Tuesday, 5 October 2010

Życie według własnego sumienia



Życie według własnego sumienia
Lew Tołstoj

23 listopada, 1888, Moskwa

Przed paroma dniami przyszła dziewczyna, która pytała (takie znajome, fałszywe pytanie!): co mam robić, żeby być użyteczną? Rozmawiając z nią uświadomiłem sobie: wielkie nieszczęście, wskutek którego cierpią miliony, polega nie tyle na tym, że ludzie żyją źle, ile na tym, że nie żyją w zgodzie z sumieniem, własnym sumieniem. Ludzie biorą za swoje czyjeś inne sumienie, wyższe od własnego (na przykład Chrystusa - najczęściej) i najwidoczniej nie będąc w stanie żyć podług czyjegoś sumienia, żyją nie podług niego i nie podług własnego – więc żyją bez sumienia.

Ja tę panienke przekonywałem, aby żyła nie podług mojego sumienia, jak ona chciała, lecz podług swojego. Ale ona, biedactwo, nie wie nawet, czy ma w ogóle jakieś sumienie. Jest to wielkie zło.

Najważniejsze dla ludzi jest wypracowanie sobie i zrozumienie własnego sumienia, potem postępowanie zgodnie z nim, nie zaś – jak postępują wszyscy – obierają sobie sumienie, całkiem obce i niedostępne im, a potem żyją bez sumienia i kłamią, kłamią, kłamią, aby uchodzić za żyjących podług sumienia cudzego, które sobie obrali.

Dlatego to ja zaiste wolę hulakę, wesołka nierozumującego i odrzucającego wszelkie rozumowanie, od mędrka, który żyje podług cudzego sumienia, czyli bez niego. W pierwszym może się wykształcić sumienie, w drugim – nigdy, póki nie powróci do stanu pierwszego.

Saturday, 2 October 2010

Teatrzyk



Teatrzyk
(sen)

02.10.2010

Jestem dziewczyną, nieśmiałą artystką. Żyję w bohemskiej komunie, artyści najróżniejszej maści, hipisi zmieszani z dziewiętnastowieczną awangardą. Bohema, ale jednak ma wszystkie wady zwykłego społeczeństwa – drobnomieszczańska moralność, współzawodnictwo, zawiść.
Nadszedł dzień Festiwalu Wszystkich Sztuk, każdy musi coś stworzyć, coś przedstawić – piosenkę, rzeźbę, obraz.

Zaczynam od obrazu. Pierwsze kreski są tragiczne, dziecinne, jestem zażenowana, dziecko z podstawówki by tak namalowało. W gniewie rozmazuję kontury dłonią i jakimś cudem w bazgraninie pojawia się zarys czegoś cudownego. Widzę wszystko pod innym kątem, obraz zaczyna żyć, abstrakcyjna wizja i wiem, że to będzie arcydzieło.

Niezauważalnie obraz staje się treścią przedstawienia teatralnego. Stoję na scenie. Jest nas kilka osób, ubrani jesteśmy makabrycznie, groteskowo, przerażająco, odpychająco. Część widzów patrzy na nas z niesmakiem i zażenowaniem, reszta nawet nie zwraca uwagi; rozmawiają, palą, piją i są bardzo ważni i mądrzy.

Chcemy przedstawić coś w rodzaju greckiej tragedii, ale z twistem: rolę ludzi grają potwory, maszkary, niczym z „Labiryntu Fauna”, grają też dzieci. Jest to zbyt nowatorskie, nawet jak na to miejsce. Szalony musical, gdyby Szekspir miał szajbę, tworzył musicale i lubił czytać Gaimana, może tak by pisał.

Sztuka zaczyna się od piosenki. Śpiewam słodką piosenkę, po francusku, ktoś akompaniuje mi na pianinie. Mam na sobie kolorową sukienkę, stoję nieśmiało, mam zabójczą tremę, dookoła stoi reszta aktorów, na których aż strach patrzeć, zakrwawione bandaże, zdeformowane członki, dziwne pozy.

Trema mnie zabija, a publika nie pomaga. Część osób z widowni nie przestała nawet rozmawiać, mój drżący głos ledwo przebija się przez gwar rozmów. Z tego wszystkiego zapominam tekst, wyciągam ściągę.

