Saturday, 16 October 2010

Strach przed śmiercią



Strach przed śmiercią
Lew Tołstoj

3 stycznia 1904, Jasna Polana

Czy boję się śmierci? Nie. Ale gdy się zbliża lub gdy myślę o niej, nie mogę nie doświadczyć podniecenia w rodzaju tego, jakie musiałby odczuwać podróżny podjeżdżający do miejsca, gdzie jego pociąg spada do morza z ogromnej wysokości, ale on wzbija się w górę na ogromną wysokość balonem. Podróżnik wie, że mu się nic nie stanie, że będzie z nim to, co było z milionami istot, że zmieni się tylko sposób podróżowania, ale nie może się nie czuć zdenerwowanym, zbliżając się do tego miejsca. Takie samo mam uczucie wobec śmierci.

Friday, 15 October 2010

Proces twórczy 9



Proces twórczy 9

Nie wiem, czy coś pomoże to pisanie, jestem wypełniony biernością, czuję, że nie ma we mnie żadnego ciśnienia, które mógłbym przelać na papier, wręcz przeciwnie – pustka sprawia, że mogę tylko biernie czekać, aż coś mnie wypełni. Przeczytałem Gateway-Brama do gwiazd, Fryderyka Pohla. Dobre SF, kiedyś jedna z moich ulubionych książek, może dlatego spodobał mi się Kontakt z Judie Foster? Podobne założenie – starożytna rasa podróżująca swobodnie po wszechświecie, doglądająca kosmicznych spraw. Dodaje otuchy myśl, że ktoś jednak dogląda tego bajzlu. Ktoś mądry i dobry. Ręka się goi, ale za to chwyta mnie przeziębienie, siedzę z szalikiem na szyi i stopami na termoforze.

Muzyka francuska, rewolucyjna, z mistycznym akcentem, w Birmingham słuchałem Chango Family, miałem taki okres. Jeździłem na rowerze do Łukasza, grał na kontrabasie, paliliśmy trawę i później włóczyłem się na dwóch kółkach po mieście, ciesząc się z dźwięków.

Przeczytałem wczoraj gdzieś, nie pamiętam gdzie, że w snach jesteśmy prawdziwsi niż na jawie, w takim sensie, że na jawie narzucamy sobie tyle koncepcji na własny temat, że sami się gubimy. We śnie widzimy jednak swój naturalny poziom. I myślę o snach, w których jestem tchórzem, poświęcam innych dla siebie, rżnę każdą napotkaną dziewczynę. Zastanawiam się, czy taki jestem? Trochę chyba tak. Ale chyba liczy się choć odrobinę, jacy chcemy być? Przez staranie się robimy jakiś postęp. Tołstoj napisał coś podobnego w dzienniku. Nie o snach, o postępie.

Ciekawe skąd moja chandra? Od powrotu z UK nie było łatwo, ale jakoś się trzymałem, zresztą zawsze tak mam po rzuceniu pracy, dochodzę do siebie miesiąc, albo dwa. Tym razem zamiast lepiej zrobiło się gorzej. Najgorszy jest brak chęci na zrobienie czegokolwiek. Wszystko jest wysiłkiem. No i poczucie własnej pustki, przeciętności, małości. To nie kokieteria, naprawdę w pełni widzę swoją nijakość… Nie nijakość. Nie jestem nijaki. Widzę małość swoich ambicji, pragnień i jeszcze skrajny egoizm.

Żyć by się chciało, rzucić wszystko w diabły, pojechać gdzieś, niezależny, wolny, beztroski, głupi. Tarotowy Głupiec. Na razie jestem Wisielcem. I jeszcze dwójką mieczy. I ósemką mieczy. Jeszcze czymś? Nie czuję już w ogóle Najwyższej Kapłanki.

Wczoraj zrobiłem sos fasolowo-czekoladowy na ostro z kotlecikami z kapusty, marchewki i selera. Dobre to było, nażarłem się po uszy.

Sunday, 10 October 2010

Paczka



Odczuwam brak ludzi. Mogę krążyć dookoła tematu frustracji, szukać odpowiedzi, ale prawda jest taka, że choć jestem osobą towarzyską, potrzebującą wielu wymian, przepływu myśli, emocji, humoru i smutku, popisywania się i doceniania innych, to jestem odcięty od wszystkiego, co się dzieje. Pytam się, po co piszę, a przecież kiepska satysfakcja, jeśli nie mogę się podzielić tym z innymi artystami, nie mogę zatańczyć na jednej nodze, na autorskim wieczorku przy winie, recytując moje bluźnierstwa, na które odpowie mi śmiech i sympatyczne kpiny. Żeby to znaleźć włóczę się od dziesięciu lat po świecie, wychodzę na ulicę wypatrując bratnich dusz, i nic z tego. Nie da się tego wymusić, to fakt, ale zaczynam mieć wrażenie, że nigdy tego nie znajdę. A to przecież zwykła rzecz, większość ludzi ma to bez wysiłku, samo się wydarza, grupy przyjaciół, wspólne problemy, radości, szaleństwa, podróże.
Noż kurwa mać.

