Saturday, 6 March 2010

Najwcześniejsze wspomnienia



Przedwczoraj przyszły z Polski "Wspomnienia" Tatiany Tołstoj. Po pierwszym rozdziale, w którym Tatiana opisuje dzieciństwo, zainspirowałem się do eksperymentu - ile pamiętam? Ile mogę zapisać? Wciągnęło mnie po uszy i muszę przyznać, że wynik był dla mnie niespodzianką. Dawno nie myślałem o początkach i kiedy dziś zrobiłem sobie wyprawę po pokrytych pajęczyną ścieżkach pamięci, zrozumiałem ile z tego, kim jestem teraz, ukształtowało się w tych pierwszych pięciu latach życia. Trochę mnie to wystraszyło. Sam nie wiem dlaczego. Z jednej strony fajne były te szalone czasy. Z drugiej, coś we mnie poczuło lekki żal, że nie miałem tak prostego i bezpiecznego dzieciństwa jak Tatiana Tołstoj. A może miałem? Może ten niepokój, nie przyszedł ze wspomnień, ale czuję się nieswojo, bo coś straciłem?

Najwcześniejsze wspomnienia

Gdy próbuję przypomnieć sobie najwcześniejszy moment w życiu, widzę scenę, o której nie mogę na pewno powiedzieć, że jest prawdziwa. Wspomnienie jest tak mgliste, okraszone nierealnym blaskiem, że może to był tylko sen?

Jestem w starym domu, na Kotrysiej Polanie. Siedzę na huśtawce przymocowanej do framugi drzwi pomiędzy kuchnią, a pokojem. Przy stole siedzi kilka osób, jedzą, piją, żartują, śmieją się. Jeden z nich to pradziadek z Rosji, którego imienia już nie pamiętam. Grał na skrzypcach i miał kresowy akcent. To chyba najwcześniejszy obraz. Myślę, że mogłem mieć około dwóch lat, nie więcej.

Do szóstego roku życia żyliśmy w górskim przysiółku, kilka kilometrów od Złatnej, zaraz pod słowacką granicą. Nasz drewniany, brązowy od starości dom leżał najniżej. Zawsze miałem wrażenie mieszkania w zielonej, mokrej niecce, otoczonej lasem i odległymi chatkami. Kiedy miałem jakieś cztery lata, może nawet wcześniej wolno mi już było odwiedzać samemu przyjaciół. To była cała wyprawa. Żeby dojść do sąsiadów musiałem przejść obok strumyka, na którym wujek Karol zbudował drewniany, napędzany wodą wiatrak, później szło się przez Grzybowy Las – kilka drzew liściastych, gdzie zawsze pachniało grzybami, później mijałem kapliczkę i dopiero wtedy dochodziłem do domu Sylwka.

W domu mieszkał tata, mama i Szymon, młodszy ode mnie o rok. Później dołączył Łukasz, ale to było sporo później, przed samym wyjazdem do Rycerki.

W kuchni stał telewizor. Oglądałem film, z którego pamiętam jedynie piratów. Nie wiem gdzie byli wszyscy domownicy. Tata pewnie w pracy. Mama skądś wróciła i po chwili spytała, czy czuję smród spalenizny. Pokręciłem głową, że nie. Mama zaczęła obwąchiwać kuchnię. Wreszcie zbliżyła się do drzwi od pokoju. Poszedłem za nią i zobaczyliśmy, że framuga pokryta jest czarnymi smugami. Mama ostrożnie otworzyła drzwi. Ze środka buchnął czarny dym i płomienie. Mama chwyciła mnie za rękę i w sekundę wywlekła na zewnątrz, wołając równocześnie pomocy. Siedzieliśmy z Szymonem na zboczu wzniesienia, obserwując z fascynacją i strachem, ludzi zbiegających z wiadrami, robiących łańcuszek i wlewających wodę do komina. Później słyszałem, jak mama mówiła ojcu, że mieli szczęście, bo podobno woda wlewana do komina mogła rozsadzić dom. Z tamtym pożarem wiąże się moja osobista tragedia. W spalonym pokoju stał worek z zabawkami. Miałem tam kolekcję żołnierzyków i dziurkacz do papieru. Po pożarze zostałem z niczym i później przez lata mitologizowałem utracone zabawki, jako najlepsze, jakie kiedykolwiek miałem.

Kiedyś mama wysłała mnie po coś do sąsiadki. Zdaje się do pani Antosi, listonoszki. Był koniec zimy. Po załatwieniu sprawy, kiedy wracałem do domu, okazało się, że muszę załatwić pilną potrzebę. Zamiast schować się w krzakach, podniosłem gałęzie zakrywające grządki i zrobiłem kupę pod samym oknem pani Antosi. Nie zdawałem sobie sprawy, że zrobiłem coś nie tak, dopóki tego samego dnia nie przyszła na skargę.

