Thursday, 2 July 2009

Notatnik




Ostatnie dziewięć dni spędziłem w łóżku (grypa - chyba nie świńską, skoro jeszcze żyję:) i wykorzystałem tydzień chorobowego i haj gorączkowy, żeby napisać coś nowego. Na razie jestem gdzieś w połowie, opowiadanie będzie miało z sześćdziesiąt stron (chyba, że gorączka utrzyma się dłużej i napiszę powieść- żart). Najpierw spróbuję porozsyłać je po papierowych wydawnictwach - marzy mi się wreszcie debiut, ale póki co wrzucam tutaj fragment surowego tekstu, żeby ożywić trochę bloga - nie pisałem ostatnio, bo przeprowadzka, brak internetu i ta (choć raz) pożyteczna grypa.

Opowiadanie będzie horrorem o dzieciach, koszmarach i tajemnicach. Dorośli występują w nim sporadycznie. Choć jednak będzie to kawałek o dzieciach, to z pewnością nie dla dzieci.
Po kilku dniach pisaniny utknąłem i dziś gryzłem już z tego powodu prześcieradło i co bliższe meble. Dlatego wszystkich gości proszę o wysyłanie w eter pozytywnej energii dla autora:)


Notatnik
(fragment)

Słońce schowało się już prawie całkiem za linią drzew. Ciągle było jasno i dzieci przez chwilę rozważały zbadanie zawartości notatnika na zewnątrz, w ogrodzie, gdzie trawa, drzewa i późnowiosenna, prawie już letnia bryza dodawałaby im otuchy. Kiedy jednak wyobraziły sobie, że zapadający zmrok miałby zastać jepoza bezpiecznymi ścianami domu, porzuciły ten pomysł i zaszyły się w pokoju Kropki.
Chłopcy usiedli na łóżku, Kropka zaciągnęła zasłony, zapaliła górne światło i usiadłszy obok braci, przecięła szwajcarskim scyzorykiem dratwę, która opinała okładki grubego brulionu. Bzdurek otworzył szeroko oczy i usta, a Kłopotek zaczął nerwowo kołysać się na boki. Kropka spiorunowała go wzrokiem.
- Masz chorobę sierocą, czy co?
Chłopiec posłusznie przestał się wiercić.

W większości zeszyt zawierał stare wycinki z gazet, z dopisanymi komentarzami i datami. Tak było przynajmniej gdzieś tak od czwartej strony. Początek zeszytu składał się jedynie z odręcznych notatek, również opatrzonych datami. Przewróciwszy pobieżnie kilka kartek, Kropka ze zgrozą uświadomiła sobie na co patrzy. Każda z notatek mówiła o zaginionym dziecku. Z trzaskiem zamknęła zeszyt i troskliwie spojrzała na braci, zastanawiając się ile zobaczyli.

- Co robisz? – spytał Bzdurek podnosząc zdziwione oczy na siostrę.
- Nie chcę, żebyście to oglądali – odpowiedziała szczerze Kropka. – Tutaj są opisane straszne rzeczy.
Kłopotek i Bzdurek popatrzyli na siebie i znów odwrócili się do dziewczynki. Zaskoczyła ją powaga i dorosłość w ich oczach.
- Siedzimy w tym razem siostrzyczko – powiedział starszy z chłopców. – Odkąd stałem się wilkiem, odkąd Bzdurek spotkał Złotą Kropelkę i odkąd próbowaliśmy ci pomóc uwolnić się od czarów Czarnej Kukułki, siedzimy w tym razem.
Kropka popatrzyła na Bzdurka, który pokiwał poważnie głową i dodał drżącym głosem:
- Strasznie się boję, ale myślę że Kłopotek ma rację.
Dziewczynka zawahała się przez chwilę, aż w końcu wyciągnęła ramiona i cała trójka objęła się mocno. Ostatni raz czuli się tak blisko po walce ze Ślepym Skrzatem, Psubratem i Czarną Kukułką.
- Kocham was maluchy – powiedziała ciepło. Chłopcy z zadowolenia okryli się rumieńcami. W końcu odsunęli się od siebie (ale nie za daleko). Z obawą, ale i z przeczuciem własnej mocy spojrzeli na leżący przed nimi złowrogi notatnik.
- No to zaczynamy – westchnęła Kropka i dotknęła okładki. W pokoju zrobiło się nagle chłodniej. „Ale bym chciał, żeby była tu teraz Złota Kropelka” – pomyślał Bzdurek. „Ale bym chciał, żeby to wszystko nie była prawda” – pomyślał Kłopotek. „Boże. Co my robimy?” – pomyślała Kropka.

Na pierwszej stronie, ktoś starannie wykaligrafował (jak osądziła Kropka, z pewnością dziewczęcym pismem):

1. „Albert Krztyna – listopad 1908, wychowanek sierocińca Wieży z Kości Słoniowej. Dwanaście lat. Pierwszy. O porwanie i morderstwo oskarżono włóczęgę, którego w następnego dnia po zaginięciu Alberta znaleziono z przedmiotami skradzionymi z biura dyrektora sierocińca, Anatola Zermana. Dyrektor leżał zakłuty nożem na podłodze swojego biura. Ciała chłopca nigdy nie odnaleziono. Włóczęgę powieszono. Opowiedział w 1933 roku p. Krzysztof Mrozek – w ówczesnym czasie stróż sierocińca, teraz woźny w szkole, w Małych Gajach.”

Tuesday, 23 June 2009

Onirka eskapistyczna



Onirka eskapistyczna


W imbryku zalałem trzy słowa:
księżyc, maliny, radiowa,
dodałem dwie krople wiśniówki,
czerwona, pół małej wróżki.

(pół – wcale nie makabrycznie,
ale po prostu – lirycznie)

Pod drzewem się z kotem rozsiadłem
(kot czarny, a drzewo wierzbowe),
spod gwiazd audycji słuchałem
(z gwiazd jasnych, a nutki wyśnione).

Tak często tu przesiaduję -
czasami aż bierze mnie strach
i wtedy z gorączką rachuję,
a kota zostawiam gdzieś w snach.

Rachuję, obliczam, zagryzam
(wargi, paznokcie, faktury),
przychodzę na czas, odbijam
(kartę w zakładzie)...eh, bzdury!

Więc wracam na łąkę pod wierzbą,
gdzie gwiżdżą zbójeckie mi sny,
gdzie koty - włóczęgi mi mruczą,
a głównie to mruczysz mi Ty.

22.06.2009, Bristol

Kolaż miłosny



Kolaż miłosny z dedykacją dla mojej małżonki.
(z K. I. Gałczyńskiego)

Ilustracje wykonane przez Tatianę (adresatkę dedykacji:)

Wizyta

Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny,
rozejrz się dokładnie po wszystkim;
to jest czajnik – prawda, jaki śmieszny?
z gwizdkiem.

To mruczenie? Powiem ci w sekrecie;
jest mruczenie kota Salomona.
A ta pani zamyślona, z kwiatami –
to moja żona.

1936



List jeńca

Kochanie moje, kochanie,
dobranoc, już jesteś senna –
i widzę Twój cień na ścianie,
i noc jest taka wiosenna!

Jedyna moja na świecie,
jakże wysławię Twe imię?
Ty jesteś mi wodą w lecie
i rękawicą w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,
zimowe, latowe, jesienne –
lecz powiedz mi na dobranoc,
wyszeptaj przez usta senne:

za cóż to taka zapłata,
ten raj przy Tobie tak błogi?...
Ty jesteś światłem świata
i pieśnią mojej drogi.

Obóz Altengrabow, 1942



Pyłem księżycowym

Pyłem księżycowym być na twoich stopach,
wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,
papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,
ławką, gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitką, otoczyć jak przestwór,
być porami roku dla twych drogich oczu
i ogniem w kominku, i dachem, co chroni
przed deszczem.

1946



Romans

Księżyc w niebie jak bałałajka,
ech! za wstążkę by go tak ściągnąć
i na serduszko –

byłaby piosenka bardzo nieziemska
o zakochanych aż do szaleństwa,
nieludzko.

Jeszcze by można rzekę w oddali
i cień na dłoni, i woń konwalii
dziką;

ławkę przy murze, a mur przy sadzie
i taką drogę, która prowadzi
do nikąd.

1946



Śpiąca dziewczynka

Śpij, dziecię. Już noc nadpływa
jak wędrowny skład nut i w tym składzie,
jeżeli poszukasz, chyba
coś i dla ciebie się znajdzie:

Półksiężyc i uliczka,
która do nieba skręca;
i wiatr, co ci włosy zakręca;
i cienie – dla policzka;
i cierpienie dla serca.

1947



Obcuję z tobą jak z miesiącem...

Obcuję z tobą jak z miesiącem
z ptakiem, obłokiem lub ogrodem.
Dobrze że usta masz tak gorące,
a ciało tak młode.

I piersi dobrze, że jak ważki
zegarów małych, fantastycznych,
imię Natalia, chód kaukaski
i blask na oczach śliczny.

Nie wiem naprawdę, co by było,
gdyby na przykład cię nie było?
Byłbym dziwakiem, kolekcjonerem,
mieć musiałbym też manie swoje
*
... małych Jezusków z czarnej gliny
zbierałbym w ciemnym pokoju...

1934



Kiedy umrę

Kiedy umrę, nie płacz, moja żono,
ja księżycem wrócę pod twe okno.

Nie wstrzymają mnie cmentarni stróże:
ja się światłem przesunę po murze,

nad tym klonem, co przed bramą stoi –
i już jestem pod oknem twoim.

Na twą głowę spadam srebrnym deszczem,
żebyś była piękniejsza jeszcze.

A to tylko ja tak światłem prószę,
księżycowym deszczem w oczy duże.

Co wysokie, wzniosę jeszcze wyżej,
co wzburzone próżno, to uciszę,

co choć trochę lśniło, zamigoce.
Spójrz tam w górę. Jestem serce nocy.

*

Stanę, stanę, twarz przytknę do szyby,
zajrzę w twe lusterka i lustra,
skradnę grzebień ciężki, migotliwy
i otworzę duże, srebrne usta,
i popłyną przez wszystkie pokoje
księżycowe nuty, nuty moje.