Saturday, 9 October 2010

Dom - Lew Tołstoj



Dom
Lew Tołstoj

23 marca, 1894, Moskwa

Często chodząc ostatnio po mieście i słuchając niekiedy okropnych, okrutnych i bezsensownych rozmów, popadam w zdumienie, nie pojmuję, czego oni chcą, co robią, więc zapytuję siebie: gdzie jestem? Widocznie mój dom nie jest tutaj.

Friday, 8 October 2010

Grzyby



Grzyby

W niedzielę zjadłem magiczne grzyby. Było to najintensywniejsze i najstraszniejsze doświadczenie mojego życia.

Beskidy, mała, odludna chatka na polanie, tęsknota w sercu, ciekawość. Wiedziałem, że okolica słynie z grzybów, spytałem więc S., czy jeszcze jest sezon. Pokazał na trawę pod samym lasem. Tam zwykle jest tego dużo. Wspólnie z R. poszliśmy na poszukiwania. Po godzinie mieliśmy pełną michę złocistych, malutkich dzwoneczków na cienkich nóżkach.

Nadszedł wieczór, tysiące gwiazd rozsypało się po niebie jak złota mąka. To początek października, chłód był przejmujący, więc siedliśmy dookoła pieca. S. wrzucił grzyby do rondelka, nalał trochę wody, dorzucił kostkę rosołową dla smaku i czekaliśmy zabijając czas grą w kości.

Nie chcę wyjść na amatora narkotycznej zabawy. Nie o to chodziło. Myślę, że miałem nadzieję na doświadczenie harmonii z naturą, z sobą, połączenia z wszechświatem. Ostatnio brakuje mi tego, czuję się odseparowany od wszystkiego, samotny, zdezorientowany. Czytałem o szamanach, grzybach, podróżach duchowych i liczyłem na to, że moja podświadomość znajdzie drogę do uzdrowienia.

Po kilku minutach wywar był gotowy. S. postanowił, że pozostanie trzeźwy, nalał więc mnie i R. po kubku, następnie rozdzielił grzyby, po trzydzieści na osobę.

Drżały mi ręce, kiedy przechylałem kubek. Trochę się bałem, nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewałem się, że będę musiał zrezygnować z kontroli, a to nie jest łatwe, szczególnie z takim ego, jak moim.

Smakowało jak zwykła zupa grzybowa, same grzyby były jednak twarde i śliskie, pogryzłem je dokładnie, żeby łatwiej strawić. Usiadłem na progu, wpatrując się w gwiazdy, równocześnie pozwalając, żeby piec grzał mi plecy.
- Ile trzeba czekać? – zapytałem.
S. wzruszył ramionami.
- Jakieś pół godziny, może więcej.
Zrelaksowałem się, czekając na podróż. Po jakichś dziesięciu minutach popatrzyłem na swoje dłonie. Wydawały się dziwne – gładkie, lśniące, małe. Popatrzyłem na S. i R.
- Chyba zaczyna działać.
Nie mogli uwierzyć. Tak szybko?



Popatrzyłem na horyzont. Krawędź gór odcinała się od ciemnogranatowego, prawie czarnego nieba. Na horyzoncie pulsowała linia jasnej energii. Nie byłem pewny, czy to wpływ grzybów, czy słońca, które niedawno zaszło i ciągle koloruje niebo. Po chwili energia zaczęła spływać z gór jak gęsta mgła, wlewała się w doliny, płynęła pomiędzy górami i zaczęła zbliżać się do naszej chatki. Zdałem sobie sprawę, że zaczyna się. Równocześnie zrozumiałem, że będzie to coś potężnego, intensywnego, a być może niebezpiecznego.

Wyszedłem na zewnątrz, owinąłem się kocem i starałem się być spokojny i pokorny, chciałem przyjąć wszystko jako lekcję, wzbogacające doświadczenie. Było mi zimno, ale owinąłem się dokładnie, że wystawał tylko nos i oczy.

