Saturday, 13 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 2 - Bolesław Prus



Kolejny świetny fragment dyskusji o naturze świadomości. Czy myślenie i czucie są funkcjami mózgu, czy też mózg jest tylko narzędziem duszy? O nieśmiertelności energii i materii.

Jak doszło do tego, że kwestie ponadnaturalności świadomości i niematerialnej koncepcji świata stały sie już tylko domeną wyznań religijnych, a nie filozofów, naukowców i zwykłyh ludzi? Przecież argumenty racjonalistów nie są teraz wcale mocniejsze niż sto lat temu. Argumenty podane przez Brzeskiego, sprzeciwiające się idei duszy są o niebo lepsze niż te które do tej pory słyszałem od znanych mi ateistów. Skąd więc ten brak zainteresowania tak fundamentalnymi problemami, albo zostawienie tych kwestii w rękach kapłanów róznego wyznania?

O Bogu, duszy i wieczności 2

Bolesław Prus

Dusza, czy mózg

Dębicki położył kapelusz na imbryku i maśle, w kącie postawił laskę, która upadła, a sam usiadł na fotelu i założywszy ręce, bez wstępu zapytał Zdzisława:

- Dlaczego nie wierzysz pan w istnienie duszy, różnej i odrębnej od ciała?

- Bo jej nigdy nikt nie widział - odparł Brzeski.

- A dlaczego - mówił Dębicki - wierzysz pan, że zjawisko zwane światłem polega na czterystu do ośmiuset trylionów drgań na sekundę? Kto widział te drgania?

- Wiadomość o drganiach wynika z rachunku opartego na fakcie, że dwa promienie światła uderzając o siebie mogą się przygasić.

- A czy to, że ja, pan i wszyscy ludzie myślą i czują, nie jest faktem co najmniej równie dobrym jak wzajemne przygaszanie się promieni światła?

- Ale fakt myślenia wcale nie dowodzi, że dusza jest czymś odrębnym od ciała. Wszakże ona może być i jest na pewno ruchem cząstek mózgu. Bez mózgu nie ma myśli.



- A o tym skąd pan wie?... Do czasów Gilberta sądzono, że elektryczność istnieje tylko w bursztynie, dziś wiemy, że może istnieć w całym wszechświecie. Zwyczajni ludzie sądzą, że w tym miejscu, gdzie marznie woda, a jeszcze bardziej - merkuriusz, nie ma ciepła; fizycy zaś są pewni, że jeszcze o dwieście pięćdziesiąt i dwieście sześćdziesiąt stopni poniżej zamarzania wody jest ciepło. Stąd wniosek, że aczkolwiek duszę dzisiaj upatrujemy tylko w mózgu, nasi następcy mogą dojrzeć ją w roślinie, w kamieniu, nawet w tym, co nazywa się barometryczną próżnią.

- No - rzekł Zdzisław - to są dopiero przypuszczenia. Tymczasem fakt, że myśl jest funkcją mózgu.

- O... właśnie! Może pan zechce dowieść tego? - wtrącił Dębicki.

- Dowody pan zna - odparł Brzeski - więc wyliczę tylko ich nagłówki. Widzimy w świecie zwierzęcym, że większemu rozwojowi mózgu odpowiada większy rozwój umysłowości. Ze świata zaś ludzkiego wiemy, że nadmierny albo skąpy napływ krwi do mózgu osłabia lub unicestwia samo myślenie. Że alkohol, kawa, herbata, podniecając krążenie krwi, podniecają proces myślenia. Że gdy mózg więdnie na starość, słabną zarazem zdolności umysłowe... Decydującymi są doświadczenia Flourensa, który niszczył świadomość w gołębiach wycinając im warstwy mózgu; lecz gdy mózg odrastał, gołąb odzyskiwał świadomość... Zresztą - co mam więcej mówić?... Zna pan drugi tom Moleschotta pod tytułem: Krążenie życia. A ty, Madziu, możesz przeczytać bodaj osiemnasty list: O myśli.

- Teraz ja proszę pana - rzekł Dębicki - ażebyś nie posądził mnie o zarozumiałość. Otóż od bardzo dawna nie mogę wyjść z podziwu, że ludzie tej bystrości, co Moleschott albo Vogt, są tak naiwnymi w kwestii dowodów. Powiem krótko. Wszystkie doświadczenia robione nad mózgiem: badania produktów chemicznych, temperatury mózgu, jako prądów elektrycznych, wszystkie uszkodzenia mózgu, umyślne czy przypadkowe, dowiodły tylko jednej rzeczy, że mózg jest organem ducha. Człowiek z uszkodzonym mózgiem źle myśli czy nie może objawiać, że myśli; jak człowiek z uszkodzonym okiem źle widzi lub wcale nie widzi, a człowiek z uszkodzoną nogą - źle chodzi lub wcale nie chodzi. Tymczasem w naturze zjawisko ruchu bynajmniej nie jest związane z muskułami ani wrażliwość na światło - z okiem. Spadający kamień porusza się, choć nie ma muskułów ani nerwów; płytka fotograficzna i selen są wrażliwe na światło, choć nie posiadają nerwu optycznego... Jeżeli więc ruch mechaniczny może istnieć poza granicami muskułów, a wrażliwość na światło poza granicami oka, dlaczegoż by myśl, uczucie, świadomość nie miały istnieć poza obrębem mózgu? Bez mózgu nie ma myśli... bez bursztynu nie ma elektryczności! Pomyśl pan, czy to nie dzieciństwo...



- Pysznie!... - zawołał Brzeski. - Teraz zostaje profesorowi tylko pokazać nam duszę w kamieniu i barometrycznej próżni...

- Nie, panie. Nie pokażę ci ani duszy, ani tego łańcucha, którym zmierzano odległość ziemi bodajby od księżyca, ani czterystu trylionów drgań na sekundę... Są to bowiem fakta nie podpadające pod zmysły... Ale zrobię co innego: pokażę panu nowe zagadnienia dla myśli.

- Nie jest to wprawdzie to samo... - wtrącił Zdzisław.

- Znajdzie się i to samo. Tymczasem posłuchaj pan. Z górą przed stoma laty ktoś zapytywał Woltera: czy dusza ludzka może żyć po śmierci? Na to wielki satyryk odpowiedział: czy śpiew słowika zostaje po śmierci słowika?... Jest to dowcip kryjący w sobie wielką prawdę. Ale wie pan, co się stało w niecały wiek po tej genialnej odpowiedzi?... Przyszedł Hirn, Joule, Meyer i - dowiedli, że po śmierci słowika nie zostaje wprawdzie śpiew słowika, ale energia ukryta w tym śpiewie - zostaje i zostanie na całą wieczność. Innymi słowy, śpiew słowika, jako drganie powietrza działające na nasz słuch, znika; ale utajony w nim iloczyn z połowy kwadratu prędkości przez masę, czyli to, co stanowi duszę śpiewu, żyć będzie na wieki. W naturze nie ma potęgi, która mogłaby zniszczyć ten byt niewidzialny, a jednak rzeczywisty.

- No, to jeszcze nie jest nieśmiertelność duszy indywidualnej, czyjegoś ja... - przerwał Zdzisław.

- Zaczekaj pan!... To nie jest - to, ale zawsze - jest coś, a raczej dwa cosie: jakiś byt rzeczywisty, choć niewidzialny, i - jakaś wieczność, o której mówią nie baby pod kościołem, ale fizycy. Niech więc pan zapamięta, że są rzeczywistości nie podpadające pod zmysły i że jest nieśmiertelność dowiedziona w sposób naukowy...

- Ale nie dla mojej duszy...

- Przyjdzie i to; nie zaraz, ale przyjdzie. W tej chwili zwrócę uwagę pańską, że nieśmiertelność energii i materii, dowiedziona faktami i rachunkiem dopiero w naszych czasach, była przeczuwana od tysięcy lat. Przeczucia te wyraźnie formułowali greccy filozofowie, Spencer zaś mniema, że przeczucie niezniszczalności materii i energii narzuca się każdemu umysłowi w sposób konieczny. Nauka więc pod tym względem nie zrobiła nowego odkrycia, lecz tylko potwierdziła to, co ogół niejasno odczuwał. Otóż nie zaprzeczysz pan, że ludzkość w nierównie wyższym stopniu posiada przeczucie nieśmiertelności duszy. Nie widzi ona wyraźnie, ale spostrzega jakieś ogólne kontury tej prawdy; powszechność zaś przeczuć stanowi ważną wskazówkę...

- Są jednak ludzie nie mający tych przeczuć - wtrącił Brzeski.

