Thursday, 15 October 2009

Znowu do Anglii - 2008



Kartki z podróży 8
jesień 2008, pociąg do Katowic (a później na lotnisko)

I znowu – pociąg, walizki, nieprzewidywalne jutro. Cholera, który to już raz? Skończyły się nam półroczne wakacje od życia. Tzn. od walki o przetrwanie. Z paroma odłożonymi tysiącami, mogliśmy zapomnieć, że jesteśmy lumpen proletariat i wyluzować się przez kilka miesięcy.
Dużo się działo. Sporo lekcji od życia – i tych twardszych i tych przyjemniejszych. Zmarł tata – to było i ciągle jest ciężkie przeżycie. Brakuje mi go i ciągle czuję pustkę, jaką po sobie zostawił. Wszyscy walczyliśmy, ale nie dało się nic zrobić.
Nie przestaję też wspominać Camino de Santiago. To był chyba mój najlepszy pomysł, choć teraz wydaje się już snem, albo wspomnieniem z filmu. A przecież dopiero jakieś dwa miesiące minęły, odkąd wróciliśmy z trasy. Miesiąc w drodze, osiemset kilometrów piechotą, no kurde, to naprawdę było zajebiste. Ciekaw jestem, czy uda mi się kiedyś zrobić z tego książkę.
Poza tym byliśmy te pół roku blisko z rodziną, pierwszy raz od paru lat.
To tyle jeśli chodzi o podsumowanie. Lepiej nie skupiać się tylko na przeszłości. Przyszłość jest ciekawsza. Nigdy nie wiadomo, co i jak. To fakt – jestem zestresowany. Znowu zmiany, nowa sytuacja, ludzie, jak odnajdę się w nowej pracy, która gdzieś tam na mnie czeka, jak nie dać się kontrolować stresowi... Może wreszcie spotkam ludzi ze swojego plemienia. Może nauczę się nowych rzeczy. W końcu rok temu nie umiałem jeszcze żonglować.

Piękny dziś dzień, doskonały na podróż. Słoneczny, pogodny wrzesień, ale nie za gorąco. Za oknem migają uginające się pod ciężarem owoców jabłonki i grusze. Owoce obrodziły w tym roku niesamowicie. Jest mi lekko i świeżo. Powoli wchodzę w atmosferę podróży i ogarnia mnie podekscytowanie niemożnością zgadnięcia, co przynosi nam los. I to już na dniach. Tak jak zwykle ruszyliśmy w ciemno, bez żadnej, nakręconej pracy. Tak najbardziej lubię. W takim momencie czuć największą wolność (ale i największą niepewność, jak sobie już człowiek uświadomi, jaki głupi.)
Tanię bolą plecy i jest jej niedobrze. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, zajmę się wszystkim i będę nosił wszystkie bagaże. Piszę to w trzęsącym się przedziale i wkurzam się, że przez pomyłkę wziąłem czarny długopis. Nienawidzę czarnego długopisu.



* * *
ciągle w pociągu

W takich momentach zastanawiam się, czy po prostu polecieć z muzyką i wyłączyć się ze świata, czy choć trochę spróbować opisać atmosferę. Tylko, że wtedy można wytrącić się z „transu”. Włączyłem na mp3 ten zespół z Finlandii, reggae, jak mu jest... Rappanna. Już od godziny płynę z nimi, łapiąc klimat. (...)
Kiedy o tym wszystkim piszę, ucieka mi to, co naprawdę chcę powiedzieć. Chciałbym umieć przerzucić słowa z serca na papier, bez pośrednictwa głowy. Tam niestety gubi się większość potrzebnych słów.
Może piosenką? W rytmie reggae...

Czasami jesteś tak sam,
że myślisz – nie ma innych
innych, takich jak ty,
do dzielenia serca
i dzielenia snów,
chcesz wspiąć się do góry,
zamiast tego mury,
ludzie zwykłe gbury

A jednak oni są,
porozrzucani
czasami sami
czasami razem, poukrywani,
zagubieni,
ci szczęśliwi w małych plemionach,
a tych pechowych
czeka jeszcze droga,
niełatwo jest znaleźć Boga,
tak samo trudno
braci,
a jeszcze trudniej
siebie.

