Wednesday, 23 June 2010

Balkan Beat Box



Kolejne wykopalisko muzyczne z tego tygodnia. Balkan Beat Box. Zespół izraelski, jeden z członków należał do Gogol Bordello, co już stanowi dobrą zapowiedź:). Ponownie jak w Abjeez fuzja folku z nowoczesnymi stylami. Poniżej kilka próbek.







Sunday, 20 June 2010

Abjeez



Abjeez - moje ostatnie odkrycie muzyczne. Żadnych jazzów, intelektualnych depresji i drugiego dna. Czyste przesłanie, folkowy klimat, mocne kobiece głosy. Miód:)
Dziewczyny są z Iranu, mieszkają w Szwecji. Grają reggae, flamenco (ostatni kawałek), ska, trochę hip-hopu, nawet pop.










Tuesday, 8 June 2010

Uwięzieni - sen



Uwięzieni
(sen)

Ruszamy z Tulasi na długo wyczekiwaną wyprawę lotnią. Nie jest to standardowa lotnia. Kruchą, drewnianą konstrukcję opina białe płótno. Przypomina samolot z lat dwudziestych. Pod spodem jest nawet mała kabina dla dwóch osób.

Z zachwytem spoglądamy na krajobrazy powoli przesuwające się u stóp. Góry porośnięte gęstym lasem, małe wioski, krowy na łąkach, ludzie kąpiący się w rzece. Cudowne uczucie pełnej wolności i niezwykłości.

Po kilku godzinach szybowania postanawiamy rozprostować kości. Lądujemy na leśnej polanie, wystarczająco szerokiej, żeby nie rozbić się o drzewa. Zetknięcie z ziemią sprawia, że znika beztroska. Czuję, że teraz znów coś może się nam stać, ktoś może nas zranić, zepsuć wszystko. Najchętniej od razu bym się wzniósł. Już mam to zaproponować, kiedy Tulasi zauważa wśród drzew mały budynek.
- Zobacz! – woła. – Jaki ładny domek. Będziemy kiedyś taki mieli?
Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Strach, wstręt, zagubienie. Mimo to składam nasz pojazd i idę za Tulasi, która postanawia podejść bliżej. Z jednej strony widzę, że domek jest ładny - drewniany, ozdobiony zabawnymi rzeźbami zwierząt i ludzi, furkocze mały wiatraczek… Mimo sielankowej scenerii mam wrażenie, że to tylko fasada, za którą czai się coś niewyobrażalnie złego. Czasami w snach robi się głupie rzeczy i wbrew swojej woli. Wchodzimy do środka.

Wita nas para uśmiechniętych staruszków. Częstują herbatą i ciastkami. Wydaje się, że Tulasi nic nie zauważa, ja natomiast widzę, jak wymieniają znaczące spojrzenia i złe uśmiechy. Mówię, że czas na nas, czeka nas jeszcze długa droga. Podniebne przestrzenie i beztroska wydają mi się teraz odległym snem. Ale wiem, że mamy szansę. Idziemy przez niespodziewanie długi korytarz. Jak zmieścił się w takiej małej chatce. Zaglądam w bok, poza barierkę. Kręci mi się w głowie od widoku nieskończonej głębi. To co widzieliśmy na powierzchni jest tylko czubkiem góry lodowej. Przyglądam się bliżej. Widzę w szczelinie piętro po piętrze, podobnych mieszkań, jak to, przez które szliśmy teraz, pełne ludzi. Część z nich ogląda telewizję, część pije herbatę, coś je, ale część podeszła do brzegu szczeliny i patrzy w górę, na mnie, z ciekawością, z uśmiechem. Niektórzy kiwają przyjaźnie.

Groza wypełnia mi serce. popędzam Tulasi, która też zaczyna zauważać, że coś jest nie tak z tym miejscem. Drzwi są coraz bliżej. Obmyślam najszybszy sposób złożenia lotni i ucieczki. Już prawie jesteśmy, gdy nagle… zapominam, czego chciałem. Zwalniamy, zwalniamy, zatrzymujemy się. Nasi gospodarze proponują nam ciastka i herbatę. Zgadzamy się. Trochę zakłopotani, bo wiemy, że o czymś zapomnieliśmy, ale z drugiej strony ciasteczko i herbata nie brzmi źle…

Ten dom to pułapka. Za każdym razem kiedy przypominam sobie, że chcę odlecieć, rozprasza mnie jakaś mała rzecz i zostaję w tym okropnym miejscu. Rok po roku. Starzejemy się. Coraz rzadziej pamiętam własny dom i podniebną wędrówkę. Złożona lotnia kurzy się w kącie, białe płótno jest już szare, zatęchłe. Życie to niekończące się filiżanki herbaty, ciastka i bezbarwne rozmowy z mieszkańcami. Czasami, w przebłysku świadomości, myślę, że oni też są więźniami, jak my, tylko są tutaj już tak długo, że zapomnieli. Czy my też kiedyś całkiem zapomnimy?

