Weekend mi się zwolnił, nie wypaliło w schronisku. Za cholerę nie chce mi się siedzieć zamkniętym w domu. Pomyślę. Zrobiłbym coś innego niż zwykle. A może pojadę gdzieś, rozbiję kemping na dziko w jakichś miłych okolicznościach przyrody? Jeszcze nie wiem.
Dziś obudziłem się około trzeciej i nie potrafiłem zasnąć. Włączyłem na Netflixie "Hector and the Search for Happiness". Bardzo miły, ciepły film, nie przeszkadzała mi okazjonalna naiwność. Nawet wzruszyłem się pod koniec. Poza tym bardzo podoba mi się Rosamund Pike, to jedna z moich ulubionych aktorek. Później zasnąłem na jakieś 3 godziny. Próbowałem się dodzwonić do chłopaków, żeby dokładnie ustawić się na weekend do pracy. Okazało się, że zapili i zmianę wziął ktoś inny, tak że weekendowa praca odpadła. Trochę szkoda mi kasy, poza tym fajnie czasami pobyć wśród ludzi. No ale trudno.
Kończę mój poranny wpis i biorę się za główkowanie:)
Ale ten czas leci. Dużo się wydarzyło. A może wcale nie. Właśnie ugotowałem obiad. Postanowiłem zrobić coś gaurmet, ileż można żreć makaron z koncentratem pomidorowym. Złociste ziemniaczki z piekarnika z kawałkami soczystych pomidorów i natką pietruszki. Smażone kostki bakłażana. Kotleciki z kalafiora i kapusty z ogródka (akurat wczoraj były zbiory). Czatnej śliwkowy oraz ogórek i biała cebula w jogurcie, jako dwa sosy. Do tego portugalskie białe wino wytrawne. Ożywiło mnie to, choć smutno się gotuje tylko dla siebie. Zrobiłem więc trzy talerze i zaniosłem szwagierce i dzieciakom.
Ostatnie kilka dni jesień jest słoneczna, ale dopiero dzisiaj, pierwszy raz chyba od tygodnia wyszedłem z domu. Pojechałem na zakupy, dziwnie się czując wśród ludzi po takiej przerwie. Odizolowałem się w ostatnim miesiącu. Kolejne rozstanie z M. było chyba najbardziej bolesne ze wszystkich. Zacząłem poczuciem winy, próbowałem to ratować, ale z czasem coraz częściej przypominałem sobie, jak toksyczna to była relacja. Teraz, oprócz smutku i rozczarowania, zaczynam czuć niesmak do swojego braku asertywności i determinacji wartej lepszej sprawy. No mam taką cechę, że bardzo się przywiązuję i trudno jest mi porzucić uczucie. Co zresztą widać w tych moich zapiskach z ostatnich lat. To tyle w temacie, nie będę się rozpisywał.
Co jeszcze? Nie pracuję na etacie. Po zwolnieniu z ostatniej pracy w maju, dałem sobie spokój. Dorywczo pomagam w schronisku, zawsze to parę groszy, oprócz tego czasami sprzedam jakiś obraz albo pocztówki. Na podstawowe potrzeby wystarcza. Sprzedałem też działkę po dziadku, ale tych pieniędzy nie ruszam. Chciałbym kupić jakiś kąt, który będę mógł nazwać swoim. Tylko, że nie są to duże pieniądze, na domek nie starczy. Tzn na domek by starczyło, ale już nie na działkę. Albo na odwrót. A poza tym nie wiem, w jakim kierunku iść. Czy szukać coś blisko, czy wyjechać. Więc na razie pieniądze leżą na koncie, a ja żyję z dnia na dzień, z nadzieją obserwując w sobie stopniowe objawy dochodzenia do równowagi. Żeby czuć, że żyję i coś jestem wart i jeszcze żeby poradzić sobie z depresją, maluję i sporo nagrywam. Przygotowuję pierwszy profesjonalny (w miarę) album. Wybrałem kilkanaście ze swoich utworów i nagrywam od nowa, z perkusją, solówkami, porządnym basem, nowymi pomysłami. Kiedy skończę, chciałbym, żeby popracował nad tym jakiś inżynier dźwięku. Myślę, że do końca roku może się udać.
Mój przykładowy dzień:
1. Budzę się kilka razy nad ranem, żeby wreszcie około 6 albo 7 dać sobie spokój z próbowaniem. Leżę później, czytając coś na FB, jakieś artykuły, pierdoły, etc.