Patrzyłem w niebo. Zaczęło nabierać coraz większej przestrzenności, pełnej życia, kolorów i ruchu. Piękne i równocześnie wzbudzające obawę. Niebo to coś trwałego, niezmiennego, wiecznego. Trudno utrzymać spokój, kiedy ta wieczna rzecz zmienia się na twoich oczach.

To wtedy zobaczyłem bogów. Ich ciała zrobione były z gwiazd. Wiecie jak czasami rysowane są gwiazdozbiory – gwiazdy łączą linie, tworzące kontury postaci. To wyglądało podobnie, ale bardziej malowniczo, trójwymiarowo. Z coraz większą jasnością widziałem tańczących bogów, ujeżdżających kolosalne, wielkie jak wszechświat zwierzęta, walczących, przechadzających się. Wiedziałem, że są ogromni i potężni, to oni kontrolują cały wszechświat. Dostrzegłem w nich podobieństwo do azteckich rysunków jakie kiedyś widziałem.

Czułem ich potęgę i moc. W tym momencie najchętniej wycofałbym się z tego wszystkiego, żałowałem, że tak lekkomyślnie porzuciłem przytulne schronienie zwykłej rzeczywistości. Wiedziałem jednak, że jest już za późno. Pozostawało mi jedynie znaleźć harmonię z wizją.

Usiadłem po turecku i wznosząc oczy na roztańczone, tęczowe niebo, poprosiłem bogów, żeby prowadzili mnie i obdarzyli naukami. Żeby wskazali mi moją chorobę i sposób jej uleczenia. Otworzyłem przed nimi serce.



Myślę, że gdyby udało mi się utrzymać to nastawienie, mógłbym przeżyć coś pięknego. Patrząc na tamten moment dziś, nie wiem jednak, czy miałem jakikolwiek wybór. Byłem jak pyłek wrzucono w nieskończony kosmos. Uświadomiłem sobie własną znikomość, nieznaczność, słabość. Te istoty były potężne, tak potężne, że niezrozumiałe, poza zasięgiem intelektu. Ich inność i obcość przeraziły mnie. Nie było w nich miłości i współczucia, jedynie potęga i wielkość. A jak można ufać bogom, którzy nie mają miłości?

Próbowałem jeszcze odsunąć tę myśl, ale strach stawał się coraz silniejszy. Bogowie wydawali się to wyczuwać. Ich taniec był coraz dzikszy, niebo zamieniło się w szalone bachanalia, nie mogłem już tego znieść, a równocześnie czułem się przyciągany i wiedziałem, że jeśli oddam się temu, polecę w niebo, to na pewno zagubię się tam na zawsze – ale nie jako jeden z bogów, ale pozbawiony pamięci i rozumu pyłek, przy kopytach ich wierzchowców. Zacząłem krzyczeć i uciekłem do chatki.

Myliłem się, uważając, że tam znajdę spokój. Zniknęło monumentalne przedstawienie. Usiadłem przy piecu. S. i R. nie było, poszli się przejść, pooglądać niebo. Ciągle byłem wstrząśnięty. Rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że dom żyje. Ściany ze świerkowych bali rozmywały się, spod cienkiej warstwy rzeczywistości, która odłupywała się jak stara farba, zaczęły pojawiać się prastare malowidła, azteckie dzieła sztuki. Im bardziej wpatrywałem się w nie, tym bardziej się bałem. Obrazy były ruchome i wiedziałem, że wszystkie są drzwiami do innych światów, innych wymiarów, a każdy z nich jest obcy i nieludzki. Rozpadła się moja romantyczna wizja obcych światów, które mogłyby być rajem i ucieczką. Zrozumiałem, że żyjemy w świecie, który dla nas jest dobry, idealny, normalny, jest stworzony dla ludzi, ale inne światy zamieszkiwane są przez inne istoty, dla których jesteśmy obcy, i które dla nas są obce. Tak, jak nie możemy chodzić po księżycu bez skafandra, tak samo tamte światy mogą nas zmienić, zniszczyć naszą psychikę, która jest takim skafandrem dla duszy.

Każde z tych przejść wzywało mnie, ciągnęło w swoją stronę i musiałem opierać się z całej siły. Wiedziałem, że jeśli ulegnę, mogę już nigdy nie znaleźć drogi do mojego świata, na zawsze utknę w tych obcych warstwach, za ścianą.

Wtedy ze spaceru wrócił S. z R. Zobaczyli w jakim jestem stanie i starali się mnie uspokoić. Nie było szans. Rzeczywistość rozpadała się na coraz mniejsze kawałki, podobnie jak moja osobowość, i nic nie mogło tego powstrzymać. Zdałem sobie sprawę, że przeliczyłem swoje siły, nie jestem żadnym poszukiwaczem przygód, ale zwykłym, wystraszonym królikiem, drżącym w kącie, gdy zbliżają się drapieżnicy.

