostaje w tyle. Pierwszy zły skręt. Starsza pani zawraca mnie i wskazuje właściwą ścieżkę. „Uważaj, młody człowieku, ta trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona”. Prorocze słowa.
2. Coraz wyżej i wyżej. Pięknie, choć obco, surowo. Wkładam na siebie ciepłe ubranie, bo wiatr gwiżdże ostro. Przewodnik z mapami dziwny, niedokładny. „Idź przez pole aż dojdziesz do kamiennej ściany. Przejdź przez wyłom w murze i skręć lekko w prawo, aż dojdziesz do drewnianej bramki. Po lewej powinien stać duży dąb”. I tak dalej w tym stylu.
3. Gubię co i rusz drogę. Zamiast cieszyć się widokami, nos mam wbity w przewodnik, próbując rozszyfrować niejasne wskazówki. Zmęczony jak cholera.
4. Pierwsze poważniejsze zgubienie się. Widzę w oddali farmę o białych ścianach, ale z innej strony niż miałem ją widzieć według mapy. Idę na przełaj przez pola. Co parę metrów kamienne murki, na które muszę się wspinać. Nie jest łatwo z ciężkim plecakiem. W końcu dochodzę do farmy.
5. Teraz najpoważniejszy „fuckup”. Nie jestem pewny, w którym kierunku wskazuje strzałka. Wybieram skręt w lewo. Idę i idę i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że wskazówki przewodnika nie pokrywają się z terenem. Zamiast jednak zawrócić, myślę sobie, że szkoda stracić tyle czasu na powrót do farmy i pewnie zaraz się odnajdę. Błąd. Po jakiejś godzinie jestem w środku dziczy, kamienne góry, zimno jak cholera, obojętne owce omijają mnie łukiem. No i zachodzące słońce jest dokładnie przede mną, a przecież powinienem iść na północ, nie na zachód. Zrezygnowany zawracam.
6. Znów na właściwej trasie, ale mam już dosyć. Robi się późno, a ja nie jestem nawet w połowie drogi. Ale nie ma powrotu, brnę dalej. Noga za nogą, zimno, głodno (prowiant się skończył).
7. Dochodzę do małego jeziorka. Patrzę na mapę. Nie jest tak źle. Niedługo powinienem dojść do ostatniego odcinka, wzdłuż długiego jeziora. Okrążam jeziorko od zachodu. Prawdziwe bagno. W pewnym momencie wpadam po kostki w błoto, zimna maź wlewa się do buta. Co ja tu kurwa robię?
8. Ostatni odcinek przed Coniston Water. Idę zrezygnowany. Dopada mnie cholerny smutek. Przypominam sobie Camino de Santiago sprzed siedmiu lat. Jak szliśmy razem z Tanią i jak śpiewała kawałki Kabaretu Starszych Panów. Rozklejam się. Płaczę i śpiewam sobie Stacyjkę Zdrój. Kurwa, jak mi źle i samotnie.
9. Dochodzę do kolejnego skrzyżowania. Zjawia się znikąd miejscowy farmer. Mam nadzieję, że weźmie moje łzy za reakcję na zimny wiatr. Patrzy na moje zabłocone buty i kurtkę o wiele za cienką na górski wiatr. „Chcesz dzisiaj dojść do Coniston?” pyta z powątpiewaniem. Kiwam markotnie głową. „Masz namiot?” Znów potwierdzam. „Może i dasz radę przed nocą. Ale pokażę ci skrót.”. Zastanawiam się przez chwilę. W sumie trasa tak źle oznaczona, że mogę pójść skrótem. Co za różnica?
10. Wreszcie dochodzę do jeziora. Teraz już nie muszę martwić się zgubieniem drogi. Coniston leży na końcu Coniston Water.
11. Więc idę i idę, nóg już nie czuję, choć w sumie to czuję: bolą jak skurczysyn. Słabo mi z głodu, ale podtrzymuje mnie na duchu myśl o ciepłym posiłku w wiosce. Po prawej stronie piękne jezioro, ciągle jasno, choć słońca już nie widać. Próbuję coś podśpiewywać, ale daję sobie spokój.
12. Jest już ciemno, kiedy dochodzę do Coniston. Pytam miejscowych o jakiś pub. Wyczerpany wchodzę do przytulnego baru i chcę zamówić posiłek. Barmanka mówi, że już nie podają jedzenia. „Proszę pani, jeśli czegoś nie zjem, to padnę”. Waha się, patrzy na tą zmarnowaną sierotę, jaką się stałem, i w końcu macha ręką. Zamawiam frytki, onion rings, surówkę i piwo.
