Thursday, 9 April 2009

Po drugiej stronie miasta.


„Ciutat vella de Barcelona” - Lana Lazar

Po drugiej stronie miasta.
(sen)

Kalejdoskop snów, ale najbardziej pamiętam ostatni.

Jesteśmy z Tulasi w obcym, starożytnym mieście, w którym ruiny mieszają się z nowoczesnymi hotelami, kinami i sklepami. Szwendamy się po starych, ciasnych uliczkach, chowając się przed upałem i zatrzymując się przy ulicznych straganach z pamiątkami i książkami. Ulice są prawie puste i domyślamy się, że większość mieszkańców zażywa właśnie sjesty i jedyni przechodnie to turyści, tacy jak my.

W końcu dochodzimy do przedmieść. Na wzgórzu, pomiędzy rzadkimi budynkami stoi stara karczma. Poniżej, w dole widać dalszą część miasta, która wydaje się jeszcze starsza niż centrum, ale żeby tam dojść trzeba przejść przez karczmę, z której podwórza, schodzą w dół długie schody.

Choć do tej pory atmosfera snu była przyjemna i zrelaksowana, nagle zaczynam czuć coraz większy niepokój. Wnętrze karczmy jest posępne i wrogie. Nie potrafię dokładnie określić skąd bierze się to wrażenie, ale powoli ogarnia mnie panika. Panuje półmrok, drewniane, suche ściany są poczerniałe od dymu i czuć je starym jedzeniem i piaskiem. Słyszę też drażniące brzęczenie pszczół, które przypomina mi koszmary dzieciństwa, w których godzinami zawieszony byłem w upalnej przestrzeni, pełnej owadów, drzewnych, wyschniętych słoi i braku uczuć.

Sam bar jest pusty, nie licząc opartej o kontuar starej, złośliwej bufetowej. Mijamy ją w milczeniu, przechodzimy przez długi korytarz, aż w końcu wychodzimy na zalaną słońcem ulicę po drugiej stronie budynku. Nie czuję jednak ulgi i zdaję sobie sprawę, że coś jest bardzo nie w porządku. Patrzę na odcień słońca, kształty budynków i twarze ludzi i nagle rozumiem: opuściliśmy właśnie nasz świat. Ta część miasta, w której właśnie się znaleźliśmy leży w innym, wcale nie przyjaznym wymiarze.

Najchętniej od razu bym zawrócił, ale Tulasi i Gary (który przyplątał się nie wiadomo skąd) chcą trochę pozwiedzać i zachowują się jakby w ogóle nie odczuwali tej złowrogiej atmosfery. Idziemy więc powoli przed siebie; oni oczarowani egzotycznością architektury i ludzi, ja przerażony i zagubiony. Nagle podchodzi do nas jakaś stara kobieta i mówi, że musimy wrócić do karczmy przed zachodem słońca, w przeciwnym bowiem razie nigdy nie będziemy w stanie wrócić do naszego świata. Tulasi i Gary wydają się kompletnie obojętni na jej słowa, a ja idę za nimi nie chcąc zostawić Tulasi, no i bojąc się wracać samemu, nawet ten krótki odcinek, jaki do tej pory pokonaliśmy. Choć oni w ogóle się nie przejmują i zachowują się jak turyści, ja boję się coraz bardziej i prawie nie mogę się ruszać, sparaliżowany grozą i paniką. Ta część miasta wydaje się nie mieć końca. Budynki stają się coraz dziwniejsze, obłe, krzywe, nieprzyjemnie niesymetrycznie i jasno czuję, że ta architektura nie ma nic wspólnego z naszym światem, że normalny, ludzki umysł nie byłby w stanie stworzyć tak brzydkich i chorych dzieł.

Ludzie, których spotykamy, też nie są tak naprawdę ludźmi. Ich twarze mają w sobie coś ohydnego i złośliwego i nawet dziewczyny, pozornie ładne odpychają mnie swoją obcością i nieludzkością.

W końcu mój strach staje się tak wielki, że nie jestem w stanie iść dalej. Zatrzymuję się i błagam Tulasi i Garego, żebyśmy wreszcie zaczęli wracać, tym bardziej, że słońce coraz bardziej zbliża się do horyzontu. Patrzą na mnie przez chwilę i wybuchają śmiechem, drwiąc z mojej tchórzliwości i „bezpodstawnej paranoi”, nie zatrzymując się przy tym ani na chwilę. Nie wiem co mam robić, ale wreszcie coś się we mnie przełamuje i zawracam bez nich. Prawie biegnę, oglądając się za siebie, patrząc bezsilnie jak moja ukochana i Gary idą dalej w tą trupią krainę, nie przejmując się moją dezercją.

Znów zatrzymuje mnie ta sama kobieta co poprzednio i mówi, że jeśli nie uda mi się dotrzeć do „przejścia” przed zachodem słońca, muszę przed drzwiami powiedzieć zaklęcie („trzy oscypki”) i to może mi pomóc. Patrzę w niebo i widzę, że słońce prawie dotyka już wzgórz na horyzoncie. Zaczynam biec w wielkiej panice, a serce bije mi tak, jakby miało za chwilę pęknąć. Zwierzęcy strach miesza się z ogromnym żalem, gdyż wiem, że straciłem Tulasi na zawsze, aż w końcu, w ostatniej chwili wbiegam do karczmy.

Stara bufetowa patrzy na mnie z obojętną drwiną i zdaję sobie sprawę, że wie o wszystkim, ale nic nie mówi nieświadomym niebezpieczeństwa turystom. Zostawiam ją w środku i wychodzę na plac przed karczmą, po normalnej stronie rzeczywistości, gdzie jak się okazuje, ciągle panuje pełnia spokojnego, normalnego dnia.

Przy stoliku przed barem siedzą dwie młode turystki i słyszę, że właśnie planują zrobić sobie wycieczkę na drugą stronę miasta. Próbuje je powstrzymać, ale moje ostrzeżenia nie przynoszą żadnego rezultatu – obie dziewczyny myślą, że jestem wariatem. Szybko zabierają swoje rzeczy, patrząc na mnie z niesmakiem i wchodzą do baru. Przez drzwi mogę widzieć jeszcze krzywy uśmiech bufetowej, która patrząc na mnie, wskazuje dziewczynom drzwi na drugą stronę świata.


„Calle de Barcelona” - Lana Lazar

3 comments:

  1. Jeśli ktoś lubi Stephena Kinga, polecam opowiadanie "Crouch End", którego ten sen jest odbiciem, przynajmniej w zarysie pomysłu i atmosferze. Za każdym razem kiedy je czytam, jestem kompletnie przerażony i być może ta właśnie lektura zaprowadziła mnie pewnej nocy na tą mroczną, zalaną przerażającym słońcem starożytną ścieżkę.

    ReplyDelete
  2. No a co z klimatami Lovecrafta?
    ;)

    Harry

    ReplyDelete
  3. Oczywiście nie można zapomnieć starego, dobrego Lovecrafta:)

    ReplyDelete