Otwórz, otwórz! zawołam po nocy,
otwórz, otwórz choć okna połowę,
to nie chmury, to są moje włosy,
potargane przez wiatry wrześniowe.
Spójrz, to ręce moje, a to nogi.
Człowiek jestem, nie księżyc dwurogi.

Lecz ty będziesz spała. Ja u szyby
w kształt księżyca na wieki zaklęty,
tylko promień wbiję w manuskrypty,
ponaprawiam w wierszach wszystkie błędy.

A ty śpisz. A potem płaczesz we dnie.
Świt nadchodzi. Światło moje blednie.

1952



A ja tobie bajki opowiadam...

A ja tobie bajki opowiadam,
szeptów moich słuchasz bardzo rada.
Lśnień dodaję twoim oczom i włosom,
jesteś cała jak srebrny posąg,
a ja biję przed tobą pokłony,
zakochany, zazdrosny, spragniony,
i nazywam ciebie srebrną nocą,
srebrną różą z ręki zwisającą.
Loki twoje mrok barwi na modro
i spokojna jest twoja mądrość.

1953



Farlandia

Myśmy mieli się spotkać na moście,
by pomówić o naszej miłości
pod tym klonem, koło budki z papierosami;

ale, jakem przewidywał, oczywiście
most w powietrze wysadzili anarchiści,
no to gdzie się teraz spotkamy?

Wszędzie duszno i ciasno – lecz znam ja
pewien kraj pod nazwą Farlandia,
tam jest niebo śpiewające i palmy.

No, no, nie płacz, nie troskaj się, nie martw,
że tego mostu już nie ma –
my się jutro w Farlandii spotkajmy:

*

Palmy się kołyszą,
palmy się kołyszą –
tak – tak – tak.

Tu wszystko zostało,
tu więcej nie wrócę –
nie – nie – nie.

Ptaki nad palmami,
w palmach słodkie miąższe –
mi – ma – mi.

Karmimy się snami,
a w snach znów najdroższe
palmy.

Palmy się kołyszą,
palmy się kołyszą –
za dużo.

To jest kraj, który jedziemy odkryć,
bardzo wiotki, bardzo słodki –
Farlandia.

1934




Długom błądził i szukał

Długom błądził i szukał, świat mnie zalewał jak woda,
pełen stworów dziwacznych, niksów, wodników, rusałek,
aż pewnego wieczoru znalazłem, czego szukałem –
żonę pochmurnooką, małego, słodkiego kobolda.

Gdy pada z deszczem zmrok, gdy męczy mnie nuda i trwoga,
gdy strach po społu z psalmistą tak spijam, jak ciemne wino,
splatam za wierszem wiersz jak wianek z rozmarynu
na głowę słodkiego kobolda, na głowę małego boga.

1939



We śnie

We śnie jesteś moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło.

1946

Na Patriarszych Prudach 2



O miłości
(z "Mistrza i Małgorzaty" M. Bułhakowa)

Za mną, czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!
Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci ukażę taką miłość!

************

Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie. Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach. Posłuszny owemu żółtemu znakowi losu ja również skręciłem w zaułek i ruszyłem jej śladem.

*************



I proszę sobie wyobrazić, że to właśnie ona .odezwała się nieoczekiwanie:
- Podobają się panu moje kwiaty?
Dokładnie pamiętam dźwięk jej głosu, taki dosyć niski, ale załamujący się niekiedy, i chociaż to głupie, wydało mi się, że żółte, brudne mury uliczki powtarzają echem jej słowa. Spiesznie przeszedłem na tę stronę, po której szła ona, podszedłem do niej i odpowiedziałem:
- Nie.
Popatrzyła na mnie zdziwiona, a ja nagle i najzupełniej nieoczekiwanie zrozumiałem, że przez całe życie kochałem tę właśnie kobietę! To ci dopiero, co? Na pewno powie pan, że jestem niespełna rozumu?

*************

- Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty! Ona zresztą utrzymywała później, że to nie było tak, że musieliśmy się kochać już od dawna, jeszcze się nie znając i zanim się jeszcze spotkaliśmy, i że ona żyła z innym mężczyzną... a ja, tam, wtedy... z tą, no, jakże jej...

****************



Ona przechodziła przez furtkę tylko raz, ale nie skłamię, jeśli powiem, że zanim weszła, serce zaczynało mi walić przynajmniej z dziesięć razy. A potem, kiedy zbliżała się godzina, o której ona miała przyjść, kiedy wskazówki zegara zbiegały się na dwunastej, serce w ogóle już nie przestawało łomotać, dopóki ona, nawet nie stuknąwszy furtką, niemal bezgłośnie, nie zjawiała się, dopóki nie zobaczyłem za okienkiem jej pantofli z czarnymi kokardkami z zamszu, ściągniętymi przy pomocy stalowych sprzączek.
Niekiedy swawoliła zatrzymując się koło drugiego okienka i stukając w szybę czubkiem bucika. W tejże chwili dopadałem okna, ale pantofelek znikał, znikał czarny jedwab przesłaniający światło, i biegłem, "by jej otworzyć drzwi.

*****************



Ona przychodziła, natychmiast wkładała fartuch i w wąskim korytarzyku, gdzie był zlew, którego obecność tam z taką dumą podkreślał nieszczęsny chory, zapalała na drewnianym stole prymus i przygotowywała śniadanie, które zjadali następnie przy nakrytym owalnym stole w pierwszym pokoju. Kiedy zrywały się majowe burze, a tuż za oślepłymi okienkami z szumem płynęła ku ściekowi woda, grożąc zalaniem ich ostatniej przystani, zakochani rozpalali w piecu i piekli sobie w popielniku kartofle. Z kartofli buchała para, czarne łupiny ziemniaczane brudziły palce. W suterenie rozlegały się śmiechy, a drzewa w ogródku po przejściu ulewy gubiły złamane przez wiatr gałązki i białe kiście.
Kiedy skończył się okres burz i nadeszło skwarne lato, w wazonie pojawiły się od dawna wyczekiwane i ulubione przez nich oboje róże.

*************



O bogowie, o bogowie moi! Czegóż jeszcze brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzyły się nieustannie jakieś niepojęte ogniki? Czegóż jeszcze trzeba było tej leciutko zezującej wiedźmie, która wtedy, na wiosnę, niosła bukiet mimozy? Nie wiem, nie mam pojęcia. Mówiła zapewne prawdę - potrzebny był jej on, mistrz, a wcale nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniądze. Mówiła prawdę - ona go kochała.

*******************



- Wierzę! - szeptała uroczyście. - Wierzę! Coś się wydarzy! Nie może się nie wydarzyć, bo i za jakie to przewiny, prawdę mówiąc, miałabym cierpieć dożywotnią mękę? Przyznaję, kłamałam, oszukiwałam, żyłam potajemnym życiem, które ukrywałam przed ludźmi, ale przecież nie można karać za to aż tak okrutnie!... Niewątpliwie coś się wydarzy, ponieważ nic nie może trwać wiecznie. A poza tym mój sen był proroczy, dam za to głowę...
Tak szeptała Małgorzata patrząc na wypełniające się słońcem pąsowe zasłony, ubierając się pośpiesznie, rozczesując przed potrójnym lustrem krótkie kręcone włosy.

*************



Krem łatwo się rozsmarowywał i natychmiast się ulatniał, tak przynajmniej wydawało się Małgorzacie. Posmarowawszy się po kilkakroć, spojrzała w lustro i upuściła puzderko prosto na szkiełko zegarka, które promieniście pękło. Zasłoniła oczy dłonią, potem spojrzała raz jeszcze i roześmiała się niepohamowanie.
Brwi wyszczypane w sznureczki zagęściły się i równymi czarnymi łukami legły nad pozieleniałymi oczyma. Delikatna pionowa zmarszczka u nasady nosa, która pojawiła się wtedy, w październiku, kiedy mistrz zaginął, zniknęła bez śladu. Zniknęły także żółtawe cienie na skroniach i ledwie zauważalne kurze łapki przy zewnętrznych kącikach oczu. Skóra na policzkach równomiernie poróżowiała, czoło stało się białe i jasne, a trwała ondulacja również zniknęła bez śladu.
Na trzydziestoletnią Małgorzatę patrzyła z lustra kędzierzawa kruczowłosa dwudziestoletnia dziewczyna.

***************



Krem zmienił ją nie tylko zewnętrznie. Teraz w Małgorzacie, w każdej cząstce jej ciała, kipiała radość, którą odczuwała tak, jak gdyby w całym jej ciele kipiały maleńkie pęcherzyki. Małgorzata poczuła się wolna, wyzwolona ze wszystkiego. Poza tym było teraz zupełnie jasne, że stało się to, o czym już z rana powiedziało jej przeczucie, że opuszcza willę i porzuca swoje dotychczasowe życie na zawsze.

**************

Niewidzialna! Niewidzialna!... Małgorzata przeleciała nad swoim zaułkiem, znalazła się nad innymi, krzyżującymi się z tamtym pod kątem prostym. W jednej chwili pozostawiła za sobą tę wylataną, wycerowaną, krzywą i długą uliczkę, wypaczone drzwi sklepu z materiałami łatwopalnymi, gdzie sprzedają naftę na kubki i flakony płynu na pasożyty, i wtedy zrozumiała, że aczkolwiek jest zupełnie wolna i niewidzialna, to przecież nawet w upojeniu powinna zachować trochę rozsądku. Doprawdy tylko cudem zdołała przyhamować i uniknąć roztrzaskania się o starą narożną latarnię. Uchyliła się jednak, mocniej ścisnęła szczotkę i poleciała wolniej, wypatrując przewodów elektrycznych i umieszczonych w poprzek trotuaru szyldów.