Któregoś razu, gdy wspomnienia uderzyły silniej niż kiedykolwiek, mówię Tulasi:
- Tym razem uciekamy na serio. Zatkaj uszy i biegnij za mną, na strych. Po drodze powtarzaj do siebie, co robimy, żeby nie zapomnieć.
Próbują nas zatrzymać nasi gospodarze-strażnicy-więźniowie. Odpycham ich i biegniemy. Próbuję utrzymać w otępiałym mózgu, wyślizgującą się myśl o ucieczce. Jesteśmy w końcu na ostatnim piętrze. Zamykam drzwi na zasuwkę i podpieram je ramieniem. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko ucieczki! Myśl ta dodaje mi siły. Myśli stają się jaśniejsze, konkretniejsze. Ze wstrętem myślę o herbacie i ciastkach, które płyną przez nasze żyły. Zatrute jedzenie.

Mówię Tulasi, żeby przygotowała lotnię – rozplątała sznurki, rozłożyła szkielet, płótno. Nie idzie jej za dobrze, a napór na drzwi jest coraz większy. Głosy bulgoczą, kotłują się, pozbawione pozorów człowieczeństwa. To już nie są głosy, ale jeden głos, wydobywający się z gardła Ciemności.
- Szybciej! – wołam do Tulasi.
- Próbuję! - odpowiada w panice, dusząc się łzami.

Głos(y) zaprasza na pożegnalną herbatkę, po której będziemy mogli odlecieć, gdzie chcemy. Jest przymilny, mizdrzący się, ohydny.
Widząc, że Tulasi sobie nie radzi, zostawiam drzwi i próbuję sam złożyć lotnię. Drzwi zaraz pękną na pół. Chwytam niedokończoną konstrukcję, podchodzę do okna, wołam do Tulasi, żeby się mnie chwyciła i skaczę, z nadzieją, że wiatr nas uniesie. Udaje się! Wiatr wieje mocno. Nagle ktoś chwyta mnie za stopę. Przerażony widzę twarz starszego pana, w przyciemnianych okularach. Z trudem rozpoznaję w wykrzywionych rysach naszego gospodarza. Wolną nogą kopię go z całej siły w twarz. Puszcza.

Wiatr unosi nas coraz wyżej. Z ulgą i wstrętem patrzymy na znikającą pośród drzew chatkę, nie potrafimy jednak przestać. Jakaś perwersyjna potrzeba nie pozwala oderwać wzroku, dopóki dom i las nie nikną za horyzontem. Patrzymy na siebie, na czyste niebo, zachodzące słońce i płaczemy z ulgą. Jesteśmy wolni.





Saturday, 5 June 2010

Swiat studni - premiera w lecie



Wlasnie dowiedzialem sie, ze juz jest okladka "Magazynu Fantastycznego" z moja minipowiescia. Niech nie odstrecza was ilustracja - nie ma nic wspolnego z trescia:). Magazyn wychodzi w lecie, jeszcze nie wiem dokladnie kiedy.

Friday, 28 May 2010

Klisze

Klisze



Przeglądałem dziś rano zdjęcia. Kiedy jesteśmy na obczyźnie, staramy się wozić z sobą nieduży wybór, żeby leczyć emigracyjne chandry. Jest garstka zdjęć z dzieciństwa, trochę z czasów nastolactwa – tylko Tania, bo ja niestety spaliłem kiedyś wszystkie, w ramach pobudzenia katharsis;), kilka fotek z czasów mojego mnichowania i późniejszego zakochania w Tani. Jeszcze granie na ulicy, trochę historii po drodze i początek naszego nieszczęśliwego związku z zieloną, nudną i nadętą Anglią.

* * *



1997 rok. Zima. Kraków. Od kilku miesięcy mieszkam w świątyni. Odżywam, oddycham z ulgą. Po chaosie wcześniejszego roku, ćpania, chlania, kryzysie tożsamości, wreszcie wszystko się uspokoiło i poczułem, że świat wraca do normy… Albo raczej zmieniłem się na tyle, że przestało mnie ruszać szaleństwo otoczenia. Zacząłem widzieć głębszy sens.
Viśvarupa (kiedyś Wojciech) był świetnym facetem (ciągle jest, choć nie jesteśmy w kontakcie). Starszy mnich, który uciekł od świata jeszcze w latach osiemdziesiątych. Miło go wspominam.

