Monday, 26 April 2010

Dziewięć dni obfitości 4



Dzień czwarty

Uciąłem sobie krótką drzemkę na Queen Square. Korzystając ze słońca, położyłem się na trawie. Przeczytałem kilka stron „No Gods No Masters”, z rozdziału o Maxie Stirnerze, ale widać ciągle byłem zmęczony po wczorajszej wycieczce, bo filozoficzne wywody nie były w stanie utrzymać mojej uwagi. A może to wina Stirnera, którego skrajany indywidualizm, pomimo ciekawych kwestii, odepchnął mnie. Widać za bardzo nasiąkłem prospołecznymi, mistycznymi i trans-egoistycznymi pismami Tołstoja i hinduskich myślicieli.
Wierzę, że zdrowy „egoizm”, czy indywidualizm możliwy jest tylko, wtedy, gdy człowiek zrozumie swoją transcendentalną jedność nie tylko z ludzkością, ale nawet z całym stworzeniem.
Mimo to Stirnerowska krytyka państwa, instytucji i współczesnej edukacji jest jak najbardziej prawdziwa, nie ma co do tego, żadnych wątpliwości.

Dziś zostawiłem rower w domu. Nie tylko dlatego, że wczoraj straciłem rowerowy entuzjazm, ale na piechotę można zobaczyć świat z lekko innej perspektywy. Jadąc rowerem widzi się więcej niż z samochodu. Idąc, widzi się więcej niż z roweru. Siedząc w miejscu, widzi się najwięcej.

Najbardziej otwieram się na ludzi, próbując wyłowić z otoczenia osoby, jak ja, otwarte na kontakt. Wymienić poglądy, historie, doświadczenia.

Nie jest to łatwa sprawa, a już na pewno nie tutaj, w Anglii. Najlepiej wychodziło mi to w Hiszpanii. Każdy spacer zamieniał się w towarzyskie spotkanie. Kiedy w zeszłym roku pojechałem do Granady, nie było godziny, żebym nie porozmawiał z ciekawym człowiekiem. Rano wychodziłem z hotelu, kupowałem trochę chleba, owczego sera, oliwek, wino i chodziłem bez celu, czekając aż z pozornego chaosu ulicy wyłonią się przyjaciele, adwersarze, filozofowie, podróżnicy. I wyłaniali się.

Tutaj jest ciężej, ale mój sposób też działa. Wymaga tylko więcej czasu i energii.

Kiedy wyleżałem się już dostatecznie, poszedłem dalej. Na rynku skręciłem w małą uliczkę, pnącą się stromo do góry. Rzadko nią chodzę. To na niej kupiłem Saracena, tutaj też zdobyłem „Homage for Catalunia” Orwella za pięćdziesiąt pensów. I dziś również nie obeszło się bez zakupów. W oknie jednego z małych, obdartych sklepików zobaczyłem kolekcję starych monet. Przypomniałem sobie, że Łukasz zaczął kolekcjonować monety – jak mógłbym zapomnieć, skoro mówi mi o tym przez telefon raz w tygodniu – i może znalazłbym coś dla niego. Zdziwiłem się, widząc, że właściciel sklepu – zasuszony, siwy dziadek ma na sprzedaż nawet srebrne monety z okresu Republiki Rzymskiej, czyli z III, IV wieku p.n.e. Niestety nie było mnie stać na wydanie pięćdziesięciu funtów (a takie było minimum), ostatecznie kupiłem więc rzymską monetę z IV w. n.e. z wizerunkiem Flawiusza Juliusza Crispusa, za dziesięć funtów oraz trzy monety chińskie z XVII w. za dwa.

Później planowałem jeszcze pobuszować po antykwariacie, ale skusiła mnie uliczka prowadząca do domu. Przez resztę dnia poczytam nowy numer SFFiH, który właśnie przyszedł pocztą, poedytuję książkę Auttareyi i może obejrzę jakiś film.
Ciągle jestem zmęczony.



PS. To się nazywa synchroniczność. Pod wpływem impulsu skopiowałem nazwę powyższego zdjęcia, tak jak pojawia się w aparacie, czyli DSCN9716 i wrzuciłem w google. W pierwszym rządku wyników, pojawiło się zdjęcie bardzo podobnej monety rzymskiej. Ale co to może znaczyć? Że mam zacząć zbierać monety? Obejrzeć jeszcze raz "Gladiatora"? Pojechać do Włoch? Poczytać Senekę;)

2 comments:

  1. Spacery poznawcze - też lubię.
    Odwiedzać stare sklepiki z różnymi różnościami - lubię.
    Kupować książki - o tak, lubię.


    Chyba musisz pojechać do Włoch!! :)

    ReplyDelete
  2. Może to rzeczywiście znak...monety same do ciebie przyszły, zawsze oglądając takie stare pieniądze zastanawiam się jak jest ich historia...

    ReplyDelete