Stopniowo przestaję się bać, mój głos staje się coraz silniejszy, szum rozmów cichnie i wszyscy zaczynają patrzeć. Jeszcze nie są pewnie, co o tym myśleć, to zbyt dziwaczne, ta ładna piosenka i makabryczna choreografia. Moi koledzy i koleżanki tańczą na scenie la dance macabre.

Odrzucam kartkę i śpiewam już sama z siebie, chyba improwizuję. Patrzę na widownię. Jeden z bohaterów śpiewa: „Wiecie, że wśród dzieci nie ma czarnuchów?” (używa słowa „nigger”). Najpierw rozlega się oburzony szmer na sali – to międzynarodowa mieszanka, obecni są czarni. Nie zrozumieli tekstu. Nagle ze wstydem zdają sobie sprawę, o co chodziło. Wśród dzieci nie ma „czarnuchów”, bo dla nich wszyscy jesteśmy tacy sami, kolor skóry nie ma znaczenia. A dorośli na dźwięk tego słowa, dostrzegli każdego czarnego na sali.

Przedstawienie jest barwne, piękne, każdy kontrast ma głębokie znaczenie, śpiewamy, tańczymy, to nie jest sztuka dla sztuki, ale makabreska pełna idei.

Niestety nie mam okazji doczekać końca. Budzik wyrywa mnie ze snu i zamiast nieśmiałej, ładnej i genialnej dziewczyny znów jestem owłosionym, apatycznym i samotnym grafomanem.

Patrzeć do wewnątrz - Lew Tołstoj



Patrzeć do wewnątrz - Lew Tołstoj

5 października 1893, Jasna Polana

Są dwa sposoby poznawania świata zewnętrznego: jeden najbardziej pospolity i nieuchronny – poznawanie pięcioma zmysłami. Z tego sposobu poznania nie powstałby w nas ten świat, który znamy, lecz byłby chaos dający nam rozmaite wrażenia.

Drugi sposób polega na poznawaniu siebie przez miłość do siebie, a potem na poznawaniu przez miłość do innych: na przenoszeniu się myślą w drugiego człowieka, w zwierzę, roślinę, a nawet kamień. Tym sposobem poznaje się od wewnątrz i kształtuje cały świat, tak, jak my go znamy. Ten sposób jest tym, co nazywają talentem poetyckim.

Jest to także miłość i jak gdyby przywrócenie zakłóconej jedności między istotami. Wchodzimy w siebie i wchodzimy w drugiego. I można wejść we wszystko. Wszystko – zjednoczyć się z Bogiem, ze wszystkim.

Wednesday, 29 September 2010

Proces twórczy 8



Próba wyzwolenia słów.
Na początku było Jajo, a z Jaja wykluł się człowiek, z człowieka wykluł się smok, ze smoka mop, mopem starłem żłob, analfabetyczny krok, podcieraj nosa maładiec i zmykaj na rewolucję, nad ołowianym niebem złoci się słońce, pola bitew zakwitną łopianami, kaczeńcami, wesołymi wierzbami, a z czasem kilka grządek kapusty, ziemniaki i chatka pokryta strzechą, wielopokoleniowe rodziny, Kajtek, wakacje, szkoła, pierwszy września i znów. Znów?

Kosmiczny dowcip.

Nieskończenie mała kruszyna w nieskończenie dużym kosmosie, a ludzie utrudniają sobie życie, zrzucają zubożały uran i mówią, że to dla demokracji. Już lepiej nic nie robić, niż robić aż tak źle. Jesteśmy sami w kosmosie? Czy spotkamy sympatycznego ET? Czy na każdej planecie, w którymś z szalonych wymiarów są ludzie, tacy jak my, rozrzuceni tu i tam boską dłonią, aby uczyć się życia?

Złoty parostatek, turyści piją szampana i podziwiają aligatory, dzikich z łukami, zieloną dżunglę, stary Jack London, prawie całkiem pijany opowiada, jak kiedyś w Klondike o mały włos nie zjadły go komary, a niektórzy popełniali samobójstwo, nie mogąc znieść żądeł. Obok Jules Verne konstruuje batyskaf z dyni i skórki z pomarańcza, nic z tego nie będzie – mówi spod nosa Huckelberry Finn i szczypie w tyłek Pippi Langstrumpf. Złoty parostatek w amazońskiej dżunglii.

