Sunday, 20 September 2009

Pożegnanie z Santander



Kartki z podróży 6

maj, 2006, Santander

***

Wczoraj mieliśmy niespodziankę. Gotujemy rano w restauracji, jak zwykle, ludzi jeszcze nie ma, słońce przygrzewa coraz mocniej, jak to w Hiszpanii, nagle słyszę, że otwierają się drzwi, wyglądam z kuchni, a tam... Szymon (mój brat). W kierpcach, góralskim stroju, z gajdami na plecach. Wyściskaliśmy go, nakarmili, wypytali. Przyjechał już wczoraj, autostopem, ale restauracja była już zamknięta, a nie miał naszego adresu. Poszedł więc na miasto, załapał się na jakąś imprezę, no a rano przyszedł do nas.
Uraczył nas dziesiątkami opowieści z drogi, z podróży po Włoszech, Grecji, Słowacji. Teraz właśnie przyjechał bezpośrednio ze Słowacji, autostopem, zajęło mu kilka dni.
Ratnanga zaproponował, że Szymek może przenocować w pokoju Feliksa, którego i tak nie ma. Super. Spał do pierwsze w południe.
Jego opowieści zagrały na starych strunach i znów zatęskniło mi się za włóczęgą, przygodą, nowymi ludźmi. Ale jednak, w tym momencie, to nie dla mnie. Jeszcze nie. Na razie pragnę stabilizacji i osiedlenia. Spokoju. Nie mam energii na podróże.

***

Wolność! Pierwszy dzień wolności, od nie wiem jak długo. Wczoraj był mój ostatni dzień. Dobra choć taka wolność – na kilka miesięcy. Na razie nie chcę myśleć o niczym innym. Tylko o spacerach, pisaniu, robieniu tego, na co w danym momencie mam ochotę, delektowaniu się uczuciem niezależności. Wszystko co najlepsze w rzucaniu pracy.

***



Byliśmy dziś na wyprawie w górach. Wstaliśmy trochę później niż planowaliśmy, bo około dziewiątej, ale pozbieraliśmy się w miarę szybko, wsiedliśmy do kolejki FEVE i po dwudziestu minutach byliśmy już w Heras – małej wioseczki u podnóża gór. Zapytaliśmy tubylców o ścieżkę na szczyt. Okazało się, że możemy zapomnieć o górskiej, nieuczęszczanej drodze – na górę prowadziła tylko zwykła szosa.
Na początku było super. Napstrykaliśmy sporo fotek. W końcu jednak natknęliśmy się na stado dzikich kóz. Tania zaczęła się denerwować, mi też się trochę udzieliło. No ale minęliśmy je bez problemu.
Na krętej, górskiej drodze wyminęło nas kilka samochodów. Dojrzeliśmy nad szczytem kilka wielkich ptaków, chyba jastrzębi. Po chwili dołączył do nich lotniarz. Zastanawiałem się, co myślą jastrzębie, widząc takiego dziwnego ptaka.
Przed samym szczytem okazało się, że drogę blokuje nam wielki byk, a obok pasą się jego koledzy. Pamiętając naszą przykrą przygodę z bykiem, sprzed kilku lat, zaczęliśmy się denerwować. Tania popłakała się, wyklinając na durnych Hiszpanów, którzy nie odgradzają swoich zwierząt.



W końcu zawróciliśmy. Niestety, w połowie drogi okazało się, że odwrót też mamy odcięty, he, he. Stado dzikich kóz postanowiło zejść na drogę i urządzić sobie piknik. Jeśli byłyby to polskie, domowe kozy, nie byłoby problemu, ale nie mieliśmy pojęcia, czego oczekiwać od tych dzikusów. Były większe, groźniejsze, bardziej samodzielne. Mieliśmy się prawo bać. Znalazłem dwa kije – jeden dla mnie, drugi dla Tani, ale ciągle się wahaliśmy, czy iść, czy zaczekać na stopa. Wtedy problem rozwiązał się sam. Z drugiej strony zszedł z gór wielki kozioł. Od razu można się było domyślić, że to przywódca stada. A my staliśmy pomiędzy nim, a jego stadem. Zwierz stał dumnie i patrzył na nas groźnie, pocierając przednim kopytem asfalt.
Tania wzięła wreszcie sprawy w swoje ręce. Zaczęła nas prowadzić w stronę stada. Kozy okazały się tak samo nieszkodliwe i spokojne, jak nasze polskie. Zbiły się po prostu w wystraszoną gromadę i udało nam się je wyminąć.
Teraz bierzemy się za obiad. Tania zrobiła pomidorówkę i oglądamy „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”.

***



Dziś mam samotny dzień. Tania od rana miała zły humor, postanowiłem więc wziąć akordeon, na plecy, kupić parę piw, fajki i powłóczyć się po mieści i plażach, z nadzieją na spotkanie ciekawych ludzi.
Teraz siedzę na ławce, na placyku... zapomniałem jak się nazywa. Tam gdzie zawsze wywołujemy zdjęcia.
Obok mnie siedzi dziewczyna. Spotkałem ją już dzisiaj trzy razy. Wydaje się, że ma lekkie porażenie mózgowe. Widać to po jej dłoni, wykrzywionej i chyba sparaliżowanej. Ładna w jakiś dziwny sposób. Tak jak ja, załączyła sobie muzykę i czyta książkę. Towarzyszy jej pies. Jest cały pokryty jakimiś parchami i nie ma sierści na połowie ciała. Wszystko to wzbudziło we mnie jakąś sympatię. Nie żadną litość, ani nic takiego. Lubię po prostu ludzi, którzy nie są doskonali, zadowoleni z siebie, dumni, ludzi, którzy mają niedoskonałości, są ich świadomi... Z chęcią bym z nią pogadał, ale nie jestem za dobry w zaczynaniu znajomości. Boję się, że mogłaby pomyśleć, że ją zarywam.

Zimno dzisiaj. A już z pewnością na tej ławeczce w cieniu. Skończyłem drugą puszkę piwa. Zostały mi jeszcze dwie. Tęsknię za wolnością i Drogą.

**********

A to klimat z dziś, 2009, jesień, niedziela...






1 comment: