Sunday, 17 August 2014

Śri Kryszna Janmastami






















   Rzadko piszę tutaj o religii, tym bardziej, że to słowo może mieć wiele różnych znaczeń dla różnych osób. No ale dziś urodziny Kryszny, więc parę słów naskrobię o swojej koncepcji religii/duchowości/Boga.
   Absolut ma wiele twarzy, każda inna, jednak tak naprawdę to jak patrzenie na wielką górę z różnych stron. Stąd, gdzie jesteśmy, wydaje się, że różne koncepcje Boga zaprzeczają sobie nawzajem. Utknięci w świecie dualizmów skupiamy się na różnicach. Ten klęczy, ten składa pokłony, tamten tańczy, ktoś wielbi czarny kamień, ktoś krzyż, tam święty kolor to biały, a tam czarny. Dla osób, które wspięły się wyżej, te różnice zacierają się i coraz wyraźniej widać, że Absolut jest jeden, a nasze definicje, wyznania, rytuały to sposób w jaki ludzie z różnych kultur i na różnych poziomach próbują uchwycić to, co nie jest łatwe (może nawet niemożliwe) do uchwycenia na naszym etapie, a co jest jednością.
   Skoro więc wszystko jest jednością, to dlaczego Kryszna? Skoro już jakiś język do opisu Boga musiałem wybrać, dlaczego nie Chrześcijaństwo, w którym wyrosłem? Nie potrafię podać logicznego argumentu. Myślę, że duchowość, choćbyśmy próbowali wynaleźć dziesiątki argumentów, to jednak bardzo indywidualna sprawa i opiera się nie na rozumowaniu, ale na uczuciu. Później możemy nasze uczucie podbudować logiką, ale pierwszy impuls to będzie uczucie. Zauroczyła mnie koncepcja osobowego, zwyczajnego Boga, chłopca, z którym mogę się zaprzyjaźnić, zbliżyć, schronić. Chrześcijaństwo ma kilka bardzo bliskich mi postaci, jak święty Franciszek, albo bardziej współcześnie Thomas Merton, którego czytam i który pomaga mi bardzo dużo. Nie odrzucam tego, podobnie jak znajduje dużo inspiracji w Sufizmie. Ale to już temat na inna okazję.
   No więc dziś urodziny Kryszny (takie Boże narodzenie:) i z tej okazji chciałem wam wszystkim życzyć wszystkiego, co dobre, żebyście odnaleźli spokój i miłość, i żeby udało wam się zachować równowagę na tej chwiejnej łodzi, zwanej życiem i jeszcze, żebyście znaleźli harmonię w podążaniu waszymi duchowymi (bądź ateistycznymi;) ścieżkami.
   Hare Kryszna:)

    

Friday, 15 August 2014

Smuty, rower, kanał i barykady

Lista smutasowa

   1. Wieczór dosyć ciężki. Zresztą każdy dzień jest ciężki teraz. Czasami wydaje mi się, że nie dam rady dalej, ale jakoś z dnia na dzień udaje się. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem tak intensywnej samotności.
   2. Ostatnie dwa dni spędziłem w Grow Heathrow. Farmowa, niezależna społeczność, grupa młodych ludzi uprawiających zaskłotowaną ziemię. Dowiedziałem się o nich z powodu przewidzianej na dziś rano eksmisji. Pojechałem pomóc powstrzymać komornika. Było dużo ludzi, muzyka, dobre jedzenie, spałem w namiocie. Komornik został odparty. 
   3. Trasa do Grow Heathrow rowerem to ponad 20 mil. Większość wzdłuż kanału (Grand Union Canal). Pierwszy raz od przyjazdu do Londynu, czułem się bliżej natury. W ostatniej minucie dopadł mnie deszcz i trochę zmokłem.
   4. Całą drogę tam i dzisiaj z powrotem słuchałem Nohavicy - czeskiego autora piosenek. Świetny klimat. Zainspirował mnie do pracy nad moją muzyką.
   5. Na kolację mrożona pizza i sok pomarańczowy na kaca.
   6. Za dwa tygodnie kończy mi się wynajem mieszkania, muszę się skupić na znalezieniu czegoś.