Poprosiłem S. żeby zagrał coś na piszczałce. Muzyka uspokoiła mnie na chwilę. Pomyślałem, że to wszystko, to sprawdzian dla mnie, czy jestem wojownikiem, prawdziwym mężczyzną. Pomyślałem, że prawdziwy wojownik nie da się pożreć wizjom, ale zamieni je w coś pięknego. Zacząłem tańczyć do rytmu muzyki. Każdemu mojemu ruchowi towarzyszył wybuch złotych i tęczowych iskier, widziałem je, bez względu na to, czy miałem zamknięte, czy otwarte oczy, tworzyłem swoim tańcem rzeczywistość na nowo, szukałem harmonii i przez ten twórczy proces wiedziałem, że mogę uzdrowić siebie. To był piękny moment. Zaczynałem czuć się lepiej. Wizja nie straciła na intensywności, ale ja sam zaczynałem się z nią synchronizować. Byłem coraz potężniejszy i zaczynałem widzieć w środku, w mojej duszy piękno, twórczą iskrę, pełną miłości i mocy.



I chyba to było za dużo, chyba wystraszyłem się tego, jak poważna jest ta wizja, jak ważny jest taniec, jakie potężne siły ścierają się tutaj. To było trochę, jakbym siedział pierwszy raz w samolocie i musiałbym pilotować potężną maszynę.

Udaje mi się to robić, maszyna leci coraz lepiej, gładko, bezpiecznie, ale nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie potrafię pilotować, jestem nikim, a już na pewno nie wyląduję boeingiem, więc ze strachu rzucam stery i chowam się z tyłu samolotu, którym teraz już nikt nie pilotuje.

Tak właśnie zrobiłem i jak można było oczekiwać, samolot rozbił się na pył.

S. przestał grać, ja skulony siedziałem w kącie i szlochałem, R. patrzyła na mnie przestraszona. Podniosłem się i popatrzyłem dookoła. Nie było już nic pięknego, ani na zewnątrz, ani we mnie. Każdy kąt chatki wypełniony był stworami, małymi potworami, twarzami, które znałem z dzieciństwa, a może jeszcze wcześniej. Do tej pory zakopane w podświadomości, teraz rozbiegły się po pokoju i patrzyły na mnie – niektóre z drwiną, niektóre ze strachem, skrzaty, trolle, twarze z opakowań na kakao, potwory w kształcie genitaliów, niektóre z moją twarzą. To było potworne. Wpadłem do bajora własnej podświadomości, zobaczyłem rzeczy, o których zapomniałem, a które były znajome, aż do zrzygania jak starzy towarzysze, z którymi spędziłem dziesiątki godzin i dni.



S. i R. próbowali mnie cały czas uspokoić.
- Jak długo to już trwa? Ile jeszcze? – pytałem przez łzy. R. (na którą grzyby w ogóle nie zadziałały) popatrzyła na zegarek i zerknęła z obawą na S.
- Już dwie godziny.
To już dwie godziny tego szaleństwa? Kiedy to się skończy?!

Usiadłem przy stole, starając się nie widzieć otaczających mnie koszmarów. Nie pomagało jednak nie patrzeć. To nie było tylko wizualne. Znałem ich imiona, na usta same wypływały mi dziwne, ohydne słowa, których nie ma w słowniku, a które oznaczają okropne, brzydkie rzeczy, każde z tych słów jest znajome, miałem nadzieję, gdzieś głęboko, w podświadomości, że zapomniałem ich na zawsze, ale okazuje się, że one są, towarzyszą mi.

Próbuję o tym opowiedzieć S. i R., ale ciężko mi się wysłowić. Udaje mi się tylko powtarzać, że moja osobowość się rozpadła na kawałki i boję się, że już nigdy nie będę cały. Pocieszają mnie, w tym momencie jeszcze ich trochę rozumiem, ale sens umyka mi coraz bardziej.

I nagle następuje moment, że jestem znów kompletnie trzeźwy, mam jasny umysł, wszystko znów ma sens. Płaczę z ulgą.
- Znów jestem cały. Jezu, znów jestem normalny.
S. i R. oddychaja z ulgą.
- Widzisz? Mówiłem ci, że to się zaraz skończy. Dwie godziny, to normalka.