*******************



- Posłuchaj, jak cicho - mówiła do mistrza Małgorzata, a piasek szeleścił pod jej bosymi stopami. - Słuchaj i napawaj się ciszą. Popatrz, oto jest już przed tobą twój wieczysty dom, który otrzymałeś w nagrodę. Widzę już okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż pod sam dach. Oto twój dom, oto twój wieczysty dom. Będziesz zasypiał wdziawszy swoją przybrudzoną wieczystą szlafmycę, będziesz zasypiał z uśmiechem na ustach. Sen cię wzmocni, przyjdą ci po nim do głowy mądre myśli. I już nie będziesz umiał mnie wypędzić. Ja zaś będę strzegła twego snu.
Tak mówiła Małgorzata idąc z mistrzem w kierunku ich wieczystego domu i wydawało się mistrzowi, że słowa Małgorzaty szemrzą tak samo, jak szemrał i szeptał strumień, od którego się oddalali...

***************

Wednesday, 10 June 2009

Na Patriarszych Prudach 1



Spowiedź u Małgorzaty

- Hej, Gosia!
Wysoka, groźna i przepiękna brunetka naburmuszyła się i zmarszczyła czoło.
- Ile razy ci mówiłam, że ma być Małgorzata, a nie jakaś Gosia? Chcesz dostać w nos?
Wybuchnąłem śmiechem, nie przejmując się za bardzo jej groźbami. W końcu i ona nie wytrzymała. Jej rozgniewana mina rozpuściła się w złotym uśmiechu. Nie zamierzała jednak odpuścić. Chwyciła się pod boki (dłonie miała schowane w aksamitnych, fioletowych rękawiczkach) i zawołała w nocne niebo:
- Zlatuj tu do mnie i to już!
Jak mógłbym nie posłuchać królowej?
- Na twe usługi, Margo – powiedziałem dźwięcznie, wywijając w powietrzu ostatniego pirueta i wylądowałem u jej stóp, przyklękując na jedno kolano.
Tym razem nie udało się jej powstrzymać śmiechu. Śmiała się głośno i rubasznie, niczym stary marynarz, ale również słodko i figlarnie, jak skrzyżowanie Pippi Langstrumpf z Sophie Marceau. Położyła mi na głowie dłoń.
- Wstawaj żartownisiu. Mieliśmy gadać poważnie. Nie po to mnie wzywałeś? Żeby zrozumieć swój smutek i znaleźć choć kilka okruchów chleba życia?
- Chleba życia? Słyszałem o wodzie życia, ale o chlebie?
- Jak zwykle próbujesz obrócić wszystko w żart. – Pokręciła głową. – Siądźmy na chwilę – powiedziała, wskazując na krzesła i stolik. Krzesła stały tak blisko krawędzi urwiska, że mogłem majtać nogami w powietrzu, a długa suknia Małgorzaty (pod kolor z rękawiczkami) trzepotała na wietrze, jak prześcieradło, suszące się w pokolorowanym letnią nocą ogrodzie. To porównanie przyszło mi do głowy pewnie dlatego, bo było ciepło niczym w lipcu, a na stole stał talerz z porzeczkami.

Kiedy rozsiadłem się już wygodnie i strąciłem stopą kilka kamyków, które bezgłośnie poleciały w przepaść, Małgorzata podsunęła w moją stronę półmisek z owocami.
- Zakwaśnij się trochę – powiedziała z udawaną powagą. – Będzie mi łatwiej rozmawiać z kimś, kto choć trochę przypomina twoje prawdziwe „ja”.
- To znaczy z kimś kwaśnym?
- Ostatnio częściej cię widzę takim, niż wesołym, pełnym wiary w ludzi i świat chłopakiem. Ostatnio jesteś, o – taki – dodała, wskazując na Czwórkę Pucharów, leżącą na ogrodowym, ażurowym stoliku, osłoniętym od światła księżyca, postrzępionym parasolem, z napisem „Tyskie”.



W Czwórce Pucharów stałem ja. Czarny frak, biała koszula i mucha, ręce opuszczone w zrezygnowaniu, z tego jedna, w tym całym zrezygnowaniu, opadła na pusty już kieliszek. (A wszystkie dziewczyny z pełnymi kieliszkami i pełnymi biustami). Dookoła stały dziewczyny... po co przedstawiłem je w nawiasach, marnując na nawiasy ich biusty? Ładne, pijane, omdlałe, wznoszące toasty na moją cześć i rozkładające się w kuszących pozach, na rzeźbionych w dębie krzesłach. Wszystkie oczy skupione na mnie, za to moje własne zagubione gdzieś w oddali, wpatrzone w coś bezpowrotnie utraconego, w jakąś dawną, błędną decyzję, która przyprowadziła mnie tutaj – do tych pachnących perfumami ogrodów. A zamiast tego mogłem wylądować w przytulnej, leśnej chatce, z grządkami kapusty i dwoma kanałami w telewizji – jedynką i dwójką, na czarnobiałym telewizorze...

- No i co znaczy ta karta? – spytałem. – To mam być ja? Niby jak?
- Nie widzisz podobieństwa? – spytała wyczekująco, wbijając we mnie poważno – rozbawione oczy (Boże, jakie to były oczy, ach!)
- Podobieństwo? Widzisz gdzieś wpatrzony we mnie wzrok zadurzonych dziewcząt? Gdzie wytworne stroje i drogie wiśniówki? Co z wykwintnymi ucztami w bogatym ogrodzie? Coś ci się pomyliło droga Małgorzato. Ten facet z karty to wcale nie ja.
- Hmm... – Małgorzata przez chwilę porównywała w milczeniu facjatę z karty z moją własną twarzą. W końcu powiedziała – Jeśli chodzi o mnie chłopcze, to jesteś w stu procentach ty. Jak dwie krople wody. Spróbuj popatrzeć głębiej. – Podsunęła mi kartę pod nos. Poczułem odurzający zapach potu i malin. Wziąłem kartę do ręki.
- No dobrze, nie będę się dłużej wypierał. To ja. – Rzuciłem kartę na stół. Zachwiały się czerwone i żółte chińskie lampiony, zawieszone w karcianym ogrodzie. – Jest mi nudno, czuję się samotny, często uciekam w depresję i zawsze na coś czekam... Cholera, wiesz co?
- Co? – spytała.
- Odkąd pamiętam, to na coś czekam.
- Na przykład?
- Na przykład? Kiedy byłem mały, ot nieduży chłopaczek, w drugiej, może trzeciej klasie podstawówki, czekałem na wakacje.
- Phi, wielkie mi coś. Każdy dzieciak czeka na wakacje – prychnęła Małgorzata. – To nie jest żaden przykład.
- No tak. Może masz rację. Tylko, że kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że to ma znaczenie. To były moje wakacje. Moje własne, osobiste i nikt nie czekał na nie, oprócz mnie.

Strąciłem trochę więcej kamieni, które zniknęły w ciemności i zjadłem garść porzeczek. Zrobiłem to na złość, żeby nie mówić przez chwilę i żeby ona musiała czekać. Zadziałało. Poczuła poezję i z chciwością poprosiła, żebym coś opowiedział o tych moich prywatnych, niepowtarzalnych wakacjach.

- Powiedziałbyś coś więcej?
- O wakacjach?
- O wakacjach, o czekaniu i w ogóle... co stało się później.
- To znaczy kiedy dorosłem?
- A dorosłeś?
Trochę mnie zatkało. Odchrząknąłem, żeby zyskać na czasie.
- No i? – popędzała mnie.
- Czekałem na fury z sianem.
- Fury?
- No, wozy drabiniaste, napakowane sianem ze trzy metry wzwyż, ciągnięte przez konie. Czekałem na to cały rok.
- Czekaj, czekaj. – Małgorzata zatrzymała mnie gestem dłoni. – Pozwól mi się upewnić, że dobrze zrozumiałam: czekałeś cały rok, żeby w wakacje pogapić się na siano. Tak?
- Wiesz... – zacząłem, ale przerwałem. – O mało mnie nie nabrałaś. Przecież jak mogłabyś nie wiedzieć? Ty – Królowa Wiedźm? Jestem pewny, że nieraz tańczyłaś z koleżankami na polanach i czerpałaś radość z omdlewającego zapachu świeżego siana. Powiedz, że nie?
Małgorzata spuściła oczy.
- Czerpałam...
- I powiedz, że nigdy nie zasnęłaś na odurzającym łóżku z suchej trawy, wpatrując się w gwiazdy?
- Zasnęłam...
- A kiedy leżałem na staczającej się ze wzgórz trzymetrowej furze, słuchając rżenia konia i ochrypłych głosów góralskich wujków, z których część dokręcała hamulec, a reszta podtrzymywała plecami wóz, żeby nie stoczył się w dół, słomianą lawiną... (za długie zdanie – skończę go więc w połowie i zacznę nowe).
- Zacznij...
- Więc kiedy leżałem, czując się na tej chwiejnej wieży z siana, bezpiecznie, niczym w niebie, jestem pewny, że wpatrując się w niebo widziałem twoją miotłę i udające chmury, falbanki twojej bielizny. Powiedz mi więc szczerze: fruwałaś nade mną?
- Fruwałam...
- A po co?
- Bowiem czułam wtedy, że jestem z prawdziwymi ludźmi. Oszałamiał mnie zapach świeżego siana, potu i taniego piwa, którym zapijali się twoi wujkowie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Też kochałem tę mieszankę zapachów.
- Od czego w ogóle zaczęliśmy? – spytała.
- Od czekania. Że zawsze na coś czekam.
- Acha, rozumiem.
- Nie. Nie rozumiesz.
Małgorzata zmarszczyła czoło i zmrużyła powieki. Nawet wtedy jej oczy ciągle były wielkie i piękne.
- Zastanawiałaś się dlaczego czekałem na lato? – spytałem.
- Przecież powiedziałeś – bo siano, bo wujkowie, bo piwo...
- Tak naprawdę czekałem na ciebie.
- Na mnie?
- Na ciebie i twoją miotle. Wiedziałem, że gdybym spadł, to zdążyłabyś podlecieć...
- Jasne, że tak.
- I nigdy nic by mi się nie stało.
- Oczywiście, że nic.
- Jak w tej piosence Bjork, z „Tańcząc w ciemnościach”. „There is always someone to catch me”?
- Dokładnie tak.

Cisza opadła na nas jak szafranowa szata buddyjskiego mnicha. Nad Czwórką Pucharów tańczyły kieliszki z czerwonym alkoholem, fraki, lampiony, chciwe kobiece dłonie, znudzone oczy i zamglony las. A wszystko i tak pachniało sianem i malinami.

