Tuesday, 14 April 2009

Ray Bradbury powiedział...

"Choćby się napisało sto nowelek, z których wszystkie bez wyjątku okazały się kiepskie - nie oznacza to jeszcze porażki. Porażką byłaby dopiero rezygnacja z pisania. Napisałem około dwóch tysięcy krótkich opowiadań, z czego opublikowałem chyba nie więcej niż trzysta, i mam wrażenie, że ciągle się uczę. Każdy człowiek, który wytrwale pracuje, ma przed sobą szansę. Nie zostanie może wielkim pisarzem, ale jeżeli będzie pielęgnował staromodne cnoty pracowitości i wytrwałości, to niewątpliwie odniesie pewien sukces."

RAY BRADBURY, marzec 1967

* * * * * * * * * *

Tutaj jest mój wielki, soczysty uśmiech: ......... :))

Próbując znaleźć źródło.


Gwiazda z "Victorian Romantic".


PRÓBUJĄC ZNALEŹĆ ŹRÓDŁO.


„Podróżniku”


Podróżniku po podniebnych szlakach,

przestań się wreszcie bać –

po tylu odwiedzinach w domach z twardej cegły,

chyba już wreszcie wiesz:

jesteśmy wszyscy braćmi,

pielgrzymami

szukającymi źródła wieczności,

włóczęgami po zakurzonych drogach,

którzy zmęczeni wypijają ostatnie krople

wody, ze skórzanych bukłaków swoich serc.


Kiedy mówię o wieczności,

nie mam na myśli

kryształowych i chłodnych przestrzeni,

ani światła igrającego w lodzie.

Wieczność ma dla mnie inny kolor –

kolor śmiechu, ciepła i drzew,

znajomych głosów, zapachu owoców

i wiatru we włosach,

kiedy biegniesz na bosaka

po trawie,

z przyjaciółmi.


* * * * * * * * * *


Z kartami cały sekret polega na tym, żeby nie myśleć (tutaj uśmiecham się przekornie). Nie chodzi o całkowite „niemyślenie”, ale raczej o to, żeby racjonalna, gadająca strona ucichła, i żeby obudziła się strona rozpoznająca zapomniane smaki, zapachy, wrażenia ze snów i poprzednich żyć.


Klucz od tego miejsca ma Najwyższa Kapłanka, dlatego chyba, najbardziej ze wszystkich kart, ciągnie mnie w jej kierunku. Prawdziwy smak z życia można czerpać tylko wtedy, kiedy choć trochę jest się w kontakcie z tą ukrytą częścią naszej osobowości, która „wie” o wiele więcej, niż nasze świadome „ja”, które wielu nas uważa za wszystko co jest.


Nie jest łatwo odrzucić racjonalność. To tak, jakby ktoś chciał wyrzucić okulary, nie będąc pewnym, czy będzie mógł bez nich cokolwiek zobaczyć. Kiedy jednak zdecydujesz się ich pozbyć, zdajesz sobie sprawę, że to nie były okulary, tylko oprawki z czarną taśmą, zamiast szkieł.


O wiele ciężej nie myśleć głową, gdy chce się o tym pisać. Odłóż na chwilę długopis i popłyń, słuchając irańskich brzmień, które kilka lat temu, żegnały cię przed długą podróżą.


„Źródło”


Wsłuchuję się w śpiew – płacz

pustynnego wojownika.

Twardy głos i zimny, nocny wiatr

niosą pieśń życia

i wspomnienie,

którego nie nożna uchwycić.

Każdy z nas tęskni za domem.


Pamiętasz czasami uliczki miast,

w których nigdy nie byłeś?

Albo twarze nieznajomych,

znajome aż do bólu?

Albo wspólne spacery

i rozmowy w dziwnych językach?


Podniebne loty

w kryształowych samolotach,

piękne kobiety,

śpiewające dźwięczne pieśni,

o miłości i złotym, mocnym winie,

przynoszącym siłę i wizje.


To ciągle nie dom,

tylko okruch wspomnienia,

ze snu, jak ten.



"La despedida"


Sunday, 12 April 2009

W oczekiwaniu nadzwyczajności.



W oczekiwaniu nadzwyczajności.