Z góry obserwuje nas dziadek księżyc, rzuca srebrzystymi łzami, żeby delfiny mogły popluskać się w jeziorkach srebra. Klęska. Po co gadać o klęsce, skoro wojna jeszcze nie przegrana? Bitwy stracone, łzy opuszczonych, groby straconych, a przecież to nie kaniec filma, jeszcze nie rozdano Oskarów, nie powieszono reżysera i scenarzystów, nie ma więc co płakać. Delfin, przyjaciel człowieka. W teleekspressie kiedyś powiedziano, że stadko delfinów uratowało rozbitka. Good for him.

Księżycu! Księżycu! W nocy przyjdź do mej żony i opowiedz jej coś na pocieszenie, albo zabierz ją na krótkie wakacje, coby zeszło z niej napięcie stu żyć, w których zbytnio się stresowała. Palisz? Nie? A ja zapalę. Rak płuc, czy krtani? Do bani. Niech spada. Nie się skryje strach, niech jego głowa na szafocie skończy a dla mnie szata króla. Król jest nagi.

Sunday, 26 September 2010

Proces twórczy 7



Here we go, zwarci i gotowi. Przez chwilę myślałem, że za oknem przeleciał dwupłatowiec i nie wiadomo dlaczego zrobiło mi się ciepło na sercu, przyjemnie w stylu retro. Skoro ciągle latają dwupłatowce, to może ostatnie osiemdziesiąt lat się nie zdarzyło? Nie ma bomby atomowej, USA nie zaczyna niezliczonych wojen, nie ma nawet plastyku, ani telewizji. Milej się zrobiło, naprawdę.

Nie lubię czasów w których żyję. Coraz większe spłycenie. Postęp jest w stu procentach iluzją. Tak naprawdę od końca dziewiętnastego wieku cognęliśmy się. Wtedy prawa jednostki zaczynały być big thing. Teraz wielkie imperia znajdują racjonalizacje dla swoich zbrodni, mordują tysiące osób, a ludzie jak osły łykają wszystko i nie zdają sobie sprawy, że nie ma żadnej racjonalizacji dla gwałtu na jednostce. Cofamy się, cofamy.

Dwupłatowiec, skarby króla Salomona, Indiana Jones, skórzana czapka z nausznikami, miłość na sianie, upał, i możesz się turlać z górki, nie martwiąc się wężami i skorpionami. Chciałbym wrócić do dzieciństwa świata.

Czytałem dziś kawałek Gałczyńskiego. Cudotwórca z Mejdugosze (na 100% to brzmiało inaczej). Małe słuchowisko po wizycie u białego Jogina, po drodze z Wilna. Zrobił mu regressing i Gałczyński cofnął się do bycia Hiszpanem – nawet mówił płynnie po hiszpańsku. Przestraszeni uciekli, Kot i Natalka, na dworzec, zdyszani, zdumieni, przytłoczeni głębią tajemnic wszechświata.

Ludzi za mało przytłaczają tajemnice wszechświata. Myślą, że są na granicy odkrycia wszystkiego. Eee tam, jestem pewny, że wielu uważa, że nauka odkryła już wszystko. Co za arogancka bzdurka. Wszechświat jest po prostu… no wielki, głęboki, nieprzewidziany, nawet milion żyć nie starczy, żeby go zbadać, jak jezioro ziarnek maku, a każde ziarnko to wszechświat. Co za głupota, Jezu…

Wczoraj wprowadziłem Gałczyńskiego do Najstarszych. Niespodzianka dla mnie, bo miała być Cyganka, no ale cóż, koty chadzają swoimi drogami. Lampka wina, smooth jazz, niepotrzebny ogien w kominku, dziś słońce przygrzewa wyjątkowo miło.

Wednesday, 22 September 2010

Proces twórczy 6



No, no, no, no es directo, buscalo en dentro… Przez okno widzę psa. Ogromna bestia, owczarek kaukazki, potulny jak owca, przynajmniej jeszcze taraz, to jeszcze szczeniak.

Zapach cebuli i podsmażanych ziemniaczków, piec huczy, w żołądku burczy, niepewność, co do następnych stron – za każdym razem, gdy zasiadam do „Najstarszych” wydaje mi się, że niemożliwe jest spłodzenie choćby jednego słowa. Po prostu niemożliwe. No ale przeciez powoli to idzie.