Małgorzata patrzyła w przestrzeń. W dole, gdzie kończyła się przepaść, widać było małe chatynki, stajenki, rzeczułki, krówki i nocne latawce (takie jak dzienne, tylko zamiast ludzi, za sznurki ciągną sny). Trochę dalej wznosiły się srebrne góry, pełne pustelników i joginów. Było na co popatrzeć.

- Pięknie to powiedziałeś, dziękuję – powiedziała w końcu, z życzliwym, smutnym uśmiechem. – Nie wiedziałam, że czekałeś kiedyś na mnie... A co później?
- Później?
- Z czekaniem. W końcu swoje lata już masz. Na co czekałeś później?
- Mogę wyciągnąć kartę?
- Oczywiście, trzymaj. – Podała mi talię.
Przetasowałem karty i wyciągnąłem Siódemkę Pucharów. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- To było głupie czekanie. Nie wiem czy chcę o tym gadać.
- Proszę.
- Nie wiem...
- Nie zostawiaj mnie teraz. Po opowieści z sianem, chcę więcej. Lubię jak opowiadasz.
Wiedziałem, że właśnie owija mnie sobie naokoło palca, ale nie miałem siły się opierać.



Z karty patrzył na mnie „ja”. Siedział na brzegu rzeki, trzymając w rękach wędkę. Kto łowi coś w środku nocy?
- No właśnie, kto? – spytała. – I co?

Na karcie złowiłem garnek ze złotem, harfę, która sama grała, pędzel, co sam malował, miecz, którym mogłem podbić cały świat i koronę z liści, ofiarowaną mi przez wdzięcznych, podbitych poddanych. Obok korony leżał strażacki hełm – niewidek i niebieski płaszcz – też niewidek oraz cała góra innego, magicznego śmiecia.
- Co to? – spytała zdziwiona Małgorzata. – Co ty tam wyprawiasz?
- Miałem siedemnaście, może osiemnaście lat (już dawno zapomniałem wtedy o wysokich furmankach). Kompletnie znudził mnie już świat...
- W wieku osiemnastu lat? – spytała.
- No tak. Tak też bywa. I z tego co wiem, nierzadko.
- Co dalej?
- Zacząłem brać.
Oczy Małgorzaty rozszerzyły się w zdumieniu i przestrachu.
- Ale po co?!
- Ponieważ miałem dość czekania i chciałem wziąć sprawy we własne ręce. Samemu znaleźć przejście na drugą stronę.
- Ale tak?!
- A co miałem zrobić?
- Jak to co? – Małgorzacie zabrakło na chwilę słów. – To co do tej pory... książki, marzenia, sny. Przecież tam są najlepsze bramy. Najcudowniejsze światy. Podróże po nieznanych krainach (Przecież czytałeś Verne’a i Brzechwę!), najlepsi przyjaciele, dobre wróżki, happy endy... a gdy miałeś już dość szczęśliwych zakończeń, to był przecież jeszcze stary dobru Edgar Alan Poe, albo twój polski Grabiński.
Wzruszyłem ramionami.
- Tyle światów, a ty, eh! – Machnęła na mnie ręką, kiwając z niedowierzaniem głową. – Co brałeś? – spytała.
- Nie powiem. Wstydzę się.
- No dobra, i tak nieważne. Jak było?
- Dziwnie. Znalazłem tajemne przejścia, zakopane pod mchem światy, dziwne pieśni i uczty bogów. Widziałem bitwy drzew liściastych z iglastymi, gasiłem z przyjaciółmi gwiazdy (zawsze, po każdej zgaszonej gwieździe płakałem niczym dziecko), fruwałem nad koronami drzew, a czasami dowodziłem armiami mrówek. Innym razem byłem w stanie zawędrować tak daleko, że wydawało mi się, że jeszcze krok i uda mi się wejść do prawdziwego świata, prawdziwego Domu. Jeden krok ...
- Jaki byłeś głupi! – zawołała ze złością. – Przecież tak się nie robi. W ten sposób nikt nie znajdzie ścieżki do Domu. Tak można jedynie zgubić ślad! Zabijałeś się po trochę.
- Teraz wiem. Nigdy nie udało mi się przekroczyć progu. Gdy myślałem, że to już, że właśnie wchodzę, budziłem się w śniegu, z zasmarkanym nosem, zdając sobie sprawę, że ścigałem błędne ogniki. Za każdym razem czułem, jakby było mnie trochę mniej. W końcu przestałem.
- Masz szczęście głuptasie – powiedziała, ciągle nadąsana. Nagle zerwała się na równe nogi. Chwyciła mnie za rękę.

- Polecisz ze mną w jedno miejsce? – spytała z podnieceniem. – Zobaczysz, zrobi się lepiej. Polecisz?
Jej dłoń była drobna i krucha. Dziwne. Wyobrażałem sobie, że taka silna kobieta, będzie miała niedźwiedzi uścisk.
- Jasne, że polecę. A co!
- To świetnie! – zawołała i pociągnęła mnie za sobą w przepaść.

Wiatr gwizdał jak orkiestra włóczęgów, akompaniując kryształowi jej śmiechu. Kiedy się leci, bez ciała, nad lasem, w środku skrzącej się gwiazdami nocy, człowiek czuje się naprawdę wolny. Nawet jeśli na jawie bałeś się ciemności, a tym bardziej lasu, to kiedy wreszcie uda ci się wysunąć z koperty i dasz się porwać astralnym wichurom, strach przestanie istnieć. No bo czego się bać, skoro wreszcie jesteś u siebie, u Matki Ciemności i braci wilków, a cały świat jest twoim przyjacielem? Pełna harmonia.
- Na to też czekałem... – Cicha nić mojego szeptu wplątała się w tkaninę nocy i rozbłysła na niebie.
- Na co czekałeś? – zawołała Małgorzata, widząc utkane ze złota lśniące słowa.
- Na harmonię.
- Głośniej!
- Harmonię!
- Zaraz mi opowiesz! Lądujemy!

Więc wylądowaliśmy. W środku świerkowego lasu, na osrebrzonej księżycem polanie. Małgorzata zatoczyła łuk ręką.
- No i? – spytała.
- No i co?
- Rozejrzyj się. Nie poznajesz?
Świerki, polana, księżyc... i gabloty z ciemnego drewna, z blatami ze szkła, pod którymi leżały dziwne, matowe klejnoty. Ni to kamienie, ni kryształy.
- Poznaję – wyszeptałem z niedowierzaniem. – Nie było mnie tu już tyle lat. Ostatni raz, jeszcze jako dziecko spacerowałem pomiędzy starożytnymi ołtarzami – wystawami, z podziwem i lękiem przyglądając się szlachetnym, pełnym mocy kamieniom.
- Bałeś się?
- Trochę.
- A teraz?
Rozejrzałem się dookoła. Ciekaw byłem, czy blask bijący od klejnotów, to odbite światło księżyca, czy ich własne. Ale nie, nie bałem się już.
- Nie, nie boje się już.
- Wiesz dlaczego? – spytała odsuwając sobie z czoła zabłąkane pasemko kręconych włosów.
- Bo jestem z tobą?
Po raz kolejny tej nocy wybuchnęła śmiechem.
- Dziękuję, ale to nie to.
- A co?
- Wiesz co to za kamienie?
- Nie za bardzo.
- Tysiące lat temu bogowie stworzyli tysiące ogrodów, rozrzucając po nich nasiona boskości. Każdy z ludzi ma swój ogród i swoje nasiona. Kiedy astrolodzy patrzą w gwiazdy, tak naprawdę wypatrują ogrodów i podglądają klejnoty – nasiona. Dzięki temu mogą powiedzieć choć kilka słów o tym, kim jesteś, czego szukasz, co osiągniesz.
- I to jest właśnie taki ogród?
- Tak. Twój osobisty, zasiany przez bogów ogródek.
- A to moje nasiona? – Wskazałem na tajemnicze, przyglądające nam się w ciszy gabloty.
- Tak.
- Gdzie zatem rośliny, które powinny z nich wyrastać?
Wyciągnęła dłoń i dotknęła mojej piersi.
- Tutaj – powiedziała cicho.
- No to powiedz mi: czego rośnie u mnie więcej? Bezużytecznych kwiatów, czy pożywnych owoców? – zażartowałem.
Popchnęła mnie mocno, aż przewróciłem się na miękką trawę i mech.
- Same pokrzywy i osty! – zawołała.
- Naprawdę? – spytałem lekko przestraszony.
- Nie, dzieciaku. – Pokiwała głową. – Miałam ci powiedzieć dlaczego kiedyś bałeś się tutaj przychodzić.
- Chyba już wiem.
- Tak? To powiedz.
- Wtedy były to jeszcze tylko nasiona, ciągle samotne, niezakwitłe. Dlatego ich nie rozumiałem i przez to wzbudzały we mnie strach. A później tyle się zdarzyło: błądziłem, znajdywałem drogi, podejmowałem decyzje, spotykałem ludzi, następnie ich traciłem, dałem się porywać ideom, po czym znów je gubiłem, albo świadomie wyrzucałem przez okno, byle dalej, żebym nie musiał się ich już wstydzić. W ten sposób podlewałem ofiarowane mi przez bogów nasiona, a one, zakwitając stały się częścią mnie. Swojską, znajomą, nieodłączną częścią mojej osoby... Dobrze to obmyśliłem?
- Fiu, fiu, to brzmiało naprawdę głęboko. – Cmoknęła z (chyba nieudawanym) zachwytem Małgorzata.

Nocna rosa zrosiła już mech i paprocie. Poczułem, że mam mokre stopy. Małgorzata ściągnęła rękawiczki i zaczęła macać trawę, szukając suchego miejsca. W końcu wymacała je pod jedną z gablot. Kiwnęła do mnie zapraszająco.
- Siadaj. Miałeś opowiedzieć mi o harmonii.
Umościłem się więc wygodnie. Białe światło księżyca sprawiało, że wszystko wyglądało, niczym we śnie.
- A gdzie jesteśmy, jeśli nie we śnie? – przerwała mi Małgorzata. – Pozostaje jedynie pytanie: czy to twój, czy mój sen.
- Tss, królowo. Nie skończyłem jeszcze opisu przyrody.
- Dobrze, już dobrze – powiedziała zrzędliwie i zamilkła.
Padające na nią światło księżyca podkreślało rysy i doskonały owal jej twarzy – nie za wąski podbródek, ładne, lekko wystające policzki i wysokie czoło, ozdobione ciemnobrązowymi lokami.