Wyciągnąłem z szafki karty Tarota i rozłożyłem je przed sobą na kocu, mając nadzieję, że uda mi się wyjść z niższych energii, w których dziś utknąłem. W momencie kiedy przestaję robić wysiłek, od razu zostawia mnie kreatywność i poczucie związku z czymś duchowym, głębokim. W takich momentach przestaję oczekiwać niezwykłości i przestaję wierzyć w magię, wychodzi ze mnie moja cyniczna, depresyjna strona, której nie znoszę. W takim momencie siadam i próbuję strząsnąć z siebie to co mnie ogranicza. Lubię wtedy wiązać Tarota z poezją. Od razu ostrzegam, że tarotową poezję traktuję raczej jako „free writing”, kiedy pozwalam ręce z długopisem iść tam gdzie chce, nie robiąc wysiłku, żeby nadać temu jakiś sens, albo doszlifować styl, czy znaleźć słowa. Chodzi mi tylko o to, żeby przebić się choć trochę do siebie.


„Zrzucanie skóry”


Zrzuć maskę nudnego błazna,

możesz być kim chcesz.

Wsiądź na dzikiego konia

i gnaj po listopadowych wzgórzach,

pełnych mgieł

i rzadkich kropel deszczu.

Kiedy serce pełne jest szczęścia,

nawet listopad nie jest w stanie

pokolorować go na szaro.

Możesz być szkockim włóczęgą

z czasów kiedy Szkocja

była dla ciebie

sceną z „Highlandera”.


Możesz też szukać pradawnej bogini

w labiryntach miasta przyszłości,

pomiędzy dekadenckimi ludźmi

z futurystycznych filmów

lat osiemdziesiątych.

Jako jeden z ostatnich prawdziwych ludzi

szukasz ucieczki z miejsca,

które nie może być niczym innym,

jak tylko złym snem.

Masz tylko starą mapę, przeczucia

i jedynego przyjaciela,

który ginie w trzeciej scenie.

Szukaj bogini, która skradnie twe serce

i zabierze cię na drugą stronę.




Najwyższa Kapłanka z "Rider Waite"


Friday, 10 April 2009

Wstęp do Tarota.


Najwyższa Kapłanka z „Victorian Romantic”


Wstęp do Tarota.


Chciałbym wrzucać tutaj, na bloga notatki, czy wiersze związane z Tarotem, ale zanim zacznę to robić, chciałbym najpierw napisać parę słów o moim zrozumieniu tematu.


Pamiętam jak dostałem moja pierwszą talię. Mieszkałem wtedy w Irlandii, pod Dublinem i pewnego dnia dostałem paczkę od mojego dobrego przyjaciela, który pod wpływem jakiegoś impulsu postanowił przesłać mi talię kart Tarota i książkę. Nigdy się tym nie interesowałem i szczerze mówiąc Tarot kojarzył mi się z egzaltowanymi, starszymi paniami, które wyobrażają sobie, że są dobrymi wróżkami (albo z ich młodszymi wersjami, wyobrażającymi sobie, że są mrocznymi czarodziejkami). Jedyne autentyczne doświadczenie z wróżeniem z kart (zwykłych, nie Tarota) miałem kilka lat wcześniej, w Hiszpanii z prawdziwą wiedźmą z Dominikany, która zmroziła mi krew w żyłach, mówiąc mi o takich szczegółach z życia, że nikt nie miał szans ich znać, a na koniec uwieńczyła swoje „czytanie” słowami: „Idź natychmiast i zadzwoń do domu. Z twoim tatą jest coś bardzo nie tak.” Okazało się, że ojciec leżał w szpitalu po wewnętrznym krwotoku, który o mało go nie zabił.


No więc otwarłem kartonowe pudełko i wyciągnąłem z niego pachnące jeszcze drukarską farbą karty. Tak się zaczęło. Wiadomo – na początku byłem kompletnie zielony i po kilku próbach zrozumienia o co w tym chodzi, dałem sobie spokój i karty skończyły gdzieś w szufladzie. Dopiero po roku, spacerując po uliczkach Birmingham, szukając świątecznych prezentów dla bliskich, natrafiliśmy z Tulasi na mały, ezoteryczny sklepik i tam na nowo złapałem bakcyla, widząc kolorowy i kuszący wybór talii Tarota. Wkrótce obkupiłem się książkami i zwiększyłem swoją kolekcję (drogich jak cholera!) kart. No i zacząłem badać temat.


