Saturday, 19 September 2009

Emigranci na spacerze - Birmingham



Kartki z podróży 5

styczeń, 2006, Birmingham

***

Od dłuższego czasu szukałem nauczyciela akordeonu, a dziś znalazłem dwóch. Najpierw podjechaliśmy z Tanią na rowerach do Domu Polskiego, zrobić jakieś zakupy. Patrzę, a tu dwóch facetów z akordeonem i wytartym, skórzanym bębenkiem. Wymiatają aż miło. Zagadałem i okazało się, że pochodzą gdzieś z Suwalskiego. Bezpośredni, prości ludzie. Tadek (akordeonista) był naprawdę dobry. Spytałem go, czy, kiedy już dojdzie mi akordeon z Polski, pouczyłby mnie czasami. Odpowiedział, że z chęcią, że czułby się wspaniale, jeśli mógłby komuś pomóc.
Z Domu Polskiego popedałowaliśmy szukać Accordion Centre. Nie było łatwo, trochę się pogubiliśmy, w końcu znaleźliśmy się na całkowitym zadupiu, a kiedy już znaleźliśmy miejsce, nie mogliśmy uwierzyć, że to już jest to. Accordion Centre okazał się starym barakiem, ukrytym pomiędzy starymi fabrykami. Weszliśmy do środka. Robert był miłym Anglikiem, tylko że trochę przydrogim – osiem funtów za półgodzinną lekcję. Ale i tak skorzystam. Wezmę z trzy lekcje w tygodniu. Poza tym będę się uczył od Tadka. Będzie dobrze.

***

Dziś mamy wolne. I jutro i pojutrze też. Hura!. Byliśmy właśnie na spacerze. Doszliśmy do Sparkhil. Tam to już całkiem Azja. Mają nawet kino bollywoodzkie. Tani oczywiście pomieszały się kierunki, a ja, głupi, posłuchałem jej, choć byłem przekonany, że źle idziemy. Tak, że trochę nam zajął powrót.

***

Jak zwykle przeleciało, jak z bicza. Zaraz na rower i do pracy. Gary czekają. Byłem wczoraj pograć na ulicy. Nawet fajnych ludzi spotkałem, nie licząc dwóch narkomanów, którzy wyrolowali mnie na osiem funtów. Ale później mi się zwróciło. Gram, pogoda średnia, miedziaki rzadko dźwięczą. Podchodzi chłopak, widać, że na ciężkiej depresji. Wyciąga z kieszeni jakiś ciasny zwitek, wrzuca do pokrowca na akordeon i odchodzi wolnym krokiem, rzucając mi tylko jedno, przeraźliwie smutne spojrzenie. Nie przerywam, gram dalej, robi się coraz zimniej, a nie zarobiłem za dużo. Po pół godzinie kończę, przypominam sobie o smutnym mężczyźnie, wyciągam papierowy zwitek, który okazuje się 50 – funtowym banknotem. Z nieba spadło. Byliśmy już bez kasy. Od razu napełniliśmy lodówkę, czym tylko się dało i kupiliśmy z drugiej ręki biurko dla Tani, żeby w końcu miała na czym rysować.



***

Jestem w pizzerii na rogu, u Muzułman. Straszny u nich syf, ale pizzę mają najlepszą w całym Birmingham. I tylko cztery funty.
Byliśmy z Tanią na rowerach, odwiedziliśmy targowisko, chcieliśmy kupić jakąś lampkę na biurko, bo nasza się spieprzyła, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. Później wpadliśmy do Domu Polskiego po kapustę kiszoną, musztardę i chrzan. Później chcieliśmy kupić kiełbaski sojowe, ale okazało się, że sklep wegetariański zamknięty (i po co kupowaliśmy tę musztardę i chrzan?). To wtedy wpadłem na pomysł, żeby zjeść pizzę, Tani się to nie spodobało, poprztykaliśmy się, i teraz siedzę sam.

***

Wieczór. Miło się zrobiło. Wreszcie oderwałem się od kompa. Słuchamy muzyki, Tania, jak zwykle coś rysuje. Trochę poleżeliśmy bezczynnie. Wcześniej byłem połazić, nabiłem chyba z 15 kilometrów, zgubiłem drogę, aż w końcu trafiłem do domu, tylko z kompletnie innej strony, niż oczekiwałem.
Fajnie się leżało i gadało. Rozmawialiśmy trochę o tym programie, który oglądaliśmy wczoraj w TV. O facecie, który podróżuje do różnych plemion, ludów, żyje z nimi jakiś czas, żeby poznać ich zwyczaje i kulturę. Podobało nam się w Nowej Gwinei. Tamtejsi tubylcy byli jak dzieci. Niewinni i przyjacielscy. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze są tacy ludzie. Aż łzy do oczu napłynęły. Ciągle się śmiali, przytulali, tańczyli, wygłupiali, ich świat był bardzo prosty i mały – kawałek dżungli, kilkanaście osób. Uświadomiło mi to, jak bardzo jestem zmęczony codzienną egzystencją w „normalnym” świecie. Marzy mi się, żeby wreszcie móc się odłączyć od tego wyścigu. Mieć tyle kasy, żeby nie musieć... eh. Lepiej o tym nie myśleć, bo człowiek się tylko dołuje.
Wspominaliśmy też nasze wspólne przygody, podróże, zmagania, ile przeszliśmy, jak czasami bywało ciężko, a nawet niebezpiecznie.


3 comments:

  1. :-O
    to komentarz do ostatniego zdjęcia ...!

    ReplyDelete
  2. Nauczyłeś się grać na akordeonie? :)
    Pomysł nauki cudny

    ReplyDelete
  3. Zeruya - trochę już umiałem, i chciałem się doszlifować. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Wkrótce wyjechaliśmy z birmingham i wylądowaliśmy w Santander w Hiszpanii. No ale to temat na nowy odcinek "Kartek z podróży":)

    Emma - to nie są ich prawdziwe... odnóża:). To takie majtki z bambusa, czy z czegoś:)
    To autentyczne zdjęcie z tego programu, który oglądaliśmy.

    ReplyDelete