* * *



Chłopak z bębnem to ja. Cork City. Irlandia. 1998. To była przygoda. Pierwszy mój wyjazd za granicę. To wtedy złapałem bakcyla włóczęgostwa. Naszą misją było założenie świątynki w Cork. Trzy dziewczyny, trzech chłopaków, entuzjazm, wiara w przyszłość, radość z życia. Codziennie spędzaliśmy kilka godzin śpiewając i tańcząc na ulicy. Ludzie myśleli, że jesteśmy kompletnymi wariatami, ale lubili nas. Po trzech miesiącach skończyło nam się pozwolenie na pobyt. Próbowałem jeszcze wrócić, ale zatrzymali nnie w Dover, kiedy przekraczałem La Manche i wykopali do domu. I dobrze. Właśnie miał zacząć się nowy rozdział.

* * *



To zdjęcie ukradłem mojej miłej zaraz na początku naszej znajomości i w tajemnicy zrobiłem sobie kopię. Ma na nim jakieś szesnaście lat (w białej bluzie, druga od prawej). Teraz jest dwa razy starsza, a prawie nic się nie zmieniła dziewczyna:). Co do kradzieży i tajemnicy – mieszkając w religijnej społeczności, gdzie kontakt damsko-męski jest ograniczony do minimum i gdzie czystość i cnota mieszkańców jest strzeżona jak Alcatraz, moje przedsięwzięcie leżało w kategorii wyczynów Jamesa Bonda.

* * *



1999 rok, wczesna wiosna, Kraków, świątynia. Dobre wiatry przygnały do świątyni Tanię. Na tym zdjęciu znamy się jakieś cztery miesiące. Już zdecydowaliśmy się na ślub. Skończyły się moje marzenia o byciu wędrowym mnichem i spędzeniu starości pod drzewem w Indiach, albo w Himalajach. Najwyższy miał dla mnie inne plany. Za niecały rok od tej chwili pobieramy się. W międzyczasie zadłużam się na samochód („jeśli chcesz być prawdziwym mężczyzną i głową rodziny, musisz mieć samochód”), okazuje się, że kupiłem najgorszego rzęcha na giełdzie, spędzam miesiąc i kupę kasy na naprawę, po czym mamy wypadek w czasie wyprowadzki ze świątyni. Nam nic się nie stało, ale samochód w drobny mak. Podłamuje się nasz entuzjazm i wiara, że wszystko się ułoży. To wtedy zakodowało się w nas przekonanie, że życie składa się z wysiłków, które ostatecznie i tak rozbijają się w pył. Wiem, że to fatalizm, ale myślę, że z czasem utemperowałem go na tyle, że nie paraliżuje mnie, ale raczej pozwala mieć dystans do świata. Ostatecznie, jedyną rzeczą, jaką zachowamy, będziemy tylko my sami.

* * *



To było w Prima Aprilis, 2000 roku. Zrobiliśmy furorę strojem Tanii i malunkami na twarzy. Kobity z urzędu stanu cywilnego pożyczyły od nas kasetę, żeby chwalić się nietypową parą. Próbowała nas opluć pewna babcia, która akurat wychodziła z kościoła (kościół stał zaraz obok Urzędu Gminy), ale nie trafiła. Uznaliśmy to za dobry znak na przyszłość;)

* * *



Tania w czasie uroczystego dnia inicjacji. Wreszcie dostaje upragnione nowe imię. Od tego dnia aż do teraz jest dla mnie Tulasi.

* * *



W tym górskim schronisku wylądowaliśmy na ponad pół roku. Było świetnie – czasami cisza i spokój, czasami goście, gitaru, ogniska. Wtedy chyba pierwszy raz doceniłem góry, choć mieszkałem tam od urodzenia. Nie byliśmy jednak gotowi na osiedlenie się. Po pół roku wyjechaliśmy do Hiszpanii.

* * *



Po dziewięciu latach ciągle jesteśmy zakochani w tym kraju. Był to ważny okres. Mieszkaliśmy na małej farmie pod Madrytem. Zanim miejsce kupili wielbiciele Kryszny, należało do generała Franco. To w tym czasie rozwinęło się w nas przekonanie, że musimy być niezależni. Życie na wsi, w małej społeczności, z jej politykami, hierarchiami, zniechęciło nas do jakiejkolwiek instytucji, bez względu na wzniosłość jej zasad. To wtedy zamiast „krysznowiec” zacząłem o sobie mówić „niezależny poszukiwacz”. Mimo wszystko zostawiliśmy tam serca i kiedy się da wracamy. Po latach pamietam więcej dobrych rzeczy, niż złych.

* * *



Zaczęło się od „Amelii”. Po Hiszpanii wylądowaliśmy w Raszynie pod Warszawą. Podła praca, podłe traktowanie, niekończące się godziny w paskudnej firmie z podłymi ludźmi. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Wtedy obejrzeliśmy Amelię i powiedziałem, że nauczę się grać na akordeonie, a kiedy już choć trochę zajarzę, to pojedziemy w świat. Ciężko było myśleć o akordeonie, skoro nie starczało nawet na jedzenie, ale na szczęście, któregoś czerwcowego dnia, Tania powiedziała szefowi, co myśli o jego firmie i powiedziała, gdzie ma się pocałować (to znaczy w dupę). Zostaliśmy zwolnieni. To była ulga. A po tygodniu dostałem akordeon na prezent od Szymka. Pełna synchroniczność. Na kilka miesięcy zamelinowaliśmy się w górach, gdzie oddałem się bez reszty rzępoleniu na instrumencie. Nienawidziłem go - jego nieposłuszeństwa, oporności i fałszowania, ale mimo to, zaraz po przebudzeniu, na wpół przytomny chwytałem za klawisze , miechy i guziki. Opłaciło się.

* * *







Na jesień, 2003, byłem gotowy… Teraz myślę, że nie byłem ani trochę, ale wtedy rozpierała mnie duma z pięciu melodii na akordeonie, które kaleczyłem z uczuciem. Jeszcze się wahaliśmy, ale po przeczytaniu „Alchemika” machnęliśmy ręką i pojechaliśmy. Po kupnie biletów do Amsterdamu zostało nam jakieś 200 euro. Liczyliśmy tylko na mój muzyczny talent:). Nie były to mocne fundamenty, ale jakimś cudem się udało. Okazało się, że mogę nas nakarmić z grania. Amsterdam, Groningen, później Paryż. Tam Tani zepsuły się plecy i musiała wrócić do domu, na leżąco, zajmując dwa siedzenia w autobusie, a ja zostałem w Paryżu. Nie dlatego, że chciałem, ale nie mieliśmy kasy na dwa bilety. Nie zraziliśmy się. Później było więcej wyjazdów. Dania, Hiszpania, Irlandia, Anglia.
Na pierwszym zdjęciu z tej trójki są z nami Anna Maria i Suzanna z Holandii. Poznaliśmy sie w Hiszpanii. Zaprosiły nas do siebie i spędziliśmy tam prawie miesiąc. Sympatyczne dziewczyny. To w tamtym okresie (a zdaje się nawet tamtego wieczoru w pubie) zacząłem używać "flows of happines" na określenie fali szczęścia zalewającej człowieka, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest wolny i wszystko zależy od jego marzeń. Miałem wtedy nadzieję, że to stan permanentny.

* * *



Aleksyj, rosyjskoukraiński brodacz, którego przygarnęliśmy. Dobry chłopak. Urodził się na Kamczatce, później los rzucał go po świecie, między innymi do Polski. Spotkaliśmy się, kiedy odwiedzałem świątynię w Warszawie. Wyczuliśmy anarchistyczno-duchowe wibracje i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Świetnie grał na gitarze, miał super historie do opowiadania.

* * *







Aż wreszcie postanowiliśmy się na chwilę choć zatrzymać. W 2005 wylądowaliśmy w Birmingham. Od czasu, kiedy nie wpuścili mnie do Anglii w 1999, ten kraj był moją obsesją. Kiedy wreszcie udało mi się dojechać, rozczarowałem się. Od samego początku nie mogłem ścierpieć tego miejsca. Tylko, że łatwo było o pracę, obydwoje znaliśmy język i w ten sposób utknęliśmy.
Mimo wszystko spotkaliśmy kilku przyjaciół i przeżyliśmy sporo dobrych rzeczy. Na pewno nie był to zmarnowany okres.

* * *

Jakość zdjęć tragiczna, ale nie mam skanera, są to więc zdjęcia zdjęć.

Saturday, 15 May 2010

Pocztówka prowokacyjna;)



W ramach odwdzięczenia się za wszystkie śliczne, czasami seksowne zdjęcia zaprzyjaźnionych blogerów i blogerek. Pozdrawiam:)

Tuesday, 4 May 2010

Przyjaciel Durruttiego - sen





Jeden z moich rewolucyjnych snów:) W sumie ciekawy pomysł - wybranie sobie wojny z historii., na którą człowiek czuję, że się spóźnił. Można by to kiedyś wykorzystać. Zdarzyło się jeszcze więcej, ale początek i uczucia z nim związane pamiętam najlepiej. Powyżej piosenka ze snu, której kawałek przetłumaczyłem trochę niżej.

Przyjaciel Durruttiego
(sen)

- Jakie znasz języki? – pyta urzędowym, zmęczonym tonem oficer, w cerowanej kufajce. W oczekiwaniu na odpowiedź przysuwa do siebie zadrukowany blankiet. Bawi się pieczątką.
- Francuski. Trochę niemiecki… - odpowiada nieśmiało mężczyzna przede mną. Zwalisty, szeroko rozstawione nogi, nerwowo miętosi w trzęsących się dłoniach czapkę. Chłop oderwany od pługa.
- Ruch oporu we Francji. 1943 – oznajmia oficer, wpisując nazwę przydziału. Koślawe pismo, rutynowe, niczym u lekarza. Ciekawe, czy ktoś to odczyta? Podaje kartkę ruchem jednocześnie odprawiającym interesanta.