- Są też ludzie niewrażliwi na światło, ślepi. Pociesz się pan jednak, że jak dla kompen¬saty istnieją ludzie obdarzeni wyjątkowo dobrym wzrokiem, którzy bez szkieł widzą księżyce Jowisza, tak również istnieją ludzie obdarowani wyjątkowo silnym zmysłem duchowym. Ci rozprawiają o duszy i o świecie nadzmysłowym jak my o Saskim placu, na który w tej chwili patrzę. Wstręt do nicości, wrodzony ludzkiej naturze, tym bardziej zastanawia, że nicość przedstawiamy sobie jako twardy sen. Otóż my z twardym snem jesteśmy oswojeni równie dobrze jak ze stanem czuwania. Więcej nawet - twardy sen jest bardzo przyjemnym zjawiskiem, a na odwrót: życie, czuwanie bywa niekiedy pełne cierpień. Mimo to myśl o wiecznym śnie przeraża nas, a myśl o wiecznym czuwaniu, choćby nawet nie wolnym od przykrości, napełnia nas pociechą. Nicość jest wstrętna ludzkiej naturze, pociąg do życia wiecznego prawie powszechny. Jeżeli więc istnieje szkoła filozoficzna, która wierzy i głosi nicość, to - powinna mieć jakieś potężne dowody. Nie ci bowiem dowodzą, którzy podzielają wiarę powszechną, a raczej instynkt powszechny w pewnym kierunku, ale ci, którzy wskazują - nowy kierunek. Otóż, jak się pan przekona, system dowodów materialistycznych nie tylko nie ma wartości naukowej, ale opiera się na tak rażących niedorzecznościach, że zdumiewają.

- Już zaczynam się zdumiewać - wtrącił Brzeski - ale... tym, co pan powiedział.

c.d.n.

(z "Emancypantek")


Friday, 12 March 2010

O Bogu, duszy i wieczności 1 - Bolesław Prus



Tatiana czyta po raz kolejny "Emancypantki" Bolesława Prusa i dla zachęty znalazła mi fragment poruszający interesujące mnie kwestie. Fragment ten jest stosunkowo długi, jak na bloga, gdzie ludzie zwykle i tak czytają tylko krótkie posty, dlatego podzieliłem go na kilka części.

Czytając rozmyślania Prusa o tematach tak ważnych, jak sens życia, metafizyka, filozofia, Bóg, ciężko nie zauważyć, że po ponad stu latach większość ludzi przestała się tym interesować, odrzucając te kwestie jako niepraktyczne. Filozofię zastąpiły pseudoracjonalne wypociny niedouczonych ateistów. Wiem, że te słowa mogą zostać uznane za zbyt ostre, ale zmęczyła mnie już arogancja i protekcjonalność wszelkiej maści "racjonalistów". Nie mam nic przeciwko prawdziwym racjonalistom o otwartych umysłach, rzadko jednak udaje mi się takich spotkać. Większość tzw. dzisiejszych ateistów nie jest tak naprawdę zainteresowana prawdą, ale szuka taniego potwierdzenia materialistycznej wizji świata. Niestety, coraz rzadziej można spotkać myślicieli kalibru Prusa, a teizm, czy duchowość są obecnie łączone jedynie z zorganizowanymi religiami i ciemnotą.

Świat zatoczy kolejny krąg i kiedy już zmęczy się
dogmatyzmem materializmu, zaczną pojawiać się myśliciele ducha. Historia to koło.


O Bogu, duszy i wieczności 1

Bolesław Prus

Śmierć



- Ależ, mój panie, ja umieram... Ja dziś, jutro umrę... A pan jesteś zdrów jak byk...

- Od wielu lat jestem ciężko chory na serce - odparł Dębicki. - Nie ma takiej minuty, w ciągu której byłbym pewny życia. Mimo to nie straszę panien...

- Ależ zastanów się pan - mówił zadyszany Brzeski trzęsąc mu pięściami koło nosa - zastanów się, że ta jedna myśl - to wielka myśl!... Przecież w dole, do którego rzucicie moje zwłoki, psuć się będzie już nie tylko człowiek, ale cały wszechświat... Wszechświat, który odbija się w moim mózgu, żyje i jeszcze dziś jest... Ale jutro już go nie będzie... Dla was moja śmierć będzie tylko zniknięciem jednostki, ale dla mnie - unicestwieniem całego świata: wszystkich ludzi, jacy na nim żyją, wszystkich krajobrazów, słońca, gwiazd, całej przeszłości i przyszłości świata... Zrozumże pan: to, co dla was jest zwykłym wypadkiem (dopóki sami mu nie ulegniecie), dla mnie jest powszechną katastrofą; nic nie zostanie z tego, co widzę, com widział i o czym kiedykolwiek myślałem...

- Krótko mówiąc - rzekł Dębicki - panu zdaje się, że po tak zwanej śmierci następuje tak zwana nicość?

Brzeski z uwagą spojrzał na profesora.
- Jak to, zdaje mi się? - odparł. - Nie zdaje mi się, tylko tak jest... A panu co się zdaje?...

- A ja jestem przekonany, że po śmierci następuje dalszy ciąg życia, które różni się od obecnego tylko tym, że jest pełniejsze.

- I mówi pan, a raczej - wierzy pan, że śmierć...

- Jest dalszym i pełniejszym ciągiem życia - dokończył Dębicki.

- I to pan mówi, pan... matematyk?... - odezwał się Brzeski. Wbrew głosowi wiedzy, która na miejscu metafizycznych przywidzeń stawia dwa pewniki: siłę i materię... Obie one - mówił zamyślony - wytwarzają ciągły prąd bytu, na którym pojawiają się fale pojedyńcze, trwają jakiś czas i - nikną, ażeby ustąpić miejsca innym falom... Jedną z takich fal jestem ja i... oto już dobiegam kresu!...

- A cóż to jest owa siła i materia? - spytał Dębicki.
- To, co oddziaływa na nasze zmysły, na odczynniki chemiczne, na wagę, termometr, manometr, galwanometr i tak dalej - odpowiedział Brzeski i znowu zamyślił się.
- Tyle panu powiedziała nauka i nic więcej?
- Nic.

- No, dla mnie była łaskawsza - mówił Dębicki. - Matematyka mówi mi o liczbach różnych typów, z których tylko jeden podpada pod zmysły, a także - o wymiarach i kształtach, których w żaden sposób nie możemy dostrzec zmysłami. Fizyka uczy, że energia wszechświata jest niezniszczalną, a chemia powiada, że to, co nazywamy materią, równie jest niezniszczalne i składa się z nie podpadających pod zmysły atomów. Biologia pokazuje mi nieskończone bogactwo form życia, którego początek i natura przechodzi nasze doświadczenie. Nareszcie psychologia wylicza całą litanię własności i zjawisk, które nie podpadają pod zmysły, lecz niemniej doskonale znane są każdemu człowiekowi z obserwacji nad sobą. A teraz, proszę pana, gdzie jest dowód, że po śmierci następuje nicość? - dodał po chwili Dębicki. - I czym mianowicie jest ta nicość?... Jaka zmysłowa obserwacja wykryła nicość we wszechświecie, którego najdrobniejszą szczelinę wypełnia albo ważka materia, albo nieważki, ale realny eter?

- Ja nie mówię o nicości w świecie materialnym, ale o unicestwieniu procesów psychicznych, które trwają pewien czas, a potem gasną na zawsze - odparł Brzeski.

- Skądże pan wie o tym, że procesy psychiczne gasną? W jaki sposób objawia się to zgaśnięcie?
Brzeski uśmiechnął się pierwszy raz.

- Paradny pan jesteś!... A twardy sen, zemdlenie, zachloroformowanie - cóż to jest?

- Jest to chwilowe zawieszenie nie samych procesów psychicznych, ale naszej świadomości o nich, po czym świadomość budzi się na powrót.

- Ale po śmierci nie nastąpi nowe przebudzenie, gdyż organizm nasz ulega rozkładowi -odparł Brzeski.

- I to mówi chemik!... Jeżeli panu chodzi o rozkład organizmu, toć on rozkłada się ciągle, w każdej sekundzie. Nie dość na tym; organizm nasz co najmniej raz na rok zmienia się całkowicie: ani jedna cząstka nie pozostaje w nim ta sama chyba produkt obcy. Z czego wynika, że co najmniej raz na rok siedemdziesiąt kilogramów ludzkiego ciała staje się trupem i że pan, który masz około trzydziestu lat, już ze trzydzieści razy oddawałeś swój organizm powietrzu i ziemi. Żadna z owych trzydziestu śmierci nie unicestwiła pana, nawet nie zaniepokoiła cię, i dopiero na myśl o trzydziestej pierwszej robisz awanturę, rozczulasz się nad swymi zwłokami, ba! nawet grozisz końcem świata. Czym zaś te - najnowsze - zwłoki pańskie mają być lepszymi od kilkudziesięciu poprzednich?... dalibóg nie rozumiem.

- Eh! - zawołał Brzeski śmiejąc się, co zdziwiło jego siostrę - jeżeli profesor ma takie argumenta, to upadam do nóg... Opowiada stare bajdy teologiczne, z których żartują nawet księże gospodynie, i myśli, że to filozofia.