Saturday, 10 October 2009

Wszechświat


Wszechświat nie jest maszyną, lecz matką. Jeśli okazujesz jej troskliwość, ona okazuje troskliwość tobie. Kiedy widzi, że pragniesz się rozwijać, obdarza cię mądrością, dzięki której możesz zmniejszyć ból i negatywny wpływ karmy na twoje życie. Cały sekret leży w zrozumieniu, że Wszechświat nie jest bezosobowy i martwy.

Wednesday, 7 October 2009

Uśmiechnij się!;)

Naprawdę czad - chcecie się pośmiać, to śmiało, oglądajcie.



Friday, 2 October 2009

Po prostu deprecha



Eh, jak mi się cholernie nie chce. Chciałbym móc wyłączyć się z gry, odsunąć od wszystkiego, zamknąć w jakimś domku na wsi i żeby nikt, niczego ode mnie nie chciał. Moja luba namówiła mnie na oglądanie Rancza na youtube, żeby mnie pocieszyć i jeszcze bardziej się zdołowałem sielankowym obrazem - odziedziczony domek z dębami, mała wioska, spokój.
Nie mam siły ani chęci chodzić do pracy 43 godziny w tygodniu, w obcym kraju, odkładając w ślimaczym tempie śmieszne pieniądze (choć na pewno lepsze niż w Polsce - jeszcze jeden powód, żeby tu utknąć), coraz częściej zaglądając w butelkę i czując, że utknąłem. Jedyne o czym teraz marzę, to żeby wszystko sie zatrzymało, żeby zamroził się czas i choć na kilka miesięcy wszystko przestało biec, uciekać. Mieć czas na poczytanie książki, spacer, pisanie, albo po prostu nic nie robienie.
Ludzie myślą, że jestem mrukiem i chamem, bo spławiam wszystkie zaproszenia, czy wproszenia, a ja po prostu nie mam siły na bycie z innymi. Męczy mnie każdy towarzyski wysiłek, a rozmowy są torturą - zwykle wydaje mi się, że wszyscy gadają o bzdurach i tylko z uśmiechem potakuję, marząc o ucieczce.
Noż kurwa mać.

Friday, 25 September 2009

Rowerowi zbóje - Bristol



Kartki z podróży 7

25.09.2009 Bristol

Wyszedłem z domu. Słońce wywabiło mnie z ciemnej jaskini. Wsiadłem na rower, a resztę zrobiła intuicja. Znalazłem się tutaj: trójkątny, malutki park ukryty na wzgórzu. Tylko dwie ławeczki. Na jednej spotkała się paczka trzydziestoletnich dziewczyn z nadwagą. Na drugiej przysiadłem ja.

Sprawiają mi przyjemność promienie zachodzącego słońca, migocące pomiędzy, w większości już żółtymi liśćmi i głaszczące mnie po twarzy. Trochę za dużo ludzi, jak na mój gust, ale odgrodziłem się bezpiecznie słuchawkami mp3jki. „Love, love, love, love...”.

Cały ranek spędziłem na czytaniu. Nie mogę przestać myśleć o rzeczach, które Orwell opisał w „Hołdzie dla Katalonii”. O walce zwykłych ludzi z systemem i o tym, jak pragnienie wolności i godnego, dumnego życia zostało wykorzystane przez inne systemy. O tym jak imperializm, faszyzm i komunizm - każde w inny sposób – postanowiły rzucić się na szczerych, niewinnych ludzi i zmielić ich w swoich trybach. Żałuję, że nie mieszkam w Hiszpanii. Tam ciągle jeszcze zostało coś z rewolucyjnego ducha. Ludzie nie całkiem są ogłupieni nowym porządkiem świata, nie wszyscy sprzedali się jeszcze za firmowe ubrania, drogie samochody i dobrą pracę.



Wczoraj rozmawialiśmy o tym z Tanią. Włączyliśmy na chwilę telewizor i patrząc na reklamy, programy rozrywkowe, wiadomości, zdołowaliśmy się jeszcze bardziej niż zwykle. Zażartowałem, że może naprawdę stare milenium zakończyło się końcem świata. Prawdziwych ludzi zastąpiły roboty i tylko nas jakimś cudem przeoczono – najprawdopodobniej w wyniku jakiejś biurokratycznej pomyłki, którą wkrótce ktoś z pewnością naprawi. Teraz błąkamy się bez celu, po wymarłej Atlantydzie, zastanawiając się, czy świat nie ma już sensu, czy to z nami jest coś nie tak. A może tylko, jak wielu Wodników przede mną, wpadłem w pułapkę przekonania, że jestem inny, szczególny, obcy na tej planecie, z daleka od domu i własnego plemienia.

