Friday, 12 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 1 - Bolesław Prus



Tatiana czyta po raz kolejny "Emancypantki" Bolesława Prusa i dla zachęty znalazła mi fragment poruszający interesujące mnie kwestie. Fragment ten jest stosunkowo długi, jak na bloga, gdzie ludzie zwykle i tak czytają tylko krótkie posty, dlatego podzieliłem go na kilka części.

Czytając rozmyślania Prusa o tematach tak ważnych, jak sens życia, metafizyka, filozofia, Bóg, ciężko nie zauważyć, że po ponad stu latach większość ludzi przestała się tym interesować, odrzucając te kwestie jako niepraktyczne. Filozofię zastąpiły pseudoracjonalne wypociny niedouczonych ateistów. Wiem, że te słowa mogą zostać uznane za zbyt ostre, ale zmęczyła mnie już arogancja i protekcjonalność wszelkiej maści "racjonalistów". Nie mam nic przeciwko prawdziwym racjonalistom o otwartych umysłach, rzadko jednak udaje mi się takich spotkać. Większość tzw. dzisiejszych ateistów nie jest tak naprawdę zainteresowana prawdą, ale szuka taniego potwierdzenia materialistycznej wizji świata. Niestety, coraz rzadziej można spotkać myślicieli kalibru Prusa, a teizm, czy duchowość są obecnie łączone jedynie z zorganizowanymi religiami i ciemnotą.

Świat zatoczy kolejny krąg i kiedy już zmęczy się
dogmatyzmem materializmu, zaczną pojawiać się myśliciele ducha. Historia to koło.


O Bogu, duszy i wieczności 1

Bolesław Prus

Śmierć



- Ależ, mój panie, ja umieram... Ja dziś, jutro umrę... A pan jesteś zdrów jak byk...

- Od wielu lat jestem ciężko chory na serce - odparł Dębicki. - Nie ma takiej minuty, w ciągu której byłbym pewny życia. Mimo to nie straszę panien...

- Ależ zastanów się pan - mówił zadyszany Brzeski trzęsąc mu pięściami koło nosa - zastanów się, że ta jedna myśl - to wielka myśl!... Przecież w dole, do którego rzucicie moje zwłoki, psuć się będzie już nie tylko człowiek, ale cały wszechświat... Wszechświat, który odbija się w moim mózgu, żyje i jeszcze dziś jest... Ale jutro już go nie będzie... Dla was moja śmierć będzie tylko zniknięciem jednostki, ale dla mnie - unicestwieniem całego świata: wszystkich ludzi, jacy na nim żyją, wszystkich krajobrazów, słońca, gwiazd, całej przeszłości i przyszłości świata... Zrozumże pan: to, co dla was jest zwykłym wypadkiem (dopóki sami mu nie ulegniecie), dla mnie jest powszechną katastrofą; nic nie zostanie z tego, co widzę, com widział i o czym kiedykolwiek myślałem...

- Krótko mówiąc - rzekł Dębicki - panu zdaje się, że po tak zwanej śmierci następuje tak zwana nicość?

Brzeski z uwagą spojrzał na profesora.
- Jak to, zdaje mi się? - odparł. - Nie zdaje mi się, tylko tak jest... A panu co się zdaje?...

- A ja jestem przekonany, że po śmierci następuje dalszy ciąg życia, które różni się od obecnego tylko tym, że jest pełniejsze.

- I mówi pan, a raczej - wierzy pan, że śmierć...

- Jest dalszym i pełniejszym ciągiem życia - dokończył Dębicki.

- I to pan mówi, pan... matematyk?... - odezwał się Brzeski. Wbrew głosowi wiedzy, która na miejscu metafizycznych przywidzeń stawia dwa pewniki: siłę i materię... Obie one - mówił zamyślony - wytwarzają ciągły prąd bytu, na którym pojawiają się fale pojedyńcze, trwają jakiś czas i - nikną, ażeby ustąpić miejsca innym falom... Jedną z takich fal jestem ja i... oto już dobiegam kresu!...