- Może ja panu opowiem i nowsze bajdy... - zaczął Dębicki. - Ta filozofia, z której jesteś dumny, a która tak pięknie przygotowała cię do spotkania ze śmiercią, ta filozofia wierzy i twierdzi, że nie ma realnych skutków bez realnych przyczyn. Wszak prawda? Na tej zasadzie, jeżeli słup barometru podnosi się w górę, mówimy: zwiększyło się ciśnienie atmosfery, choć nie widzimy ani ciśnienia, ani atmosfery. Podobnie, jeżeli igiełka galwanometru wprowadzonego w obwód odchyla się, mówimy: o, po tym obwodzie przebiega prąd elektryczny. Słowem, sądzimy, że zmiany zachodzące w bezmyślnym słupie rtęci i w bezmyślnej igle magnesowej muszą mieć przyczyny realne, choć ich nie widzimy, nie słyszymy, nie wąchamy i tak dalej. Zobaczmy teraz inny fakt. Od wielu wieków miliony i setki milionów ludzi czują instynktownie, że - życie ich nie kończy się wraz ze śmiercią. Równie dawno wiele potężnych umysłów, najznakomitszych geniuszów ludzkości, wierzy świadomie i formułuje sobie dość określone pojęcia: o duszy, życiu wiecznym, o świecie pozazmysłowym, wreszcie - o Bogu. Mamy więc skutek, i to objawiający się w najdoskonalszych mechanizmach, bo w ludziach. A jeżeli ruchy igły magnesowej świadczą o przebiegającym prądzie, z jakiego powodu ruch umysłów ku niewidzialnym bytom miałby nie posiadać rzeczywistej przyczyny?...

- Także zwietrzały argument - odparł Brzeski. - Nie ma żadnych bytów pozamaterialnych, tylko w ludziach jest silne pragnienie życia, instynkt zachowawczy. I on to fantazjonuje na temat przyszłości.

- Chwała Bogu, mamy więc przykład nieużytecznego instynktu. Jeżeli bocian albo skowronek pod jesień odlatuje na południe, wiemy, że znajdzie tam kraj ciepły i zasobny; ale gdy człowiek tęskni do wieczności, wówczas mówimy, że jego nadzieje są urojeniami. Wyborny jest taki pozytywizm.

- Cóż robić, jeżeli tak jest?... Wreszcie ludzki instynkt zachowawczy jest użytecznym dla utrzymania naszego gatunku. Pozwala zdrowym jednostkom obmyślać daleko sięgające plany, które wykonywają inni; chorym zaś i konającym osładza chwile przedśmiertne.

- Aha! - odparł Dębicki. - Więc Bóg czy natura, a w każdym razie jakaś wyższa siła, której zawdzięczamy istnienie, wymyśliła cały szereg transcendentalnych oszustw w tym celu, ażebyś pan nie nudził się czy nie martwił w ostatnich chwilach życia? Szczególny zamęt pojęć. Przecież według was, materialistów, natura jest samą prawdą, nigdy nie kłamie... I dopiero dziś dowiadujemy się, że kłamie w jednym wypadku: kiedy obdarza człowieka wstrętem do śmierci!... Pozwolisz pan, że będę innego zdania. Wstręt do śmierci znaczy po prostu to, że między śmiercią i duszą istnieje głęboka dysharmonia. Ryba wyjęta z wody na powietrze albo ptak zanurzony pod wodę rzuca się i niepokoi w taki sam sposób, jak człowiek, który myśli o nicości. Nicość bowiem jest trucizną duszy. Pan karmisz się rozmyślaniami o niej i dlatego jesteś pełen trwogi, szalejesz; ja nie wierzę w nicość, ale w życie i dlatego żartuję ze śmierci. Pan jesteś chory, ja jestem zdrów moralnie.

c.d.n.


The Tree of Life - Natasha Wescoat

Anarchizm i Bóg

Choć tekst ten wrzuciłem na un libertario, to wiem, że wiele osób zagląda tylko tutaj, a nie chciałbym, żeby przepadł - uważam go za ważne "wyznanie wiary" :) . Dlatego wyjątkowo zdubluję posta na obydwa blogi.



Anarchizm i Bóg

Emma Goldman w swoim eseju “Anarchism – What It Really Stands For” pisze: “Religia! Jak dominuje umysł człowieka, jak upokarza i degraduje jego duszę. Bóg jest wszystkim, człowiek jest niczym. Ale z tej nicości Bóg stworzył królestwo tak despotyczne, tak tyrańskie, tak okrutne, tak strasznie rygorystyczne, że odkąd istnieją bogowie, nic poza mrokiem i łzami nie panuje nad światem. Anarchizm budzi człowieka do buntu przeciwko temu czarnemu potworowi. Rozerwij mentalne kajdany – głosi Anarchizm – ponieważ dopóki nie nauczysz się myśleć za siebie, dopóty nie zrzucisz zwierzchnictwa ciemności, która jest największą przeszkodą w drodze do wszelkiego postępu.”

Przede wszystkim chcę podkreślić, że cenię i szanuję Emmę Goldman za jej działalność, życie, determinacje w walce o wolność, poświęcenie, literaturę, jaką po sobie zostawiła. Rozumiem też skąd pochodzi jej niechęć do religii. Emma Goldman była uważnym obserwatorem rzeczywistości, widziała więc jaki wpływ ma zorganizowana religia na jednostki, pozbawiając je inicjatywy, pragnienia wolności, odpowiedzialności za swoje życie. Oprócz tego miała doświadczenie z pierwszej ręki, jak Kościół zawsze stoi za aktualną potęgą, czy to militarną, czy ekonomiczną. Te rzeczy nie podlegają dyskusji. Dlatego też nie neguję wniosków Goldman, które wynikają z faktów i obserwacji, w określonym kontekście historycznym i kulturowym. Osobiście jestem przekonany, że zorganizowane religie nie spełniają swojej funkcji, jaką w moim zrozumieniu powinien być duchowy rozwój człowieka, dzięki któremu może doświadczyć on wyższej rzeczywistości. Zamiast tego, w najlepszym przypadku zorganizowana religia może być strażnikiem tradycji i substytutem prawdziwej duchowości, a w najgorszym – krwawym tyranem, zazdrośnie strzegącym swoich wpływów i władzy.

Bhaktisiddhanta Sarasvati, filozof i działacz religijny, żyjący w Indiach na przełomie XIX i XX w. pisze: " Idea zorganizowanego kościoła, w zrozumiałej dla wszystkich formie, oznacza koniec żywego, duchowego ruchu. Wielkie kościelne establishmenty są groblami i tamami, próbującymi zatrzymać strumień, którego nie może powstrzymać żaden sztuczny twór. Zorganizowane religie pokazują, że masy pragną eksploatować duchowy ruch dla swoich własnych celów. Powstanie zorganizowanych kościołów oznacza koniec absolutnego i niekonwencjonalnego przewodnictwa bona fide duchowego nauczyciela"
( Harmonist, styczeń 1929)

Już wyjaśniam, jakie ma znaczenie ten cytat: błędnie zakładamy, że idea Boga, duchowości, nieśmiertelności jest skutkiem istnienia poszczególnej religii i koncepcje te służą kontrolowaniu ludzi. Wraz z autorem powyższej wypowiedzi wierzę, że jest na odwrót – wypływające z duszy człowieka pojęcia Boga i transcendencji najpierw są czystym i naturalnym przejawem dążenia jednostki do poznania, do harmonii, do pełni. Dopiero z czasem idee te degenerują się pod wpływem zorganizowanej religii. I wtedy jako naturalna reakcja na dewiacje organizacji pojawia się negacja. Wraz z materialnym systemem ucisku odrzucamy rzeczy wartościowe, które niestety, przez wieki manipulacji uległy degeneracji. Duchowa, pełna miłości Istota, stojąca ponad tak przyziemnymi ideami jak despotyzm, okrucieństwo, czy ślepa sprawiedliwość, staje się Bogiem – sędzią, Bogiem – władcą, Bogiem – strażnikiem. Któż nie chciałbym pozbyć się takiego Boga? Na co komu potrzebny kolejny tyran?

Weźmy ideę świata transcendentalnego. Jak koncept wiecznego Domu, źródła miłości, przyjaźni, poświęcenia i wszystkiego, co dobre w człowieku, zdegenerował się do taniej obietnicy raju, gdzie ceną za jego osiągnięcie jest ślepe podporządkowanie? Dlaczego żądny przygód poszukiwacz, wędrowiec czujnie słuchający pragnienia serca, prowadzącego go do Źródła, zamienił się w wystraszonego niewolnika?

A dusza? Zrozumienie, że jesteśmy wieczną iskrą światła, świadomości, zawsze rozkwitającą, wolną jednostką – tym jest wiara w duszę. Duch nie jest sługą, który może skończyć w piekle, jeśli nie będzie ostrożnie podążał za wskazówkami wszelkiej maści Ojców Kościoła i jeśli nie będzie uważnie wypełniał litery suchych doktryn i praw.