13. Przysiadam się do holenderskiej pary emerytów. Widzą wielkie michy przede mną. ”To wszystko dla ciebie?” Kiwam głową i rzucam się łapczywie na jedzenie. Prawie nie żuję. Pożeram i zalewam piwem. Wreszcie jest mi lepiej. Żeby jeszcze móc się wykąpać. „Masz gdzie spać?” pyta starsza pani (Astrid). „Mam namiot”. „Gdzie go rozbijesz?” Wzruszam ramionami. „To może chodź z nami. Mieszkamy w schronisku młodzieżowym. Jest też pole namiotowe i możesz skorzystać z prysznica”. Jeśli mam przetrwać jeszcze cztery dni w trasie, to nie stać mnie na opłacenie pola namiotowego, ale mam to gdzieś. Chce już tylko spać.
14. Uff, wreszcie w śpiworze. Czysty, najedzony. Jutro będzie lepiej.
Dzień trzeci
1. Budzę się o drugiej w nocy. Nie czuję się najlepiej. Próbuję zorientować się w czym problem, skąd to nieprzyjemne uczucie. Żołądek. Będę rzygał. Wychodzę na zewnątrz i oddalam się, ile mogę, żeby nie obudzić ludzi w namiotach. Rzygam. Wracam do namiotu, ale nie ma ulgi. Znów wychodzę i znów rzygam. Ale karmy odbieram. Znów wracam, próbuję zasnąć, ale na nic. Po chwili znów muszę wyjść. Kiedy wreszcie nad ranem żołądek się uspakaja, jestem tak wyczerpany, że nawet spać nie mogę. Do tego coraz zimniej.
2. Rano. Leżę w śpiworze i myślę. Co mam teraz zrobić? Nie wyobrażam sobie, żebym mógł kontynuować w takim stanie. Trzeba będzie wracać.
3. Na przystanku okazuje się, że jakieś święto i autobusy nie kursują. Idę więc na nogach, próbując złapać stopa. Na nic. Do tego wąska droga, trochę niebezpiecznie.
4. Spotykam parę Australijczyków. Czekają na taksówkę do Ulverston. Rozmawiamy chwilę. Dziewczyna proponuje, żebym do nich dołączył. Chłopak nie jest zachwycony, ale mam to gdzieś.
5. Wyszło po 20 funtów na łebka. Prawie już nie mam kasy.
6. Dzwonię do Petry. Opowiadam jej w skrócie. Kupuje mi bilet do Londynu. Autokar odjeżdża o 3:30 rano. I znów czekanie. 12 godzin.
7. W Lancaster kupuję trochę chleba, humus, jabłka. Po posiłku (żołądek trochę się buntuje, ale daje radę) podjeżdżam do Lancaster University, gdzie będę czekał na autokar. Na szczęście studencka kafejka otwarta do pierwszej rano. Kupuję herbatę, rozkładam się wygodnie, wyciągam Kindla i z ulgą pogrążam się w lekturze. Przy okazji przyglądam się pełnym nadziei i energii studentom, podsłuchuję rozmowy i lepiej mi się robi. Dobra energia.
8. O trzeciej trzydzieści podjeżdża autokar. Dobrze, bo po dwóch godzinach na dworcu jestem już zmarznięty na kość. Autokar w połowie pusty, więc rzucam się na dwa siedzenia i zapadam w sen.
Sunday, 31 May 2015
Pokoik
I po przeprowadzce. Odprowadziłem Petię na pociąg. Siedzę teraz w swoim pokoiku (zdrabniam, żeby szybciej zbratać się z nowym domem), słucham chillstepu, zachodzące słońce odbija na ścianie gałęzie drzew z ogrodu, a światełkowe drzewko na komodzie świeci na czerwono.
Bardzo tu fajnie. Pokój większy od tego z Lewisham, no i ma charakter. Pachnie drzewem. Drewniana podłoga z desek, stare drewniane meble. Wysoko do sufitu, jak w domu rodzinnym. Zamiast okna mam całe drzwi wychodzące prosto do małego, przytulnego ogródka. Simon (gospodarz) powiedział, że mogę zagospodarować całą prawą stronę, jeśli lubię grzebać w ziemi.
Pomyszkowałem w biblioteczce w living roomie. De Mello, Thomas Merton, Khalil Gibran, Castaneda, Kropotkin, Noam Chomsky, medytacja, dzienniki podróżne. Czyżbym trafił do równoległego wszechświata, gdzie mój angielski sobowtór skompletował księgozbiór? Dobrze się zapowiada.