- Następny – mówi, zanim jeszcze mężczyźnie przede mną udaje się odsunąć na bok. Podchodzę, z zaciekawieniem przyglądając się reakcji na twarzy poprzednika. Rozczarowanie? Może zmęczenie po długiej drodze?

- Języki?
- Polski, angielski, hiszpański – podkreślam szczególnie ostatni.
- Przekonania polityczne?
Zaskoczył mnie.
- Eee – jąkam się. – Chyba antypolityczny – mówię niepewnie. Nie chcę się za bardzo określić, żeby nie wpłynąć na werdykt. Ale jeśli nic nie powiem, to kto wie gdzie mogę wylądować? Rewolucja październikowa? Wojna burska? Cholera. Oficer gryzie krzywo zaostrzony ołówek, zastanawia się. – Anarchista – wypalam wreszcie.
- Trzeba było tak od razu – uśmiecha się. – Wojna domowa w Hiszpanii. 1936. Milicja Durruttiego. – Pieczątka z impetem ląduje na dokumencie.

Podekscytowany chwytam ostęplowany papier i schodzę na bok, robiąc miejsce następnemu ochotnikowi. Nie mam czasu nacieszyć się przydziałem. Podchodzi zarośnięty żołnierz, starszy ode mnie o kilka lat. Uśmiecha się szczerbato i wyciąga rękę.
- Jose – mocny, szczery głos. Chyba Andaluzyjczyk. Lubię Andaluzyjczyków.
- Martin – odpowiadam, kładą mocny akcent na ostatnią sylabę jak rodowity Hiszpan. Bardzo chcę być „swój”.
- Mam odprowadzić cię do koszarów – mówi kładąc mi rękę na ramieniu. – No i witaj.
Idziemy. Po chwili sięga do kieszeni i podaje mi wymiętą opaskę. Czerwono-czarną.
- Na rękaw – wyjaśnia.

Cieszę się jak cholera. Marzyłem o tym tak, jak tylko się da. Ale nie da ukrywam, że mam pietra. Niedługo będą do mnie strzelać. Mogę zostać kaleką, albo nawet zginąć. Dochodzimy do ciężarówki. Stoi w rządku innych pojazdów. Niektóre nowe, rozpoznaję nawet vana mercedesa, model nie późniejszy niż z ’90. Ciekawe gdzie ci jadą. Za szybą widzę kilka wąsatych, śniadych twarzy. Bałkańczycy. Jestem prawie pewien. Obok nich furmanka i palący papierosy skośnoocy faceci w korzuchach z zagiętymi szablami u pasa. Mierzą mnie chłodnym, ale zaciekawionym wzrokiem. „Co robi tutaj taki smark w okularkach?” – myślą pewnie. Oddycham z ulgą. Mogłem przecież dostać przydział z nimi i wylądować w jakiejś zapyziałej wiosce, sprzed kilku stuleci, w konflikcie, którego nie rozumiem.

Wsiadamy do ciężarówki. Rozglądam się po pustej pace. Jose wzrusza ramionami.
- Nie ma zbyt wiele chętnych. Są popularniejsze wojny.
Zajmuję miejsce w samym tyle. Chcę wszystko widzieć. Ruszamy. Jose podaję mi krzywo sklejonego papierosa. Niby rzuciłem, ale pal licho, w końcu jadę na wojnę -Rak płuc to ostatnia rzecz, jaką muszę się teraz marwtić. Odpalam. Cuchnący, drapiący w gardło dym wypełnia mi płuca. Usta zalewa gorzka ślina, z trudnością powstrzymuję kaszel. Już i tak czuję się jak laluś. Chociaż tym mogę nadrobić. Mój towarzysz śmieje się do siebie, widząc moje zmagania. Jedziemy jakieś piętnaście minut. Mijamy szare pola, zapuszczone chaty, smutne wierzby. Jakby listopad. To chyba kraina przegranych wojen, o której mi mówiono.

- Trzymaj się, zaraz zacznie porządnie trząść – ostrzega Jose. Chwytam się mocno siedzenia i wstrzymuję oddech. Buch! Trząść?! Ciężarówka spada prawie pionowo w dół, nic prawie nie widać, może szara smuga, jakby gęstego deszczu i osypujące się kamienie. Do tego ten hałas. Zgiełk miliona krzyków, śmiechu, wycia. Ciarki przechodzą po plecach.
- Winda dziejów! – Jose próbuje przekrzyczeć harmider, równocześnie przytrzymując czapkę na głowie. Nie wiem, czy mam być wdzięczny za wyjaśnienie.
A później jedziemy po kamienistej drodze w pełnym hiszpańskim słońcu.