Naturalna religia człowieka (jeśli słowo „religia” ma dla ciebie negatywny oddźwięk, użyj innego – duchowość, transcendencja, wrodzona tęsknota do czegoś wyższego) zgubiła się w początkowych okresach rozwoju zorganizowanych, zinstytucjonalizowanych religii. Odrzucenie duchowości jedynie z powodu wypaczenia jej esencji przez instytucje, jest pójściem na łatwiznę. Prawdziwy poszukiwacz prawdy i wolności będzie szukał głębiej.

Przebiwszy się przez kulturowe i historyczne uwarunkowania, pojawia się poważniejszy zarzut – racjonalizm. Poznawanie świata rozumem. To, czego nasz rozum nie może dotknąć, nie istnieje.

Zanim wdam się w teologiczne wywody chciałbym coś wyjaśnić – nie uważam, że Bóg, czy dusza są ideami, do których można kogoś przekonać za pomocą argumentów i logiki. Uważam, że wiara, czy jej brak jest głównie wynikiem decyzji, i dopiero do naszego mniej, czy bardziej świadomego wyboru dopasowujemy argumenty. Dlatego to co piszę nie jest próbą przekonania kogokolwiek do mojego światopoglądu, ale obroną mojej pozycji i pozycji każdego innego anarchisty - teisty (jakkolwiek znikoma byłaby nasza liczba).

W mojej opinii racjonalizm jest bardzo kalekim narzędziem do poznawania rzeczywistości. Rozum jest przyrządem materialnym i z tego powodu można go używać jedynie do badania rzeczywistości materialnej. Stosując go do studiowania rzeczywistości duchowej natrafiamy na spory problem – narzędzie okazuje się nieadekwatne do badanego obiektu. Mierząc czyjąś wagę termometrem, odkrywamy że ta osoba nie waży żadnej ilości stopni Celsjusza. Czyli ciężar nie istnieje! Może to nie najlepszy przykład, ale mój punkt jest taki – rozum nie może przekroczyć pewnej granicy. Dochodzi do punktu wrzenia i koniec. Czy to wystarczający powód, żeby przyjąć z całą pewnością, że Bóg nie istnieje? Że my sami jesteśmy tylko bryłką atomów, ponieważ są one wszystkim, co możemy dostrzec, używając wytworów naszego rozumu? Nie dla mnie. Czy w takim razie jestem dobrowolną ofiarą irracjonalizmu? Zdałem się na łaskę wizji, przywidzeń, omamów i iluzji? Nie sądzę. Jestem trans-racjonalistą. Uważam, że mój materialny rozum jest tylko odbiciem duchowej świadomości. Jeśli skoncentruję wszystkie wysiłki na przekroczeniu ograniczeń racjonalizmu, będę mógł użyć do poznania rzeczywistości, mojego „wyższego” rozumu – czyli świadomości ponad ograniczeniami materii i związanej z nią logiki i empiryzmu.

Powiedzmy, że przekroczyliśmy ograniczenia racjonalizmu; Bóg istnieje, a my jesteśmy wiecznymi duszami. I co z tego? Czy to oznacza, że teraz mamy się płaszczyć? Wiara oznacza dobrowolną akceptację tyranii, o tyle straszliwszej od ziemskiej, że nigdy nie mającej końca? Zgodziwszy się na istnienie Boga, teraz musimy przyjąć pozycję niewolnika? Porzucić dążenie do wolności, równości, sprawiedliwości? Mnie samego ciarki przechodzą na myśl o takiej sytuacji. Jaką jednak mamy alternatywę?

W moim odczuciu ta kwestia jest najbardziej złożona, ze wszystkich tu wspomnianych. Tak jak mówiłem poprzednio, nie staram się nikogo przekonywać, a jedynie wyjaśniam harmonię w moim życiu pomiędzy teizmem a dążeniem do wolności.

Po pierwsze – Bóg jako groźny, bezwzględny władca jest smutnym dziedzictwem religii judeochrześcijańskich, pochodzącym zarówno ze starotestamentowych źródeł, jak i późniejszej postawy Kościoła, który wyparł się ludzkiej, kochającej koncepcji Boga z nauk Jezusa na rzecz mrocznego króla i sędziego. Mieszkamy w części świata w większości zdominowanej przez różne odłamy Chrześcijaństwa i normalne jest, że nie możemy uniknąć postrzegania świata poprzez pryzmat naszych kulturowych uwarunkowań. Jak moglibyśmy zapomnieć o wizjach piekła roztaczanych przed nami przez katechetów, albo nadgorliwych, „wierzących” rodziców? Po latach, kiedy wreszcie uda nam się wyrwać spod kontroli rodziców, szkoły, Kościoła, ze wstrętem zrzucamy z siebie narzucone nam jarzmo i nie chcemy mieć nic do czynienia z religią. Tak stało się w mojej wczesnej młodości i do teraz została mi niepohamowana niechęć do zorganizowanych kościołów, bez względu na religię.

Na szczęście wszedłem w kontakt z ideami duchowymi spoza naszego kręgu kulturowego, gdzie poznałem inne wersje Boga i duchowości, które pozwoliły mi pozbyć się mojej niechęci. Nie mam tutaj na myśli żadnej organizacji – jak pisałem wcześniej, wstręt do zinstytucjonalizowanej formy religijności pozostała mi do dziś. Uwiodła mnie raczej idea Boga, nie jako władcy - groźnego i bezwzględnego, ale Boga – przyjaciela. Kogoś, dla którego nasz bunt, nasze dążenie do wolności za wszelką cenę jest w rzeczywistości oznaką dojrzewania zagubionej duszy. Bóg jest istotą nieograniczenie wolną. A my, zagubione w materii, iskry świadomości, szukamy tej wolności. Pozbywamy się kolejnych ograniczeń, granic, łańcuchów, wyrywamy się z uchwytu konformizmu, ślepego podporządkowania, lenistwa, krok po kroku zbliżając się do naszego naturalnego stanu – stanu czystej wolności. Nie prezentuję tutaj taniej wersji raju po śmierci. „Działaj teraz, a wolność osiągniesz na drugim świecie”. Nie to mam na myśli. Uważam, że nasze działanie teraz, w kierunku wolności jest najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić i już teraz, w tym świecie możemy osiągnąć ją w pełni. Jestem jednak przekonany, że wolność nie może być kompletna bez zrozumienia naszej duchowej natury. To prawda - dążenie do wolności będzie miało zawsze obiektywną wartość. Jak jednak możemy być w pełni wolni, odrzucając nasz najważniejszy element – świadomość? Świadomość, która nie jest wynikiem wyjątkowo sprytnego zmieszania elementów materialnych, ale duchową, wiecznie ewoluującą iskrą, dla której swoboda jest integralną częścią nieprzemijającej natury.

Tym jest dla mnie duchowy anarchizm.


Wednesday, 10 March 2010

O marzeniach



O marzeniach

Choć kilka słów? Dobra.
Tęsknię za wolnością i prawdziwym, opartym na normalnych zasadach świecie.
Za spokojem, naturą i długim życiem z dala od zmartwień. Razem ze swoją kobietą.
Żeby nie bać się śmierci, ale raczej czekać na nią jak na dobrą przyjaciółkę.
Mieć czas na delektowanie się Tołstojem, Thoreau i Dostojewskim.
Mieć inspirację do długiej modlitwy, może w trakcie wędrówek po górskich szlakach. Być w stanie otworzyć serce tak bardzo, żeby rozmawiało się z Bogiem jak z przyjacielem, a nie sędzią, czy strażnikiem.
Czytając po raz setny stary numer Fantastyki nie czuć się winnym, że tak głupio traci się czas, a pijąc swojskie wino, wiedzieć kiedy przestać, zanim smak domowych jabłek i wiatru zamieni się w głupotę.
Ach, żeby pamiętać wszystkie mądre sny i żeby spotykać w nich mędrców i dawno umarłych poetów.
I niechby wreszcie brudy nabyte w nieostrożnej młodości przestały budzić poczucie winy - żeby popatrzeć na siebie sprzed lat z czułością i wyrozumiałością, a nie ze wstydem. Tamten ja, to ciągle ja i to dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem.
Marzy mi się jeszcze, żebym znów umiał patrzeć na gwiazdy tak, jak kiedyś – z zapartym tchem, czując przyjazny umysł w migoczącym słońcami kosmosie.
I jeszcze, żeby byli inni, tacy jak ja, z którymi mógłbym o tym pogadać, albo pomilczeć o tym – co za różnica?
Nie wierzę w to, że jesteśmy samotnymi wyspami. Nie wiem, jak mi sie to udaje. Przecież nie mam żadnych przesłanek, żeby myśleć inaczej.