2. Około 9 mówię sobie: "Wstawujki, Marcyś, trzeba się wreszcie wziąć za ten dzień". Patrzę też w górę i mówię: "Boże, jakby coś, to jestem gotowy na nowe perspektywy i szanse. Powaga."
3. Poranna toaleta, kawa, fajka, szybkie zerknięcie na wiadomości.
4. I co teraz? Mam coś namalować, zrelaksować się, czy raczej skoncentrować i wziąć za muzykę i nagrywanie? A może poczytam książkę?
5. W międzyczasie odpowiadam na komentarze na FB i nieliczne wiadomości od ludzi, którzy albo coś chcą, albo szczerze się martwią lub zagadują po prostu przyjaźnie. Odpisywanie sprawia mi trochę trudności, bo często pustka i smutek, który czuję, są tak głębokie, że czyichś kilka miłych słów nie jest w stanie naprawdę pomóc. Ale to i tak miłe.
6. Koło południa robię sobie śniadanie. Kanapkę albo resztki obiadu z wczoraj.
7. Po południu nalewam sobie wina albo drinka i kontynuuję to, co akurat miałem zaczęte.
8. Wieczorem robi się coraz smutniej, ciężej. Przychodzą wspomnienia, stare i te nowsze, poczucie samotności i bezsensu staje się bardzo intensywne. Wiem jednak, że to tylko chmura zasłaniająca rzeczywistość, nie jestem nihilistą, wierzę w sens i miłość i tym się właśnie bronię. Ale, żeby jakoś dotrwać do zaśnięcia, czytam książkę albo oglądam coś na Netflixie, aż nie zaczną zamykać mi się oczy.
Nie zawsze jest tak. Czasami mam lepsze dni, jaśniejsze i jest ich chyba coraz więcej. Wtedy nawet wieczorem nie czuję się bardzo przytłoczony, przychodzi jakiś spokój. Ale jak na razie nie da się ukryć, że jestem w gorszym okresie życia. Zauważyłem, że jedynym prawdziwym lekarstwem na to wszystko, na chłód Wszechświata jest kochać i być kochanym, ufać, czuć się potrzebnym, śmiać się razem, gotować coś wspólnie, jechać na przejażdżkę... To jest jedyne, co mnie napełnia. Może to jakiś brak z dzieciństwa? A może miłość to naprawdę sens życia? Sam nie wiem. Nie jest to jednak aż tak dla mnie ważne. Mam na myśli przyczynę. Po prostu tak jest i już. A jak życie pokazuje, to się może zmienić w każdej chwili. A później będziemy silniejsi. Tak się staram na to patrzeć.
Ale dawno mnie tutaj nie było. Już wieczór, choć wczesny. Leżę w samochodzie. Bieszczady, a dokładnie kemping Bieszczadzka Legenda w Wetlinie. Wszedłem dziś na Smerek. Dostałem w kość, na szczycie wiatr przewrócił mnie dwa razy, dzięki Bogu, że wziąłem puchówkę. Schodząc już ze szczytu, naładowany endorfinami, uśmiechałem się do ludzi i pozdrawiałem każdego, choć tłumy. W knajpie na moim kempingu napiłem się piwa i zjadłem wege obiadek: falafele z frytkami i surówką. Próbowałem się zbratać z lokalsami. Ciężko. Udało się zaprzyjaźnić z miejscowym żulem, choć raczej duży wpływ na to miało postawione mu piwo i porcja placków ziemniaczanych. Natomiast śmietanka lokalnych rastamanów i rastagirls była trochę nieprzyjemna. Zapytałem skąd są, co robią. Popatrzyli drwiąco, "dlaczego pytasz o takie przyziemne rzeczy?" OK. O co mam więc was spytać? Miałem dużo głębokich pytań, ale już zniknęli. Na FB zagadałem z przyjacielem. Zaśmiał się. "Bo rasta są jak lustrzane odbicie prawaków". Odpowiedziałem uśmiecham, choć było mi smutno. Poczytałem Kinga, drugi tom Pana Mercedesa. Kiedy zaczęło się sciemniać, poszedłem do kochanej Xsary, włączyłem na Spotify amerykański, spokojny folk i pomyślałem, że napiszę kilka słów. Kim jestem? Dziś w dzienniku napisałem, że jestem już dorosłym mężczyzną, czas być samodzielnym. A teraz czuję się jak mały chłopiec. Więc kim jestem? Obydwoma? Sam nie wiem. Jestem zmęczony sztucznością, pozami, maskami. Ludzie zbyt bardzo próbują, zamiast być sobą. Luz. Wolę cię, jako głupolka, który gdzieś tam się zgubił, albo puścił bąka, niż dumnego, kolejnego mędrca. Za dużo już mędrców dookoła.