Jest wiele opinii i sposobów pracy z Tarotem. Jedni uważają, że Tarot zawiera archetypowe symbole (jak Ojciec, Matka, Podróż, Śmierć itd.) i medytując nad nimi, próbując interpretować ich znaczenia możemy bardziej poznać swoją psychikę, możliwości, ewentualne problemy, ale nie ma w tym nic ponadnaturalnego, czy mistycznego. Uważam, że można pracować z Tarotem w ten sposób, osiągając duże sukcesy. Wiele osób uważających się za racjonalistów, a nawet ateistów może angażować się czytanie kart, nie rezygnując ze swojej wizji świata.


Istnieje też całkiem spora grupa ludzi, dla których Tarot jest metodą komunikacji z wyższymi poziomami rzeczywistości i dlatego też nie ma dla nich nic dziwnego w tym, że karty mogą przepowiedzieć przyszłość, czy mówić o ukrytych przed normalnymi zmysłami rzeczach.

Osoby te znane są jako okultyści. Wierzą one w istnienie Anima Mundi, czyli Duszy Wszechświata i uważają, że wszystko jest ze sobą połączone, w jakiejś kosmicznej harmonii. Karty pozwalają nawiązać kontakt z Wszechświatem i dać nam wgląd we wszystko (skoro wszystko jest połączone, badając jeden kawałek rzeczywistości, można dowiedzieć się czegoś o jej całości.)



Diabeł z “Victorian Romantic”


Osobiście jestem bliższy okultystom niż racjonalistom, choć wiem, że Tarot można używać w terapiach i w osobistym rozwoju, sam przecież to robię. Mam tylko jeden problem z tzw. racjonalistami – nie wierzą w magię i myślę, że obdzierając z niej karty, pozbawiają je bardzo ważnej ich części.



Tarot jest dla mnie spokojną odskocznią od rzeczywistości. Lubię rozkładać karty, bez żadnego, konkretnego celu, bez pytań i po prostu przyglądać się im i próbować usłyszeć co chcą mi powiedzieć (tzn. co próbuje mi zakomunikować Anima Mundi:).

Często, kiedy wpadam w codzienny kierat i zaczynam pędzić na ślepo, ślizgając się tylko po powierzchni rzeczywistości, w desperacji chwytam za karty i próbuję nawiązać kontakt z samym sobą.


Czasami, kiedy mam jakieś wątpliwości, czy problemy i nie potrafię czegoś przeskoczyć, też rozkładam karty i nieraz jestem w stanie bardziej zrozumieć, co się ze mną dzieje, w czym rzecz, w czym się zakopałem. Nie jestem z tych fanatycznych tarociarzy, którzy nie podejmą żadnej decyzji bez poradzenia się kart. W sumie nigdy nie robię czegoś, bo tak powiedziały mi karty. Jestem na to za dużym anarchistą:). Ale tak jak mówiłem; używam je, żeby zrozumieć.

Są dla mnie kolejnym narzędziem, dzięki któremu mogę bardziej i głębiej poznać rzeczywistość i w ten sposób iść do przodu, stawać się pełniejszą osobą.


To tyle tytułem wstępu. Jeszcze tylko chciałem dodać, że jeśli trafią tutaj jakieś „dobre wróżki”, czy „mroczne czarodziejki” to mam nadzieję, że też będą czuły się tutaj jak u siebie w domu:)



Królowa buław z „Victorian Romantic”


Wędrówka, ponętna Ikea i złośliwe przytyki.


"Lappel de loiseaurr des" - Riquer

Wędrówka, ponętna Ikea i złośliwe przytyki.
(Sen)

Mieszkam w pięknym, śródziemnomorskim mieście, na wzgórzu. Stare, zbudowane z białego kamienia wille stoją otoczone winnicami i drzewami oliwkowymi. Przez kilka lat żyłem w jednym z tych bajecznych domów z moją Tulasi, która jednak pewnego dnia zostawiła mnie i wyjechała bez słowa. Minęło sporo czasu i znów spotkałem dziewczynę, z którą właśnie mam się żenić.