- A cóż to jest owa siła i materia? - spytał Dębicki.
- To, co oddziaływa na nasze zmysły, na odczynniki chemiczne, na wagę, termometr, manometr, galwanometr i tak dalej - odpowiedział Brzeski i znowu zamyślił się.
- Tyle panu powiedziała nauka i nic więcej?
- Nic.

- No, dla mnie była łaskawsza - mówił Dębicki. - Matematyka mówi mi o liczbach różnych typów, z których tylko jeden podpada pod zmysły, a także - o wymiarach i kształtach, których w żaden sposób nie możemy dostrzec zmysłami. Fizyka uczy, że energia wszechświata jest niezniszczalną, a chemia powiada, że to, co nazywamy materią, równie jest niezniszczalne i składa się z nie podpadających pod zmysły atomów. Biologia pokazuje mi nieskończone bogactwo form życia, którego początek i natura przechodzi nasze doświadczenie. Nareszcie psychologia wylicza całą litanię własności i zjawisk, które nie podpadają pod zmysły, lecz niemniej doskonale znane są każdemu człowiekowi z obserwacji nad sobą. A teraz, proszę pana, gdzie jest dowód, że po śmierci następuje nicość? - dodał po chwili Dębicki. - I czym mianowicie jest ta nicość?... Jaka zmysłowa obserwacja wykryła nicość we wszechświecie, którego najdrobniejszą szczelinę wypełnia albo ważka materia, albo nieważki, ale realny eter?

- Ja nie mówię o nicości w świecie materialnym, ale o unicestwieniu procesów psychicznych, które trwają pewien czas, a potem gasną na zawsze - odparł Brzeski.

- Skądże pan wie o tym, że procesy psychiczne gasną? W jaki sposób objawia się to zgaśnięcie?
Brzeski uśmiechnął się pierwszy raz.

- Paradny pan jesteś!... A twardy sen, zemdlenie, zachloroformowanie - cóż to jest?

- Jest to chwilowe zawieszenie nie samych procesów psychicznych, ale naszej świadomości o nich, po czym świadomość budzi się na powrót.

- Ale po śmierci nie nastąpi nowe przebudzenie, gdyż organizm nasz ulega rozkładowi -odparł Brzeski.

- I to mówi chemik!... Jeżeli panu chodzi o rozkład organizmu, toć on rozkłada się ciągle, w każdej sekundzie. Nie dość na tym; organizm nasz co najmniej raz na rok zmienia się całkowicie: ani jedna cząstka nie pozostaje w nim ta sama chyba produkt obcy. Z czego wynika, że co najmniej raz na rok siedemdziesiąt kilogramów ludzkiego ciała staje się trupem i że pan, który masz około trzydziestu lat, już ze trzydzieści razy oddawałeś swój organizm powietrzu i ziemi. Żadna z owych trzydziestu śmierci nie unicestwiła pana, nawet nie zaniepokoiła cię, i dopiero na myśl o trzydziestej pierwszej robisz awanturę, rozczulasz się nad swymi zwłokami, ba! nawet grozisz końcem świata. Czym zaś te - najnowsze - zwłoki pańskie mają być lepszymi od kilkudziesięciu poprzednich?... dalibóg nie rozumiem.

- Eh! - zawołał Brzeski śmiejąc się, co zdziwiło jego siostrę - jeżeli profesor ma takie argumenta, to upadam do nóg... Opowiada stare bajdy teologiczne, z których żartują nawet księże gospodynie, i myśli, że to filozofia.