Jutro czeka mnie długa droga, z 6 godzin za kierownicą. Najpierw z rana pojadę ze Stasiem (sympatycznym żulem z dzisiaj) obejrzeć działkę, która podobno jest na sprzedaż. Nie wiem, czy rano będzie pamiętał, że dzisiaj się umówiliśmy. A później pojadę do domu. Kiedy dojadę, zapalę w kominku, naleję sobie wina, wezmę prysznic i przez chwilę będę patrzył dookoła, może coś do siebie powiem (często rozmawiam ze sobą), pewnie coś miłego, np. "hej Marcyś, witaj w domku", a później będę leżał w łóżku do 3 w nocy i oglądał głupie filmiki na FB, może puszczę sobie erotyczny film. A następnego dnia namaluję obraz, albo nagram piosenkę. Nie ma w tym chwały i dumy, wiem. Ale po co nam więcej chwały?
Często dostaję pytanie o płytę. Trochę mi zawsze głupio, że nic nie mam:) Kiedyś zrobiłem chałupniczo nagranie na CD z kserowaną okładką, a każda płytka była ręcznie ilustrowana. Pamiętacie? :)
Teraz jednak chciałbym przygotować album, który będzie na odpowiednim poziomie dźwiękowym i wydawniczym. Utwory zostaną przearanżowane, niektóre nagrane na nowo, pojawi się również coś nowego, a wszystko to na pięknie wydanej płytce z książeczką z moimi obrazami i tekstami.
Znalazłem już dźwiękowca, który sprawi, że z przyjemnością będzie się mnie słuchało. Fajny chłopak, zrobił mi próbkę i jestem bardzo zadowolony. Znalazłem też tłocznię i drukarnię, której nie boję się oddać materiałów, wiem, że będzie to pięknie wyglądać i brzmieć.
Związane jest to z kosztami, które obecnie są poza moim zasięgiem, pomimo tego, że i tak będą to koszty poniżej tego, co dyktuje rynek.
Dlatego chciałem was poprosić, żebyście razem ze mną sprawili, że ten projekt ujrzy światło dzienne. Trochę nas tutaj jest, jeśli każdy dołoży coś od siebie, nawet nieznaczną sumę, to wkrótce album będzie mógł trafić w wasze ręce <3
Na koniec niespodzianka: jeśli przekroczymy sumę 6000 zł (nawet o złotówkę), to obiecuję, że powstanie teledysk! Mam już trochę pomysłów i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać na wprowadzenie ich w życie:)
Oto link do zrzutki, niech wasza ręka lekką będzie ;)
W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.
Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.
Wszystko ma swój czas,
ja i Pani dziś przez park idziemy.
Przestrzeń między sercem twoim, moim chroni nas, aaaaa.
Nieśmiałych uśmiechów zawsze kilka mam na te okazje, tarara.
Auau, czy wyszedł mi?
Spróbuję jeszcze raz, czy wierzysz mi?
Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.
W jej spojrzeniu znajdziesz
słowa, wiersze, nutki i tęsknoty.
Pod gwieździstym niebem, w małej wiosce,ooo, aaa
Świat utkany z marzeń
zwinął w kulkę się i schował w kieszeń.
Kiedy sama jest, dosiada chmur i leci tam gdzie byłeś blisko niej.
Pierwsza prawdziwa, nigdy nie zapomnisz o niej.
Druga na chwilkę, bo się pomyliłeś, ojej.
Trzecia kolejkę swoją przegapiła.
Czekam tu, czekam tu.