Słońce już do połowy zaszło za dachem bloku z czerwonej cegły. Ciągle jest ciepło, ale jakby co, mam rękawiczki. Bez palców, żeby łatwiej utrzymać długopis.

Jestem zły na ludzi mijających moją ławkę. Wszyscy wiedzą dokąd idą. Zdecydowanym krokiem migają mi przed oczami. Modnie ubrani, z ważnymi teczkami pod pachą, z wyrazem chłodnego skupienia na twarzy, pozdrawiający się sztucznymi uśmiechami. Marzy mi się widok zagubionej postaci, może przygarbionej, rozglądającej się nerwowo dookoła, być może szukając kontaktu z inną ludzką istotą. W egzystencjalnej bezcelowości, jak kiedyś, przed globalizacją, samozadowoleniem, żarłocznym konsumpcjonizmem. Nic z tego. Żadnych romantyków, straceńców, nieudaczników życiowych, bezrobotnych szewców, biednych literatów, spijaczonych arystokratów, brudnych podróżników... Wydaje mi się czasami, że nikt już niczego nie szuka. Wszyscy są zadowoleni, znaleźli, to co chcieli, nie potrzebują zmian, wyzwań.



Stąd, gdzie siedzę widać jedynie ciasny trójkąt parku, znikające wśród drzew uliczki, z których jedna, najbardziej kusząca, prowadzi stromo w dół. Marlborough Hill. Nie mam pojęcia gdzie by mnie zaprowadziła. Spróbuję nią zjechać. Kusi mnie jej stromość i fakt, że być może dojadę do miejsca, gdzie akurat dziś Przeznaczenie ustawiło zwrotnicę. Wszystko się zmieni, ruszę z zastoju, a za miesiąc nie będę mógł uwierzyć, że kilka tygodni wcześniej wydawało mi się, że utknąłem na zawsze. Przecież nieraz już tak było. Uzależniłem się od tych szalonych zwrotnic. Kiedy zbyt długo jadę prosto, zaczyna mi się wydawać, że stoję w miejscu.



Muszę się trochę rozruszać. Zaraz sturlam się rowerem w dół, czerpiąc radość z wiatru we włosach i starając się nie ruszać za bardzo głową, żeby nie wypadły mi słuchawki. Przede mną widzę znak – ślepa uliczka. I tak spróbuję.

* * *

Szszszzzzzfrrrrrr..... zahamowałem ostro po żwirze, o mały włos nie wpadając na bandę kolorowych zbójów, opierających się dumnie o rowerowo-podobne, dziwaczne wehikuły. Obdarty Pakistańczyk pomachał mi ręką.
- Jedziesz z nami? – zapytał.
- Jasne, spoko. Gdzie jedziemy?
- Jedziemy odbić, to co nasze.
Spodobało mi się. Ładna hipiska, na oko pod czterdziestkę, uśmiechnęła się zachęcająco, pokazując wyciągniętego kciuka. Było jej do twarzy z delikatnymi zmarszczkami w kącikach oczu. Był jeszcze pryszczaty, sympatyczny jąkała, na własnoręcznie skonstruowanym rowerze, tak wysokim, że trzeba było wsiadać na niego, stojąc na ławce. Z podziwem pokiwałem głową.
- Pierwszy raz widzę tę konstrukcję w Anglii – zagadałem. – Wcześniej spotkałem się z takim rowerem tylko w Kopenhadze.
Chłopak uśmiechnął się nieśmiało, z dumą.
- Jest nas tylko trzech w całym Bristolu, z takimi maszynami.
Herszt zbójów podniósł do góry rękę.
- Gotowi?!
- Gotowi! Ruszamy! Na pohybel! – rozległy się gromkie odpowiedzi i dźwięki dzwonków. Ładna hipiska uśmiechnęła się jeszcze raz.
- To mój pierwszy raz w Bristolu – szepnęła poufnie. – Mam tremę.
A później się zaczęło. Dwudziestu zbójów na rowerach zajęło miasto. Szeroką tyralierą zablokowaliśmy ulice, ronda, pasy szybkiego ruchu i wszystko, co dało się zablokować. Rozwścieczeni kierowcy klaksonami i głośnymi przekleństwami domagali się krwi.
- Z drogi debile! Pojebało was!? Zaraz będziecie mieli z dupy garaż!
Nie oglądając się za siebie z nonszalancją i dumą kontynuowaliśmy ślimaczą procesję po centrum miasta. Trójka piętnastoletnich łobuzów dołączyła do naszej grupy, swoimi szaleństwami wzbudzając popłoch nie tylko wśród kierowców, ale i co doroślejszych rowerzystów - mącicieli.

