(...)
Chcę napisać książkę. Dwie. Chcę
skończyć "Najstarszych" i napisać coś o moich podróżach. "Najstarszych" skończę
później. Muszę się do nich rozgrzać, to projekt ambitny, ważny i nie do końca
jestem pewien jak i co w nim przekazać. To moja dusza.
Druga książka też jest o mojej
duszy, też jest ważna, ale książka o faktach i przygodach jest łatwiejsza niż
książka tylko z umysłu. Więc książka o podróżach będzie moją rozgrzewką. Gdzieś
zapisałem listę rozdziałów, tak wstępnie, pewnie coś jeszcze dojdzie. Nie jest
problemem ilość przygód, tego mi nie brakuje, a to czego braknie, dopełnię
fantazją. Brakuje mi myśli przewodniej, lajt motif, coś, co sprawi, że nie
będzie to luźny zbiór historii, ale całość, moja wielka podróż przez życie.
Mam różne pomysły. Na przykład nie
robić tego chronologicznie. Czytelnik będzie mógł zajrzeć tu i tam i tu i znowu
tam, i chaotyczna układanka pokaże mu szerszy obraz mojej ścieżki. Póki co
jestem przywiązany do tej idei.
Chcę, żeby te historie były
opisane głęboko, elokwentnie, filozoficznie, lirycznie, wzruszająco, ale też
lekko, humorystycznie, osobiście, ale nie ekshibicjonistycznie. To będzie ciężka
praca. Ale kiedy raz uda mi się wejść w klimat, zrozumieć konewncję, to powinno
iść już gładko. Ale ta myśl przewodnia… Gdzie ją znaleźć? Może za bardzo się
tym martwię? To jest 2017 rok. Nie ma nic złego we fragmentarycznym pisaniu.
Pamiętam Opowieć Zimową Paula Austera. To był w pewnym sensie chaos. Ale jednak
nie był. Może ten lajt motif wyjdzie sam?
Teraz piszę pierwszy raz od lat,
tak naprawdę, klikając w klawisze jak szalony, free writing, bez zastanawiania
się i czuję radość. Jakby żadnej przewry nie było. Wydaje się, że nie będzie
tak źle. To tylko kwestia rutyny, powtarzania, odwagi. Odwagi!
Piję whiskey. Zasmakowałem
ostatnio w tym dębowym smaku i gorącej od niej krwi w żyłach. Słucham muzyki od
M.. Nagrała mi na pendrivie kilkadziesiąt albumów. Dobrze mi się tego
słucha. Nie pławię się w zaśniedziałych playlistach sprzed lat. Tamte lata
minęły. Czas na nowe. M., dziwna istota, która czasami mnie zachwyca, a
czasami irytuje. Ale nie wiem ciągle ile z tej irytacji rodzi się z tego, że
nie jest Tanią, a ile przychodzi od niej. I nie wiem jeszcze ile tego zachwytu pochodzi z namiętności, a ile z serca. Więc nie podejmuję stanowczych,
pochopnych kroków i płynę z prądem, czekając, czy przestanie mnie zachwycać,
czy wypchnie Tanię z jej piedestału…
To nie tak. Nie chcę już nikogo na
piedestale. Chcę być wolnym sobą, wiedząc, że nie ma ludzi doskonałych,
doskonałej miłości. Jest tylko dusza, wyobraźnia, serce, niedoskonałość,
przezwyciężanie, odbijanie się od dna i wieczne szukanie szczęscia.
Parafrazując hiszpańskiegho anarchistę: szczęście jest jak horyzont. Zmierzasz
do niego, ale ono z każdym krokiem oddala się o taką samą odległość. Ale nie o
to chodzi, żeby je osiągnąć, ale właśnie o podróż, o dążenie. On mówił o utopii,
ale szczęście też tu pasuje.
Daleko jeszcze do dwóch stron (to
moje minimum jeśli chodzi o strumień świadomości)? Jeszcze jeden, albo dwa
paragrafy. Chcę poćwiczyć na free writing zanim wezmę się za „książkę
właściwą”.
O czym jeszcze napisać? Coś z
moich ulubionych rejonów? Snów?
(tutaj sen, który ocenzurowałem)
O tym był sen. Obudziłem się zły, zmęczony. Przez chwilę patrzyłem
tępo w sufit, później spojrzałem na zegarek. Siódma. A właśnie, że nie przeleżę
dwóch albo trzech godzin w łóżku, klikając facebooka na komórce. Ubrałem dres,
buty do biegania i pobiegłem w mżawce i mgle. Błoto chlapiące spod butów, płuca
wypluwające zaschniętą smołę i nikotynę, uszy szczypiące od chłodu.
Poczułem się dobrze. W domu zrobiłem
jeszcze kilka brzuszków. Łokieć tenisisty nie pozwolił mi na nic innego.
Później medytacja: intonowanie
mantr, modlitwa, czytanie Bhagavatam. Pierwszy raz od miesiąca, albo i więcej.
Myśl przewijająca się w międzyczasie: niech to nie będzie obowiązek, niech to
nie będzie strach, niech to nie będzie ucieczka. Chcę poczuć przestrzeń poza
słowami, poza dotykalnym światem. Miłość Absolutu, a nie zaschnięte
pozostałości po pełnym poczucia winy katolickim wychowaniu. Trochę się udało. A
reszta to nadzieja, że uda się kiedys na dobre.
Po śniadaniu wziąłem się za
noszenie drwa. Poukładałem pod ścianą, przerzucając ciężar na lewą rękę, bo
prawa już od trzech miesięcy niesprawna. Stos zawalił się trzy razy, zanim
udało mi się tak ułożyć konstrukcję, że ciężar mokrego buka, zamiast ją
osłabiać, wzmocnił.
Później prysznic, wyprawa do
sklepu po whiskey, rozpalenie ognia w kominku.
I już prawie czwarta. Zapada
zmrok, krople deszczu spływają po
szybie, Grabaż śpiewa o zimnych dziadach listopadach po deszczowych obiadach.
Idealnie pasuje. „A gdy się spełni wróżba…” Oprócz deszczu, szarego nieba i wysokiego,
nieśmiałego chwasta udającego desperacko drzewko, widzę grubo pociętą wierzbę za parapetem, która
będzie grzała mnie w zimie. Zapas drewna wzbudza we mnie poczucie
bezpieczeństwa.
PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com
PS. Kto jeszcze nie ma kompletu moich pocztówek ani albumu z muzyką? :) Piszcie na maila: kalpatarudasa@gmail.com

Marcyś jeśli Twoja książka będzie napisana tak, jak powyższy post, to czekam na nią z niecierpliwością...
ReplyDeleteJak Bóg da ;)
DeleteZa duzo ekshibicjonizmu emocjonalnego !
ReplyDeleteI wstyd, ze swoje picie opisujesz.
Wez sie Kurma Varaha w garsc.
Albo i nie bierz, rob co chcesz haha...
Obys nie skonczyl jako pijaczek literacki.
Pozdrawiam, Prabhu ;-)
Przedstaw się następnym razem. A to jak skoncze to moja sprawa. Kultury się naucz, gościu.
ReplyDelete