Friday, 25 September 2009

Rowerowi zbóje - Bristol



Kartki z podróży 7

25.09.2009 Bristol

Wyszedłem z domu. Słońce wywabiło mnie z ciemnej jaskini. Wsiadłem na rower, a resztę zrobiła intuicja. Znalazłem się tutaj: trójkątny, malutki park ukryty na wzgórzu. Tylko dwie ławeczki. Na jednej spotkała się paczka trzydziestoletnich dziewczyn z nadwagą. Na drugiej przysiadłem ja.

Sprawiają mi przyjemność promienie zachodzącego słońca, migocące pomiędzy, w większości już żółtymi liśćmi i głaszczące mnie po twarzy. Trochę za dużo ludzi, jak na mój gust, ale odgrodziłem się bezpiecznie słuchawkami mp3jki. „Love, love, love, love...”.

Cały ranek spędziłem na czytaniu. Nie mogę przestać myśleć o rzeczach, które Orwell opisał w „Hołdzie dla Katalonii”. O walce zwykłych ludzi z systemem i o tym, jak pragnienie wolności i godnego, dumnego życia zostało wykorzystane przez inne systemy. O tym jak imperializm, faszyzm i komunizm - każde w inny sposób – postanowiły rzucić się na szczerych, niewinnych ludzi i zmielić ich w swoich trybach. Żałuję, że nie mieszkam w Hiszpanii. Tam ciągle jeszcze zostało coś z rewolucyjnego ducha. Ludzie nie całkiem są ogłupieni nowym porządkiem świata, nie wszyscy sprzedali się jeszcze za firmowe ubrania, drogie samochody i dobrą pracę.



Wczoraj rozmawialiśmy o tym z Tanią. Włączyliśmy na chwilę telewizor i patrząc na reklamy, programy rozrywkowe, wiadomości, zdołowaliśmy się jeszcze bardziej niż zwykle. Zażartowałem, że może naprawdę stare milenium zakończyło się końcem świata. Prawdziwych ludzi zastąpiły roboty i tylko nas jakimś cudem przeoczono – najprawdopodobniej w wyniku jakiejś biurokratycznej pomyłki, którą wkrótce ktoś z pewnością naprawi. Teraz błąkamy się bez celu, po wymarłej Atlantydzie, zastanawiając się, czy świat nie ma już sensu, czy to z nami jest coś nie tak. A może tylko, jak wielu Wodników przede mną, wpadłem w pułapkę przekonania, że jestem inny, szczególny, obcy na tej planecie, z daleka od domu i własnego plemienia.

Słońce już do połowy zaszło za dachem bloku z czerwonej cegły. Ciągle jest ciepło, ale jakby co, mam rękawiczki. Bez palców, żeby łatwiej utrzymać długopis.

Jestem zły na ludzi mijających moją ławkę. Wszyscy wiedzą dokąd idą. Zdecydowanym krokiem migają mi przed oczami. Modnie ubrani, z ważnymi teczkami pod pachą, z wyrazem chłodnego skupienia na twarzy, pozdrawiający się sztucznymi uśmiechami. Marzy mi się widok zagubionej postaci, może przygarbionej, rozglądającej się nerwowo dookoła, być może szukając kontaktu z inną ludzką istotą. W egzystencjalnej bezcelowości, jak kiedyś, przed globalizacją, samozadowoleniem, żarłocznym konsumpcjonizmem. Nic z tego. Żadnych romantyków, straceńców, nieudaczników życiowych, bezrobotnych szewców, biednych literatów, spijaczonych arystokratów, brudnych podróżników... Wydaje mi się czasami, że nikt już niczego nie szuka. Wszyscy są zadowoleni, znaleźli, to co chcieli, nie potrzebują zmian, wyzwań.



Stąd, gdzie siedzę widać jedynie ciasny trójkąt parku, znikające wśród drzew uliczki, z których jedna, najbardziej kusząca, prowadzi stromo w dół. Marlborough Hill. Nie mam pojęcia gdzie by mnie zaprowadziła. Spróbuję nią zjechać. Kusi mnie jej stromość i fakt, że być może dojadę do miejsca, gdzie akurat dziś Przeznaczenie ustawiło zwrotnicę. Wszystko się zmieni, ruszę z zastoju, a za miesiąc nie będę mógł uwierzyć, że kilka tygodni wcześniej wydawało mi się, że utknąłem na zawsze. Przecież nieraz już tak było. Uzależniłem się od tych szalonych zwrotnic. Kiedy zbyt długo jadę prosto, zaczyna mi się wydawać, że stoję w miejscu.