Śmieję się, próbuję zażartować, ale coś się zmienia, mój żart jest jakiś dziwny, sam go nie rozumiem, co miałem na myśli? Skupiam się i nagle wiem, że to wcale nie koniec. Wir szaleństwa wciąga mnie z powrotem. Próbuję to zatrzymać, ale nie mam szans.

Tym razem odjazd jest jeszcze gorszy. Moja świadomość staje się coraz węższa, uproszczona, podstawowa. Wiem tylko, że istnieję, ale nie znam swojego imienia. Wiem tylko, że zrobiłem coś głupiego, a może to coś samo mi się przytrafiło i teraz nie ma już powrotu do normalnej rzeczywistości.

- Jest coś takiego, jak Bóg, czy sobie to wymyśliłem? – pytam błagalnie S.
Chodzi o to, że nie wiem, co jest obiektywną prawdą, a co powstało w moim umyśle. Patrzę za okno i widzę ciemność. Myślę, że teraz jest noc, a rano, kiedy się obudzę, wszystko będzie normalne (choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co to jest normalność). Nagle jednak dopada mnie straszliwa myśl.

- Jest coś takiego jak dzień i noc? – pytam z nadzieją. – A w nocy się śpi, nie? A jak się śpi, to rano już się jest normalnym? Czy też wymyśliłem to sobie? Nie chodzimy spać, nie ma dnia, nocy, zawsze jest tak samo?
Nie rozumiem, co odpowiada. Jego słowa tracą sens tuż po wejściu do moich uszu.
Żołądek. Tak! Jest coś takiego jak żołądek i tam wkłada się różne rzeczy.
- Jest żołądek? – pytam. S. przytakuje. – To zwymiotuję! – wołam olśniony. Skoro to coś jest w żołądku, mogę to zwymiotować!
S. próbuje mi wyjaśnić, że na to za późno.
Po sekundzie znów zapominam wszystko. Krew. Mam żołądek i mam krew. Krew można przetoczyć.
- Zabierzcie mnie na pogotowie – żądam.
- Zaraz ci przejdzie – uspakaja mnie S.
- Musicie mnie zabrać, oni może mnie uratują. Uratują mój umysł – naciskam.
- Nikt nie uratuje twojego umysłu. Zdarza się. Po prostu wytrąciłeś się z rzeczywistości, czasami ludzie tak robią i teraz już się nie da wrócić – odpowiada S. (w rzeczywistości nigdy tego nie powiedział).
- Zawsze taki już będę? – pytam. – A co z… - zastanawiam się. Jest coś ważnego, o co muszę spytać. – Tania! Co z Tanią? – Z trudem przeciskam się pomiędzy zastygłymi myślami. Znów strach. Pytam:
- Tania istnieje? Nie wymyśliłem jej sobie?! Czy wymyśliłem?
- Istnieje, istnieje.
- Jak ona mi to wybaczy? Wszystko było dobrze, byłem mądry, a teraz jestem głupi. Co będzie?
- Nic nie będzie.
- Nie martwisz się tym w ogóle? Zgubiłem swój umysł, nie jestem już cały, a wy się nie martwicie? Przecież zginąłem, nie ma mnie.

Próbuję myśleć, posklejać świat z niewielu kawałków, jakie mi zostały. Moje ciało, ja – jestem prostą maszyną. Mam żołądek, głowę, krew, jestem krótkim istnieniem w kontinuum czasu. Ponad mną jest Bóg, czarna plama, w czarnym kosmosie, który stworzył mnie dla zabawy. Moje istnienie nie ma znaczenia. Ludzie żyją w tym krótkim kontinuum i są w stanie przejść go bez cierpienia, ponieważ są zestrojeni i nie rozumieją swojej sytuacji. Czasami można się jednak odstroić, tak jak przytrafiło się mi, i wtedy wszystko rozumiemy, naszą znikomość i bezsensowność, trywialność. Życie jest wtedy nieznośne, ale równie nieznośna jest myśl o czarnej pustce śmierci. A najgorsza jest świadomość, że nie istnieje miłość, boskie uczucie do swojego stworzenia, wszystko jest tylko głupim żartem nieludzkiego Boga.

Trwało to pięć godzin. Pięć godzin piekła, po którym wreszcie stopniowo wróciłem do rzeczywistości.

Nie chcę nikogo odstraszać od doświadczenia z grzybami. Wiem, że to może być piękne, wzbogacające doświadczenie, nie uważam tego za niebezpieczny narkotyk. Niektórym być może nawet przydałoby się takie wyrwanie z rzeczywistości i zobaczenie świata z innej strony. Znam osoby, które doświadczyły cudownej jedności z wszechświatem i Bogiem, ich dusza oczyściła się z wielu warstw, czytałem o ludziach, którzy zmienili swoje życie, pod wpływem grzybów.