Saturday, 6 March 2010

Najwcześniejsze wspomnienia



Przedwczoraj przyszły z Polski "Wspomnienia" Tatiany Tołstoj. Po pierwszym rozdziale, w którym Tatiana opisuje dzieciństwo, zainspirowałem się do eksperymentu - ile pamiętam? Ile mogę zapisać? Wciągnęło mnie po uszy i muszę przyznać, że wynik był dla mnie niespodzianką. Dawno nie myślałem o początkach i kiedy dziś zrobiłem sobie wyprawę po pokrytych pajęczyną ścieżkach pamięci, zrozumiałem ile z tego, kim jestem teraz, ukształtowało się w tych pierwszych pięciu latach życia. Trochę mnie to wystraszyło. Sam nie wiem dlaczego. Z jednej strony fajne były te szalone czasy. Z drugiej, coś we mnie poczuło lekki żal, że nie miałem tak prostego i bezpiecznego dzieciństwa jak Tatiana Tołstoj. A może miałem? Może ten niepokój, nie przyszedł ze wspomnień, ale czuję się nieswojo, bo coś straciłem?

Najwcześniejsze wspomnienia

Gdy próbuję przypomnieć sobie najwcześniejszy moment w życiu, widzę scenę, o której nie mogę na pewno powiedzieć, że jest prawdziwa. Wspomnienie jest tak mgliste, okraszone nierealnym blaskiem, że może to był tylko sen?

Jestem w starym domu, na Kotrysiej Polanie. Siedzę na huśtawce przymocowanej do framugi drzwi pomiędzy kuchnią, a pokojem. Przy stole siedzi kilka osób, jedzą, piją, żartują, śmieją się. Jeden z nich to pradziadek z Rosji, którego imienia już nie pamiętam. Grał na skrzypcach i miał kresowy akcent. To chyba najwcześniejszy obraz. Myślę, że mogłem mieć około dwóch lat, nie więcej.

Do szóstego roku życia żyliśmy w górskim przysiółku, kilka kilometrów od Złatnej, zaraz pod słowacką granicą. Nasz drewniany, brązowy od starości dom leżał najniżej. Zawsze miałem wrażenie mieszkania w zielonej, mokrej niecce, otoczonej lasem i odległymi chatkami. Kiedy miałem jakieś cztery lata, może nawet wcześniej wolno mi już było odwiedzać samemu przyjaciół. To była cała wyprawa. Żeby dojść do sąsiadów musiałem przejść obok strumyka, na którym wujek Karol zbudował drewniany, napędzany wodą wiatrak, później szło się przez Grzybowy Las – kilka drzew liściastych, gdzie zawsze pachniało grzybami, później mijałem kapliczkę i dopiero wtedy dochodziłem do domu Sylwka.

W domu mieszkał tata, mama i Szymon, młodszy ode mnie o rok. Później dołączył Łukasz, ale to było sporo później, przed samym wyjazdem do Rycerki.

W kuchni stał telewizor. Oglądałem film, z którego pamiętam jedynie piratów. Nie wiem gdzie byli wszyscy domownicy. Tata pewnie w pracy. Mama skądś wróciła i po chwili spytała, czy czuję smród spalenizny. Pokręciłem głową, że nie. Mama zaczęła obwąchiwać kuchnię. Wreszcie zbliżyła się do drzwi od pokoju. Poszedłem za nią i zobaczyliśmy, że framuga pokryta jest czarnymi smugami. Mama ostrożnie otworzyła drzwi. Ze środka buchnął czarny dym i płomienie. Mama chwyciła mnie za rękę i w sekundę wywlekła na zewnątrz, wołając równocześnie pomocy. Siedzieliśmy z Szymonem na zboczu wzniesienia, obserwując z fascynacją i strachem, ludzi zbiegających z wiadrami, robiących łańcuszek i wlewających wodę do komina. Później słyszałem, jak mama mówiła ojcu, że mieli szczęście, bo podobno woda wlewana do komina mogła rozsadzić dom. Z tamtym pożarem wiąże się moja osobista tragedia. W spalonym pokoju stał worek z zabawkami. Miałem tam kolekcję żołnierzyków i dziurkacz do papieru. Po pożarze zostałem z niczym i później przez lata mitologizowałem utracone zabawki, jako najlepsze, jakie kiedykolwiek miałem.

Kiedyś mama wysłała mnie po coś do sąsiadki. Zdaje się do pani Antosi, listonoszki. Był koniec zimy. Po załatwieniu sprawy, kiedy wracałem do domu, okazało się, że muszę załatwić pilną potrzebę. Zamiast schować się w krzakach, podniosłem gałęzie zakrywające grządki i zrobiłem kupę pod samym oknem pani Antosi. Nie zdawałem sobie sprawy, że zrobiłem coś nie tak, dopóki tego samego dnia nie przyszła na skargę.

Takie małe sprawy były normalką w naszej małej społeczności, ale wcale nie psuły atmosfery. Wszystkie domy były otwarte na oścież. W trakcie zabaw i gonitw, bez żadnego pytania mogliśmy wejść do środka i napić się wody, albo dołączyć do obiadu. Było to uznawane za coś normalnego.

Któregoś dnia przyszedł do nas pijany sąsiad. Nie wiem, czy ojciec był wtedy w domu, czy dowiedział się o wszystkim później, ale sprawa wyglądała tak: sąsiad obraził mamę, a może nawet ją uderzył. Nie mogę sobie przypomnieć, czy tata zareagował od razu, czy po powrocie z pracy, ale mam tę scenę przed oczyma, jak żywą: ojciec z pistoletem w dłoni mówi do pijanego mężczyzny: „Tańcz”. Ten odpowiada wystraszony: „No co ty, Leszek”. „Tańcz, mówię” – mówi tata i mierzy w jego stopy. Przez szparę w drzwiach z zapartym tchem obserwuję, jak pan Józek zaczyna niezgrabnie podskakiwać. I wtedy ojciec strzela, mówiąc: „Nie przestawaj tańczyć”. Wystrzelił mu cały magazynek pod stopy. Na szczęście żadna kula nie trafiła.



Ze strzelaniem pamiętam jeszcze jedną scenę. Mieliśmy psa, Pipi. Kochany kundel. Był bardzo ruchliwy, miał brudnożółtą sierść. W tamtym okresie tata założył hodowlę królików. Nie wiem ile ich było. Dwadzieścia, trzydzieści? Któregoś ranka, zaraz po przebudzeniu wyszedł na podwórko. Przed samym gankiem, merdając ogonem siedziała dumna z siebie Pipi. Za nią, na trawie leżało w równym rządku trzydzieści zaduszonych królików. Ojciec popatrzył w milczeniu, odwrócił się na pięcie, po chwili wrócił z KBKSem i na miejscu położył zaskoczonego psa trupem. Nie wiem, czy widziałem tę scenę, czy tylko słyszałem, ale wstrząsnęło mną to bardzo. Kochałem tatę, ale nie mogłem zrozumieć, dlaczego to zrobił. Później przyjąłem do wiadomości, że skoro pies raz zasmakował domowego mięsa, już nigdy nie zostawiłby zwierząt w spokoju. Mimo to śmierć Pipi pozostawiła mi na sercu zadrę.

W ogrodzie, za domem, na dole, stało niebosiężne drzewo z czarnymi czereśniami. Gdy przychodził sezon, mama wspinała się z wiaderkiem, a my z rozdziawionymi ustami i przerażeniem, czekaliśmy kiedy spadnie. Zawsze spadała – gałąź, ciężka od słodkich jak miód czereśni. Czekaliśmy pod drzewem jak małe sępy, wołając co chwila: „Jeszcze jedną, mama! Jeszcze jedną!”
Czasami opiekowała się nami ciocia Basia, najmłodsza siostra ojca. Nie wiem ile mogła mieć lat. Siedemnaście, może mniej. Mam z nią dwa główne wspomnienia z tamtego okresu. Obydwa mogły mieć tragiczne konsekwencje, ale Bóg miał nas w opiece.

Wspomnienie pierwsze: ciocia Basia bawiła się ze mną w Pokoju z Książkami. Zabawa polegała na tym, że najpierw ona wkładała głowę pomiędzy okna i robiła miny, a później ja. Za którymś razem oparłem się o szybę i pofrunąłem. Okno nie było zatrzaśnięte. Spadłem z wysokości pierwszego piętra, może nawet trochę wyżej, głową w dół. Na wpół nieprzytomna z przerażenia ciocia pobiegła po mamę, która robiła zdaje się pranie i wykrzyczała, co się stało. Mama podbiegła do okna i widząc moje nieruchome ciało, chciała skoczyć za mną i dopiero ciocia ją odciągnęła. Żeby dostać się do ogrodu, trzeba było obejść dookoła cały dom i podwórko. Zajęło to trochę czasu. W końcu mama wzięła mnie na ręce i położyła w kuchni na stole. Nie wiedziała, czy żyję, czy nie zostanę kaleką, nie wiedziała co zrobić. Nie było kwestii wezwania pogotowia. Gdyby nawet ktokolwiek w okolicy miał telefon, to karetka i tak nie miałaby jak dojechać – nie mieliśmy żadnej drogi. Na szczęście po kilkunastu minutach otworzyłem oczy. To jednak nie wszystko: do teraz pamiętam ze szczegółami wszystko co się wydarzyło – spadam, nie mogę nabrać oddechu od pędu, uderzam w ziemię, ciocia Basia biegnie po mamę, która próbuje wyskoczyć przez okno, później obiegają cały dom i niosą mnie zemdlonego do kuchni. Pamiętam każdy szczegół.