Dobrze mi było. Z uśmiechem oglądałem zalane złocistym światłem miasto, zdziwionych przechodniów, mijające nas samochody, pokazujących środkowy palec kierowców. Kilku z nas zaczęło rozmowy. Trzymałem się z tyłu. W ten sposób mogłem bardziej czuć się częścią tego niespodziewanego plemienia, którego celem było wkurwienie jak największej ilości kierowców. Poza tym z tyłu łatwiej było mi podglądać zgrabną sylwetkę rowerowej hipiski. W kasztanowych, rozwianych włosach, wpleciony miała kwiat. Czasami wydawało mi się, że pośród spalin, przewija się jego słodki zapach.

A kiedy objechaliśmy całe miasto, zbójcy pożegnali się tajemniczymi uśmiechami i w kilka sekund wtopili w tłum. Postałem jeszcze trochę, wyławiając w oddali postacie, które przez chwile były moimi towarzyszami. W końcu, kiedy jako ostatni zniknął mi z oczu nieśmiały jąkała na dwumetrowym rowerze, założyłem na uszy słuchawki i też zatonąłem w wieczornym, szarym gwarze.




Wednesday, 23 September 2009

Debiut



W najnowszym numerze "Akcentu" opublikowano moje opowiadanie. Jest to debiut, tak więc muszę się pochwalić:). Niektórzy z was być może czytali "Karciane Opowieści" tutaj, na blogu, wisiało jakiś czas, ale i tak zachęcam do kupna magazynu.
Link : http://free.art.pl/akcent_pismo/
a tutaj fragment, dla osób, które nie czytały: http://free.art.pl/akcent_pismo/pliki/nr3.09/kreczmer.html

Sunday, 20 September 2009

Pożegnanie z Santander



Kartki z podróży 6

maj, 2006, Santander

***

Wczoraj mieliśmy niespodziankę. Gotujemy rano w restauracji, jak zwykle, ludzi jeszcze nie ma, słońce przygrzewa coraz mocniej, jak to w Hiszpanii, nagle słyszę, że otwierają się drzwi, wyglądam z kuchni, a tam... Szymon (mój brat). W kierpcach, góralskim stroju, z gajdami na plecach. Wyściskaliśmy go, nakarmili, wypytali. Przyjechał już wczoraj, autostopem, ale restauracja była już zamknięta, a nie miał naszego adresu. Poszedł więc na miasto, załapał się na jakąś imprezę, no a rano przyszedł do nas.
Uraczył nas dziesiątkami opowieści z drogi, z podróży po Włoszech, Grecji, Słowacji. Teraz właśnie przyjechał bezpośrednio ze Słowacji, autostopem, zajęło mu kilka dni.
Ratnanga zaproponował, że Szymek może przenocować w pokoju Feliksa, którego i tak nie ma. Super. Spał do pierwsze w południe.
Jego opowieści zagrały na starych strunach i znów zatęskniło mi się za włóczęgą, przygodą, nowymi ludźmi. Ale jednak, w tym momencie, to nie dla mnie. Jeszcze nie. Na razie pragnę stabilizacji i osiedlenia. Spokoju. Nie mam energii na podróże.

***

Wolność! Pierwszy dzień wolności, od nie wiem jak długo. Wczoraj był mój ostatni dzień. Dobra choć taka wolność – na kilka miesięcy. Na razie nie chcę myśleć o niczym innym. Tylko o spacerach, pisaniu, robieniu tego, na co w danym momencie mam ochotę, delektowaniu się uczuciem niezależności. Wszystko co najlepsze w rzucaniu pracy.

