Saturday, 2 October 2010

Teatrzyk



Teatrzyk
(sen)

02.10.2010

Jestem dziewczyną, nieśmiałą artystką. Żyję w bohemskiej komunie, artyści najróżniejszej maści, hipisi zmieszani z dziewiętnastowieczną awangardą. Bohema, ale jednak ma wszystkie wady zwykłego społeczeństwa – drobnomieszczańska moralność, współzawodnictwo, zawiść.
Nadszedł dzień Festiwalu Wszystkich Sztuk, każdy musi coś stworzyć, coś przedstawić – piosenkę, rzeźbę, obraz.

Zaczynam od obrazu. Pierwsze kreski są tragiczne, dziecinne, jestem zażenowana, dziecko z podstawówki by tak namalowało. W gniewie rozmazuję kontury dłonią i jakimś cudem w bazgraninie pojawia się zarys czegoś cudownego. Widzę wszystko pod innym kątem, obraz zaczyna żyć, abstrakcyjna wizja i wiem, że to będzie arcydzieło.

Niezauważalnie obraz staje się treścią przedstawienia teatralnego. Stoję na scenie. Jest nas kilka osób, ubrani jesteśmy makabrycznie, groteskowo, przerażająco, odpychająco. Część widzów patrzy na nas z niesmakiem i zażenowaniem, reszta nawet nie zwraca uwagi; rozmawiają, palą, piją i są bardzo ważni i mądrzy.

Chcemy przedstawić coś w rodzaju greckiej tragedii, ale z twistem: rolę ludzi grają potwory, maszkary, niczym z „Labiryntu Fauna”, grają też dzieci. Jest to zbyt nowatorskie, nawet jak na to miejsce. Szalony musical, gdyby Szekspir miał szajbę, tworzył musicale i lubił czytać Gaimana, może tak by pisał.

Sztuka zaczyna się od piosenki. Śpiewam słodką piosenkę, po francusku, ktoś akompaniuje mi na pianinie. Mam na sobie kolorową sukienkę, stoję nieśmiało, mam zabójczą tremę, dookoła stoi reszta aktorów, na których aż strach patrzeć, zakrwawione bandaże, zdeformowane członki, dziwne pozy.

Trema mnie zabija, a publika nie pomaga. Część osób z widowni nie przestała nawet rozmawiać, mój drżący głos ledwo przebija się przez gwar rozmów. Z tego wszystkiego zapominam tekst, wyciągam ściągę.

Stopniowo przestaję się bać, mój głos staje się coraz silniejszy, szum rozmów cichnie i wszyscy zaczynają patrzeć. Jeszcze nie są pewnie, co o tym myśleć, to zbyt dziwaczne, ta ładna piosenka i makabryczna choreografia. Moi koledzy i koleżanki tańczą na scenie la dance macabre.

Odrzucam kartkę i śpiewam już sama z siebie, chyba improwizuję. Patrzę na widownię. Jeden z bohaterów śpiewa: „Wiecie, że wśród dzieci nie ma czarnuchów?” (używa słowa „nigger”). Najpierw rozlega się oburzony szmer na sali – to międzynarodowa mieszanka, obecni są czarni. Nie zrozumieli tekstu. Nagle ze wstydem zdają sobie sprawę, o co chodziło. Wśród dzieci nie ma „czarnuchów”, bo dla nich wszyscy jesteśmy tacy sami, kolor skóry nie ma znaczenia. A dorośli na dźwięk tego słowa, dostrzegli każdego czarnego na sali.

Przedstawienie jest barwne, piękne, każdy kontrast ma głębokie znaczenie, śpiewamy, tańczymy, to nie jest sztuka dla sztuki, ale makabreska pełna idei.

Niestety nie mam okazji doczekać końca. Budzik wyrywa mnie ze snu i zamiast nieśmiałej, ładnej i genialnej dziewczyny znów jestem owłosionym, apatycznym i samotnym grafomanem.

2 comments:

  1. Ciekawe,,, nigdy nie śniło mi się że jestem facetem. Bardzo dokładnie zapamiętujesz treść snów z tego co widzę. Mi ostatnio wszystko w tym przeszkadza.

    ReplyDelete
  2. To można sobie wyćwiczyć - tę zdolność zapamiętywania snów. Trzeba trochę popracować, ale rezuzltaty szybko przychodzą.

    ReplyDelete