Jest dzień naszego ślubu. Odświętnie ubrany idę z moim przyjacielem w kierunku pogańskiej świątyńki, gdzie mamy wziąć ślub. Na szyi mam girlandę z kwiatów i mój przyjaciel podaje mi co chwila bukłak ze słodkim, złotym winem. Jestem szczęśliwy i podekscytowany, aż nagle uświadamiam sobie, że to wszystko nie ma sensu. Czy znowu chcę przez to wszystko przechodzić? Znów mam stać się ofiarą rozczarowań i zdrady? Zatrzymuję się.
- Wiesz co? – mówię do mojego przyjaciela – odchodzę.
- Co?! Gdzie?!
- Po prostu przed siebie. Kończę z tym wyścigiem za szczęściem. Będę po prostu szedł, przez resztę mojego życia. Zostanę żebrakiem i skieruję się w stronę Indii. A jak już tam dojdę, to zobaczę co dalej.
Oddaję mu bukłak z winem i zostawiam go stojącego z otwartymi ustami na środku ulicy.

Zaczyna się moja wędrówka. Przechodzę przez różne miasta i wioski, nikt mnie nie szanuje, ludzie śmieją się ze mnie, a raz napada mnie nawet banda rzezimieszków i biją mnie tak mocno, że ledwo co uchodzę z życiem. Mimo to czuję się wolny i szczęśliwy.

Pewnego dnia dochodzę do miasta, u którego bramy stoi ktoś, kto mówi, że jest strażnikiem i mam zapłacić mu myto. Patrzę na niego bezczelnie i odpowiadam, że moim zdaniem on jest zwykłym, takim jak ja włóczęgą i lepiej żeby zszedł mi z drogi, bo może dostać w nos. Facet patrzy na mnie niezdecydowany, aż w końcu zaczyna się śmiać i dołącza do mnie, mówiąc, że nieźle go rozgryzłem i że z chęcią zostanie moim przewodnikiem. Zdaję sobie sprawę, że jeśli tylko będzie miał okazję, sprzeda mnie za grosika, ale zgadzam się na towarzystwo.

Mija trochę czasu. Widać porzuciłem marzenie o wiecznej włóczędze, ponieważ osiedliłem się w mieście i nająłem do pracy przy budowie drogi. Mieszkam z dziesiątkami robotników i każdego dnia ciężarówki zawożą nas za miasto, gdzie w upale i pyle pracujemy cały dzień. Dookoła nas rozciąga się pustynia, a daleko na horyzoncie możemy widzieć nasze miasteczko.

Kończy się dzień pracy. Wracamy do ciężarówek, gdzie moi towarzysze pracy zaczynają bawić się grzechotnikiem, których z jakiegoś powodu mamy pełne skrzynie. Bardzo boję się węży, zeskakuję więc z ciężarówki i postanawiam wracać na piechotę. Moi „koledzy” ruszają beze mnie i śmiejąc się drwiąco, rzucają we mnie wężem, którego jednak udaje mi się łatwo przeskoczyć. pokazuję im środkowy palec i ruszam przed siebie, gwiżdżąc sobie dla otuchy.

Nie mija nawet pięć minut, kiedy podjeżdża do mnie czerwony, sportowy samochód z piękną blondynką w środku (mała dygresja: na jawie blondynki prawie w ogóle mi się nie podobają:). Pyta się czy mnie podwieźć. Jasne. Wskakuję do środka, rzucając na tylnie siedzenie moja starą, skórzaną torbę. Dziewczyna mówi, że nazywa się Ikea i pochodzi ze Szwecji (!). Po chwili zaczyna się do mnie tulić i zaprasza mnie do swojej willi za miastem. Uśmiecham się do siebie, widząc jak łatwo los może się odmienić, a później kiedy mijamy ciężarówki z moimi kolegami z pracy, macham im ręką, śmiejąc się głośno, podczas gdy chłopaki patrzą na mnie z zazdrością i z niedowierzaniem.

