
Idealna książka
Wymyśliłem idealną dla mnie książkę. W sumie „wymyśliłem” to za dużo powiedziane. „Wymarzyłem” pasowałoby lepiej. Albo „enigmatycznie zarysowałem”. Opowiem wam.
Moja idealna książka z pewnością byłaby zilustrowana przez Jana Marcina Szancera. I to na co drugiej stronie.
Byłaby stara, pachnąca już nie drukiem, ale kurzem, lekarstwami i odciskami tysiąca palców.
Głównym bohaterem byłby mężczyzna, koło trzydziestki, czyli tak jak ja, który pomimo swojego wieku, czuje się dzieckiem i jak dziecko postrzega świat. W ten sposób skrzyżowałyby się w niej świat dorosłych i świat dzieci – ale tylko najlepsze rzeczy z nich dwóch - bez dziecięcego egocentryzmu i dorosłej zgorzkniałości.
Nikt by w niej nie umarł... Nie – to by było nierealistyczne i płytkie. Może ktoś by umarł i na pożółkłych stronach powiałoby smutkiem, ale w świecie tej książki zaświaty i druga szansa byłyby niedyskutowalnym faktem.
Byłaby też miłość – nie współczesna, głęboka, postmodernistyczna i dekadencka, ale prosta i miła. Coś pomiędzy „Pierścieniem i różą”, a pierwszą miłością do Marusi. Erotyka ograniczałaby się do pocałunków, ucieczek przed złoczyńcami oraz jazdą na jednorożcu.

W mojej idealnej książce dobro zatriumfowałoby nad złem. Niech by to byli harcerze triumfujący nad chuliganami, rycerze nad zbójami (albo na odwrót, jeśli zbóje pochodziliby z Tatr, a rycerze z Austrii), czy niebiescy kosmici nad chciwymi Ziemianami - cokolwiek, żeby tylko było wiadomo, że świat jest fair.
Język mojej książki byłby barwny i piękny, pełen słów jak rynsztunek, kawalarz, heca, azaliż, ażurowy, garniec, porywczość, klawo... Żadnych przekleństw i wymądrzań się nad bólami egzystencjalnymi – te rzeczy miałyby zakaz wstępu na strony mojej książki.
Acha! Byłbym zapomniał! Moja doskonała książka miałaby przynajmniej dziesięć tomów, a każdy byłby równie dobry, co poprzednie.
Ważny byłby autor. Nie czytałbym byle kogo. Autor byłby jak skrzyżowanie Starszych Panów, Kornela Makuszyńskiego, Jana Brzechwy i mojego taty, kiedy nie pił.
Moja doskonała książka nie miałaby dodruków od wielu, wielu lat i oprócz kilku zapaleńców, nikt by o niej nie słyszał. W ten sposób czułbym, że to tylko moja książka, jak ostatni wojownik, jak ostatnia przystań, jak ostatnia opowieść o prawdziwym człowieku, w zalewie Harrych Potterów, młodocianych wampirów i ... kurde, nie jestem na czasie.
* * *
Patrzę na półkę i za cholerę nie mogę wypatrzyć niczego takiego. Stoją tam dobre książki – mądre, piękne, zaangażowane, buntownicze, smutne, ale nie ma pomiędzy nimi tej konkretnej, mojej idealnej. A tak mi się chce czytać!

Marcinie, Twoja wymarzona, wymyślona opowieść na pewno gdzieś jest! Być może to Ty ją sobie sam napiszesz?
ReplyDeleteSzukaj, szukaj...
ReplyDeleteWitam :)
ReplyDeleteNie znam Cię jeszcze :) bo dopiero co tutaj zajrzałam, ale Latarnik może mieć rację :) jeśli tak dokładnie wiesz jak ma wyglądać, to ją napisz :)
A co do Harrego Pottera... too... jestem fanką. Ta książka działa na mnie jak antydepresant w trudnych chwilach. Uważam, że każdy powinien mieć taką książkę :)
Pozdrawiam!!
:) też mam swoją wymarzoną i Twoja bardzo mi się podoba... więc tylko iść dalej...
ReplyDeletekocham TE OBRAZY,
ReplyDeletepamiętam