Druga mrożąca krew w żyłach przygoda: ciocia Basia znów jest naszą opiekunką, tylko tym razem mamy nie ma w domu. Nie wiem, czy było to przed, czy po tym, jak wyleciałem przez okno. No więc normalne popołudnie, buczy telewizor, ciocia bawi się z nami. W pewnym momencie widzę siebie, jak grzebię w mundurze taty, wiszącym w szafie. Chyba wiem, czego szukam. W końcu wyjmuję puszkę gazu paraliżującego, od którego pod groźbą lania mamy trzymać się z daleka. Ale nikogo nie ma w domu, więc co tam. Podchodzę do cioci i mierzę do niej gazem. „Ciocia, patrz, perfumy!” – wołam ze śmiechem. Ona blednie. „Odłóż to, Marcin” – mówi. W odpowiedzi naciskam zawór i z odległości kilkunastu centymetrów chmura gazu uderza w jej twarz. Trochę musiało dolecieć też do mnie, bo poczułem w ustach metaliczny smak i zrobiło mi się słabo. Ciocia dostała pełną dawkę. Upadła na czworaki, gwałtownie wymiotując, następnie padła twarzą w to, co wyrzygała, przez chwilę jej ciałem wstrząsały drgawki i znieruchomiała. Staliśmy z Szymonem jak skamieniali. Pamiętam strach. Tym razem wiedziałem, że przesadziłem. „Zabiłeś ciocię” – powiedział Szymon i schowaliśmy się pod łóżkiem w kuchni. Mogę przywołać wszystkie myśli, które przebiegały mi przez głowę. Było po mnie. Po godzinie, może dwóch usłyszeliśmy jakiś hałas z pokoju, w którym zostawiliśmy „trupa”. Wymioty, jęki, szloch. Z miejsca, gdzie leżeliśmy wkrótce ujrzeliśmy przesuwające się z trudem stopy. „Marcin…” – wołał mnie zachrypły głos. Wiem jedno – byliśmy przekonani, że ciocia powstała z martwych i przeraziło nas to do szpiku kości. Nie wiem, co stało się później. Pewnie wyparłem to z pamięci.

Z tamtego okresu pochodzą też moje pierwsze „seksualne” doświadczenia. Miałem cztery, może pięć lat. Czasami przychodziła do nas Ewa, rok młodsza córka sąsiadki. Zwykle bawiliśmy się, jak przystało na nasz wiek, ale któregoś razu coś mnie napadło i zaprosiłem ją do wychodka. Klasycznego, drewnianego wychodka, jak z książki. Tam rozebrałem ją do rosołu i przez kilka minut z fascynacją studiowałem to obce, ale tak atrakcyjne stworzenie. Kiedy wreszcie zaspokoiłem ciekawość i powróciliśmy na słoneczne podwórko, Ewa dosyć szybko wróciła do domu. Myślę, że obydwoje musieliśmy się wstydzić i ciężko było nam wejść z powrotem na niewinną wibrację. Mimo wszystko do wieczora chyba zapomniałem już o całej sprawie. Dlatego serce we mnie zamarło, kiedy po kolacji, szykując się już do snu, zobaczyłem w drzwiach, czerwoną ze złości mamę Ewy. Okazało się, że zostałem niecnie zdradzony. Przez jakiś czas miałem szlaban na spotkania z koleżanką.



Był horror, pożar, miłość teraz czas na wojnę.

Dzieciaków w naszym wieku było niewiele. Był Sylwek, trochę młodszy od nas Heniek – safanduła, Ewa i ja. Naszym przekleństwem był starszy chłopak, który chodził już do szkoły, czyli praktycznie dorosły. Nie pamiętam jego imienia. Sukinsyn, kiedy tylko mógł utrudniał nam życie. Wyłapywał nas w pojedynkę, wykręcał ręce, uszy, spluwał na nas, rzucał krowim gównem – wszystko, co tylko mógł, żeby spełnić naszym kosztem swoje chore ciągotki. Któregoś dnia nasz czwórka bawiła się w Grzybowym Lesie. Wtedy zobaczyliśmy, że zbliża się do nas znajoma i znienawidzona postać. Z daleka usłyszeliśmy jego śmiech. Podszedł i zaczął z nas kpić, docinać, aż wreszcie uderzył kogoś, nie wiem kogo. Nie mam pojęcia, kto był pierwszy, ale nagle w kierunku gnojka poleciał kamień. I wtedy coś się w nas przełamało. Zaskoczony chłopak syknął i dotknął ramienia. Złośliwy uśmiech zamienił się we wściekły grymas. „Który to?!” - zapytał groźnie, podnosząc rękę do ciosu. W odpowiedzi wszyscy wzięliśmy do ręki po kamieniu i razem rzuciliśmy. Przestaliśmy czuć strach. Za to nasz wróg zrozumiał, że jest z nim krucho. Zaczął powoli wycofywać się w stronę ścieżki. Nie poprzestaliśmy na defensywie. Teraz już na całego wzięliśmy się za rzucanie kamieni, a niektóre z nich były naprawdę spore. Kiedy zaczął biec, puściliśmy się w pościg i zagnaliśmy go do samego domu. Oszołomiony, zamiast wejść do środka, wspiął się na drzewo na podwórku. To było najgorsze, co mógł zrobić. Zebraliśmy się pod drzewem jak wilki i kontynuowaliśmy kamieniowanie. Za wszystkie krzywdy. Za wszystkie upokorzenia. Za zmywanie krowiego łajna z twarzy. Za ból wykręcanych uszu. Pamiętam, że płakał i wołał mamę, pamiętam też jaką radość odczuwaliśmy. Nie było litości. Tylko upojenie mocą i zemstą. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby wreszcie nie pojawiła się matka naszej ofiary i nie przegoniła nas na cztery wiatry. Od tamtego dnia mieliśmy spokój.



Nie napisałem dużo o rodzicach. Kochałem ich bardzo. Oczywiście z mamą spędzałem więcej czasu. Ojciec wychodził do pracy wcześnie rano i często nie wracał przed nocą, kiedy dał się złapać na jakąś balangę. Jeśli nie było go do czwartej, mama markotniała, była rozdrażniona i smutna. My też. Wiadomo było, że tata nie przyjdzie trzeźwy. Bardzo wtedy chciałem, żeby ojciec był bardzo naprany, bo wtedy poszedłby spać. Jeśli jednak byłby pijany tylko „do połowy”, nie wiadomo było czego się spodziewać.

Raz wszedł po pijanemu na dach i nie mógł zejść. Płakał, próbując dotknąć stopą płotu, ale nie udawało mu się i musiał rezygnować, siadał na chwilę, krzyczał na mamę, po czym znowu próbował. My też płakaliśmy, bojąc się o niego i próbowaliśmy jakoś mu pomóc.

Mama opowiadała mi – choć nie pamiętam tego ani trochę – że bardzo lubiłem Charlie Chaplina. Miałem wtedy jakieś dwa lata. Kiedy tata przychodził pijany i wszczynał awanturę, wychodziłem na środek pokoju z patykiem w ręce i zaczynałem robić krok Chaplina, wymachując patykiem. W ten sposób chciałem odwrócić ich uwagę od kłótni. Podobno czasami działało.

Kiedy był trzeźwy, było całkiem inaczej. Bezpiecznie, dobrze. Z tamtego okresu pamiętam najbezpieczniejsze miejsce w moim życiu – na łóżku, leżąc za szerokimi plecami drzemiącego ojca. Ciepłe, ogromne, poruszały się powoli w rytm oddechu, odgradzając mnie od całego świata.



8 minut nieba:)

Oglądajcie na pełnym ekranie, bo jakoś obcięło mi to na blogu. Enjoy:)




Wednesday, 3 March 2010

Wskazówki pisarskie



Czytam ostatnio książki o pisaniu i kiedy coś wyda mi się interesujące, czy pomocne, odkładam na bok. Poniżej mały wybór, między innymi z Orsona Scotta Carda i Raya Bradburego.

Wskazówki pisarskie

*

Nie jesteś sam. Wielu pisarzy nienawidzi swojego pierwszego szkicu i otwarcie mówi, jakie uczucia w nich budzi. Stephen King, Ernest Hemingway, Anne Lamott – wszyscy oni pisali o tym obszernie, podobnie jak wielu innych pisarzy.
Patrząc na to, jak gówniany jest nasz pierwszy szkic, zastanawiamy się, po co w ogóle zaczęliśmy pisać. Jeśli zrelaksujesz się, skupisz na samym procesie i pozwolisz swojemu wewnętrznemu krytykowi zamilknąć, pisanie stanie się łatwiejsze.

*

Zobowiąż się do napisania zdania, albo dwóch za każdym razem kiedy mijasz komputer, czy notatnik.