Nie wiem co działo się później, pamiętam jeszcze tylko wieczorną rozmowę, w barze z przyjaciółmi. Jest ich trójka. Para - on diaboliczny, sympatyczny Hiszpan z wyżelowanymi włosami, ona nieduża, ciemna Arabka i jest jeszcze gruby chłopak, który chyba był tym pseudo-strażnikiem, który nie chciał wpuścić mnie pierwszego dnia do miasta. Gruby pyta się mnie o czym rozmawiałem w samochodzie z Ikeą. Odpowiedziałem, że chwyciła mnie za udo i powiedziała, że lubi czuć, jak moje mięśnie poruszają się pod skórą. Gruby parska śmiechem.
- Mięśnie?!
Patrzę na niego spokojnie i odpowiadam, że u mnie pod skórą przynajmniej można poczuć mięśnie, ale u niego, przez warstwę tłuszczu nie ma takiej szansy. Gruby milknie urażony.
Diaboliczny przyjaciel słysząc moją celną ripostę, uśmiecha się półgębkiem, po czym pyta czy zaliczyłem tą moją Szwedkę. Odpowiadam, że nie, że chcę najpierw doprowadzić ją do szaleństwa, nie dotykając jej nawet, że to jest właśnie prawdziwa sztuka. Diaboliczny przyjaciel kiwa głową z aprobatą i podziwem, na co jego dziewczyna kopie go pod stołem w kostkę, po czym mruga do mnie z sympatią. Wypijam ostatni łyk piwa i budzę się.

Thursday, 9 April 2009

Po drugiej stronie miasta.


„Ciutat vella de Barcelona” - Lana Lazar

Po drugiej stronie miasta.
(sen)

Kalejdoskop snów, ale najbardziej pamiętam ostatni.

Jesteśmy z Tulasi w obcym, starożytnym mieście, w którym ruiny mieszają się z nowoczesnymi hotelami, kinami i sklepami. Szwendamy się po starych, ciasnych uliczkach, chowając się przed upałem i zatrzymując się przy ulicznych straganach z pamiątkami i książkami. Ulice są prawie puste i domyślamy się, że większość mieszkańców zażywa właśnie sjesty i jedyni przechodnie to turyści, tacy jak my.

W końcu dochodzimy do przedmieść. Na wzgórzu, pomiędzy rzadkimi budynkami stoi stara karczma. Poniżej, w dole widać dalszą część miasta, która wydaje się jeszcze starsza niż centrum, ale żeby tam dojść trzeba przejść przez karczmę, z której podwórza, schodzą w dół długie schody.

Choć do tej pory atmosfera snu była przyjemna i zrelaksowana, nagle zaczynam czuć coraz większy niepokój. Wnętrze karczmy jest posępne i wrogie. Nie potrafię dokładnie określić skąd bierze się to wrażenie, ale powoli ogarnia mnie panika. Panuje półmrok, drewniane, suche ściany są poczerniałe od dymu i czuć je starym jedzeniem i piaskiem. Słyszę też drażniące brzęczenie pszczół, które przypomina mi koszmary dzieciństwa, w których godzinami zawieszony byłem w upalnej przestrzeni, pełnej owadów, drzewnych, wyschniętych słoi i braku uczuć.

Sam bar jest pusty, nie licząc opartej o kontuar starej, złośliwej bufetowej. Mijamy ją w milczeniu, przechodzimy przez długi korytarz, aż w końcu wychodzimy na zalaną słońcem ulicę po drugiej stronie budynku. Nie czuję jednak ulgi i zdaję sobie sprawę, że coś jest bardzo nie w porządku. Patrzę na odcień słońca, kształty budynków i twarze ludzi i nagle rozumiem: opuściliśmy właśnie nasz świat. Ta część miasta, w której właśnie się znaleźliśmy leży w innym, wcale nie przyjaznym wymiarze.

Najchętniej od razu bym zawrócił, ale Tulasi i Gary (który przyplątał się nie wiadomo skąd) chcą trochę pozwiedzać i zachowują się jakby w ogóle nie odczuwali tej złowrogiej atmosfery. Idziemy więc powoli przed siebie; oni oczarowani egzotycznością architektury i ludzi, ja przerażony i zagubiony. Nagle podchodzi do nas jakaś stara kobieta i mówi, że musimy wrócić do karczmy przed zachodem słońca, w przeciwnym bowiem razie nigdy nie będziemy w stanie wrócić do naszego świata. Tulasi i Gary wydają się kompletnie obojętni na jej słowa, a ja idę za nimi nie chcąc zostawić Tulasi, no i bojąc się wracać samemu, nawet ten krótki odcinek, jaki do tej pory pokonaliśmy. Choć oni w ogóle się nie przejmują i zachowują się jak turyści, ja boję się coraz bardziej i prawie nie mogę się ruszać, sparaliżowany grozą i paniką. Ta część miasta wydaje się nie mieć końca. Budynki stają się coraz dziwniejsze, obłe, krzywe, nieprzyjemnie niesymetrycznie i jasno czuję, że ta architektura nie ma nic wspólnego z naszym światem, że normalny, ludzki umysł nie byłby w stanie stworzyć tak brzydkich i chorych dzieł.