Niestety moje doświadczenie było inne i zastanawiam się na ile ja sam zawiniłem, że wylądowałem w tym solipsystycznym koszmarze. Może jestem za dużym tchórzem? Za bardzo chcę kontrolować, a takie doświadczenie wymaga pokory i uległości? Nie mam pojęcia. Obiecałem sobie jednak, że już nigdy tego nie zrobię. To było zbyt potworne. Na początku planowałem nawet, że nigdy o tym nie napiszę, że chcę zapomnieć na zawsze, ale po kilku dniach emocje opadły, opuścił mnie strach i zacząłem dostrzegać pozytywne strony tego wszystkiego. Na przykład? Chcę się bardziej przyłożyć do poszukiwania Absolutu. To życie jest zbyt krótkie, żeby je zmarnować.

Te rzeczy, które widziałem, szczególnie pod koniec – nie wierzę w nie. Nie wierzę, że nie ma miłości, a Bóg jest bezosobową, pozbawioną uczuć istotą, przyglądającą się zimno naszym bzdurnym, bezsensownym wysiłkom. Myślę, że to tylko mój najgłębszy strach przybrał dotykalną, pojmowalną formę.

Uważam, że w rzeczywistości jest całkiem na odwrót.



Tuesday, 5 October 2010

Życie według własnego sumienia



Życie według własnego sumienia
Lew Tołstoj

23 listopada, 1888, Moskwa

Przed paroma dniami przyszła dziewczyna, która pytała (takie znajome, fałszywe pytanie!): co mam robić, żeby być użyteczną? Rozmawiając z nią uświadomiłem sobie: wielkie nieszczęście, wskutek którego cierpią miliony, polega nie tyle na tym, że ludzie żyją źle, ile na tym, że nie żyją w zgodzie z sumieniem, własnym sumieniem. Ludzie biorą za swoje czyjeś inne sumienie, wyższe od własnego (na przykład Chrystusa - najczęściej) i najwidoczniej nie będąc w stanie żyć podług czyjegoś sumienia, żyją nie podług niego i nie podług własnego – więc żyją bez sumienia.

Ja tę panienke przekonywałem, aby żyła nie podług mojego sumienia, jak ona chciała, lecz podług swojego. Ale ona, biedactwo, nie wie nawet, czy ma w ogóle jakieś sumienie. Jest to wielkie zło.

Najważniejsze dla ludzi jest wypracowanie sobie i zrozumienie własnego sumienia, potem postępowanie zgodnie z nim, nie zaś – jak postępują wszyscy – obierają sobie sumienie, całkiem obce i niedostępne im, a potem żyją bez sumienia i kłamią, kłamią, kłamią, aby uchodzić za żyjących podług sumienia cudzego, które sobie obrali.

Dlatego to ja zaiste wolę hulakę, wesołka nierozumującego i odrzucającego wszelkie rozumowanie, od mędrka, który żyje podług cudzego sumienia, czyli bez niego. W pierwszym może się wykształcić sumienie, w drugim – nigdy, póki nie powróci do stanu pierwszego.

Saturday, 2 October 2010

Teatrzyk



Teatrzyk
(sen)

02.10.2010

Jestem dziewczyną, nieśmiałą artystką. Żyję w bohemskiej komunie, artyści najróżniejszej maści, hipisi zmieszani z dziewiętnastowieczną awangardą. Bohema, ale jednak ma wszystkie wady zwykłego społeczeństwa – drobnomieszczańska moralność, współzawodnictwo, zawiść.
Nadszedł dzień Festiwalu Wszystkich Sztuk, każdy musi coś stworzyć, coś przedstawić – piosenkę, rzeźbę, obraz.

Zaczynam od obrazu. Pierwsze kreski są tragiczne, dziecinne, jestem zażenowana, dziecko z podstawówki by tak namalowało. W gniewie rozmazuję kontury dłonią i jakimś cudem w bazgraninie pojawia się zarys czegoś cudownego. Widzę wszystko pod innym kątem, obraz zaczyna żyć, abstrakcyjna wizja i wiem, że to będzie arcydzieło.

Niezauważalnie obraz staje się treścią przedstawienia teatralnego. Stoję na scenie. Jest nas kilka osób, ubrani jesteśmy makabrycznie, groteskowo, przerażająco, odpychająco. Część widzów patrzy na nas z niesmakiem i zażenowaniem, reszta nawet nie zwraca uwagi; rozmawiają, palą, piją i są bardzo ważni i mądrzy.