***



Byliśmy dziś na wyprawie w górach. Wstaliśmy trochę później niż planowaliśmy, bo około dziewiątej, ale pozbieraliśmy się w miarę szybko, wsiedliśmy do kolejki FEVE i po dwudziestu minutach byliśmy już w Heras – małej wioseczki u podnóża gór. Zapytaliśmy tubylców o ścieżkę na szczyt. Okazało się, że możemy zapomnieć o górskiej, nieuczęszczanej drodze – na górę prowadziła tylko zwykła szosa.
Na początku było super. Napstrykaliśmy sporo fotek. W końcu jednak natknęliśmy się na stado dzikich kóz. Tania zaczęła się denerwować, mi też się trochę udzieliło. No ale minęliśmy je bez problemu.
Na krętej, górskiej drodze wyminęło nas kilka samochodów. Dojrzeliśmy nad szczytem kilka wielkich ptaków, chyba jastrzębi. Po chwili dołączył do nich lotniarz. Zastanawiałem się, co myślą jastrzębie, widząc takiego dziwnego ptaka.
Przed samym szczytem okazało się, że drogę blokuje nam wielki byk, a obok pasą się jego koledzy. Pamiętając naszą przykrą przygodę z bykiem, sprzed kilku lat, zaczęliśmy się denerwować. Tania popłakała się, wyklinając na durnych Hiszpanów, którzy nie odgradzają swoich zwierząt.



W końcu zawróciliśmy. Niestety, w połowie drogi okazało się, że odwrót też mamy odcięty, he, he. Stado dzikich kóz postanowiło zejść na drogę i urządzić sobie piknik. Jeśli byłyby to polskie, domowe kozy, nie byłoby problemu, ale nie mieliśmy pojęcia, czego oczekiwać od tych dzikusów. Były większe, groźniejsze, bardziej samodzielne. Mieliśmy się prawo bać. Znalazłem dwa kije – jeden dla mnie, drugi dla Tani, ale ciągle się wahaliśmy, czy iść, czy zaczekać na stopa. Wtedy problem rozwiązał się sam. Z drugiej strony zszedł z gór wielki kozioł. Od razu można się było domyślić, że to przywódca stada. A my staliśmy pomiędzy nim, a jego stadem. Zwierz stał dumnie i patrzył na nas groźnie, pocierając przednim kopytem asfalt.
Tania wzięła wreszcie sprawy w swoje ręce. Zaczęła nas prowadzić w stronę stada. Kozy okazały się tak samo nieszkodliwe i spokojne, jak nasze polskie. Zbiły się po prostu w wystraszoną gromadę i udało nam się je wyminąć.
Teraz bierzemy się za obiad. Tania zrobiła pomidorówkę i oglądamy „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”.

***



Dziś mam samotny dzień. Tania od rana miała zły humor, postanowiłem więc wziąć akordeon, na plecy, kupić parę piw, fajki i powłóczyć się po mieści i plażach, z nadzieją na spotkanie ciekawych ludzi.
Teraz siedzę na ławce, na placyku... zapomniałem jak się nazywa. Tam gdzie zawsze wywołujemy zdjęcia.
Obok mnie siedzi dziewczyna. Spotkałem ją już dzisiaj trzy razy. Wydaje się, że ma lekkie porażenie mózgowe. Widać to po jej dłoni, wykrzywionej i chyba sparaliżowanej. Ładna w jakiś dziwny sposób. Tak jak ja, załączyła sobie muzykę i czyta książkę. Towarzyszy jej pies. Jest cały pokryty jakimiś parchami i nie ma sierści na połowie ciała. Wszystko to wzbudziło we mnie jakąś sympatię. Nie żadną litość, ani nic takiego. Lubię po prostu ludzi, którzy nie są doskonali, zadowoleni z siebie, dumni, ludzi, którzy mają niedoskonałości, są ich świadomi... Z chęcią bym z nią pogadał, ale nie jestem za dobry w zaczynaniu znajomości. Boję się, że mogłaby pomyśleć, że ją zarywam.