- Może ja panu opowiem i nowsze bajdy... - zaczął Dębicki. - Ta filozofia, z której jesteś dumny, a która tak pięknie przygotowała cię do spotkania ze śmiercią, ta filozofia wierzy i twierdzi, że nie ma realnych skutków bez realnych przyczyn. Wszak prawda? Na tej zasadzie, jeżeli słup barometru podnosi się w górę, mówimy: zwiększyło się ciśnienie atmosfery, choć nie widzimy ani ciśnienia, ani atmosfery. Podobnie, jeżeli igiełka galwanometru wprowadzonego w obwód odchyla się, mówimy: o, po tym obwodzie przebiega prąd elektryczny. Słowem, sądzimy, że zmiany zachodzące w bezmyślnym słupie rtęci i w bezmyślnej igle magnesowej muszą mieć przyczyny realne, choć ich nie widzimy, nie słyszymy, nie wąchamy i tak dalej. Zobaczmy teraz inny fakt. Od wielu wieków miliony i setki milionów ludzi czują instynktownie, że - życie ich nie kończy się wraz ze śmiercią. Równie dawno wiele potężnych umysłów, najznakomitszych geniuszów ludzkości, wierzy świadomie i formułuje sobie dość określone pojęcia: o duszy, życiu wiecznym, o świecie pozazmysłowym, wreszcie - o Bogu. Mamy więc skutek, i to objawiający się w najdoskonalszych mechanizmach, bo w ludziach. A jeżeli ruchy igły magnesowej świadczą o przebiegającym prądzie, z jakiego powodu ruch umysłów ku niewidzialnym bytom miałby nie posiadać rzeczywistej przyczyny?...

- Także zwietrzały argument - odparł Brzeski. - Nie ma żadnych bytów pozamaterialnych, tylko w ludziach jest silne pragnienie życia, instynkt zachowawczy. I on to fantazjonuje na temat przyszłości.

- Chwała Bogu, mamy więc przykład nieużytecznego instynktu. Jeżeli bocian albo skowronek pod jesień odlatuje na południe, wiemy, że znajdzie tam kraj ciepły i zasobny; ale gdy człowiek tęskni do wieczności, wówczas mówimy, że jego nadzieje są urojeniami. Wyborny jest taki pozytywizm.

- Cóż robić, jeżeli tak jest?... Wreszcie ludzki instynkt zachowawczy jest użytecznym dla utrzymania naszego gatunku. Pozwala zdrowym jednostkom obmyślać daleko sięgające plany, które wykonywają inni; chorym zaś i konającym osładza chwile przedśmiertne.

- Aha! - odparł Dębicki. - Więc Bóg czy natura, a w każdym razie jakaś wyższa siła, której zawdzięczamy istnienie, wymyśliła cały szereg transcendentalnych oszustw w tym celu, ażebyś pan nie nudził się czy nie martwił w ostatnich chwilach życia? Szczególny zamęt pojęć. Przecież według was, materialistów, natura jest samą prawdą, nigdy nie kłamie... I dopiero dziś dowiadujemy się, że kłamie w jednym wypadku: kiedy obdarza człowieka wstrętem do śmierci!... Pozwolisz pan, że będę innego zdania. Wstręt do śmierci znaczy po prostu to, że między śmiercią i duszą istnieje głęboka dysharmonia. Ryba wyjęta z wody na powietrze albo ptak zanurzony pod wodę rzuca się i niepokoi w taki sam sposób, jak człowiek, który myśli o nicości. Nicość bowiem jest trucizną duszy. Pan karmisz się rozmyślaniami o niej i dlatego jesteś pełen trwogi, szalejesz; ja nie wierzę w nicość, ale w życie i dlatego żartuję ze śmierci. Pan jesteś chory, ja jestem zdrów moralnie.

c.d.n.


The Tree of Life - Natasha Wescoat

2 comments:

  1. trochę pamiętałam ten fragment, ale chyba wówczas nie zrozumiałam go do końca. co prawda jakoś bliżej mi do Brzeskiego, niż Dębickiego, ale przemawia do mnie prostota myśli, że 70 kg. żywej materii, w którą jesteśmy przyobleczeni, raz na rok staje się trupem :-P
    w moim wypadku 54 ;-))

    ReplyDelete
  2. Ah, czyżby zakradła mi się na blog ateistka?;))

    ReplyDelete