*

W autobusie, pociągu, czy prowadząc samochód, wyobrażaj sobie sceny, które chcesz opisać, myśl o słowach i zdaniach, jakie użyjesz do ich opisania.

*

Zanim położysz się spać, poproś swoją podświadomość, żeby dała ci opowieści i rozwiązania.

*

Pisarz pisze lepiej, jaśniej, bardziej interesująco, kiedy nie próbuje pisać dobrze. Kiedy skupia się na historii i na pomaganiu czytelnikowi w zrozumieniu akcji, jego styl polepsza się dramatycznie i staje się o wiele bardziej interesujący i indywidualny, niż wcześniej, kiedy ktoś próbował podążać za wskazówkami jakiegoś nauczyciela pisania.

*

Twój naturalny styl jest już obecny w twoim języku, kiedy wyrażasz się swobodnie. Właśnie ten styl chcesz pokazać w swojej pracy. W pewien sposób jest to odwrotność stwarzania stylu. Zamiast koncentrować się na sobie, „oh, jakim stylowym pisarzem jestem”, koncentrujesz się na czytelniku – jak możesz efektywnie przekazać mu wydarzenia twojej opowieści, tak żeby zostały żywe w jego pamięci.

*

Czy możesz poprawić swój styl? Nie bezpośrednio. Ale jeśli pracujesz nad przekazaniem prostej opowieści, w sposób wiarygodny, jasny, przekonujący, twój naturalny styl wydobędzie się na powierzchnię sam, bez twojej pomocy. Czasami będziesz musiał to stonować, ale nigdy w trakcie pierwszego szkicu. Nie myśl o tym w trakcie pisania.

*

Można powiedzieć, że większość rzeczy, jakie zdarzają się w życiu bohatera nie są obecne w tekście, ponieważ nie są wystarczająco ważne, czy interesujące. Tak naprawdę większość rzeczy, które robi twój charakter nie są wspomniane. Jak często piszesz, że twój bohater się podrapał, albo wytarł nos? Jedynie kilka wydarzeń, czy szczegółów znajdzie się w twojej opowieści. Jeżeli zamieścisz w tekście dialog bez znaczenia, na przykład rozmowa ze sklepikarzem, kiedy twój bohater kupuje gumę i rozmowa nie prowadzi do niczego, twoi czytelnicy zniecierpliwią się, bo chcą czytać o rzeczach, które ich interesują. A kiedy opuścisz, albo zaledwie streścisz sceny, którymi czytelnicy są zainteresowani, stracisz ich, ponieważ nie spełniasz ich oczekiwań.

*
„Powiedział” jest za bardzo widoczne, jeśli używasz go za dużo, albo za często znajdujesz dla niego zamiennik. Powinieneś zastępować „powiedział”, albo dodać do niego przymiotnik modyfikujący znaczenie „powiedział” jedynie wtedy, gdy dialog nie zawiera dosyć informacji, o tym, jak te słowa wypowiedziano. Powtarzanie „powiedział” przeszkadza jedynie wtedy, gdy w dialogu występują tylko dwie postacie, wypowiadające krótkie zdania. Moja rada jest taka, żeby w ogóle nie myśleć o tym w trakcie pisania. Po prostu używaj „powiedział” rutynowo, za wyjątkiem sytuacji, kiedy musisz – powtarzam – musisz zawrzeć więcej informacji.

*

Ostatecznie wszyscy twoi bohaterowie będą brzmieli jak ty, ponieważ to ty wkładasz im w usta słowa. Ale pomimo tego będą się różnić. Uczyniłeś ich przecież indywidualnościami. Ich mowa będzie warunkowana różnymi zmartwieniami, nastawieniami, sytuacjami, a nie językiem. Wszystkie postacie pokażą aspekty twojego stylu pisania, ale wewnątrz tego stylu będą się całkowicie różnić od siebie.

*

Nie ma ucieczki od twojego własnego stylu. Kiedy mam postać, która ma być dowcipna, będzie ona dowcipna w taki sposób, w jaki jestem ja. Język używany przez bohaterów zawsze będzie mój własny. Możesz oszaleć próbować napisać coś, co nie brzmi jak ty, ponieważ nie możesz brzmieć jak nie ty, chyba że skopiujesz kogoś innego, a jaki to ma sens? Po prostu stwórz postacie i niech mówią to co mają powiedzieć, tak jak ty byś to powiedział w ich sytuacji. Jeśli zrobisz to dobrze, wystarczy.

*
Tajemnicą jest, żeby nie myśleć o dialogu, jako o odrębnej czynności. Nie piszesz dialogu. Piszesz o spotkaniu pomiędzy dwoma charakterami. Częścią tego spotkania jest to, co mówią, ale również jak reagują na siebie, co zdarzyło się między nimi w przeszłości, kto jest świadkiem, jakie wrażenie chcą zrobić, itd. Rozwiązaniem problemu dialogu nie jest „napisanie lepszego dialogu”, ale rozjaśnienie, czy zmiana tego, co postać myśli i czuje.

*

Twoja narracja powinna być opisana w płynnym języku, który łatwo czyta się na głos. Innymi słowami narracja powinna brzmieć jak dialog wypowiadany przez dobrego gawędziarza.

*

Jeśli martwisz się o swój styl, szczególnie podczas pisania dialogów, istnieją duże szanse, że przestaniesz zwracać uwagę to, co wydarza się w opowieści i dlaczego.

*

Nie powinno się zaczynać opowieści od zalania czytelnika emocjami. Czytelnik nie dostał jeszcze żadnych informacji o postaci i tym samym nie ma żadnego powodu, żeby się o niego martwić. Czytelnik nie powinien zetknąć się z emocjami dopóki całkowicie nie zrozumie całej sytuacji. Dopiero wtedy będzie mógł wczuć się w uczucia bohatera. Opowieść musi „zarobić” na emocje.

*

Przedstaw konflikt wewnętrzny w bohaterze.

*

Musisz sprawić, żeby twój wewnętrzny edytor przestał patrzeć na styl twojej prozy. Kropka. Język jest niczym. Możesz bawić się językiem, ale nie ma to nic wspólnego z procesem pisania. Twój wewnętrzny edytor musi skupić się na tym, co się wydarza i dlaczego. Czy dobrze wybrałeś punkt rozpoczęcia? Czy bohater rozumie, co się dzieje? Czy wydarzenia są jasne dla czytelnika? Czy obecne wydarzenie jest ważne, czy też jest jedynie wypełniaczem? Na to powinno się zwracać uwagę, i to one decydują, czy twoja opowieść będzie ważna, prawdziwa, jasna dla czytelnika od samego początku. Jeśli skoncentrujesz się na historii, nie na stylu, twój styl zacznie wychodzić na powierzchnię, odezwie się twój prawdziwy głos. Twój styl będzie lepszy, jeśli nie będziesz o nim myślał.

*

Co sprawia, że wydarzenia w opowieści wydają się czytelnikowi ważne? Prawie zawsze jest to fakt, że sprawy bohatera rezonują ze sprawami i problemami czytelnika.

*

Czego pisarz może nauczyć się od jaszczurki, albo ptaka? Prawda jest w szybkości. Im szybciej piszesz, tym uczciwszy jesteś. Wahanie powoduje za dużo myślenia. Z ociągania się przychodzi wysiłek w poprawiani stylu, który zastępuje dotykanie prawdy.

*

Jakie to dziwne: jesteśmy tak zajęci w poszukiwaniu sposobów i wydarzeń na zewnątrz, że zapominamy patrzeć do wewnątrz.

*
Kiedy piszę, zostawiam za sobą dziury. Czasami nie przychodzi mi do głowy żaden ekscytujący sposób opisania czegoś. Opuszczam tę część i wracam do niej później.

*

Nie używaj więcej słów niż potrzeba.

*

Nie powtarzaj się.

*

Żeby twój bohater nie stał się „papierowy” musisz mieszać. Nikt nie jest biały, albo czarny, dlatego twoja postać musi mieć dobre i złe strony. Bohaterowie powinni mieć wady, łotry – zalety. Bohater może być odważny, ale bez przesady. Dopiero jego strach czyni go prawdziwym.

Tuesday, 2 March 2010

Tecumseh



Tecumseh

Żyj tak, aby strach przed śmiercią
nigdy nie zawitał w twoim sercu.
Nie krytykuj religii innych ludzi.
Szanuj poglądy innych
i wymagaj, żeby oni szanowali twoje.

Kochaj swoje życie, staraj się je doskonalić,
szukać piękna we wszystkim, co cię spotyka.
Staraj się, aby twoje życie było długie
i poświęcone służbie dla twego ludu.
Przygotuj szlachetną pieśń śmierci –
zaśpiewasz ją w dniu, w którym przekroczysz wielką granicę.

Zawsze pozdrawiaj swych przyjaciół słowem lub gestem.
Pozdrawiaj również obcych, których spotkasz na pustkowiu.
Szanuj wszystkich, ale nie upokarzaj się przed nikim.