- Podałabyś mi Tarota? – spytałem i kiedy dostałem talię, wybrałem z niej jedną kartę. Stary, brodaty rabin, otoczony grubymi księgami, wyjaśniał swoim uczniom tajemną wiedzę – o świecie, o ludziach, o Bogu.
Małgorzata wyciągnęła ją spomiędzy moich palców i przez dłuższą chwilę przyglądała się jej uważnie.
- Kapłan – powiedziała w zamyśleniu. – Opowiesz mi o tym?
Oparłem się wygodniej o ciężki, starożytny stół.
- Przyszedł taki czas, że zapragnąłem spotkać Mędrca. Mistrza. Pamiętam, że w starym dzienniku napisałem o tym wiersz. Niestety, później go spaliłem.
Małgorzata sięgnęła do fałdów spódnicy i wygrzebała stamtąd pomięty zeszyt.
- To ten? – spytała z uśmiechem, wyciągając go w moją stronę.
Z niedowierzaniem wziąłem do ręki pognieciony notatnik.
- Ale jak to możliwe? – Pokiwałem z zachwytem głową.
- Ktoś mądry powiedział kiedyś, że rękopisy nie płoną. – Mrugnęła zawadiacko. Następnie wskazała na zeszyt, który miętosiłem w dłoniach. – Znajdziesz dla mnie ten wiersz?
W kilka sekund odszukałem stronę, o którą mi chodziło. Odchrząknąłem.

* * *

Jestem wilkiem,
mam kły, mam pazury
i kiedy biegnę przez las
w środku nocy,
to czuję, że żyję,
żyły pompują mi gorącą krew,
nie chłodną wodę.
Czasami myślę,
że łapami
nawet nie dotykam
ziemi.

Kiedy wracam do łóżka
i zwijam się w pościel
zagrzebany w puszkach po piwie
i pożółkłych filtrów
z papierosa,
zaczynam płakać.

Mistrzu, znajdź mnie
odszukaj,
posłuchaj nocnych głosów –
jeden z nich to ja.
Naucz mnie zmieniać kształty,
tak jak chcę i kiedy chcę,
naucz mnie fruwać,
kochać bezinteresownie,
przetłumacz mi stare modlitwy
w dziwnych językach.

Obudź mnie Mistrzu.

* * *

Cichy, ciepły wieczór uniósł ostatnie słowa i posłał je gdzieś, ponad ścianę lasu.
- I co? Znalazłeś to, czego szukałeś?
- Chyba tak...
- Chyba?
- Nie wiem. Kiedyś myślałem, że tak.
- A teraz?
- A teraz nie wiem.
- Powiedz coś więcej, bo nic nie rozumiem.
- Pewnego letniego dnia spotkałem roztańczonych mnichów. W pomarańczowych prześcieradłach wyglądali jak buddyjskie anioły. To było tak, jakby ktoś wstawił w czarnobiały film, kolorowe postacie. Wiedziałem, że zaczyna się dla mnie coś ważnego. Coś, co zmieni moje życie. Może to zakwitnął jeden z klejnotów? – Wskazałem na boską galerię. – Wkrótce ogoliłem głowę, zamieszkałem w klasztorze i zanurzyłem się w zapachu starych ksiąg. Co rano kruszyłem swoje ego, pragnąc wznieść się ponad ludzkie ograniczenia.
- A Mistrz?
- Później zjawił się też i Mistrz. Każdego dnia siadałem u jego stóp, chciwie słuchając słów mądrości, pytając o zakryte jeszcze przede mną cuda i prosząc o mapy ścieżek, prowadzących do Domu.
- To naprawdę fascynujące – powiedziała Małgorzata. – I co się stało? Dostałeś je?
- Mapy?
- Tak.
- Nie.
- O! – wyrwało się jej z rozczarowaniem. – Naprawdę?
- Nie pokazał mi map, ale opowiedział o ścieżkach. Dowiedziałem się od niego i z ksiąg, że miałem rację w swoich przeczuciach: istnieje Dom, istnieją ścieżki i jest też On.
- Bóg?
- Bóg, Wielki Duch, Przyjaciel, Najwyższy Kochanek... Ma tysiące imion.
- I co dalej? Mów, proszę.
- Aż przyszła taka chwila, że chyba zaczęło mi być tam za ciasno. Sam nie wiem dlaczego... Po prostu, w pewnym momencie zniknął gdzieś ogień i księgi przestały pachnieć przygodą, a zaczęły nudą.
- Ja chyba wiem dlaczego – powiedziała Małgorzata, patrząc w zamyśleniu na poszarpany szczytami drzew horyzont.
- To powiedz.
- Choć nasłuchałeś się tyle o ścieżce, Domu i o Nim, to w końcu jakaś część ciebie zrozumiała, że wiedza to nie wszystko. Ponad teorią stoi doświadczenie.
- To znaczy...
- To znaczy, że swoją ścieżkę musisz odkryć sam.
- Acha.

Trochę dalej, gdzie nie dochodziło światło księżyca, w ciemności rozbłysnęło złote światło.
- Co to? – spytałem.
- To zakwitło właśnie jedno z twoich nasion.
- Fajnie.
- No, fajnie – potwierdziła.
Pomilczeliśmy przez chwilę. Światełko ciągle tliło się w ciemności, dodając mi otuchy. Małgorzata oparła się o mnie ramieniem.
- Na co czekasz teraz? – spytała cicho, jakby bojąc się, że coś spłoszy. Coś ciepłego i swojskiego, dzięki czemu mogliśmy teraz siedzieć, nic nie mówić i nie martwić się nadchodzącym porankiem.
- Dlaczego myślisz, że na coś czekam?
- Powiedziałeś przecież, że zawsze na coś czekasz.
Podrapałem się po głowie i westchnąłem ciężko.
- Nie wiem.

Małgorzata pogłaskała mnie po głowie i wyciągnęła w moją stronę karty.
- Wyciągnij jeszcze jedną. To będzie wróżba na przyszłość. Chcesz?
Zanim dotknąłem kart, jedna z nich sama wskoczyła mi do ręki. Gwiazda. Naga, rozmarzona dziewczyna, zanurzona po uda w wodzie, odchyla do tyłu głowę, a jej długie włosy dotykają niebieskich lotosów.



Małgorzata klasnęła radośnie w dłonie.
- Wspaniała wróżba! – zawołała.
- Tak?
- No jasne.
- To dawaj.
Pogroziła mi palcem.
- Tak się nie mówi do damy. Ale dobrze. Powiem. Gwiazda to karta nadziei, ufności i nowych horyzontów.
- Teraz to mówisz jak prawdziwa Cyganka – zakpiłem.
Małgorzata rzuciła kartę do góry. Porwał ją wiatr i wzniósł wysoko, aż w końcu zabłysnęła na granatowo-czarnym nieboskłonie, dołączając do reszty gwiazd.
- Na nas też już czas – powiedziała poważnie i wstała, otrzepując się z trawy i świerkowych igieł. Następnie chwyciła mnie za rękę. Zanim wzbiliśmy się w górę, pocałowała mnie w czoło i nachyliwszy się do ucha, wyszeptała:

- Nie bój się... There is always someone to catch you...

Wednesday, 3 June 2009

Pamiętasz Paryż?



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.6

- Pamiętasz Paryż? – spytała ze smutkiem Tania, przytulając się do mojego ramienia. Jasne, że pamiętałem. Wylądowaliśmy tam początkiem grudnia, zeszłego roku. Planowaliśmy zamieszkać przez kilka tygodni u ludzi z Hospitality Club, a później, jeśli nie wydarzyłoby się nic, co zatrzymałoby nas na dłużej, chcieliśmy pojechać do Hiszpanii.

Paryż okazał się całkowitą katastrofą. Nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, zrobiło się bardzo zimno, nie mieliśmy ciepłych ubrań, granie na akordeonie szło mi jak krew z nosa i z trudnością zarabiałem na odrobinę jedzenia. Zaczęliśmy się łamać.

Jakby nie było nam wystarczająco trudno, pewnego dnia Tani wysiadły plecy. Chodziła z wielką trudnością i każdy krok sprawiał jej ból. Cały plan, z podróżowaniem, Hiszpanią, szukaniem przyjaciół i mistyki, stanął pod znakiem zapytania. Choć nie czuliśmy się jak turyści, to ostatniego, wspólnie spędzonego dnia, poszliśmy pospacerować nad Sekwaną. Było wietrznie, mokro i prószył śnieg. Szliśmy powoli, ciasno przytuleni, próbując się jakoś ogrzać i nie urazić jej kręgosłupa.

Pamiętam Wieżę Eiffla, szarą wodę wzburzonej Sekwany, oraz stalowe niebo, ledwo widoczne spoza mokrej i gęstej ściany śniegu. W końcu, kiedy przestało na chwile sypać, usiedliśmy na ławce, nad sama rzeką. Tania rozpoznała miejsce, w którym Polański nakręcił jedną ze scen „Dziewiątych wrót” i odkrycie to ożywiło nas na chwilę. Tam zdecydowaliśmy, że wracamy do Polski zebrać siły i zastanowić się, co dalej. Wyciągnęliśmy z kieszeni wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy – niedużo; zaledwie kilka banknotów i monet. Okazało się, że nie wystarczy na powrót nas dwojga.

