Monday, 26 April 2010

Dziewięć dni obfitości 3



Dzień trzeci

Obudziłem się z kacem. Nic drastycznego, ale rano wyżłopałem litr soku jabłkowego. Wczorajszy wieczór był pod znakiem niepohamowanego śmiechu, piwa i nocnych spacerów.

Poranne niebo nie do końca zdecydowane – zakryć się chmurami, czy nie zakrywać. Póki się nie zdecyduje, my też nie wiemy, co zrobić. W planie była wycieczka rowerowa do Bath. Dwie godziny pedałowania po miłej leśnej ścieżce, a na miejscu być może pizza, albo frytki. Ja bym jechał mimo wszystko. Z cukru nie jesteśmy. No ale nie wiem, jak zapatrują się na to dziewczyny i Łukasz.

A w ogóle to fajnie tak siedzieć i nie wiedzieć, czym zapełni się dzień. Tulasi robi kanapki, ja podgrzewam sobie springrollsy (lubie z rana zjeść coś ciężkiego i tłustego), Ewa z Łukaszem piją cappuccino w ogrodzie. Jeszcze nie ma dziesiątej.

* * *



Jednak pojechaliśmy. Mimo ciężkich chmur i lenistwa. Jak zwykle pobłądziliśmy, próbując wydostać się z centrum Bristolu, ale wreszcie znaleźliśmy ścieżkę. Po piętnastu minutach lunął deszcz. Na szczęście w zasięgu wzroku stał nieduży wiadukt, pod którym mogliśmy się schować. Po chwili zrobiło się tłoczno – nie tylko my szukaliśmy schronienia. Jak szybko lunęło, tak szybo przestało i po niecałych dwóch godzinach byliśmy w Bath.

Ładne miasteczko. Wolałbym mieszkać tam, niż w Bristolu. Więcej małych uliczek, niedużych, prywatnych sklepów, na każdym rogu uliczny artysta. Czułem się jak w Europie. Prawie.

Byliśmy już trochę głodni. Po zaparkowaniu rowerów obok zrzędliwego dziadka, który z jakiegoś (na pewno usprawiedliwionego) powodu nie znosił rowerzystów i nie omieszkał tego okazać, postanowiliśmy coś zjeść. Prawie od razu trafiliśmy na oryginalną włoską pizzerię. Pizza ogromna, w smaku może być, ale piwko w miniaturowej butelce, za wcale nie miniaturową cenę trochę mnie rozczarowało. Stawiali Ewa i Łukasz. Po wyjściu zorientowaliśmy się, że restauracja machnęła się o dziesięć funtów na naszą korzyść. Zatrzymaliśmy to w ramach tych wszystkich pomyłek losu na naszą niekorzyść. Wszechświat sam z siebie próbuje zachować równowagę.



Pokrzepieni, zaczęliśmy pałętać się pomiędzy turystami, grajkami, sklepami i kafejkami. Spotkaliśmy aż trzy kobiety śpiewające operę. Przeszliśmy obok sklepu, w którym sprzedaje się tylko najróżniejsze rodzaje krówek (tak tłumaczę „fudges”), które odkraja się od wielkich brył. W miłej kafejce piłem najlepsze cappuccino w życiu. Siedząc w wygodnym fotelu, byłem na granicy zaśnięcia. Później trafiliśmy do parku królowej Wiktorii, gdzie pod rozłożystą sosną przeczekaliśmy deszcz.

Powrót nie poszedł po naszej myśli. Postanowiliśmy wracać pociągiem. Po trzydziestu kilometrach pedałowania nie mieliśmy ochoty na powtórkę. W pierwszym pociągu w ogóle nie było miejsca na rowery. W drugim były, ale grupka bezczelnych Anglików wepchnęła się przed nami i znów zostaliśmy na peronie. Popatrzeliśmy na siebie z Tulasi.
- Wracamy na rowerach – powiedziała. – Wy (to do Ewy i Łukasza), jedźcie pociągiem. Łatwiej będzie znaleźć miejsce dla dwóch rowerów, niż dla czterech.

I pojechaliśmy. Było ciężko. Ciężej niż myśleliśmy. Najpierw zmęczenie i ból mięśni w jakiś magiczny sposób otrzeźwiły nas, uspokoiły i nawet porozmawialiśmy, wystawiając spocone twarze na słońce iskrzące się w wiosennych, jasnozielonych liściach. W połowie drogi zostało tylko zmęczenie. Pod koniec, już w mieście, większość drogi przeczłapaliśmy piechotą. Sześćdziesiąt kilometrów. Uff.

Kiedy później, w słodkim schronieniu domostwa delektowałem się prysznicem, niezwyciężona Tulasi zajęła się gotowaniem obiado-kolacji. Ryżowe nudle z warzywami i sosem sojowym. Pycha.



1 comment:

  1. "Zatrzymaliśmy to w ramach tych wszystkich pomyłek losu na naszą niekorzyść. Wszechświat sam z siebie próbuje zachować równowagę."

    Rozbrajające. ;)

    ReplyDelete