Kiedy wstajesz rano, podziękuj za światło,
za życie, za siłę.
Podziękuj za jedzenie, za radość istnienia.
Jeśli nie widzisz powodu do wdzięczności,
wina leży po twojej stronie.

Nie dotykaj trującej wody ognistej,
która zamienia ludzi mądrych w głupców
i która odbiera duchowi jego wizję.

Kiedy nadejdzie śmierć,
nie bądź tacy, jak ci,
których serca pełne są strachu,
i którzy modlą się o więcej czasu,
żeby przeżyć swe życie inaczej.
Zaśpiewaj pieśń śmierci
i umrzyj jak bohater
wracający do domu.

Tecumseh (1768-1813), wódz plemienia Szaunisów.

Saturday, 27 February 2010

Ray Bradbury o pisaniu



Jeżeli piszesz bez zapału, bez entuzjazmu, bez miłości, bez zabawy, jesteś pisarzem tylko w połowie. Oznacza to, że jesteś tak zajęty obserwowaniem komercyjnego rynku, albo podązaniem za trendami avangardowej śmietanki, że zapominasz, jak być sobą. Nie znasz siebie.
Pisarz musi być podekscytowany tym, co robi. Powinien być pełen entuzjazmu i gorączki. Bez tego może równie dobrze pracować przy zbiorach brzoskwiń, albo kopać rowy. Bóg świadkiem, że wyszło by mu to na zdrowie.
Kiedy ostatni raz napisałeś historię, w której twoja prawdziwa miłość, albo nienawiść przedostały się na papier? Kiedy ostatnio pozwoliłeś gnębiącej cię krzywdzie uderzyć w kartkę, jak piorun? Jakie są najlepsze i najgorsze rzeczy w twoim życiu i kiedy zbierzesz się na to, żeby o nich szeptać, albo krzyczeć?

("Zen in the Art of Writing" Ray Bradbury)

Monday, 22 February 2010

To nie był nawet człowiek



Jak to już mam w zwyczaju, wrzucam fragment opowiadania, nad którym teraz pracuję. Chyba robi mi się z tego jakiś przesąd.
Postanowiłem sięgnąć do korzeni i umiejscowić akcję w moich stronach, czyli w Beskidzie Żywieckim. A bohater to w pewnym sensie ja - myślę, że szukam przymierza z sobą sprzed wielu lat. Poróżniliśmy się pewnego dnia i chyba już czas wyciągnąć do siebie prawice. Dlatego próbuję pisać tę opowieść z miłością;). Jeśli nic się nie zmieni, będzie to początek cyklu. Zobaczymy.

To nie był nawet człowiek
(fragment opowiadania)

Kiedy ostatnia łopata ziemi wylądowała na grobie, świt zdążył zafarbować czerń nieba na ciemny granat. Pot spływał mi po plecach zimnym strumieniem. Ciężko dysząc obiecałem sobie, że rzucę palenie jeszcze dziś. Po skończonej harówce padłem na trawę i zapaliłem papierosa. Mokre nogawki nieprzyjemnie kleiły się do łydek, ale nie miałem siły, żeby coś z tym zrobić. Chciałem spać i zapomnieć.

Julek usiadł obok i wytarłszy czoło rękawem popatrzył na mnie. Choć było jeszcze za ciemno na odczytywanie emocji z twarzy, wyczułem emanację współczucia.
- Jak się trzymasz? – zapytał.
- Może być – mruknąłem.
- Przepraszam. Myślałem, że mamy trochę więcej czasu z tym kołkiem,
Przymknąłem oczy. To był błąd. Pod powiekami znów rozegrała się scena sprzed kilkudziesięciu minut.

Retrospekcja:

Wracamy z kołkiem, którego, jak mówi mój nowy przyjaciel, nie mamy czasu naostrzyć. Sygnalizuje, żebym zabrał kamień z nad rzeki. Podnoszę jeden, płaski, okrągły, ciężki. Potykam się i pomimo prób utrzymania równowagi, wpadam po pas do wody.
- Szybciej. Nie mamy czasu – mówi mój towarzysz. Siarczyście klnąc, gramolę się na brzeg. Po chwili idziemy, prawie biegniemy. Widać już ciemniejsze wzniesienie. To nazrywane łopiany okrywają ciało. Julek oddycha z ulgą.
- Zdążyliśmy.

Odrzucamy liście. Przez chwilę mam nadzieję, że nie będzie pod nimi nic. Niestety, trup leży, złośliwie czekając na nasz powrót. Julek przykłada tępy, niczym sztyl od łopaty kołek do mostka. Kiwnięciem głowy wskazuje na kamień. Podnoszę ciężar do góry. Waham się. Przecież to zwykły nieboszczyk. Dałem się nabrać na bajki o wampirach. Nie wezmę w tym udziału. Wystarczy. Już mam powiedzieć to na głos, kiedy wampir wyrywa kołek z ręki Juliusza i ciska go w krzaki. Potwór siada mechanicznie, patrzy na nas, następnie jak sprężyna rzuca się całym ciałem przed siebie.

Jestem sparaliżowany. Kamień wypada mi z rąk. Na szczęścia Julek nie traci razonu. Biegnie w krzaki, w kilka sekund znajduje kołek i woła:
- Kamień! Weź kamień! – po czym rusza w ślady wampira. Jego słowa działają jak wiadro zimnej wody. Chwytam zgubę i biegnę za nimi, na ślepo, w ciemność. Są. Dwa miotające się kształty. Julek trzyma za nogi wyrywającego się mężczyznę. Po krótkiej szarpaninie siada na niego. Przykłada kołek do piersi.
- Wal!
Opuszczam kamień. Za słabo. Gdyby ten cholerny badyl był ostrzejszy... Cios za ciosem. Z każdym uderzeniem drewno wchodzi zaledwie o kilka milimetrów, nie więcej. Wampir miota się i krzyczy. Jezu, co za upiorny skrzek. Okoliczne psy ujadają coraz głośniej. Mam wrażenie, że słyszy nas cała wioska. Wreszcie jednym z ciosów wbijam kołek porządnie, na wylot. Przelatuje mi przez głowę myśl, że musiałem przebić kość, dlatego weszło tak łatwo. Ciało wiotczeje. Gdzieś w oddali, w lesie rozbrzmiewa nieludzki, wściekły wrzask. Przypominam sobie, że było ich dwóch. Wrzask ginie, urwany. Czuję, że ręce i twarz pokrywa lepka krew.

koniec retrospekcji

- Już nigdy nie zjem śliwek z tego drzewa – powiedziałem markotnie, spoglądając na ciężkie od owoców gałęzie.
- Mówiłem, żeby pochować go w lesie.
- Jak wiesz, w lesie czeka jego przyjaciel. Na dziś wystarczy mi nowych znajomości.
Grób wykopaliśmy w ogrodzie za domem. Ziemia wyścielona była śliwkami. Po skończonej robocie zamaskowaliśmy rozkopany grunt owocami. Nie został ślad.
Popatrzyłem do góry. Ciemność. Pewnie chmury ciągle tam były, ale na wschodzie przebijało już czyste niebo. Czekał nas słoneczny dzień. Pociągnąłem nosem. Zapach mokrej ziemi, śliwek i krwi był intensywny i oszałamiający. Powoli dochodziłem do siebie. Spróbowałem poukładać poszatkowany na kawałki świat. To nie był nawet człowiek... Widać powiedziałem to na głos, bo Julek powtórzył za mną:
- To nie był nawet człowiek – wyczułem gorycz. Raczej nie było to jego pierwsze spotkanie z wampirzymi agentami CIA. Nie miałem siły spytać. Jutro. Jutro wszystkiego się dowiem.
- Czeka nas długi, ciężki dzień. Skorzystaj z ostatnich godzin odpoczynku – powiedział.
- A ty? - Nie mogłem zaprosić go do domu. Jak wytłumaczyłbym obecność takiego dziwaka o trzeciej nad ranem? Zresztą według wiedzy rodziców, w tej chwili smacznie spałem we własnym łóżku.
- Co radzisz?
Podrapałem się po głowie. Mam!
- Co powiesz na strych, nad szopą? Jest tam trochę siana, a nawet koc.

Wstaliśmy. Pokazałem Julkowi szopę, a sam, najciszej jak mogłem wdrapałem się z powrotem przez okno. Wyłączyłem telewizor, wziąłem prysznic i w niecałą minutę spałem. Odszedłem do krainy snów tak łagodnie i nieodwołalnie, jakbym nigdy nie spotkał dziewiętnastowiecznego pisarza, z którym zabiłem wampira, podsłuchującego historię o Majowym Uśmiechu oraz trzech, bardzo niesympatycznych braciach. We śnie byłem Foxem Mulderem i próbowałem odnaleźć Scully, która odeszła z przystojnym agentem ubezpieczeniowym. Zapłakany i bezradny usiadłem na leśnej polanie. Z nieba zaczęły spadać złociste, lśniące jaja. Spadały aż do samego rana.