- Pamiętam – odpowiedziałem, przyciągając ją bliżej do siebie i zanurzając twarz w jej włosach. – Jak mógłbym zapomnieć? Minęły dopiero trzy miesiące.
- Pamiętasz jak odprowadziłeś mnie na autobus do Polski i powiedziałeś, że to ostatni raz, kiedy rozstajemy się w ten sposób?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Tania sięgnęła stopą do stojącego obok łóżka plecaka i kopnęła go mocno. Plecak przewrócił się bezgłośnie.
- Nie możemy być normalni? Musisz być taki szczególny? – powiedziała z wyrzutem, ale bez złości.
Przytuliłem ją jeszcze mocniej.
- Przestań… - Odepchnęła mnie, wstała z łóżka i stanęła przede mną, nerwowo mnąc w palcach brzegi spódnicy. Widziałem, że próbuje powstrzymać łzy. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, wyglądała jakby chciała mi coś powiedzieć, ale widać zmieniła zdanie. Wzięła głęboki oddech, przełknęła łzy, wyprostowała na sobie koszulkę i spróbowała się uśmiechnąć.
- Chcesz, żebym dla ciebie zatańczyła?
Nie czekając na odpowiedź, podbiegła do półki z kasetami i po chwili nerwowego, głośnego przerzucania plastykowych pudełek, znalazła muzykę, której szukała. Rzuciła mi kasetę.
- Załączysz? - Po czym podeszła do okna, żeby odgrodzić nas zasłonami od ciemności i (mało prawdopodobnych) gapiów.

Przy pierwszych nutach, weszła na środek pokoju i zamknęła oczy, biorąc głęboki oddech, ale nagle wpadła na nowy pomysł. Podeszła do swojej szafy z ubraniami, wyciągnęła z niej kolorową chustę i zawiązała ją sobie na biodrach. Wykorzystałem chwilę zwłoki, żeby przyciemnić trochę światła i odsunąć na bok plecak i akordeon, przygotowane już na jutrzejszą podróż. Bez górnego światła, płomienie grające w kominku, odbijały się na ścianach i twarzy Tani. Dopiero teraz zauważyłem, że jednak nie udało się jej powstrzymać wszystkich łez, których mokry ślad na policzkach, odbijał blask ognia.

Piosenka zaczynała się od dźwięku cymbałów, do której po chwili dołączył akordeon, darbuka, aż wreszcie ochrypłe, smutne słowa starej, irańskiej pieśni.
Ten taniec był najpiękniejszym pożegnaniem, jakiego kiedykolwiek doznałem. Pierwszy raz widziałem Tanię pogrążoną w czymś tak głęboko.
Patrząc na jej wirującą po pokoju postać, kołyszące się biodra i skupioną twarz, na roztańczone po ścianach cienie, ogień, który uciekł z kominka i wydawał się tańczyć razem z nią, wiedziałem, że jest to doskonały początek podróży. Było mi jej szkoda, wolałbym widzieć jej radość, niż smutek, ale w tamtym momencie zrozumiałem jak ważnym i pięknym elementem życia jest rozstanie.

Nie wiedziałem, czy była to muzyka pachnąca pustynią, ogień, czy też ciemne, błyszczące oczy mojej ukochanej, ale wydawało mi się, że nie jestem już w swoim przytulnym pokoju. Przeniosłem się gdzieś daleko, do krainy archetypów, gdzie pozwolono mi dotknąć oryginalnych uczuć, które niczym klejnoty lśnią w galeriach starożytnych bogów i to z nich właśnie bierze się miarę na naszą ziemska miłość, nienawiść, tęsknotę, czy przyjaźń.

Do oczu napłynęły mi łzy. Nagle zrozumiałem, że od jutra będę już całkiem sam.



c.d.n.

Monday, 1 June 2009

Bakcyl



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.5

Od samego początku mieliśmy głowy w chmurach i na tą część naszego życia nie mogliśmy narzekać. Wspólnie wyobrażaliśmy sobie niemożliwe zbiegi okoliczności, które miały nam zapewnić wygraną na loterii, sławę osiągniętą dzięki jakimś nadzwyczajnym, odkrytym nagle i niespodziewanie talentom, przyjaciół na śmierć i życie, którzy zjawiali się nieoczekiwanie w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach, żeby uratować nas przed kabałą, w którą akurat się wpakowaliśmy, albo po prostu, żeby być z nami w trudnych chwilach…

Marzeń nam nie brakowało. Gorzej było z praktycznym radzeniem sobie w otoczeniu, które ciężko było nazwać „user friendly”. Zaraz na samym początku wpadliśmy po uszy w długi (po tej stronie spektrum przeznaczenia, los miał dla nas całkiem spory wachlarz niefortunnych i nieprawdopodobnych sytuacji), a każda kolejna robota, której się podejmowaliśmy, okazywała się kompletnym niewypałem, rojącym się od wrednych szefów, kiepskich zarobków i długich oraz nieprzyjemnych godzin pracy. Zwykle nie byliśmy w stanie wysiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż kilka miesięcy i kiedy tylko mieliśmy już dosyć, znajdywaliśmy jakiś niemożliwy do odparcia powód, który usprawiedliwiał naszą ucieczkę.

Lubiłem rzucać pracę na wiosnę. Skoro cały świat zrzucał z siebie brudne okrycie zimy i zaczynał od nowa, dlaczego nie mogłem i ja? Nie ma nic przyjemniejszego, niż po kilku miesiącach codziennej, szarej tyrki, powiedzieć szefowi, że się odchodzi i gwiżdżąc, wyjść na majową, albo czerwcową ulicę, będąc pewnym, że Wszechświat ma już w zanadrzu coś szczególnego, przygotowanego specjalnie dla ciebie. Brzmi naiwnie? Może i tak, ale dla mnie osobiście, najważniejszy był akt podjęcia decyzji o swoim życiu. Ta decyzja nie zawsze była odpowiedzialna, ale myślę, że ważniejsze niż rozsądek było poczucie pełnej wolności i to właśnie poczucie budziło głód jeszcze większej wolności, i w ten sposób, niczym śnieżna kula, rosło we mnie przekonanie, że tylko ode mnie zależy, jakie będzie moje życie. Dzięki sile tego przekonania byłem później w stanie z uśmiechem na twarzy stawić czoła bardzo trudnym sytuacjom.

Zima nie chciała się więc skończyć, ale coś we mnie, rozochocone po zeszłorocznej wędrówce, którą rzuciliśmy wyzwanie gwiazdom, ciągle nie czuło pełnej satysfakcji. Choć w listopadzie, pod koniec włóczęgi, dostaliśmy trochę w kość, to po kilku miesiącach odpoczynku wiedziałem, że tamta podróż była tylko rozgrzewką. Na początku marca zacząłem szperać po internecie, wczytując się we wszelkiego rodzaju podróżnicze dzienniki, autostopowe szaleństwa i powoli nowa podróż stała się moją obsesją. Marzyły mi się przebudzenia w nieznanych miejscach, historie ludzi, z którymi mogłem skrzyżować swoje ścieżki, jeśli tylko zebrałbym się na odwagę, nieobliczalność każdego dnia. Zazdrościłem Kindze i Szopenowi, którzy od kilku lat przemierzali świat, dzieląc się swoimi doświadczeniami w sieci. Pewnego dnia wpadła mi w ręce książka Edi Pyrka „Celem jest Orient”. Z tym gościem wsiąkłem już na całego, czytając z wypiekami na twarzy, jak ze stoickim spokojem i otwartym umysłem prawdziwego humanisty opisuje on świat.

Tania nie podzielała mojego entuzjazmu, ale rozumiała co się we mnie dzieje i kiedy pewnego dnia powiedziałem jej, że muszę wyjechać na jakiś czas, przyjęła to dosyć dobrze. Choć widziałem, że czuje smutek i niepokoi się o mnie, to jednak była w stanie dać mi zielone światło. W połowie marca zadecydowałem więc; kiedy tylko zrobi się trochę cieplej, spakuję swój kieszonkowy namiot, nieduży, stary akordeon, który sprawdził się zeszłej jesieni w Holandii i Francji, czysty notatnik na zapiski z drogi, oraz szeroko otwarte oczy dziecka i serce poszukiwacza skarbów. Czekałem już tylko na odrobinę słońca.

c.d.n.


Saturday, 30 May 2009

Bristolski tren



Bristolski tren

Choć tytuł poważny, to ten tekst jest zwykłym żartem, choć jak można zobaczyć, z pewnością zabarwionym lekką dozą goryczy. Dostało się dziś Anglikom ode mnie:). Generalnie jednak mój pesymizm nie jest aż tak kliniczny jak wynikałoby z tego tekstu. Ot czasami trzeba sobie ponarzekać:). Choć tyle z mojego dzisiejszego wypadu do parku.

Słońce pokolorowało Bristol na złoto-zielono. Westbury Park, choć pełen Anglików, nabrał letniego uroku. Turkusowe niebo przecinane było od czasu do czasu przez jaskrawo-kolorowe latawce, do których przyczepieni byli ludzie, ślizgający się na napędzanych wiatrem deskorolkach.

Widać też było smużki dymu z jednorazowych grillów. Poczerniałe, nad ranem zostaną pozbierane przez śmieciarzy.

Ostatni dzień weekendu zwykle jest dla mnie bezowocnym sprintem, kiedy próbuję złapać i choć przez chwilę utrzymać w dłoni umykające momenty. Trzymam je delikatnie w rękach, jakby to były motyle, czując delikatne trzepotanie sekund. Kiedy jednak otwieram klatkę z dłoni, okazuje się, że w środku jest całkiem pusto. Kolejna chwila uciekła. To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie momenty z weekendu od tych z pracy. Kiedy mam dwunastogodzinną zmianę, kawałki czasu obłażą mnie beznamiętnie, jak oślizgłe ślimaki i męczą monotonnym śluzotokiem. Nie ma co ukrywać – nigdy nie polubię idei sprzedawania swojego bezcennego czasu za pieniądze.

Na początku, kiedy znalazłem się w Bristolu, łaziłem do parku, mając nadzieję, że znajdę choć kilka dusz, jak ja szukających kosmicznego kontaktu. (Mówiąc „kosmicznego” mam na myśli zwykłe, czterowymiarowe spotkanie wędrujących po wszechświecie dusz, które utknęły na tej zapomnianej przez Boga planecie.)