Chcemy przedstawić coś w rodzaju greckiej tragedii, ale z twistem: rolę ludzi grają potwory, maszkary, niczym z „Labiryntu Fauna”, grają też dzieci. Jest to zbyt nowatorskie, nawet jak na to miejsce. Szalony musical, gdyby Szekspir miał szajbę, tworzył musicale i lubił czytać Gaimana, może tak by pisał.

Sztuka zaczyna się od piosenki. Śpiewam słodką piosenkę, po francusku, ktoś akompaniuje mi na pianinie. Mam na sobie kolorową sukienkę, stoję nieśmiało, mam zabójczą tremę, dookoła stoi reszta aktorów, na których aż strach patrzeć, zakrwawione bandaże, zdeformowane członki, dziwne pozy.

Trema mnie zabija, a publika nie pomaga. Część osób z widowni nie przestała nawet rozmawiać, mój drżący głos ledwo przebija się przez gwar rozmów. Z tego wszystkiego zapominam tekst, wyciągam ściągę.

Stopniowo przestaję się bać, mój głos staje się coraz silniejszy, szum rozmów cichnie i wszyscy zaczynają patrzeć. Jeszcze nie są pewnie, co o tym myśleć, to zbyt dziwaczne, ta ładna piosenka i makabryczna choreografia. Moi koledzy i koleżanki tańczą na scenie la dance macabre.

Odrzucam kartkę i śpiewam już sama z siebie, chyba improwizuję. Patrzę na widownię. Jeden z bohaterów śpiewa: „Wiecie, że wśród dzieci nie ma czarnuchów?” (używa słowa „nigger”). Najpierw rozlega się oburzony szmer na sali – to międzynarodowa mieszanka, obecni są czarni. Nie zrozumieli tekstu. Nagle ze wstydem zdają sobie sprawę, o co chodziło. Wśród dzieci nie ma „czarnuchów”, bo dla nich wszyscy jesteśmy tacy sami, kolor skóry nie ma znaczenia. A dorośli na dźwięk tego słowa, dostrzegli każdego czarnego na sali.

Przedstawienie jest barwne, piękne, każdy kontrast ma głębokie znaczenie, śpiewamy, tańczymy, to nie jest sztuka dla sztuki, ale makabreska pełna idei.

Niestety nie mam okazji doczekać końca. Budzik wyrywa mnie ze snu i zamiast nieśmiałej, ładnej i genialnej dziewczyny znów jestem owłosionym, apatycznym i samotnym grafomanem.

Patrzeć do wewnątrz - Lew Tołstoj



Patrzeć do wewnątrz - Lew Tołstoj

5 października 1893, Jasna Polana

Są dwa sposoby poznawania świata zewnętrznego: jeden najbardziej pospolity i nieuchronny – poznawanie pięcioma zmysłami. Z tego sposobu poznania nie powstałby w nas ten świat, który znamy, lecz byłby chaos dający nam rozmaite wrażenia.

Drugi sposób polega na poznawaniu siebie przez miłość do siebie, a potem na poznawaniu przez miłość do innych: na przenoszeniu się myślą w drugiego człowieka, w zwierzę, roślinę, a nawet kamień. Tym sposobem poznaje się od wewnątrz i kształtuje cały świat, tak, jak my go znamy. Ten sposób jest tym, co nazywają talentem poetyckim.

Jest to także miłość i jak gdyby przywrócenie zakłóconej jedności między istotami. Wchodzimy w siebie i wchodzimy w drugiego. I można wejść we wszystko. Wszystko – zjednoczyć się z Bogiem, ze wszystkim.

Wednesday, 29 September 2010

Proces twórczy 8



Próba wyzwolenia słów.
Na początku było Jajo, a z Jaja wykluł się człowiek, z człowieka wykluł się smok, ze smoka mop, mopem starłem żłob, analfabetyczny krok, podcieraj nosa maładiec i zmykaj na rewolucję, nad ołowianym niebem złoci się słońce, pola bitew zakwitną łopianami, kaczeńcami, wesołymi wierzbami, a z czasem kilka grządek kapusty, ziemniaki i chatka pokryta strzechą, wielopokoleniowe rodziny, Kajtek, wakacje, szkoła, pierwszy września i znów. Znów?

Kosmiczny dowcip.