* * *

Dopiero w koszarach po raz pierwszy w pełni uświadamiam sobie, co zrobiłem. Gwar, setki ludzi w źle dopasowanych mundurach, ale każdy i tak pasuje tu lepiej niż ja. Mała grupka zebrana wokół uśmiechniętego cygana z gitarą. Klaszczą do skocznej piosenki i powtarzają chórem niektóre jej partie. Wsłuchuję się w słowa.

En la plaza de mi pueblo…
…chłop mówi do swego pana:
„Nasze dzieci rodzą się
z pięścią podniesioną.
Ta ziemia nie jest moja
ona jest mojego pana
on ją zrasza moim potem
i uprawia moją ręką.
Ale powiedz mi kolego,
skoro to jest jego ziemia,
to dlaczego nigdy w życiu
nie widziałem go tu z pługiem?”

Na ostatnie słowa Cygana kolorowa grupka wybucha rubasznym śmiechem. Podają śpiewakowi gliniany bukłak z winem.
Cholera. Naprawdę tu jestem! Macham do śpiewających ludzi. Odpowiadają przyjaznym gestem i rzucają jakiś żart. Nie rozumiem, ale domyślam się, że chodzi o moją „zieloność”. Serce bije mi mocno. Wdycham zapach kurzu, słońca, taniego wina i potu. Wiem, że choć jeszcze jestem nowy, to niedługo będę śpiewał piosenki z resztą, będę opowiadał z dumą o faszystach, których odstrzeliłem i chwalił się bliznami. Chyba, że nieopierzony, pójdę na odstrzał w pierwszej bitwie. Odganiam nieprzyjemną myśl. Tym będę się martwił na froncie. Teraz chcę po prostu być tutaj, z braćmi i śnić o lepszym świecie. Jose prowadzi mnie do arsenału i dostaję własną strzelbę. Nie zwracam uwagi na rdzę. Z radością ważę w rękach broń. Jej ciężar uświadamia mi powagę sytuacji. To nie zabawa.

Budzę się.


Wednesday, 28 April 2010

Dziewięć dni obfitości 5



Dzień piąty

Zdecydowaliśmy się na długi spacer. Tulasi długo przebierała w spodniach, w końcu zdecydowała się na nowe, brązowozielone, a la Sindbad (ni to spodnie, ni to kiecka). Lubię te przechadzki. Gdyby wliczyć Camino de Santiago, to przeszliśmy razem z dwa tysiące kilometrów. A może więcej? Kiedy mieszkaliśmy w Krakowie, nie mając kasy na autobus (wtedy nie mieliśmy kasy na nic), czasami codziennie chodziliśmy z Kurdwanowa do centrum. Kawałek drogi. Lekko się wtedy rozmawia, nic człowieka nie rozprasza, pełen relaks.

Powiedziałem, że będę tęsknił za tą ulicą. Tulasi zmarszczyła nos. Tęsknić za Stokes Croft? Za narkomanami, zaszczanymi ulicami i śmieciami? He, he. Mi się podoba. Wyciągnąłem palec.
- Popatrz na tego pana, pod drzewem. Nierówny zarost, warstwa brudu, pomięty papieros w ustach, puszka piwa w kieszeni, pewnie bezdomny. Gościu dobił dna. Ale z drugiej strony pomyśl, jaką czuje ulgę. Nie musi się już ścigać, martwić, że upadnie (niżej się już nie da), podlizywać szefowi, planować emeryturę, bać raka płuc. Dziewiąta rano, a on sobie leży pod drzewem i z uśmiechem patrzy na biegających ludzi.
- I co?
- Zazdroszczę mu.
- Głupek.

Nie jedliśmy śniadania, więc za moją namową skierowaliśmy się do Falafel King – najlepsze falafele w Bristolu. Budka była jeszcze zamknięta. Pozostało Cosmo – chiński bufet – za siedem funtów jesz, aż nie padniesz. Do otwarcia ciągle pozostawały dwie godziny. Kupiliśmy sobie po bułce, sok, skoczyliśmy do biblioteki i z książkami rozłożyliśmy się na skwerku College Green. Ja wziąłem „Autostopem przez galaktykę”, Tulasi „Dom nad rozlewiskiem”. Ciężko było się skupić, bo naprzeciwko siedziała ognista Hiszpanka w kusej sukience. Wcale nie próbowała zasłaniać tego, co odsłaniał materiał i drwiąco patrzyła przez lustrzane okulary na potykających się mężczyzn, którzy nie potrafili powstrzymać się od zerknięcia.

Kilka minut przed dwunastą poszliśmy do restauracji. Jak zwykle w Cosmo, napakowaliśmy żołądek do granic wytrzymałości. Smażona oberżyna, fasolka szparagowa w sosie czosnkowym, kotleciki ziemniaczane, curry, samosy, smażone pieczarki... Choć myślałem, że pęknę, to po drodze kupiłem jeszcze loda z budki.