Z czasem zdałem sobie sprawę, że w tym kraju nie wylądowało zbyt wielu rozbitków i większość żyznej, angielskiej ziemi zajmują zadowoleni tubylcy. Uprzejmych, zdystansowanych tuziemców nie interesują dziwaczni kosmici, o barbarzyńskich akcentach. Rzadko który spyta z jakiej jesteś planety. „Łatwiej ci się tu żyje?”, „U was pijecie wódkę, aren’t you?”, A! Byłem w Krakowie!”. Możecie być pewni, że zwykle nie interesują ich odpowiedzi. Anglicy już tak mają.

Wrócę lepiej do natury. Siedziałem w kaczeńcach. Kiedy byłem mały, mama zawsze ostrzegała mnie, żebym nie dotykał kaczeńców, bo jeśli to zrobię, a później przez przypadek dotknę oczu, mogę stracić wzrok. To zabawne, ale nawet teraz, w wieku trzydziestu trzech lat, nikt nie przekonałby mnie, żebym chociaż zbliżył twarz do kwiatu kaczeńca. Nawet nie dotknę drania i choć to łagodny kwiatek, to dla mnie już zawsze będzie miał w sobie coś złowieszczego.

To nie jedyny kwiat, jaki spieprzyła mi mama. Boję się również tulipanów. Kiedy miałem z cztery, albo pięć lat, sąsiadka poprosiła ją, żeby namalowała jej na ścianie ogród pełen tulipanów. W góralskiej wiosce, w latach osiemdziesiątych, malowanie na ścianach motywów kwietnych było bardzo popularnym sposobem ozdabiania domów.

Tak więc mama dostała zamówienie na namalowanie tulipanów. Kiedy sąsiadka od nas wyszła, powiedziała do ojca: „Leszek, ja się boję tych tulipanów.” Nie domyślała się, że sięgający jej do kolan brzdąc, słysząc te słowa, przeraził się aż do szpiku kości. Wyobraził sobie krwiste, tłuste tulipany, które czają się na drewnianych ścianach starych domów, gotowe, żeby na ciebie wyskoczyć i przerazić na śmierć.
No i tak mu już zostało: kaczeńce wypalają oczy, a krwiożercze tulipany to kosmiczne rosiczki, które wzbudzają strach nawet w jednym z dwóch najważniejszych w twoim czteroletnim życiu bogów (tzn. w mamie – czasami nie jestem pewny, czy moje metafory są zrozumiałe.)



Okej, powracając do dnia dzisiejszego: wziąłem ze sobą dwie butelki cydru (o wiele bardziej podoba mi się to słowo od popularnego wśród Polaków na Wyspach spolszczenia „sajder”. W sumie nie wiem, czy oprócz mnie ktoś jeszcze mówi „cydr”) i trochę tytoniu.

Najpierw usiadłem pod miłymi krzakami, w których cieniu mogłem się schować, ale wkrótce dosiadła się przeraźliwie głośna rodzinka. Nawet nie próbowałem się zaaklimatyzować. Zrezygnowany poszedłem poszukać nowego, niezaludnionego krzaka. Nie było łatwo, zważywszy na tłumy ludzi, nie będących w stanie zdecydować, czy chcą się opalać, czy chłodzić w cieniu.

Wreszcie jednak udało się. Usiadłem pod niedużym jesionem, ulepiłem koślawego skręta (wiatr zwiał mi połowę jego zawartości) i włączyłem „Psią Krew”. Góralskie rytmy, podrasowane dobrym basem, podgrzały mi krew. Chciało mi się wyć na myśl, że parę tysięcy kilometrów stąd, ciągle stoją, nie zwracające uwagi na moją nieobecność, góry, wioski i schroniska, o tej porze roku pewnie już pełne leśnych włóczęgów.

Wypaliłem skręta, napiłem się cydru, trochę pożonglowałem, poczytałem książkę, ale nie udało mi się uciec przed nostalgią.

Zrozumiałem, że muszę uruchomić wibrujący bodhisattvą nadajnik. Strzyknąłem więc odstającym uchem, dostroiłem się do pielgrzymich częstotliwości i wystukałem pustą butelką o rower: „Dziewczyny i chłopaki, dziewczyny i chłopaki, przydałoby się pogadać. Over.”
Poplątały się nagle latawce, gałęzie jesiona zostały przygniecione prawie do samej ziemi podmuchem nieoczekiwanego wiatru, a dwóm, tłustym Angielkom zwiało z obfitych piersi staniki.
- Cześć Marcinsen.
Przede mną stał chudy, długowłosy chłopak. Dopiero kiedy odwrócił się do mnie profilem, zobaczyłem, że włosy wyrastały mu tylko z jednej połowy głowy; druga była ogolona na łyso. Widać było, że jest trochę speszony swoją ekstrawaganckością. Stał lekko przygarbiony, nie wyciągając rąk z kieszeni. Zobaczyłem, że na grzbiecie ma skórzaną papę (jak kiedyś mówiło się na punkowe, czarne, łuszczące się kurtki).
- Cześć koleżko – odpowiedziałem, po czym tknięty przeczuciem, dodałem – Odwróciłbyś się na chwilę?
Tak jak myślałem, na plecach napisane było białym sprayem: „Sid OK.”
- Skąd masz tę kurtkę? – spytałem lekko zaniepokojony.
Chudzielec odgarnął sobie z twarzy wyraźnie tłuste włosy.
- Marcinsen, nie rób sobie jaj. Przecież ja to ty. Nie mów, że wszystko zapomniałeś?
Przyjrzałem się mu uważniej. Rzadki wąsik, wątła klatka piersiowa, zamiast glanów przerobione opinacze, które choć jakbym się nie starał, nigdy nie miały przypominać martensów.
- Punio?



- No jasne – powiedział i usiadł obok mnie, ocierając z czoła pot.
- Nie za gorąco na taką kurtkę? – spytałem wskazując na grubą, sztywną skórę.
- Marcinsen, wiesz, że mnie niepokoisz?
- Co?
- Przecież powinieneś pamiętać. Punio nigdy nie ściąga papy ani glanów. Nawet w środku lata, kiedy większość ludzi siedzi nad rzeką w samych majtkach.
Z tym nie mogłem się kłócić. Punio nie ściąga papy. Kropka.
Mój gość popatrzył łakomie na dwie, tłuste dziewczyny, które wcale nie przejęły się brakiem staników.
- Jak się tu bawisz? – spytał.
Rozejrzałem się dookoła.
- Niezbyt.
- No co ty? Wygląda, że to całkiem miłe miejsce. Słońce, zieleń, to – wskazał głową na Angielki.– Przyroda, relaks, oprócz tego masz pracę, dziewczynę. Wydaje się, że dobrze się urządziłeś.
Skrzywiłem się.
- Co ty, Punio. To wszystko iluzja. Tak naprawdę równie dobrze mógłbym siedzieć na pustyni. Nie wiem co stało się tym ludziom, ale już dałem sobie spokój z próbowaniem nawiązania kontaktu. Jakieś kalectwo emocjonalne.
- Poważnie? – zapytał z powątpiewaniem. Popatrzyłem na niego poirytowany. Jednak drażnił mnie tak samo jak kiedyś.
- Nie wierzysz? W porządku. Widzisz tamtą grupkę? Tam po lewej, obok tego drzewa z czerwonymi kwiatami? - pokazałem palcem.
- Masz na myśli głóg?
- Punio, nie popisuj się. Przecież ja to ty, jak sam mądrze zauważyłeś. Nie masz więc przed kim brylować.
Zaśmiał się lekko zmieszany.
- No dobra, widzę ich całkiem wyraźnie. Wydają się sympatyczni. I co?
- Idź do nich. Przywitaj się, zagadaj.

Moje przeszłe "ja" zmierzyło taksującym wzrokiem kilku opalonych młodzieniaszków, każdy w przeciwsłonecznych okularach i towarzyszące im dziewczyny, wciśnięte, w ciasne, białe szorty. Dziewczyny, jak mogłem zrozumieć z dobiegających nas pojedynczych słów, rozmawiały o tym, który z bohaterów „Lost” jest przystojniejszy.
- Co to jest „Lost”? – zapytał zaciekawiony Punio.
- To jest to, co zastąpi dobre seriale w dwudziestym pierwszym wieku. No ale masz jeszcze trochę czasu, została ci jeszcze większość lat dziewięćdziesiątych i możesz cieszyć się do woli „Archiwum X”.
Długowłosy „ja”, zdecydowanie nabrał powietrza w płuca.
- W takim razie... - Powietrze uszło z niego ze świstem - Ale po co mam do nich iść? - zreflektował się.
- Po prostu przywitaj się, zagadaj, wymień grzeczności, cokolwiek chcesz.
- Przecież nie mówię po angielsku – spróbował się wykręcić.
- Punio, nie pieprz. Jesteś tylko w mojej wyobraźni. Właśnie sobie wyobraziłem, że znasz angielski, chiński i marsjański. Nie masz więc żadnego ekskjuzu.
- Faktycznie! Zrozumiałem co to znaczy „ekskjuz”! – zawołał podekscytowany. Następnie wstał, otrzepał papę z kaczeńców, uważając, żeby śmiertelnie toksyczny, żółty pyłek nie wleciał mu do oczu i z ociąganiem poszedł przywitać się z sąsiadami.

Wszystkie rozmowy ucichły.
- How can I help you? – spytał chłodno przystojny blondyn, odsuwając na czoło markowe okulary.
- Cześć chłopaki i dziewczyny – powiedział zmieszany, ale zdeterminowany, żeby spróbować Punio. – Czy nie spotkaliśmy się czasem na podniebnych szlakach? Pamiętam astralne imprezy i jestem prawie pewny, że widziałem tam wasze twarze...
Odpowiedziała mu niechętna cisza. Nie dał za wygraną. Wyciągnął z kieszeni papy do połowy wypitą butelkę Karo. „Ciekawe, czy jeszcze produkują to wino?” – pomyślałem. Spróbował podać napój dziewczynie siedzącej najbliżej.
- Napijesz się?
Nie wyciągnęła ręki. Nie zrażony kontynuował.
- Za dwa złote ...
- Funty! – podpowiedziałem mu z oddali.
- Za dwa funty – poprawił się – nauczę was ujeżdżać promienie gwiazd. Zobaczycie dalekie krainy, gdzie drzewa rodzą fortepiany, na których grają kosmiczne wiewiórki, a najpiękniejsze dziewczyny... i mężczyźni – dodał szybko, uśmiechając się przepraszająco do chłodno spoglądających Angielek– tańczą fokstrota, do wtóru orkiestry, uratowanej z Titanica, przez kosmitę – melomana...