Muszę się trochę rozruszać. Zaraz sturlam się rowerem w dół, czerpiąc radość z wiatru we włosach i starając się nie ruszać za bardzo głową, żeby nie wypadły mi słuchawki. Przede mną widzę znak – ślepa uliczka. I tak spróbuję.

* * *

Szszszzzzzfrrrrrr..... zahamowałem ostro po żwirze, o mały włos nie wpadając na bandę kolorowych zbójów, opierających się dumnie o rowerowo-podobne, dziwaczne wehikuły. Obdarty Pakistańczyk pomachał mi ręką.
- Jedziesz z nami? – zapytał.
- Jasne, spoko. Gdzie jedziemy?
- Jedziemy odbić, to co nasze.
Spodobało mi się. Ładna hipiska, na oko pod czterdziestkę, uśmiechnęła się zachęcająco, pokazując wyciągniętego kciuka. Było jej do twarzy z delikatnymi zmarszczkami w kącikach oczu. Był jeszcze pryszczaty, sympatyczny jąkała, na własnoręcznie skonstruowanym rowerze, tak wysokim, że trzeba było wsiadać na niego, stojąc na ławce. Z podziwem pokiwałem głową.
- Pierwszy raz widzę tę konstrukcję w Anglii – zagadałem. – Wcześniej spotkałem się z takim rowerem tylko w Kopenhadze.
Chłopak uśmiechnął się nieśmiało, z dumą.
- Jest nas tylko trzech w całym Bristolu, z takimi maszynami.
Herszt zbójów podniósł do góry rękę.
- Gotowi?!
- Gotowi! Ruszamy! Na pohybel! – rozległy się gromkie odpowiedzi i dźwięki dzwonków. Ładna hipiska uśmiechnęła się jeszcze raz.
- To mój pierwszy raz w Bristolu – szepnęła poufnie. – Mam tremę.
A później się zaczęło. Dwudziestu zbójów na rowerach zajęło miasto. Szeroką tyralierą zablokowaliśmy ulice, ronda, pasy szybkiego ruchu i wszystko, co dało się zablokować. Rozwścieczeni kierowcy klaksonami i głośnymi przekleństwami domagali się krwi.
- Z drogi debile! Pojebało was!? Zaraz będziecie mieli z dupy garaż!
Nie oglądając się za siebie z nonszalancją i dumą kontynuowaliśmy ślimaczą procesję po centrum miasta. Trójka piętnastoletnich łobuzów dołączyła do naszej grupy, swoimi szaleństwami wzbudzając popłoch nie tylko wśród kierowców, ale i co doroślejszych rowerzystów - mącicieli.

Dobrze mi było. Z uśmiechem oglądałem zalane złocistym światłem miasto, zdziwionych przechodniów, mijające nas samochody, pokazujących środkowy palec kierowców. Kilku z nas zaczęło rozmowy. Trzymałem się z tyłu. W ten sposób mogłem bardziej czuć się częścią tego niespodziewanego plemienia, którego celem było wkurwienie jak największej ilości kierowców. Poza tym z tyłu łatwiej było mi podglądać zgrabną sylwetkę rowerowej hipiski. W kasztanowych, rozwianych włosach, wpleciony miała kwiat. Czasami wydawało mi się, że pośród spalin, przewija się jego słodki zapach.

A kiedy objechaliśmy całe miasto, zbójcy pożegnali się tajemniczymi uśmiechami i w kilka sekund wtopili w tłum. Postałem jeszcze trochę, wyławiając w oddali postacie, które przez chwile były moimi towarzyszami. W końcu, kiedy jako ostatni zniknął mi z oczu nieśmiały jąkała na dwumetrowym rowerze, założyłem na uszy słuchawki i też zatonąłem w wieczornym, szarym gwarze.




1 comment:

  1. Gdybyś siedział na ławce w parku, w którym i ja zazwyczaj bywam.. być może dostrzegł byś istotę zawieszoną w przestrzeni pomiędzy bytem a niebytem.. przewlekle romantyczną, zachłannie szukającą poezji i wiary w sens rzeczy na pozór nieistotnych.. ale Twój park oddalony jest o mile od tego, w którym ja bywam...

    ReplyDelete