Resztę dnia spędziliśmy w domu. Leniwie, spokojnie. Obejrzałem odcinek Housa. Popracowałem nad książką. Wieczorem wdałem się w internetową dyskusję z Pilipiukiem (szły iskry). I tak zeszło do północy.



Monday, 26 April 2010

Dziewięć dni obfitości 4



Dzień czwarty

Uciąłem sobie krótką drzemkę na Queen Square. Korzystając ze słońca, położyłem się na trawie. Przeczytałem kilka stron „No Gods No Masters”, z rozdziału o Maxie Stirnerze, ale widać ciągle byłem zmęczony po wczorajszej wycieczce, bo filozoficzne wywody nie były w stanie utrzymać mojej uwagi. A może to wina Stirnera, którego skrajany indywidualizm, pomimo ciekawych kwestii, odepchnął mnie. Widać za bardzo nasiąkłem prospołecznymi, mistycznymi i trans-egoistycznymi pismami Tołstoja i hinduskich myślicieli.
Wierzę, że zdrowy „egoizm”, czy indywidualizm możliwy jest tylko, wtedy, gdy człowiek zrozumie swoją transcendentalną jedność nie tylko z ludzkością, ale nawet z całym stworzeniem.
Mimo to Stirnerowska krytyka państwa, instytucji i współczesnej edukacji jest jak najbardziej prawdziwa, nie ma co do tego, żadnych wątpliwości.

Dziś zostawiłem rower w domu. Nie tylko dlatego, że wczoraj straciłem rowerowy entuzjazm, ale na piechotę można zobaczyć świat z lekko innej perspektywy. Jadąc rowerem widzi się więcej niż z samochodu. Idąc, widzi się więcej niż z roweru. Siedząc w miejscu, widzi się najwięcej.

Najbardziej otwieram się na ludzi, próbując wyłowić z otoczenia osoby, jak ja, otwarte na kontakt. Wymienić poglądy, historie, doświadczenia.

Nie jest to łatwa sprawa, a już na pewno nie tutaj, w Anglii. Najlepiej wychodziło mi to w Hiszpanii. Każdy spacer zamieniał się w towarzyskie spotkanie. Kiedy w zeszłym roku pojechałem do Granady, nie było godziny, żebym nie porozmawiał z ciekawym człowiekiem. Rano wychodziłem z hotelu, kupowałem trochę chleba, owczego sera, oliwek, wino i chodziłem bez celu, czekając aż z pozornego chaosu ulicy wyłonią się przyjaciele, adwersarze, filozofowie, podróżnicy. I wyłaniali się.

Tutaj jest ciężej, ale mój sposób też działa. Wymaga tylko więcej czasu i energii.

Kiedy wyleżałem się już dostatecznie, poszedłem dalej. Na rynku skręciłem w małą uliczkę, pnącą się stromo do góry. Rzadko nią chodzę. To na niej kupiłem Saracena, tutaj też zdobyłem „Homage for Catalunia” Orwella za pięćdziesiąt pensów. I dziś również nie obeszło się bez zakupów. W oknie jednego z małych, obdartych sklepików zobaczyłem kolekcję starych monet. Przypomniałem sobie, że Łukasz zaczął kolekcjonować monety – jak mógłbym zapomnieć, skoro mówi mi o tym przez telefon raz w tygodniu – i może znalazłbym coś dla niego. Zdziwiłem się, widząc, że właściciel sklepu – zasuszony, siwy dziadek ma na sprzedaż nawet srebrne monety z okresu Republiki Rzymskiej, czyli z III, IV wieku p.n.e. Niestety nie było mnie stać na wydanie pięćdziesięciu funtów (a takie było minimum), ostatecznie kupiłem więc rzymską monetę z IV w. n.e. z wizerunkiem Flawiusza Juliusza Crispusa, za dziesięć funtów oraz trzy monety chińskie z XVII w. za dwa.

Później planowałem jeszcze pobuszować po antykwariacie, ale skusiła mnie uliczka prowadząca do domu. Przez resztę dnia poczytam nowy numer SFFiH, który właśnie przyszedł pocztą, poedytuję książkę Auttareyi i może obejrzę jakiś film.
Ciągle jestem zmęczony.



PS. To się nazywa synchroniczność. Pod wpływem impulsu skopiowałem nazwę powyższego zdjęcia, tak jak pojawia się w aparacie, czyli DSCN9716 i wrzuciłem w google. W pierwszym rządku wyników, pojawiło się zdjęcie bardzo podobnej monety rzymskiej. Ale co to może znaczyć? Że mam zacząć zbierać monety? Obejrzeć jeszcze raz "Gladiatora"? Pojechać do Włoch? Poczytać Senekę;)

Dziewięć dni obfitości 3



Dzień trzeci

Obudziłem się z kacem. Nic drastycznego, ale rano wyżłopałem litr soku jabłkowego. Wczorajszy wieczór był pod znakiem niepohamowanego śmiechu, piwa i nocnych spacerów.