Wieczór, wyciszenie, dziura po zębie się goi, już nie boli. Namalowałem taką historyjkę, wiktoriańska sesja zdjęciowa, z elfo-duchami i okiem, na spotify leci Maribou State, spokojna, płynąca nutka. Zmieniłem opony na letnie, nikt mi nie wlepił mandatu. Później wyprawa do Kauflanda, tam dużo smakołyków, nie chodzę za często, bo nie wyrobiłbym finansowo. Kupiłem cztery dorodne karczochy, jutro będę warzył, cały dom będzie pachniał jak szuwary, ale pomimo bagnistego zapachu, uwielbiam ten smak i ten cały rytuał jedzenia karczocha. Nauczył mnie tego ktoś w Hiszpanii 20 lat temu. Nie pamiętam, kto, ale zostało to ze mną na zawsze. Domownicy cały dzień w ferworze pracy, Łukasz budował gołębnik, Szymon z dzieciakami rozwoził koński nawóz i orał (będą ziemniaki), Heniek naprawiał schody. Wychodziłem czasami do nich. Poczęstowałem wszystkich curry kokosowym na słodko-ostro. Dzieciaki prawie płakały, z nosa im ciekło, ale zajadały ze smakiem, jak zwykle. Od urodzenia przyzwyczaiłem je do egzotycznego jedzenia. Trochę mi samotnie i dziwnie, ale nie jest to tak palące, jak często bywa.
Dziś lekki wyż emocjonalny. Wczoraj wieczorem wsiąkłem na youtubie w filmiki psychoterapeuty, zajmującego się toksycznymi związkami. Poczułem dużą ulgę. Świadomość pewnych mechanizmów emocjonalnych, w których nieświadomie brałem się udział, podziałała kojąco na nerwy.
Dziś już nie myślę na poważnie o rzuceniu pracy. Chyba wystarczy urlop do końca tego tygodnia. Ważne jest mieć cel. Wiem, że z tą zarazą ciężko prognozować, kiedy wszystko wróci do normy, ale jestem zmotywowany, żeby zacząć odkładać pieniądze na kolejną bałkańską wyprawę. Marzy mi się taka trasa: Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina. Chciałbym mieć na to jakiś miesiąc. Może uda się na jesień?
Z nową energią zabrałem się za reklamę moich obrazów na FB. Szkoda mi się ich pozbywać, ale ściany zapełniły się już tak bardzo, że chyba nie ma się co trzymać kurczowo. Zapraszam do mojej wirtualnej galerii tutaj albo tutaj. Jeśli coś wam wpadnie w oko, to dajcie znać:) Zaczynam zbierać na wyprawę.
Dziura po zębie chyba zaczęła się goić. Zastanawiam się nad spacerem do lasu. Pogoda wymarzona.
***
A jednak skusiła mnie szosa:) Pojechałem do miasta kupić farby. Pokończyły mi się odcienie białego i brązu. Kupiłem też dwa pędzelki do drobiazgów. Trochę się stresowałem, co powiem policji, jeśli mnie sprawdzą. "Przejechałem 50 km, żeby kupić sobie farby"? No ale w sumie, dlaczego nie. To jest artykuł pierwszej potrzeby. Przejażdżka dobrze mi zrobiła. Zamiast wracać ekspresówką, pokrążyłem wąskimi, wiejskimi szosami. Było tak ciepło, że pierwszy raz w tym roku włączyłem klimatyzację i założyłem okulary przeciwsłoneczne.
A teraz w ramach myślenia nad książką, zrzucałem z bloga do dokumentu tekstowego stare wpisy z bloga. Fuck:) Od kilka lat naprawdę szarpię się w tych relacjach damsko-męskich. Miłość, rozstania, namiętność, zazdrość, samotność, wow, nieźle:) Fajnie popatrzeć na to z zewnątrz, jako czytelnik. Choć dużo tam cierpienia, to z perspektywy czasu nie zrezygnowałbym z tych doświadczeń. Mocne lekcje. No i ciekawy życiorys;)
Kolejny dzień izolacji zbliża się ku końcowi. Dziwnie tak płyną dni. Tydzień temu męczyła mnie pandemia, ale jeździłem na rowerze, biegałem, coś tam robiłem spokojnie. Teraz, nafaszerowany lekarstwami, z ćmiącą dziurą po zębie, myślę sobie: kurde, jednak to prawda, że zawsze może być gorzej;)
Jak przeleciał dzień?
1. Kanapka + antybiotyk + środki przeciwbólowe
2. Malowanie obrazu (powyżej). Tytuł "Spacer". Nie trzeba dużo wyjaśniać, obraz wyjaśnia się sam. Jesień, surowość, smutny pan w palcie. Nadałem swojej samotności trochę cieplejszych kolorów. W rzeczywistości są one w odcieniach szarości. Ale po to właśnie maluję - żeby to wszystko pokolorować.