Ludzie, których spotykamy, też nie są tak naprawdę ludźmi. Ich twarze mają w sobie coś ohydnego i złośliwego i nawet dziewczyny, pozornie ładne odpychają mnie swoją obcością i nieludzkością.

W końcu mój strach staje się tak wielki, że nie jestem w stanie iść dalej. Zatrzymuję się i błagam Tulasi i Garego, żebyśmy wreszcie zaczęli wracać, tym bardziej, że słońce coraz bardziej zbliża się do horyzontu. Patrzą na mnie przez chwilę i wybuchają śmiechem, drwiąc z mojej tchórzliwości i „bezpodstawnej paranoi”, nie zatrzymując się przy tym ani na chwilę. Nie wiem co mam robić, ale wreszcie coś się we mnie przełamuje i zawracam bez nich. Prawie biegnę, oglądając się za siebie, patrząc bezsilnie jak moja ukochana i Gary idą dalej w tą trupią krainę, nie przejmując się moją dezercją.

Znów zatrzymuje mnie ta sama kobieta co poprzednio i mówi, że jeśli nie uda mi się dotrzeć do „przejścia” przed zachodem słońca, muszę przed drzwiami powiedzieć zaklęcie („trzy oscypki”) i to może mi pomóc. Patrzę w niebo i widzę, że słońce prawie dotyka już wzgórz na horyzoncie. Zaczynam biec w wielkiej panice, a serce bije mi tak, jakby miało za chwilę pęknąć. Zwierzęcy strach miesza się z ogromnym żalem, gdyż wiem, że straciłem Tulasi na zawsze, aż w końcu, w ostatniej chwili wbiegam do karczmy.

Stara bufetowa patrzy na mnie z obojętną drwiną i zdaję sobie sprawę, że wie o wszystkim, ale nic nie mówi nieświadomym niebezpieczeństwa turystom. Zostawiam ją w środku i wychodzę na plac przed karczmą, po normalnej stronie rzeczywistości, gdzie jak się okazuje, ciągle panuje pełnia spokojnego, normalnego dnia.

Przy stoliku przed barem siedzą dwie młode turystki i słyszę, że właśnie planują zrobić sobie wycieczkę na drugą stronę miasta. Próbuje je powstrzymać, ale moje ostrzeżenia nie przynoszą żadnego rezultatu – obie dziewczyny myślą, że jestem wariatem. Szybko zabierają swoje rzeczy, patrząc na mnie z niesmakiem i wchodzą do baru. Przez drzwi mogę widzieć jeszcze krzywy uśmiech bufetowej, która patrząc na mnie, wskazuje dziewczynom drzwi na drugą stronę świata.


„Calle de Barcelona” - Lana Lazar

Wednesday, 8 April 2009

Dwa wiersze Gałczyńskiego.



Miła moja
Konstanty Ildefons Gałczyński

Prawda: na auto nie stać nas,
miła moja.
Lecz spójrz: tylko się durnie spieszą -
ileż dostojniej chodzić pieszo,
miła moja.



Na Londyn także brak funduszów,
miła moja.
Lecz po co Londyn ? Londyn - nora:
W "Paris-Soir" czytałem wczoraj,
że markiz Q. , to jest baronet,
psim makaronem otruł żonę...
Jasna cholera z takim Londynem,

miła moja !



Na kawior z Kremla, na jesiotra
również nie mamy, miła moja.
Lecz na cóż Kreml, gdy mam twoje biodra ?
biodra są złote, a noc modra.
A jeszcze mamy lampkę wina
i konto w niebie u serafina.
Więc gwiżdż na auto, Kreml i Londyn,
miła moja.



Wciąż uciekamy.

Konstanty Ildefons Gałczyński


Wciąż uciekamy. Z miasta do miasta.
Inteligenci.
Tęskniąca nacja. Ginąca klasa.
Mali, zmarznięci.

