Wednesday, 22 September 2010

Proces twórczy 6



No, no, no, no es directo, buscalo en dentro… Przez okno widzę psa. Ogromna bestia, owczarek kaukazki, potulny jak owca, przynajmniej jeszcze taraz, to jeszcze szczeniak.

Zapach cebuli i podsmażanych ziemniaczków, piec huczy, w żołądku burczy, niepewność, co do następnych stron – za każdym razem, gdy zasiadam do „Najstarszych” wydaje mi się, że niemożliwe jest spłodzenie choćby jednego słowa. Po prostu niemożliwe. No ale przeciez powoli to idzie.

Wczoraj oglądałem film o francuskim artyście. Zapomniałem imienia. Sergio Guinsberg, czy coś takiego (nie mylić z amerykańskim Guinsbergiem z epoki hipisów). Ten co zrobił "Je t'aime mon amour". Początek spodobał mi się, fantazja dziecka, ale później za dużo pozbawionego substancji dekadentyzmu, promiskutyzmu, samozniszczenia. Nic w tym nie ma złego, artyści tacy są, ale reżyser nie wszedł dość głęboko i wydawało mi się zbyt powierzchowne.

Dostałem dziś email od Kasi z poprawkami do opowiadania. Lubię dziewczynę, błyskotliwa, dobre poczucie humoru, wyczuwa głębsze warstwy rzeczywistości. Osobowość z tych, co mnie onieśmielają, przy których czuję się jak burak. Zawsze miałem ten problem. Kompleks wioskowy, czy coś. Wiem, że nie powinienem, a jednak.

Brakuje mi towarzystwa ludzi na jakimś poziomie intelektualnym i duchowym, z podobnym kątem postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duża część mojej depresji wynika z samotności, z niemożności komunikowania się, wyrażenia siebie tak, żeby ktoś zrozumiał i z drugiego bieguna zadziwić się głębią przemyśleń i doświadczeń innych ludzi. Tego mi brakuje, ale za bardzo nie wiem, co z tym zrobić.

Słucham dziś muzyki hiszpańskiej. Quinto Parpadeo, Jarabo del Palo, La Pegatina, Macaco, Amparanoia. Ta muzyka ma moc. Żadna tak do mnie nie przemawia, z żadnej innej części świata. Pokochałem Hiszpanię. Coraz bardziej czuję, że zbliża się czas kolejnej wyprawy. Tulasi nie będzie zadowolona, ale na wiosnę spakuję plecak, akordeon i ruszę znowu, sponiewierać się po iberyjskich ulicach, pogłodować, nadużywać haszyszu i riojy. Mam nadzieję, że do tego czasu książka będzie już skończona, a przynajmniej pierwszy draft.

9 comments:

  1. Ja z tych bardziej północnych klimatów, jednak Hiszpania faktycznie ma w sobie coś, co łapie za szyję, a raczej oplata się wokół i kusi do powrotu.

    ReplyDelete
  2. Słodko-gorzki smak. Zawsze kusi, żeby wrócić, a keidy się już tam jest, to wiele rzeczy razi. No ale to dobrze. Znaczy, że jest tam życie:)
    Jakie północne klimaty masz na myśli? Skandynawia?

    ReplyDelete
  3. Taaa... ;) Czego wyrazem jest to zdjęcie w profilu Szamanicka. O ile dobrze pamiętam genezę jego uwiecznienia :)

    ReplyDelete
  4. Wiesz, że mam to samo? Podobnego postrzegania rzeczywistości. Wydaje mi się czasami, że samotnie mieszkam w jakimś bloku wśród cieni. Nawet rodzina wydaje mi się jakimś omamem. Czasami.
    Czytam wspomnienia operowanych kobiet z Ravensbruck, przypominam sobie Dziadka i Majdanek, pisze jakieś opowiadanka, gotuje i staram się a często wydaje mi się, że powinienem chlasnąć na stół pomyje.
    pozdrawiam

    ReplyDelete
  5. Ja tak inaczej...
    Niechcacy trafilam na Twojego bloga.
    I swiadomie bede wpadac czesciej.
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  6. Fajnie, Witch, zaglądaj i czuj się jak u siebie:)

    ReplyDelete
  7. Założę się, że zawstydziłeś Kasię...

    ReplyDelete
  8. He, he, nie sądziłem, że Kasia akurat trafi na ten wpis:)

    ReplyDelete