Zimno dzisiaj. A już z pewnością na tej ławeczce w cieniu. Skończyłem drugą puszkę piwa. Zostały mi jeszcze dwie. Tęsknię za wolnością i Drogą.

**********

A to klimat z dziś, 2009, jesień, niedziela...






Saturday, 19 September 2009

Drugi dzień weekendu



Drugi dzień weekendu. Śmierdzę czosnkiem, którym próbuję leczyć grypę. Próbuję, ale bez większego entuzjazmu. Jakaś część mnie chciałaby zanurzyć się w chorobie i choć na chwilę wyłączyć z codziennego życia. Przez chwilę nie musieć się martwić pracą, ludźmi, przyszłością, ale po prostu leżeć i usprawiedliwiać się przed światem – „Jestem chory, mam prawo do niedziałania!”.

Wypiłem trochę wina, wypaliłem skręta, próbując obudzić kreatywność i refleksję. Zanurzyć się w marzeniach, wysyłać telepatyczne wezwania do utraconego ducha opiekuńczego, wspominać. Słońce przygrzewa, być może ostatni raz w tym roku. W końcu to już koniec września. Niedługo nie będziemy już suszyć prania w ogródku.

Marzenia. O czym marzę ostatnio? Żeby wszystko się zatrzymało. Żeby ktoś pojawił się z powietrza, popatrzył mądrym, wyrozumiałym wzrokiem i zaprosił do domu, w lesie. Posłuchał moich historii i niedopracowanych planów, opowiedział o swoich, a potem zostawił klucz i powiedział, że wróci za rok, a w międzyczasie nikt nie będzie niczego ode mnie chciał, tak więc mogę się zrelaksować, wyciągnąć długopis i zająć się wreszcie sobą – napisać powieść – bestseller, który porwie tysiące serc, chodzić po górach (albo nad jeziorami, czy po plaży – nie ma znaczenia), codziennie mówić mojej ukochanej, jakie mieliśmy szczęście, że się znaleźliśmy, modlić się do odległego Boga, żeby zbliżył się choć odrobinę, choć wcale się nie staram...

Rozmawiałem dziś z Tarotem. Rozsiadł się wygodnie, rozłożył karty na pufie i uśmiechnął się Królową Kijów. Królowa stanęła dumnie w ogrodzie, podniosła do góry i tak zadarty nosek, po czym pogroziła mi placem. O co cholera jej chodziło? Że rozczulam się nad sobą? Więc drążyłem bardziej. W końcu odczytałem karty. Zdawało mi się, że oszukiwałem w interpretacji, próbując czytać po swojemu, żeby był happy end i pomyślne spotkania z posłańcami od Koła Fortuny. Tarot podwinął wąsy, poprawił muszkieterowski kapelusz i powiedział, że nie mam się o co martwić. Nasiona zostały zasiane, strzały wystrzelone, Królowa Denarów czeka na mnie ze skarbem, pozostaje więc tylko czekać, pokazać trochę cierpliwości.

Włączam „Greka Zorbę”. Tego mi dziś potrzeba.

Emigranci na spacerze - Birmingham



Kartki z podróży 5

styczeń, 2006, Birmingham

***

Od dłuższego czasu szukałem nauczyciela akordeonu, a dziś znalazłem dwóch. Najpierw podjechaliśmy z Tanią na rowerach do Domu Polskiego, zrobić jakieś zakupy. Patrzę, a tu dwóch facetów z akordeonem i wytartym, skórzanym bębenkiem. Wymiatają aż miło. Zagadałem i okazało się, że pochodzą gdzieś z Suwalskiego. Bezpośredni, prości ludzie. Tadek (akordeonista) był naprawdę dobry. Spytałem go, czy, kiedy już dojdzie mi akordeon z Polski, pouczyłby mnie czasami. Odpowiedział, że z chęcią, że czułby się wspaniale, jeśli mógłby komuś pomóc.
Z Domu Polskiego popedałowaliśmy szukać Accordion Centre. Nie było łatwo, trochę się pogubiliśmy, w końcu znaleźliśmy się na całkowitym zadupiu, a kiedy już znaleźliśmy miejsce, nie mogliśmy uwierzyć, że to już jest to. Accordion Centre okazał się starym barakiem, ukrytym pomiędzy starymi fabrykami. Weszliśmy do środka. Robert był miłym Anglikiem, tylko że trochę przydrogim – osiem funtów za półgodzinną lekcję. Ale i tak skorzystam. Wezmę z trzy lekcje w tygodniu. Poza tym będę się uczył od Tadka. Będzie dobrze.