Jestem zmęczony po przeprowadzce, lekko wyobcowany, ale w normie. Trochę refleksyjnie, nostalgicznie. Myślę czasami, że ta prowizoryczność życiowa, ciągłe przeprowadzki, cygańskie błąkanie można widzieć jako błogosławieństwo, nie przekleństwo. Człowiek buduje swoją tożsamość w oparciu o ważne rzeczy, te co przetrwają dłużej: ludzie, charakter, idee, ideały. Bo skoro tych materialnych rzeczy nie ma zbyt wiele, skoro wszystko, co się ma, można ułożyć na niewielkiej kupce, to wyraźniej widać siebie i innych.
Byłem na wyprawie w Lake District. Miało być pięć dni włóczęgi po górach, ale skończyło się na jednym (może dwóch wliczając czekania na dworcach i dojazdy). Trochę katastrofa, dostałem w kość, ale w sumie miałem swoją przygodę. Spróbuję wszystko spisać, jak złapię nastrój.
PS. Nowy dom 10 minut spaceru od pracy i jakieś 20-30 minut na rowerze do centrum Londynu.
PPS. Rower ciągle nie naprawiony. Całe tylnie koło do wymiany, zapłacę stówę, ale co tam. Nie mógłbym żyć bez Strzałki:)
Monday, 4 May 2015
Only absence near me
1. Infinita tristeza. Deszcz, wieczór.
2. Rano skorzystałem z pogody i pojechałem na rowerze do Greenwich Park. Piękny park, na wzgórzu, widać Londyn. Usiadłem pod drzewem i ćwiczyłem na charango. Coraz lepiej mi idzie.
3. Dżeni wysłała mi smsa, że spotykają się w pubie w Crystal Palace. Pomyślałem, że przyda mi się towarzystwo.
4. Zgubiłem trochę drogę, zajęło mi ponad godzinę. W pubie oprócz Dżeni nie znałem nikogo, trochę się czułem wyobcowany. Później wpadła Moya, z którą znam się trochę lepiej. Wypiliśmy kilka piw, porozmawiali, ale nie czułem się za dobrze. Silne uczucie wyobcowania, zagubienia, niedopasowania, samotności, choć w tłumie.
5. W końcu zebrałem się, żeby zdążyć do domu przed wieczorem, bo nie mam świateł. Odprowadziłem Moyę na pociąg i popedałowałem w stronę Ladywell. Po kilku minutach coś zarzęziło w tylnim kole, straciłem hamulce i o mały włos nie wyrżnąłem w drzewo. Zaczęło też lać jak z cebra.
6. Miałem klucze, ale na nic się nie przydały, rower spieprzył się na dobre. I to tak daleko od domu. Jakieś sześć kilometrów.
7. Zdążyło się ściemnić, deszcz siekł coraz mocniej. Na szczęście ciepły, wiosenny. Pachniało ziemią i kwiatami. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, rower kuśtykał. Szkoda mi się go zrobiło, poczułem, że ten rower to trochę ja. I jakoś rozkleiłem się od tej myśli. Dobrze, że było już ciemno, bo zacząłem płakać. Jakby wszystko, co z takim zacięciem trzymam na wodzy, puściło. Człapałem przez deszcz, z tym zgrzytającym rowerem, łzy zmieszały się z wodą, kapały mi z nosa. W tej samotności i żalu zacząłem rozmawiać z moją dawną przyjaciółką, której już nie ma. Wspominaliśmy sobie dawne czasy, spacery, smutki, podróże. Pożaliłem się jej, że nigdy jeszcze nie byłem tak sam i czasami to chciałbym, żeby już się skończyło i żebym mógł wrócić do domu, którego też już nie ma, i żeby w tym domu była ona, i żeby siedziała w swoim kąciku, rysując coś, oglądając Master szefa, i żeby mi zaparzyła hibiskusa i opowiedziałajakąś małą historyjkę, która się jej dziś przydarzyła, jak mnie nie było.
Powiedziała mi, żebym się nie martwił, że jeszcze będzie dobrze. Nie uwierzyłem jej, ale i tak byłem wdzięczny, choć nikogo tam tak naprawdę nie było. Tylko ten połamany rower, ja, deszcz ściekający po liściach, jakieś ptaki chowające się w trawie, dwóch murzyńskich nastolatków palących zioło pod drzewem i ciepłe światła w oknach, gdzie ludzie szykowali się do kolacji i oglądali telewizję.