Największe wyzwanie to było zapakować się na ten rower z plecakiem, ukulele i prowiantem. Udało mi się zbudować chwiejną konstrukcyję. Wytrzymała, choć miotało mną trochę, parę razy o mały włos nie wjechałem do kanału.














Na śniadanie bułka z sojowym burgerem, Dr Pepper. Wygrałem też na loterii. 4 funty.















Na bramie w Hyde Parku grupa protestantów, zablokowane przejście, dużo policji. Nie wiem, o co protestowali, ale sympatia oczywiście po stronie rewolucjonistów. Musieli wyczuć moje wsparcie, bo pomachali.




 Selfik na rowerze w Hyde Park.


















Grand Union Canal


















Dosłownie na ostatniej ulicy, w ostatnich pięciu minutach podróży (po ponad dwóch godzinach słońca) dostałem w kość od deszczu.


















Miejsce relaksu, obok kuchni.



















Chatka ulepiona z gliny















Zgłosiłem się do robienia banerów. Powiedzieli mi, żebym był kreatywny. Stwierdziłem, że zaapeluję do człowieczeństwa komorników i policji:)














Nasza muzyczna barykada. Okazała się nie do przejścia:)














Muzyczna barykada w akcji.



















I moje pięć groszy.

I jeszcze dwa krótkie filmiki:

Wednesday, 13 August 2014

Baletnica - Księżycowy Terrorysta



1
Hej kochanie, zgaś światło w kuchni
Pora już spać
Wyłącz komputer, zamknij na klucz drzwi
Po co się bać

za oknem jasno od księżyca
w porcelanie tańczy baletnica
ukradłem noc i pławię się w zdobyczach
i to wszystko zachwyca, zachwyca

spokojem

Zabiorę latem cię na Marsa, poszukamy w piasku dróg
Zabiorę zimą cię na wojnę, nie pozwoli skrzywdzić Bóg
Zabiorę dzisiaj jeśli chcesz, jest tyle ścieżek, proszę wierz,
Niech tylko zachwyca, zachwyca

spokojem

ref
To taki tydzień, taki miesiąc
Ostatnio nie pomaga los
Już nawet nie o kasę chodzi
choć to też daje w kość
Tylko jakoś dość mam ludzi
tacy głupi i zmęczeni
Chciałbym rano się obudzić
i usłyszeć jak śpiewasz... /x2

2
zachwyca zachwyca
ksiezyca ksiezyca
ulica ulica
zachwyca zachwyca
spokojem

Saturday, 9 August 2014

Ciągle leżę

 


















Ciągle jeszcze leżę w łóżku. Wędrujący przez noc mnich to po prostu pranie, które ułożyło się na suszarce w określony sposób. W półmroku umysł tworzy tyle kształtów, ale nigdy nie próbowałem ich narysować. Jestem zadowolony.
   Noc miałem ciężką. Dużo żalu, wewnętrznego bólu, utraty. Nie godzę się na tę sytuację. Wysłałem do Tani dwa niepotrzebne maile. A może potrzebne, nie wiem.
   Wczorajszy dzień przeleciał na książce Terzaniego (najmniej), serialu i grach komputerowych, plus wino, zioło i sojowe zagrychy oraz lody. Wcześniej, z samego rana miałem chwilę na modlitwę i fragment wykładu Swamiego. Dziś sobota. Nie mam żadnych planów, ale nie chcę znów przesiedzieć w domu. Wezmę rower i pojadę chyba gdzieś, bez celu, ot tak się powłóczyć.