Cisza stawała się coraz bardziej wroga. Jedna z dziewczyn, ta najbardziej wymalowana dotknęła ramienia swojego towarzysza i zaczęła mu coś szeptać na ucho.
Punio odchrząknął.
- A co z podróżami w czasie, koledzy? – miało to zabrzmieć mocno, ale przeważyła wrodzona wstydliwość i brak charyzmy. – Nie chcielibyście spotkać starożytnych bogów i pić z nimi złociste wino w zbudowanych z białego marmuru świątynkach? A co powiecie na skoczne festyny, w dniach pomiędzy wielkimi wojnami, kiedy ludzie myśleli, że najgorsze mają za sobą i teraz ludzkość będzie się miała już tylko lepiej? Wtedy ludzie wiedzieli jak się bawić... – Zabrakło mu słów i rzucił mi przez ramię bezradne, wołające o pomoc spojrzenie. Wskazał na mnie palcem.
- Sam właśnie przewędrowałem piętnaście lat, żeby spotkać samego siebie i pocieszyć go w potrzebie.
Zawstydzony pokiwałem im niepewnie.
Dziewczyna przestała wreszcie szeptać. Jej chłopak wstał i podszedł do Punia.
- Fuck off – powiedział.

Punio wrócił i usiadł obok mnie.
- Faktycznie ciężko, Marcinsen. Niewesoło.
- Sam teraz widzisz.
- Co ty tu w ogóle robisz? – spytał.
- W parku, czy w ogóle?
- W parku to widzę. Oglądasz dziewczyny w topless i pijesz piwo.
- Cydra.
- Niech będzie cydra. Pytam co robisz tutaj, w Bristolu? Zapewniam cię (i kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć), że jest wiele o niebo ciekawszych i przyjemniejszych miejsc. Przyznam ci się, że wcale nie uśmiecha mi się tu skończyć.
- Wcale nie skończyłem.
- Na pewno? – powiedział sceptycznie.
- Wiesz co? – nie wytrzymałem. – Szukałem kogoś, z kim mógłbym pogadać, a nie chodzącego wyrzutu sumienia.
Anglicy pakowali swoje burgery, komórki, dymiące grille i paletki do badmintona. Rzucali nam przy tym potępiające spojrzenia.
Punio popatrzył na mnie przepraszająco.
- Sorry Marcinsen. Nie mam wyczucia.
Zrobiło się cicho.
- To ja będę już spadał – powiedział, wyciągając do mnie rękę. – Jutro mam klasówkę z polaka.
Uścisnąłem sobie dłoń. Mile zaskoczył mnie mój mocny uścisk.
- To trzymaj się Punio. Uważaj na siebie.
- Dzięki.
- I jeszcze pamiętaj, że w 1995... – Nie dokończyłem.
Punio uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Przecież dobrze wiesz, że aż nie mogę się doczekać, żeby popełnić te wszystkie pomyłki, które na mnie czekają – powiedział, szczerząc do mnie zęby.
Wiedziałem. Dlatego nie miało sensu próbować coś zmienić. Pokiwał mi ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.

Słońce pożarło mój kawałek cienia. Dwie tłuste Angielki znów miały na sobie staniki. Niebo jeszcze bardziej zagęściło się od latawców. „Naprawdę chce ci się to ciągnąć?” – pomyślałem i schowałem notatnik do torby.

Jeśli nie podnosiłbym wzroku za wysoko, to ten kawałek łąki, obok kół roweru, mógłby nawet ujść za Polskę.

30.05.2009, Bristol

Rodzina




W poszukiwaniu skrawków duszy cz.4

Czasami przychodziła do nas Ania, moja mała siostra, nastoletnia intelektualistka, która dodawała nam otuchy swoim bezkrytycznym uwielbieniem naszych osób i dla której w zupełności wystarczyło, że mogła posiedzieć z nami w ciszy, wyczuwając atmosferę azylu, jaką tam sobie stworzyliśmy i słuchając naszych opowieści o egzotycznych miejscach, jak Madryt, Paryż albo Warszawa.

Od czasu do czasu zachodziła też poskarżyć się na życie, albo pijaństwo ojca mama i czasami milkła przyglądając nam się z troską, nie rozumiejąc naszych ścieżek, które ani trochę nie pasowały do obrazu tego, jak według niej powinno wyglądać życie młodego małżeństwa. Z reguły nic na ten temat jednak nie mówiła, wiedząc, że nie posiada niczego, co mogłaby nam zaoferować; jej ciepły i bezpieczny świat komunizmu odszedł w przeszłość i nie miała pojęcia jakie wybory były właściwe teraz. Nie mogła tylko odżałować, że rzuciłem studia i zrezygnowałem tym samym ze spokojnej pracy wiejskiego nauczyciela, którym pewnie mógłbym zostać i przynajmniej raz dziennie nie omieszkała mi tego przypomnieć.

Ojciec raczej nie odwiedzał nas w naszym pokoju, chyba że potrzebował czegoś ze swojej szafki na dokumenty. Myślę, że nie chciał zakłócać nam prywatności, a czasami po ostrym piciu po prostu się nas wstydził. To raczej ja co jakiś czas wynurzałem się z naszego przytulnego gniazda, szedłem do kuchni, siadałem na ławce, obok jego łóżka i wspólnie oglądaliśmy stare westerny z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. To były momenty, w których byliśmy sobie najbliżsi.




Oprócz rodziców i Ani mieszkał z nami jeszcze Łukasz, mój najmłodszy brat, który kiedyś większość czasu spędzał poza domem, surfując po falach młodzieńczych i butnych przygód, pełnych piersiastych dziewczyn, międzywioskowych wojen i honorowych pojedynków, zbyt zajęty pociąganiem z butelki młodości, żeby tracić czas na cztery, nudne ściany i nas, ale teraz wreszcie osiadł na miejscu z Moniką, dziewczyną, którą porwał z domu dziecka. W zamian zdążyła już dać mu małego chłopca.

Szymon, samotnik, urażone, środkowe dziecko wyprowadził się kilka lat wcześniej; włożywszy na siebie białą koszulę, kierpce i góralski kapelusz, zamieszkał w górach, rozdając jedzenie i ludowe nuty. Na kilka lat znalazł swoje schronienie w górskim schronisku, gdzie chciwy pochwał i przyjaźni zbudował sobie swoje własne, kruche jak się później okazało, królestwo.

No i byliśmy też my; cygańska, zdezorientowana para. Tanię złowiłem (a może ona mnie?) pięć lat wcześniej w Krakowie, w hinduskim aśramie, kiedy jej brązowe, śmiejące się oczy i twarz dziecka wyrwały mnie z abstrakcyjnych myśli o Absolucie i sprowadziły z powrotem na ziemię. To przez nią zamieniłem szafranowe szaty i ogoloną głowę, na sztruksy i brodę, ale wcale nie żałowałem. Choć trochę tęskniłem za mantrami o świcie i rozmowami ze starymi mnichami, którzy widzieli rzeczy, o których ja tylko mogłem śnić, to jednak nie zamieniłbym na nic naszych długich spacerów po uliczkach obcych miast, gdzie mieliśmy tylko siebie.

Lubiłem porównywać się do narratora z „Greka Zorby”, greckiego intelektualisty, który zafascynowany Buddą i jego naukami, poznaje Alexa Zorbę i pod wpływem jego zwierzęcej prawie miłości do życia, wybiera doświadczenie zamiast kontemplacji. W końcu to było tym, co desperacko próbowałem w sobie znaleźć; miłość do świata i ludzi, doświadczenie jedności i zrozumienie co naprawdę oznacza ta afirmacja życia, o której mówi tylu pisarzy. Tania nie była Grekiem Zorbą, ale z pewnością go we mnie obudziła.


c.d.n.

Friday, 29 May 2009

Koniec zimy



W poszukiwaniu skrawków duszy cz.3

Zima dłużyła mi się tego roku nieziemsko. Śnieg zaczął topnieć już w styczniu, ale szaro-białawe brudne placki nie chciały zniknąć, choć był to już koniec marca. Nagie gałęzie drzew układały się w sieci żył na sinym niebie, a spoglądając przez okno, miałem wrażenie, że mogłem prawie dotknąć zabłoconych melancholią wzgórz, ochlapanych płachtami brudnego śniegu. Niechlujnie rozrzucone traktory szpeciły i tak szpetne wilgotne podwórka, pilnowane przez postrzępione, obojętne kundle. Czułem się tak, jak kiedyś, kiedy nie byłem tutaj tylko gościem, ale kudłatym nastolatkiem, uwięzionym w zapomnianej przez Boga górskiej wiosce, który nie licząc na ratunek, zamknął się w czterech ścianach swoich młodzieńczych, eskapistycznych fantazji, taniego wina i (o zgrozo) okazyjnego woreczka z klejem, dopóki odważne, nieprzemyślane i lekkomyślne decyzje nie rzuciły go poza granice znanego mu świata.

Tak wyglądało to kilkanaście lat wcześniej. Tym razem ta mała wioska i stary, pohabsburski dom stały się zimowym schronieniem dla mnie i mojej małżonki, gdy zawinęliśmy tam po kilkumiesięcznej włóczędze po Europie. Zjawiliśmy się bez pieniędzy i bez pomysłów na przyszłość, skuliliśmy się przy złocistym kominku i zawinąwszy się w grube koce, patrzeliśmy w pląsające płomienie, zabijając czas lekkimi rozmowami z bliskimi i czytaniem starych książek, którymi mój ojciec i w sumie przez kilka lat również ja, zapchaliśmy każdy wolny kąt. Tania zaczytywała się opowieściami o rzymskich cesarzach, z książek Krawczuka i Roberta Gravesa, ja natomiast zakopałem się w stosach pożółkłych numerów Fantastyki i w książkach Bradburego, Strugackich i Bułyczowa, które znałem tak dobrze, że najprawdopodobniej mógłbym sam napisać je od nowa.

c.d.n.