Poranne niebo nie do końca zdecydowane – zakryć się chmurami, czy nie zakrywać. Póki się nie zdecyduje, my też nie wiemy, co zrobić. W planie była wycieczka rowerowa do Bath. Dwie godziny pedałowania po miłej leśnej ścieżce, a na miejscu być może pizza, albo frytki. Ja bym jechał mimo wszystko. Z cukru nie jesteśmy. No ale nie wiem, jak zapatrują się na to dziewczyny i Łukasz.

A w ogóle to fajnie tak siedzieć i nie wiedzieć, czym zapełni się dzień. Tulasi robi kanapki, ja podgrzewam sobie springrollsy (lubie z rana zjeść coś ciężkiego i tłustego), Ewa z Łukaszem piją cappuccino w ogrodzie. Jeszcze nie ma dziesiątej.

* * *



Jednak pojechaliśmy. Mimo ciężkich chmur i lenistwa. Jak zwykle pobłądziliśmy, próbując wydostać się z centrum Bristolu, ale wreszcie znaleźliśmy ścieżkę. Po piętnastu minutach lunął deszcz. Na szczęście w zasięgu wzroku stał nieduży wiadukt, pod którym mogliśmy się schować. Po chwili zrobiło się tłoczno – nie tylko my szukaliśmy schronienia. Jak szybko lunęło, tak szybo przestało i po niecałych dwóch godzinach byliśmy w Bath.

Ładne miasteczko. Wolałbym mieszkać tam, niż w Bristolu. Więcej małych uliczek, niedużych, prywatnych sklepów, na każdym rogu uliczny artysta. Czułem się jak w Europie. Prawie.

Byliśmy już trochę głodni. Po zaparkowaniu rowerów obok zrzędliwego dziadka, który z jakiegoś (na pewno usprawiedliwionego) powodu nie znosił rowerzystów i nie omieszkał tego okazać, postanowiliśmy coś zjeść. Prawie od razu trafiliśmy na oryginalną włoską pizzerię. Pizza ogromna, w smaku może być, ale piwko w miniaturowej butelce, za wcale nie miniaturową cenę trochę mnie rozczarowało. Stawiali Ewa i Łukasz. Po wyjściu zorientowaliśmy się, że restauracja machnęła się o dziesięć funtów na naszą korzyść. Zatrzymaliśmy to w ramach tych wszystkich pomyłek losu na naszą niekorzyść. Wszechświat sam z siebie próbuje zachować równowagę.



Pokrzepieni, zaczęliśmy pałętać się pomiędzy turystami, grajkami, sklepami i kafejkami. Spotkaliśmy aż trzy kobiety śpiewające operę. Przeszliśmy obok sklepu, w którym sprzedaje się tylko najróżniejsze rodzaje krówek (tak tłumaczę „fudges”), które odkraja się od wielkich brył. W miłej kafejce piłem najlepsze cappuccino w życiu. Siedząc w wygodnym fotelu, byłem na granicy zaśnięcia. Później trafiliśmy do parku królowej Wiktorii, gdzie pod rozłożystą sosną przeczekaliśmy deszcz.

Powrót nie poszedł po naszej myśli. Postanowiliśmy wracać pociągiem. Po trzydziestu kilometrach pedałowania nie mieliśmy ochoty na powtórkę. W pierwszym pociągu w ogóle nie było miejsca na rowery. W drugim były, ale grupka bezczelnych Anglików wepchnęła się przed nami i znów zostaliśmy na peronie. Popatrzeliśmy na siebie z Tulasi.
- Wracamy na rowerach – powiedziała. – Wy (to do Ewy i Łukasza), jedźcie pociągiem. Łatwiej będzie znaleźć miejsce dla dwóch rowerów, niż dla czterech.

I pojechaliśmy. Było ciężko. Ciężej niż myśleliśmy. Najpierw zmęczenie i ból mięśni w jakiś magiczny sposób otrzeźwiły nas, uspokoiły i nawet porozmawialiśmy, wystawiając spocone twarze na słońce iskrzące się w wiosennych, jasnozielonych liściach. W połowie drogi zostało tylko zmęczenie. Pod koniec, już w mieście, większość drogi przeczłapaliśmy piechotą. Sześćdziesiąt kilometrów. Uff.

Kiedy później, w słodkim schronieniu domostwa delektowałem się prysznicem, niezwyciężona Tulasi zajęła się gotowaniem obiado-kolacji. Ryżowe nudle z warzywami i sosem sojowym. Pycha.