Milionem rodzin. Z gramofonami.
Z kraju do kraju.
- Powiedzcie, gdzie jest wasza ojczyzna?
Wciąż nas pytają.

A my nie wiemy; a my płaczemy,
jak woda morska.
Pod sztuczną palmą listy piszemy
na brudnych dworcach.

Praca nad "Wyprawą" - 2

Powoli udaje mi się zmobilizować do pisania. Trochę piszę w domu, trochę nawet w pracy, kiedy dzieciak, którym się zajmuję jest trochę spokojniejszy i nie próbuje rozkwasić mi nosa (daje mi ostatnio w kość mały Sean).

Przedwczoraj, wieczorem, kiedy została mi jeszcze godzina zmiany, udało mi się wygospodarować trochę czasu i w ciemnym kącie, z jedynie małą odrobiną światła udało mi się zrobić początek pierwszego rozdziału; scenę z namiotem szarpanym śnieżną burzą. Jestem dosyć zadowolony choć Tulasi nie spodobała się Pani Śniegu, Markiz Deszcz i Baron Wyjący Wiatr. O wiele bardziej wyrozumiała była z kawałkiem, który napisałem wczoraj wieczorem, opisującym dom i wszystkich domowników. Powiedziała mi, że to był najlepszy tekst jaki do tej pory napisałem. Podniosła mnie na duchu, ale zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nawet jeszcze dobrze nie zacząłem. Jeśli będę pisał tak, jak robię to teraz, objętościowo powstanie całkiem spora historia. Jestem podekscytowany i żeby poćwiczyć trochę język wziąłem się za tłumaczenia wierszy Lauriego Lee.

Tulasi właśnie wpadła do pokoju, żeby coś przegryźć, ale okazało się, że zeżarłem wszystkie nasze zapasy (nie żeby było ich jakoś dużo). Spróbuję jej coś upichcić na szybko, przed wyjściem do pracy.

Pieśń w środku lata.


„Wood nymph” - Alexandre de Riquer


PIEŚŃ W ŚRODKU LATA
Laurie Lee

Dzień spadł i rozsypał się niczym szklane miasto,
gwiazdy odsłoniły swoje tajemnicze oczy
i cisza przeszła
po czarnym piasku twych włosów.

Palcami rozwiązałem twoją zagadkę,
zakłócając tradycję twoich rąk
(księżyc zabłysnął gdzieś daleko).
Nasze usta przytuliły się jak owoce w ciemności,
a nasze ramiona głosiły przepowiednie.

Obejmując się jak fuga
zatopiliśmy nasze korzenie znużenia
i położyliśmy się z legendarnym żalem.

Łodygi deszczu wyrastały ze wzgórz,
rozpościerając w twoim gardle niebieskie płatki
i zeszły w dół, po gałęziach nieba,
układając podarte liście wokół twego śpiącego oddechu.

Strach jest tylko cieniem.


“La misteriosa caída de la Senora Pollok” - Silvina Garcia

STRACH JEST TYLKO CIENIEM

Z drzewa świat wygląda inaczej.
Skaczę z gałęzi na gałąź,
a spacerowicze przechadzają się
w świetle księżyca.
Niedługo świt strzeli z bicza
i przepłoszy cienie.

Chciałbym cię chwycić za rękę
i na chwilę spaść,
w szarą masę się wkraść,
i poszukać skarbów,
zagubionych na uliczkach
cichej nocy-
zanim świt strzeli z bicza
i przepłoszy ciebie.

A raz ujrzałem pośród nieba
garść słów,
utkanych z jasnych gwiazd,
że trzeba być i iść i żyć i coś,
że strach to tylko sen i cień,
i że każdy dzień to jakby
nowa książka i nowy film...
aż świt strzelił z bicza,
i zniknęły naniziane na wszechświat
mądre słowa,
i tylko w sercu odbił się słów sens.

Najwspanialsze odkrycie to to,
że nie jestem sam,
sprytne oczy
figlarny blysk...
Za zakrętem jeszcze tyle miast
i przyjaznych domow o otwartych drzwiach,
i tyle nocy, gdzie ciepły powiew
obudzi łaskotaniem śmiech.

A później cichutko przyjdzie świt,
i nie budząc mnie ze snu,
delikatnie przegoni ostatni,
zabłąkany cien.

(Studzieniec 2003)