Wczoraj oglądałem film o francuskim artyście. Zapomniałem imienia. Sergio Guinsberg, czy coś takiego (nie mylić z amerykańskim Guinsbergiem z epoki hipisów). Ten co zrobił "Je t'aime mon amour". Początek spodobał mi się, fantazja dziecka, ale później za dużo pozbawionego substancji dekadentyzmu, promiskutyzmu, samozniszczenia. Nic w tym nie ma złego, artyści tacy są, ale reżyser nie wszedł dość głęboko i wydawało mi się zbyt powierzchowne.

Dostałem dziś email od Kasi z poprawkami do opowiadania. Lubię dziewczynę, błyskotliwa, dobre poczucie humoru, wyczuwa głębsze warstwy rzeczywistości. Osobowość z tych, co mnie onieśmielają, przy których czuję się jak burak. Zawsze miałem ten problem. Kompleks wioskowy, czy coś. Wiem, że nie powinienem, a jednak.

Brakuje mi towarzystwa ludzi na jakimś poziomie intelektualnym i duchowym, z podobnym kątem postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duża część mojej depresji wynika z samotności, z niemożności komunikowania się, wyrażenia siebie tak, żeby ktoś zrozumiał i z drugiego bieguna zadziwić się głębią przemyśleń i doświadczeń innych ludzi. Tego mi brakuje, ale za bardzo nie wiem, co z tym zrobić.

Słucham dziś muzyki hiszpańskiej. Quinto Parpadeo, Jarabo del Palo, La Pegatina, Macaco, Amparanoia. Ta muzyka ma moc. Żadna tak do mnie nie przemawia, z żadnej innej części świata. Pokochałem Hiszpanię. Coraz bardziej czuję, że zbliża się czas kolejnej wyprawy. Tulasi nie będzie zadowolona, ale na wiosnę spakuję plecak, akordeon i ruszę znowu, sponiewierać się po iberyjskich ulicach, pogłodować, nadużywać haszyszu i riojy. Mam nadzieję, że do tego czasu książka będzie już skończona, a przynajmniej pierwszy draft.

Tuesday, 21 September 2010

Świątynia Sharon Tate



Świątynia Sharon Tate

Sharon Tate,
elfia bogini,
nie wielbię twojego ciała,
została tylko kupka kości
w spróchniałej trumnie
po drugiej stronie globu.
Nie o to chodzi,
nie w tym rzecz.
Twój uśmiech
i nieśmiało-uwodzicielskie
spojrzenie
żyją własnym życiem.
Jak na przykład dla niektórych, Elvis, the King.
Przezroczysty duch, muśnięcie eteru,
krążysz po telewizorach,
żywiąc się uwielbieniem
miłośników staroci.
Jesteś boginią.
Masz swoją świątynkę
na moim desktopie.

Sunday, 19 September 2010

Kołysanka



Kołysanka

Dim dam dom
Kosmiczna pierzyna,
pod płótnem puch,
pod puchem sny,
pod snami bije źródło –
duch.

Wolność czasami przychodzi w tańcu,
pamiętasz Flight of the Hawk?
Czasami jest w kurzu na butach,
w wędrówkach po cygańskich ścieżkach Sacromonte
albo po kopenhaskich ulicach –
zapach haszyszu, falafela i rupieci ze strychu.
Kilka razy dotyk wolności przypłynął z modlitwą,
szczerym wołaniem do Absolutu,
tak też bywało,
ale to najcięższy sposób.

Śniłem kiedyś o trzech wędrowcach
wysłanych przez Boga.
Zabrali mnie w Himalaje.
Po drugiej stronie gór
stały drzwi do raju.
To była szczęśliwa podróż.

Proces twórczy 5



Wentylacja wykuta, a piecyk ciągle dymi. Taka już widać jego uroda. Ręka się goi, ale spod bandaża lekki swądek, na szczęście jutro zmiana opatrunku. Ciąg świadomości, nie myśl, nie wysilaj się, pozwól płynąć słowom, za każdym razem to takie trudne, cholera. Grzeję nogi na termoforze, nogi ciepłe, a dusza lodowata, przed południem w pochmurną niedzielę. Skąd tu brać juice w taki dzień? Z nieba nie spadnie, trzeba pokopać w środku. Wbrew apatii, wbrew bezwładności. To dowód, że jesteśmy uwięzieni w materii – duch jest dynamiczny, materia statyczna.