Thursday, 7 August 2014

Rozdroża

 



















Siedzę w świątyni na Soho. Wykład o Darwinizmie. Fanatyczny, niedouczony, słucham jednym uchem, wypuszczam drugim. Wpadłem jedynie na darmowy lunch. Dziś brałem udział w eksperymencie naukowym dotyczącym nadużywania alkoholu. Nie żebym używał za dużo (tak myślę), ale płacili 20 funtów za udział. Prowadziła mnie miła dziewczyna, nieśmiała Chinka z Hong Kongu.
   Myślę o tej ogromnej dziurze, jaką zostawiła Tania. Związek z nią określał mnie całkowicie, inne rzeczy – pisanie, muzyka, aktywizm, itd. były tylko dodatkiem. Teraz jej nie ma i muszę się odbudować, zdefiniować na nowo, znaleźć znaczenie. Nie ma sensu po prostu siedzieć i czekać, to żałosne. Nic się nie nauczę, będę stał w miejscu. Chcę wykorzystać tę sposobność.
   Z jednej strony ciągnie mnie w stronę duchowości. W Kostaryce czeka na mnie aśram Swamiego, mógłbym tam spróbować zwrócić się do środka, w stronę mistycyzmu, prostego życia. Z drugiej ciągnie mnie aktywizm, teatr, skłoterstwo. Tak czy inaczej potrzebuję pieniędzy, jeśli chciałbym pojechać do Kostaryki, więc i tak musze zostać w Londynie. Coś się może wydarzyć po drodze. Jakiś znak, pomysł, idea. Chcę iść dalej , zrozumieć więcej, być więcej.
   Dosyć dobry mam dziś dzień. Spokojny, czuję się silny, nawet podekscytowany przyszłością. Czuję energię z wewnątrz, ale też i z zewnątrz, z góry. Może to się wszystko miało wydarzyć?

Wednesday, 6 August 2014

Zepsuty rower, skłotersi i niewiadome

 




















1. Wczoraj znów zepsuł mi się rower. Na środku ronda przy Westminsterze zablokowały mi się pedały, spadł łańcuch i tylne koło utknęło. Zebrałem burzę gniewnych klaksonów i o mały włos nie wjechał we mnie autobus. Pół godziny później wszystko było ok, choć po łokcie w smarze. Kocham swojego Amsterdama, ale daje mi w kość od samego początku, kiedy jeszcze dostałem go w Kopenhadze.
   2. Później dotarłem na spotkanie skłotersów w Whitechapel. Miałem szczęście. Akurat grupa ludzi zaskłotowała nowe miejsce, stary sąd, blisko Camden Town (Hampstead Heath) i szukają osób, które chciały by się przyłączyć. W niedzielę idę do nich na kolejne spotkanie.
   3. Dziś rano gadaliśmy z Tanią na skypie dosyć długo. To wszystko jest bardziej skomplikowane niż męsko-damskie relacje. Chodzi raczej o to, że Tania chce zbudować swoja niezależność. Powiedziała mi, że to ja w niej zasiałem to ziarno. Jeśli nasze drogi mają się zejść, to się zejdą. Póki co będę ją wspierał na odległość, dla niej to też niełatwe chwile.
   4. Uświadamiam sobie coraz bardziej, że to bardzo ważny moment i muszę go dobrze wykorzystać. Mam zupełną wolność. Mogę zrobić, co zechcę. Rozglądam się więc dookoła i dumam, co teraz. Zawsze marzyłem o tej wolności, o pełnej niezależności. Pragnienia się spełniają i nawet chociaż spełniły się w dosyć bolesny sposób, to bez bólu nie ma dojrzewania. Mogę teraz wszystko. Zostać znów mnichem w aśramie, pojechać na wolontariat do Afryki, zaangażować się w aktywizm, wiele innych rzeczy.
   5. Z kasą oczywiście kiepsko. Zostało mi jakieś 100 funtów, a pracę zaczynam dopiero w połowie września, co oznacza pierwszą wypłatę po dwudziestym. Będę musiał coś wymyślić.
   6. Ciągle jestem zauroczony Tiziano Terzanim. Tego, co nie mogłem znaleźć spiraconego na kindla, kupiłem w polskiej księgarni. Niesamowity człowiek. Taki Kapuściński z Włoch. Zresztą oboje korespondowali, cenili się bardzo.