Takie małe sprawy były normalką w naszej małej społeczności, ale wcale nie psuły atmosfery. Wszystkie domy były otwarte na oścież. W trakcie zabaw i gonitw, bez żadnego pytania mogliśmy wejść do środka i napić się wody, albo dołączyć do obiadu. Było to uznawane za coś normalnego.

Któregoś dnia przyszedł do nas pijany sąsiad. Nie wiem, czy ojciec był wtedy w domu, czy dowiedział się o wszystkim później, ale sprawa wyglądała tak: sąsiad obraził mamę, a może nawet ją uderzył. Nie mogę sobie przypomnieć, czy tata zareagował od razu, czy po powrocie z pracy, ale mam tę scenę przed oczyma, jak żywą: ojciec z pistoletem w dłoni mówi do pijanego mężczyzny: „Tańcz”. Ten odpowiada wystraszony: „No co ty, Leszek”. „Tańcz, mówię” – mówi tata i mierzy w jego stopy. Przez szparę w drzwiach z zapartym tchem obserwuję, jak pan Józek zaczyna niezgrabnie podskakiwać. I wtedy ojciec strzela, mówiąc: „Nie przestawaj tańczyć”. Wystrzelił mu cały magazynek pod stopy. Na szczęście żadna kula nie trafiła.



Ze strzelaniem pamiętam jeszcze jedną scenę. Mieliśmy psa, Pipi. Kochany kundel. Był bardzo ruchliwy, miał brudnożółtą sierść. W tamtym okresie tata założył hodowlę królików. Nie wiem ile ich było. Dwadzieścia, trzydzieści? Któregoś ranka, zaraz po przebudzeniu wyszedł na podwórko. Przed samym gankiem, merdając ogonem siedziała dumna z siebie Pipi. Za nią, na trawie leżało w równym rządku trzydzieści zaduszonych królików. Ojciec popatrzył w milczeniu, odwrócił się na pięcie, po chwili wrócił z KBKSem i na miejscu położył zaskoczonego psa trupem. Nie wiem, czy widziałem tę scenę, czy tylko słyszałem, ale wstrząsnęło mną to bardzo. Kochałem tatę, ale nie mogłem zrozumieć, dlaczego to zrobił. Później przyjąłem do wiadomości, że skoro pies raz zasmakował domowego mięsa, już nigdy nie zostawiłby zwierząt w spokoju. Mimo to śmierć Pipi pozostawiła mi na sercu zadrę.

W ogrodzie, za domem, na dole, stało niebosiężne drzewo z czarnymi czereśniami. Gdy przychodził sezon, mama wspinała się z wiaderkiem, a my z rozdziawionymi ustami i przerażeniem, czekaliśmy kiedy spadnie. Zawsze spadała – gałąź, ciężka od słodkich jak miód czereśni. Czekaliśmy pod drzewem jak małe sępy, wołając co chwila: „Jeszcze jedną, mama! Jeszcze jedną!”
Czasami opiekowała się nami ciocia Basia, najmłodsza siostra ojca. Nie wiem ile mogła mieć lat. Siedemnaście, może mniej. Mam z nią dwa główne wspomnienia z tamtego okresu. Obydwa mogły mieć tragiczne konsekwencje, ale Bóg miał nas w opiece.

Wspomnienie pierwsze: ciocia Basia bawiła się ze mną w Pokoju z Książkami. Zabawa polegała na tym, że najpierw ona wkładała głowę pomiędzy okna i robiła miny, a później ja. Za którymś razem oparłem się o szybę i pofrunąłem. Okno nie było zatrzaśnięte. Spadłem z wysokości pierwszego piętra, może nawet trochę wyżej, głową w dół. Na wpół nieprzytomna z przerażenia ciocia pobiegła po mamę, która robiła zdaje się pranie i wykrzyczała, co się stało. Mama podbiegła do okna i widząc moje nieruchome ciało, chciała skoczyć za mną i dopiero ciocia ją odciągnęła. Żeby dostać się do ogrodu, trzeba było obejść dookoła cały dom i podwórko. Zajęło to trochę czasu. W końcu mama wzięła mnie na ręce i położyła w kuchni na stole. Nie wiedziała, czy żyję, czy nie zostanę kaleką, nie wiedziała co zrobić. Nie było kwestii wezwania pogotowia. Gdyby nawet ktokolwiek w okolicy miał telefon, to karetka i tak nie miałaby jak dojechać – nie mieliśmy żadnej drogi. Na szczęście po kilkunastu minutach otworzyłem oczy. To jednak nie wszystko: do teraz pamiętam ze szczegółami wszystko co się wydarzyło – spadam, nie mogę nabrać oddechu od pędu, uderzam w ziemię, ciocia Basia biegnie po mamę, która próbuje wyskoczyć przez okno, później obiegają cały dom i niosą mnie zemdlonego do kuchni. Pamiętam każdy szczegół.