8. Przed domem wytarłem twarz, żeby nie robić scen, gdybym natknął się na współlokatorów. Na balkonie przykryłem rower plandeką, będzie musiał zaczekać na lepsze czasy, kiedy będzie mnie stać na naprawę w przyszłym miesiącu. Wziąłem prysznic i tyle.
9. Już dziewiąta. Obejrzę odcinek Friendsów. Niedługo Chandler oświadczy się Monice. Lubię ten odcinek. Jutro do pracy i znów, byle do piątku.
Dobrej nocy.
Thursday, 30 April 2015
Saturday, 18 April 2015
Lista nr. 20 000
1. Dzień niósł mnie falami.Trochę cięższych chwil, wspomnienia małżeństwa, ale mogło być gorzej. Muszę to wreszcie strząsnąć z siebie krok po kroku. Skończyło się i tyle.
2. Wygrzebałem ze słoika miedziaki i uzbierało się 8 funtów. Kupiłem puszkę szpinaku, chleb, sernik w sklepie polskim (zachciało mi się słodkiego) oraz Dębowe Mocne. Byłem na targu rozejrzeć się za niechcianymi warzywami i owocami, ale nic nie znalazłem. W jednym miejscu leżały obite jabłka, ale blisko stoiska. Zestresowałem się i nie wziąłem.
3. Cały dzień z Friendsami i instrumentami. Obejrzałem chyba z 15 odcinków (Ross miał pierwszą noc z Rachel). Przy okazji opanowałem dwa rytmy na cajonie, ćwiczyłem przejście międy trzema chwytami na charango (F, C, G7, C) i wreszcie na melodyce zdecydowałem się na przejście do skali molowych, bo ostatni miesiąc ćwiczę durowe i już miałem dosyć tych wesołych nutek. Takie hobby. Ćwiczę skale, bo kiedyś mam nadzieję umieć improwizować, dołączyć się do innych muzyków. Niedługo na charango też zacznę skale, ale na razie uczę się podstaw.
4. Od paru dni bez Petry. Kolejny raz zerwaliśmy. Może tym razem się nam uda. Dziwnie to brzmi, ale tak to wygląda. Za dużo rzeczy, które nas dzielą. Nie można być parą tylko ze strachu przed samotnością. Mam nadzieję, że sobie da sama radę. No i że ja też.
5. Szósty dzień biegania. Przywiązuję się do tej rutyny. Tylko, że od poniedziałku do pracy, więc będę musiał przenieść bieganie na popołudnia, co może być ciężkie. Popołudniami, szczególnie po pracy ciężko się zmobilizować do wysiłku.
6. Zaprosiłem na fejsie do znajomych Laurę, Włoszkę, którą poznałem kiedyś na skłocie. Bardzo sympatyczna, miła. No i bez ściemy, podoba mi się jak cholera, mógłbym na nią patrzeć godzinami:). Trochę głupio, bo ma 20 lat, prawie dwa razy mniej ode mnie, no ale pogrzać się przy blasku młodości to jeszcze nie grzech śmiertelny.
7. Dobra nuta:
7. Dobra nuta:
Friday, 17 April 2015
Monsieur Il de Fons et son belle solitude sous la lune
Monsieur Il de Fons wypatrywał rozbitków na Drodze Mlecznej. Jak zwykle, po późnej kolacji (dzisiejsza składała się z galaktycznego jesiotra, karczochów w sosie z mleka dinozaura oraz marsjańskiego wina), siedział na parapecie i pluł z miłością na dachy domów u stóp. Wieczór był spokojny. Ciepła bryza wiała od oceanu, przynosząc zapach słonej wody i latających ryb. Żaden rozbitek nie upadł z gwiazd. Tylko ta bryza, marsjańskie wino i ciche dźwięki z katarynki nocnego kataryniarza.
"Il de Fonsie! Il de Fonsie!" zawołał Lucyfer, Gwiada Poranna, jeden ze starożytnych (i Pierwszy Rozbitek). Il de Fons wychylił się z okna. Lucyfer zadzierał głowę i machał wesoło.
"Przyjacielu, dziś już nic nie wyczekasz. Chodźmy się napić do gospody Pod Zdechłym Kotem."
Il de Fons westchnął. Zawahał się. Jeszcze raz zerknął z nadzieją na gwiazdy. Wreszcie wzruszył ramionami.
"Już schodzę"
I wyszedł w noc.
Subscribe to:
Posts (Atom)