Nieskończenie mała kruszyna w nieskończenie dużym kosmosie, a ludzie utrudniają sobie życie, zrzucają zubożały uran i mówią, że to dla demokracji. Już lepiej nic nie robić, niż robić aż tak źle. Jesteśmy sami w kosmosie? Czy spotkamy sympatycznego ET? Czy na każdej planecie, w którymś z szalonych wymiarów są ludzie, tacy jak my, rozrzuceni tu i tam boską dłonią, aby uczyć się życia?

Złoty parostatek, turyści piją szampana i podziwiają aligatory, dzikich z łukami, zieloną dżunglę, stary Jack London, prawie całkiem pijany opowiada, jak kiedyś w Klondike o mały włos nie zjadły go komary, a niektórzy popełniali samobójstwo, nie mogąc znieść żądeł. Obok Jules Verne konstruuje batyskaf z dyni i skórki z pomarańcza, nic z tego nie będzie – mówi spod nosa Huckelberry Finn i szczypie w tyłek Pippi Langstrumpf. Złoty parostatek w amazońskiej dżunglii.

Z góry obserwuje nas dziadek księżyc, rzuca srebrzystymi łzami, żeby delfiny mogły popluskać się w jeziorkach srebra. Klęska. Po co gadać o klęsce, skoro wojna jeszcze nie przegrana? Bitwy stracone, łzy opuszczonych, groby straconych, a przecież to nie kaniec filma, jeszcze nie rozdano Oskarów, nie powieszono reżysera i scenarzystów, nie ma więc co płakać. Delfin, przyjaciel człowieka. W teleekspressie kiedyś powiedziano, że stadko delfinów uratowało rozbitka. Good for him.

Księżycu! Księżycu! W nocy przyjdź do mej żony i opowiedz jej coś na pocieszenie, albo zabierz ją na krótkie wakacje, coby zeszło z niej napięcie stu żyć, w których zbytnio się stresowała. Palisz? Nie? A ja zapalę. Rak płuc, czy krtani? Do bani. Niech spada. Nie się skryje strach, niech jego głowa na szafocie skończy a dla mnie szata króla. Król jest nagi.

Sunday, 26 September 2010

Proces twórczy 7



Here we go, zwarci i gotowi. Przez chwilę myślałem, że za oknem przeleciał dwupłatowiec i nie wiadomo dlaczego zrobiło mi się ciepło na sercu, przyjemnie w stylu retro. Skoro ciągle latają dwupłatowce, to może ostatnie osiemdziesiąt lat się nie zdarzyło? Nie ma bomby atomowej, USA nie zaczyna niezliczonych wojen, nie ma nawet plastyku, ani telewizji. Milej się zrobiło, naprawdę.

Nie lubię czasów w których żyję. Coraz większe spłycenie. Postęp jest w stu procentach iluzją. Tak naprawdę od końca dziewiętnastego wieku cognęliśmy się. Wtedy prawa jednostki zaczynały być big thing. Teraz wielkie imperia znajdują racjonalizacje dla swoich zbrodni, mordują tysiące osób, a ludzie jak osły łykają wszystko i nie zdają sobie sprawy, że nie ma żadnej racjonalizacji dla gwałtu na jednostce. Cofamy się, cofamy.

Dwupłatowiec, skarby króla Salomona, Indiana Jones, skórzana czapka z nausznikami, miłość na sianie, upał, i możesz się turlać z górki, nie martwiąc się wężami i skorpionami. Chciałbym wrócić do dzieciństwa świata.

Czytałem dziś kawałek Gałczyńskiego. Cudotwórca z Mejdugosze (na 100% to brzmiało inaczej). Małe słuchowisko po wizycie u białego Jogina, po drodze z Wilna. Zrobił mu regressing i Gałczyński cofnął się do bycia Hiszpanem – nawet mówił płynnie po hiszpańsku. Przestraszeni uciekli, Kot i Natalka, na dworzec, zdyszani, zdumieni, przytłoczeni głębią tajemnic wszechświata.

Ludzi za mało przytłaczają tajemnice wszechświata. Myślą, że są na granicy odkrycia wszystkiego. Eee tam, jestem pewny, że wielu uważa, że nauka odkryła już wszystko. Co za arogancka bzdurka. Wszechświat jest po prostu… no wielki, głęboki, nieprzewidziany, nawet milion żyć nie starczy, żeby go zbadać, jak jezioro ziarnek maku, a każde ziarnko to wszechświat. Co za głupota, Jezu…

Wczoraj wprowadziłem Gałczyńskiego do Najstarszych. Niespodzianka dla mnie, bo miała być Cyganka, no ale cóż, koty chadzają swoimi drogami. Lampka wina, smooth jazz, niepotrzebny ogien w kominku, dziś słońce przygrzewa wyjątkowo miło.