Druga mrożąca krew w żyłach przygoda: ciocia Basia znów jest naszą opiekunką, tylko tym razem mamy nie ma w domu. Nie wiem, czy było to przed, czy po tym, jak wyleciałem przez okno. No więc normalne popołudnie, buczy telewizor, ciocia bawi się z nami. W pewnym momencie widzę siebie, jak grzebię w mundurze taty, wiszącym w szafie. Chyba wiem, czego szukam. W końcu wyjmuję puszkę gazu paraliżującego, od którego pod groźbą lania mamy trzymać się z daleka. Ale nikogo nie ma w domu, więc co tam. Podchodzę do cioci i mierzę do niej gazem. „Ciocia, patrz, perfumy!” – wołam ze śmiechem. Ona blednie. „Odłóż to, Marcin” – mówi. W odpowiedzi naciskam zawór i z odległości kilkunastu centymetrów chmura gazu uderza w jej twarz. Trochę musiało dolecieć też do mnie, bo poczułem w ustach metaliczny smak i zrobiło mi się słabo. Ciocia dostała pełną dawkę. Upadła na czworaki, gwałtownie wymiotując, następnie padła twarzą w to, co wyrzygała, przez chwilę jej ciałem wstrząsały drgawki i znieruchomiała. Staliśmy z Szymonem jak skamieniali. Pamiętam strach. Tym razem wiedziałem, że przesadziłem. „Zabiłeś ciocię” – powiedział Szymon i schowaliśmy się pod łóżkiem w kuchni. Mogę przywołać wszystkie myśli, które przebiegały mi przez głowę. Było po mnie. Po godzinie, może dwóch usłyszeliśmy jakiś hałas z pokoju, w którym zostawiliśmy „trupa”. Wymioty, jęki, szloch. Z miejsca, gdzie leżeliśmy wkrótce ujrzeliśmy przesuwające się z trudem stopy. „Marcin…” – wołał mnie zachrypły głos. Wiem jedno – byliśmy przekonani, że ciocia powstała z martwych i przeraziło nas to do szpiku kości. Nie wiem, co stało się później. Pewnie wyparłem to z pamięci.

Z tamtego okresu pochodzą też moje pierwsze „seksualne” doświadczenia. Miałem cztery, może pięć lat. Czasami przychodziła do nas Ewa, rok młodsza córka sąsiadki. Zwykle bawiliśmy się, jak przystało na nasz wiek, ale któregoś razu coś mnie napadło i zaprosiłem ją do wychodka. Klasycznego, drewnianego wychodka, jak z książki. Tam rozebrałem ją do rosołu i przez kilka minut z fascynacją studiowałem to obce, ale tak atrakcyjne stworzenie. Kiedy wreszcie zaspokoiłem ciekawość i powróciliśmy na słoneczne podwórko, Ewa dosyć szybko wróciła do domu. Myślę, że obydwoje musieliśmy się wstydzić i ciężko było nam wejść z powrotem na niewinną wibrację. Mimo wszystko do wieczora chyba zapomniałem już o całej sprawie. Dlatego serce we mnie zamarło, kiedy po kolacji, szykując się już do snu, zobaczyłem w drzwiach, czerwoną ze złości mamę Ewy. Okazało się, że zostałem niecnie zdradzony. Przez jakiś czas miałem szlaban na spotkania z koleżanką.



Był horror, pożar, miłość teraz czas na wojnę.