Tuesday, 5 August 2014

Lista środkowotygodniowa





















Lista środkowotygodniowa:

   1. Wczoraj do północy na pogotowiu. Petra nie mogła już znieść infekcji ucha. Dostała mocniejszy antybiotyk. Dziś ciągle cierpi jak cholera.
   2. Tadas wraca z Litwy i być może załatwi mi miejsce na skłocie. Jeśli nie, to wieczorem jest też zebranie skłotersów na Whitechapel. Podjadę, może uda mi się nawiązać jakieś kontakty.
   3. Szperałem rano w necie wśród różnych społecznych, niezależnych projektów, w które mógłbym się zaangażować. W przyszły czwartek komornik będzie próbował wyrzucić ludzi z komunalnego gospodarstwa, gdzie ludzie uprawiają ziemię od kilku lat. Lotnisko (Heathrow) chce przejąć ziemię na zbudowanie nowego terminalu. 20 mil ode mnie. Pojadę dzień wcześniej na rowerze, z namiotem, śpiworem i zobaczymy, czy uda się ocalić miejsce (odroczyć wyrok chociaż).

 

   4. Tania w Warszawie,pojechała po wizę do Indii.
   5. Dużo smutku, samotność, ale też wewnętrzna siła. Otwarcie się na strumień życia, gdziekolwiek miałby mnie nie ponieść. I trochę nadziei.

Sunday, 3 August 2014

Anarchistyczny wieczorek

 



















Właśnie wróciłem z anarchistycznego grilla. Na Whitechapel, w księgarni anarchistycznej zrobili małe przyjęcie. Trochę byłem zestresowany spotkaniem z nowymi ludźmi, ale było ok. zaparkowałem rower na widoku, uważając na arabskie dzieciaki kręcące się w okolicy. Skręciłem papierosa, otworzyłem piwo, usiadłem w kącie. Wkrótce nawiązało się kilka rozmów. Szczególnie z Simonem, starym anarchistą. Podkreślił kilka razy, że jego przodkowie byli Hugenotami, którzy schronili się w Anglii przed prześladowaniami w XVI stuleciu. Był też Adam, duży, pryszczaty chłopak, który studiuje język chiński, mieszkał w Pekinie przez rok, opowiedział mi o podziemiu.
   Ogólnie było dobrze. Mili ludzie. Ale obcy. Czułem się trochę wyalienowany. Kiedyś, kiedy udawałem się na takie spotkania, później wracałem do domu, do Tani, i wszystko nabierało sensu. teraz wszyscy są obcy, a w domu jestem tylko ja, sam, ze swoim smutkiem. Jest jeszcze Petia, dobra dziewczyna, ale ona też jest obca. Mniej obca niż reszta świata, ale jednak.
   Już późno. Obejrzę odcinek Six Feet Under i do spania. Nate ma mieć właśnie operację na tętniaka. Wyjdzie z tego (tym razem).