W stanie wolnym działanie jest naszą naturą. W stanie uwięzienia w materii przejmujemy cechy materii, czyli statyczność i bierność, która prowadzi do entropii. Filozofia. Wkurza mnie ten dym. Jak łatwo umysł zakotwicza się w nieważnych rzeczach. Szkoda. Wysiłek. Nawet tutaj nie robię wysiłku. Jest jedna rzecz, którą się robi bez wysiłku (przynajmniej pierwszy raz). Seks. No ale to też materia, czyż nie?

Jazz, swing, swing, alkohol, papierosy, zadymiona piwnica, drewniany kontuar pomalowany na zgniłą zieleń, obłupuje się już lakier, tam bym dziś usiadł. Bez wysiłku obserwował dekadencki świat, upijał się powoli, rozmawiał z obcymi o ich problemach, porażkach – w takich miejscach nie rozmawia się o zwycięstwach. Zwycięzcy chodzą do innych lokali. Tam gdzie światło, szampan i suknie z dekoltami. Brakuje mi angielskich pubów, gdzie mogłem usiąść na wytartej kanapie, anonimowo, nikt mnie nie napastował i mogłem pić jeden po drugim cidery, palic papierosy w tajemnicy i nikt nie patrzył z potępieniem, każdy miał gdzieś raka płuc, czytać napisy na starych posterach, jeszcze przedwojennych, albo czytać jakąś dziwną książkę wygrzebaną z Oxfamu.

Nie udaje mi się do końca tutaj odetchnąć. Poczerpać natchnienia z siły bezwładności. Przecież tak też można. Bierz skąd możesz, jeśli nie z kosmosu, to z głębiny morza. Wszędzie są iskry Boga, nie?

Friday, 17 September 2010

Proces twórczy 4



Brandywina była rzeką w Shire. Rysie nie zachodziły w te okolice, bały sie krwiożeczych wydr. Stalin był demonem, stworzył biurokratyczne piekło i nie wypuścił Bułhakowa za granicę. Za cara wydawało się, że jest źle, ale nawet za Iwana Groźnego nie było tak źle, archipelag Gułag.

Śliwka węgierka, słodka, lekko zgniła z jednej strony, skojarzyła mi się z dzieciństwem, strzela ogien w piecu, na ręce mam sześć szwów, siekiera ściągnęła skórę jak kawałek plasteliny, pod nią plastykowa kość, jesteśmy tylko maszynami. Nie. Mieszkamy w maszynach. Tak lepiej. Chodzi o to, że wierzę w transcendentalną iskrę antymaterii – ducha, wierzę, że ta nieograniczona cząstka świadomości jest obuta w ograniczony kawałek materii. Żyjemy w jaskiniach, bojąc się wyjść na przestrzeń, odgiąć ograniczone trzema wymiarami horyzonty, posmakować nieskończonych pól eterycznych. Zbyt wiele abstrakcji, nawet sam ich nie czujesz, operuj w świecie znanych pojęć i to właśnie je łącz w nieznane formacje.

Śniłem dziś o ucieczce i torturze. Byłem detektywem schwytanym przez możnych tego świata w dębowym lesie za murem żydowskiego cmentarza. Możni torturowali mni, bili, nie zważali na błagania i wyparcie się mojej pracy – chcieli się po prostu zemścić za to, jak ich szkalowałem, obnażałem przed publicznym okiem. Tych kilku ludzi było symbolem wszystkich przywódców tego świata, chciwych władzy, bezwzględnych. Ukamieniowali mnie. Najciekawsze, że byłem w stanie wyprzec się wszystkiego w zamian za darowanie życie.

Spod stalowoszarych chmur nie przebija dziś niebo. Ręka trochę kręci, ale wziołem ibuprofen extra forte, powinno pomóc. Apatia, lenistwo, brak motywacji do pisania. Dlaczego chcę opowiedzieć tę historię? Czy jest czegoś warta? Czy jest jedynie narzędziem, którym chcę coś osiągnąć? Nie wiem. Zakładam, że to przeszkody umysłu, entropia bezwładnej materii – dlatego mimo wszystko trzeba próbować nadać jej kierunek – żeby się nie cofać. Dlatego wracam do „Najstarszych”. Scena Zuzki z afrykańskim bożkiem i bitwa Tecumseha.