Dzieciaków w naszym wieku było niewiele. Był Sylwek, trochę młodszy od nas Heniek – safanduła, Ewa i ja. Naszym przekleństwem był starszy chłopak, który chodził już do szkoły, czyli praktycznie dorosły. Nie pamiętam jego imienia. Sukinsyn, kiedy tylko mógł utrudniał nam życie. Wyłapywał nas w pojedynkę, wykręcał ręce, uszy, spluwał na nas, rzucał krowim gównem – wszystko, co tylko mógł, żeby spełnić naszym kosztem swoje chore ciągotki. Któregoś dnia nasz czwórka bawiła się w Grzybowym Lesie. Wtedy zobaczyliśmy, że zbliża się do nas znajoma i znienawidzona postać. Z daleka usłyszeliśmy jego śmiech. Podszedł i zaczął z nas kpić, docinać, aż wreszcie uderzył kogoś, nie wiem kogo. Nie mam pojęcia, kto był pierwszy, ale nagle w kierunku gnojka poleciał kamień. I wtedy coś się w nas przełamało. Zaskoczony chłopak syknął i dotknął ramienia. Złośliwy uśmiech zamienił się we wściekły grymas. „Który to?!” - zapytał groźnie, podnosząc rękę do ciosu. W odpowiedzi wszyscy wzięliśmy do ręki po kamieniu i razem rzuciliśmy. Przestaliśmy czuć strach. Za to nasz wróg zrozumiał, że jest z nim krucho. Zaczął powoli wycofywać się w stronę ścieżki. Nie poprzestaliśmy na defensywie. Teraz już na całego wzięliśmy się za rzucanie kamieni, a niektóre z nich były naprawdę spore. Kiedy zaczął biec, puściliśmy się w pościg i zagnaliśmy go do samego domu. Oszołomiony, zamiast wejść do środka, wspiął się na drzewo na podwórku. To było najgorsze, co mógł zrobić. Zebraliśmy się pod drzewem jak wilki i kontynuowaliśmy kamieniowanie. Za wszystkie krzywdy. Za wszystkie upokorzenia. Za zmywanie krowiego łajna z twarzy. Za ból wykręcanych uszu. Pamiętam, że płakał i wołał mamę, pamiętam też jaką radość odczuwaliśmy. Nie było litości. Tylko upojenie mocą i zemstą. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby wreszcie nie pojawiła się matka naszej ofiary i nie przegoniła nas na cztery wiatry. Od tamtego dnia mieliśmy spokój.



Nie napisałem dużo o rodzicach. Kochałem ich bardzo. Oczywiście z mamą spędzałem więcej czasu. Ojciec wychodził do pracy wcześnie rano i często nie wracał przed nocą, kiedy dał się złapać na jakąś balangę. Jeśli nie było go do czwartej, mama markotniała, była rozdrażniona i smutna. My też. Wiadomo było, że tata nie przyjdzie trzeźwy. Bardzo wtedy chciałem, żeby ojciec był bardzo naprany, bo wtedy poszedłby spać. Jeśli jednak byłby pijany tylko „do połowy”, nie wiadomo było czego się spodziewać.

Raz wszedł po pijanemu na dach i nie mógł zejść. Płakał, próbując dotknąć stopą płotu, ale nie udawało mu się i musiał rezygnować, siadał na chwilę, krzyczał na mamę, po czym znowu próbował. My też płakaliśmy, bojąc się o niego i próbowaliśmy jakoś mu pomóc.

Mama opowiadała mi – choć nie pamiętam tego ani trochę – że bardzo lubiłem Charlie Chaplina. Miałem wtedy jakieś dwa lata. Kiedy tata przychodził pijany i wszczynał awanturę, wychodziłem na środek pokoju z patykiem w ręce i zaczynałem robić krok Chaplina, wymachując patykiem. W ten sposób chciałem odwrócić ich uwagę od kłótni. Podobno czasami działało.

Kiedy był trzeźwy, było całkiem inaczej. Bezpiecznie, dobrze. Z tamtego okresu pamiętam najbezpieczniejsze miejsce w moim życiu – na łóżku, leżąc za szerokimi plecami drzemiącego ojca. Ciepłe, ogromne, poruszały się powoli w rytm oddechu, odgradzając mnie od całego świata.



6 comments:

  1. Piękne wspomnienia. Ja tyle nie pamiętam i bardzo mi z tego powodu przykro. A zdjęcia, które zamieściłeś? Skąd pochodzą?

    ReplyDelete
  2. Zdjęcia z sieci z różnych stron. Niestety tu gdzie jestem, nie mam dostepu do swoich albumów.

    ReplyDelete
  3. szczere i czasami aż za mocne...osobiście-gdybym mógł cofnąć czas, chyba bym poszedłbym w ślady 4 Kumarów i starał się zachować swoistą niewinność, spojrzenie na kobiety , na świat ... to chyba okres do tego spotkania z Ewą...anyway Tatiana poruszyła zakamarki duszy i chyba o to chodzi w pisaniu ...świetne sa też wspomnienia Tatiany Tołstoj o malarzu Nikołaju Gay , gdzieś w srodku książki:)
    balaji

    ReplyDelete
  4. Dzięki za komentarz Balaji. Kiedy zaczynałem wczoraj pisać te wspomnienia, miałem nadzieję na bardziej niewinne i spokojne wspomnienia. Następnym razem spróbuję poszukać tych słodkich momentów, za którymi mi sie tęskni.
    Może w przyszłym życiu uda nam się być czterema Kumarami?:) W tym już za późno.

    ReplyDelete
  5. Niesamowite masz wspomnienia, w sam raz jak przystało pisarzowi. Burzliwe i pełne przygód dzieciństwo lepiej się czyta niż sielankę :)
    Pozdrawiam z Zaświatów!

    ReplyDelete
  6. Dzięki Lemurka:) Też cię pozdrawiam. (PS. Poczekaj, aż się kiedyś zabiorę za późniejszy okres... 8)

    ReplyDelete