Saturday, 2 August 2014

Rozstanie

 
Sierpień, ciepło, choć nie tak szalenie, jak ostatnie parę dni. Kiedy się przeprowadzałem, myślałem, że nad rzeką będzie chłodniej, ale Tamiza jest z drugiej strony bloku, a z mojego okna tylko ulica, głośna, widok na stację Vauxhall. Oglądam Six Feet Under, to już trzeci raz. Kocham ten serial. Szczególnie teraz, kiedy życie posypało się tak konkretnie. Oglądać czyjeś tragedie, problemy, pomyłki. Pozwala mi to nabrać dystansu.
   Nie jesteśmy już z Tanią. Nie radzę sobie z tym za dobrze. Mam dużo złych snów. Że mnie zostawia, że proszę ją, żeby wróciła, ona się śmieje, budzę się, mam przez chwilę ulgę, że się obudziłem, a później uświadamiam sobie, że to nie sen, ze naprawdę jej nie ma, odeszła. Dziwnie tak. Ostatniej nocy na dodatek Ziemia zderzyła się z ukrytą planetą, która miała pierścienie jak Saturn. Patrzyłem, jak się zbliża i myślałem "cholera, nie teraz jeszcze, a poza tym szkoda tych wszystkich marzeń, ludzi, idei." A potem uderzyło i było po wszystkim.
   Moja wina w dużej mierze. Poznałem kogoś zeszłego października, zaangażowałem się, coś mi widocznie brakowało. Ciągnęło się to kilka miesięcy, próbowaliśmy to jakoś z Tanią ratować, ale było ciężko, a wreszcie i ona poznała kogoś. Wyjechała ponad tydzień temu. Uderzyło mnie to naprawdę mocno chyba dopiero kiedy zmieniła status związku na fejsie. Patrzyłem w ekran i nie potrafiłem zrozumieć. Moja Tania jest w związku z kimś innym? Porządek wszechświata został zachwiany. 15 lat razem.
   No więc siedzę moim mieszkaniu nad Tamizą. Obok leży moja przyjaciółka, od której się zaczęło, której nie obwiniam, i z którą zerwaliśmy już, ale dzielimy jeszcze pokój, aż nie znajdę coś innego. Męczy się bidulka z infekcją ucha, z depresją, z samotnością. Też nie ma lekko.
    Piję białe wino, palę haszysz (łagodzi smutek) i zastanawiam się, co teraz. Zastanawiam się nad jakimś skłotem. Nie mogę płacić teraz czynszu i rachunków, nie mam oszczędności a do końca września nie mam pracy. Kusi mnie też droga. W sumie teraz nic mnie nie trzyma. Mogę zapakować plecak i ruszyć autostopem w świat. na miesiąc, na dwa, może dłużej. Zawsze pociągała mnie taka wolność. Akurat w Rumunii odbywa się Rainbow Gathering. Mógłbym spędzić kilka tygodni z hipisami, grać muzykę, chodzić nago, cieszyć się przyrodą, modlić się do Wielkiego Ducha, żeby pomógł mi zobaczyć sens, a później bym zdecydował. W Londynie czeka też na mnie praca. Jeśli zechcę, to mogę zacząć na pełny etat w collegu, w którym do tej pory pracowałem tylko przez agencję. Fajna sposobność, duże możliwości, ale nie jestem pewny. Teraz, kiedy wszystko się tak rypło i stoję na rozdrożu, to nie wydaje mi się, że stała, fajna choć nudna czasami praca, jest czymś, czego chcę.
   Dużo smutku, niepewności, zagubienia. Mimo wszystko jednak jest też nadzieja. Te wszystkie lekcje, pomyłki, rozczarowania, to wszystko musi mieć jakiś sens.
   Długo nie pisałem na garści drobnych. Chyba znowu zacznę. Nie chcę zakopać tych rzeczy pod ziemią. Trzymajcie się podróżnicy po bezdrożach:)

***

    Zastanawiałem się, dlaczego zdecydowałem się tutaj podzielić. Myślę, że to poczucie samotności. Jakby nie było, towarzyszyliście mi tutaj od jakichś sześciu lat (niektórzy z was przynajmniej). Obserwowaliście moje górki, dołki, przygody, wiecie jak było. Byliście tu w poprzedniej epoce, zanim jeszcze wszechświat rozsypał się na kawałki. Możecie teraz zerknąć, jak idzie odbudowa.


Saturday, 17 May 2014

Ostateczne rozwiązanie

    Myślałem sobie dzisiaj o Ukrainie, wyborach, Boko Haram, Putinie, Merkel, Tusku, homofobach, homoentuzjastach, patriotach stąd, patriotach stamtąd, dronach, CNN, syjonistach, milionerach, bezdomnych, Fukushimie, Północnej Korei i w ogóle. I tak mnie jakoś naszło...