***

Dziś mamy wolne. I jutro i pojutrze też. Hura!. Byliśmy właśnie na spacerze. Doszliśmy do Sparkhil. Tam to już całkiem Azja. Mają nawet kino bollywoodzkie. Tani oczywiście pomieszały się kierunki, a ja, głupi, posłuchałem jej, choć byłem przekonany, że źle idziemy. Tak, że trochę nam zajął powrót.

***

Jak zwykle przeleciało, jak z bicza. Zaraz na rower i do pracy. Gary czekają. Byłem wczoraj pograć na ulicy. Nawet fajnych ludzi spotkałem, nie licząc dwóch narkomanów, którzy wyrolowali mnie na osiem funtów. Ale później mi się zwróciło. Gram, pogoda średnia, miedziaki rzadko dźwięczą. Podchodzi chłopak, widać, że na ciężkiej depresji. Wyciąga z kieszeni jakiś ciasny zwitek, wrzuca do pokrowca na akordeon i odchodzi wolnym krokiem, rzucając mi tylko jedno, przeraźliwie smutne spojrzenie. Nie przerywam, gram dalej, robi się coraz zimniej, a nie zarobiłem za dużo. Po pół godzinie kończę, przypominam sobie o smutnym mężczyźnie, wyciągam papierowy zwitek, który okazuje się 50 – funtowym banknotem. Z nieba spadło. Byliśmy już bez kasy. Od razu napełniliśmy lodówkę, czym tylko się dało i kupiliśmy z drugiej ręki biurko dla Tani, żeby w końcu miała na czym rysować.



***

Jestem w pizzerii na rogu, u Muzułman. Straszny u nich syf, ale pizzę mają najlepszą w całym Birmingham. I tylko cztery funty.
Byliśmy z Tanią na rowerach, odwiedziliśmy targowisko, chcieliśmy kupić jakąś lampkę na biurko, bo nasza się spieprzyła, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. Później wpadliśmy do Domu Polskiego po kapustę kiszoną, musztardę i chrzan. Później chcieliśmy kupić kiełbaski sojowe, ale okazało się, że sklep wegetariański zamknięty (i po co kupowaliśmy tę musztardę i chrzan?). To wtedy wpadłem na pomysł, żeby zjeść pizzę, Tani się to nie spodobało, poprztykaliśmy się, i teraz siedzę sam.

***

Wieczór. Miło się zrobiło. Wreszcie oderwałem się od kompa. Słuchamy muzyki, Tania, jak zwykle coś rysuje. Trochę poleżeliśmy bezczynnie. Wcześniej byłem połazić, nabiłem chyba z 15 kilometrów, zgubiłem drogę, aż w końcu trafiłem do domu, tylko z kompletnie innej strony, niż oczekiwałem.
Fajnie się leżało i gadało. Rozmawialiśmy trochę o tym programie, który oglądaliśmy wczoraj w TV. O facecie, który podróżuje do różnych plemion, ludów, żyje z nimi jakiś czas, żeby poznać ich zwyczaje i kulturę. Podobało nam się w Nowej Gwinei. Tamtejsi tubylcy byli jak dzieci. Niewinni i przyjacielscy. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze są tacy ludzie. Aż łzy do oczu napłynęły. Ciągle się śmiali, przytulali, tańczyli, wygłupiali, ich świat był bardzo prosty i mały – kawałek dżungli, kilkanaście osób. Uświadomiło mi to, jak bardzo jestem zmęczony codzienną egzystencją w „normalnym” świecie. Marzy mi się, żeby wreszcie móc się odłączyć od tego wyścigu. Mieć tyle kasy, żeby nie musieć... eh. Lepiej o tym nie myśleć, bo człowiek się tylko dołuje.
Wspominaliśmy też nasze wspólne przygody, podróże, zmagania, ile przeszliśmy, jak czasami bywało ciężko, a nawet niebezpiecznie.