3. Zrobiłem obiad. Na głębokim oleju usmażyłem frytki, marchewkę i paprykę. W oddzielnym garnuszku podsmażyłem imbir, kminek indyjski i curry, wlałem na to śmietanę, jogurt i dodałem pomidorów. Wymieszałem ze smażonkami. Wyszło coś pysznego. Jeśli ktoś oczywiście lubi smażone jedzenie.
4. Nie podoba mi się myśl, że do piątku nie napiję się alkoholu. Miło rozgrzewał wieczory, łagodził ostre krawędzie.
5. Zaraz łóżko i coś na Netflixie. Jeszcze nie wiem, co. Może zacznę nowy serial?
Wyrwałem w środę bolącego zęba. Niełatwego, bo ósemkę. Zajęło mi kilka godzin szukanie dentysty, ale w końcu znalazłem 50 km ode mnie. Akurat fajnie się ułożyło, bo sprzedałem obraz, więc miałem za co. Po 3 dniach okazało się jednak, że wdała się infekcja. Wczoraj kilka godzin szukałem sposobu, żeby załatwić receptę na antybiotyk i jakiś mocny środek przeciwbólowy.
Izolację spędzam więc nadal w domu, tylko że obolały i podtruty mocnymi lekarstwami. Na przymusowej abstynencji.
Wziąłem wolne z pracy. Nie tylko z powodu zęba. Obniżenie nastroju poszło tak daleko, że nie dawalem rady pracować. Powiedzialem szefowi, jak wygląda sprawa. Że na razie biorę wolne, a jeśli się nie poprawi, to nie będę obciążał firmy i dam wypowiedzenie. Pewnie nie jest to zbyt rozsądne, rzucać pracę w czasach kryzysu, ale za bardzo nie mam tutaj wyboru. Dopóki jakoś się nie pozbieram, nie mogę robić więcej. Ostatnie tygodnie popełniam coraz więcej błędów w redakcji, nie mogę się skupić, nie mówiąc nawet o jakiejś inicjatywie i nowych pomysłach, których się ode mnie oczekuje. Nie mam serca do tego.
Taka jest moja rzeczywistość na ten moment. Zresztą nie wstydzę się tego. W naszych czasach tego rodzaju problemy, niepewność, wewnętrzne konflikty, smutek, stały się czymś wstydliwym. Ja tak nie uważam. Myślę, że takie okresy są bardzo ważne i zamiast od nich uciekać, trzeba je objąć i wyciągnąć z nich jak najwięcej. To tak w ramach dygresji. Uściślając - ja się nie skarżę na swój los. Podążając za dobrymi tradycjami artystów, filozofów i egzystencjalistów, staram się opisywać swoją rzeczywistość, jako zarówno obserwator, jak i uczestnik. Nie szukam współczucia ani ratunku. Moim celem jest raczej zrozumienie siebie i autentyczność (przeżywania i wyrażania się).
OK, wyjaśniłem, więc kontynuuję:)
Samotność mi nie służy. Rozstanie z M. zostawiło mnie trochę otępiałego. Mieszanka tęsknoty oraz bolesnych wspomnień niedopasowania i konfliktów.
Uff, co za okres. Świat wewnętrzny rozsypuje się wraz ze strukturami świata zewnętrznego:) Nie jestem jednak bierny. Dużo maluję. Prawie codziennie daję się pochłonąć farbom i pędzlom. W skupieniu sublimuję emocje - tęsknotę, samotność, lęk, bezcelowość, potrzebę bliskości. Sprawia mi to dużo radości i mimo przeciwności pomaga zachować balans.
Jest niedziela rano. Leżę w łóżku. W pokoju panuje półmrok, nie odsloniłem jeszcze okien. Ze ścian spoglądają na mnie postacie z kilkudziesięciu obrazów, które jeden po drugim wieszam, zamieniając mój dom w galerię.
Piszę na smartfonie. Za oknem słyszę wiosenny już zupełnie śpiew ptaków i szczekanie psa. Kominek stuka cicho - stygnący metal i cegły pracują. Niedługo wstanę i przyniosę drwa. Po zimie zostało już nieduzo opału. Zainfekowana dziura po zębie zaczyna lekko ćmić, ale nie spieszę się z lekami, najpierw coś zjem.