
Saturday, 6 March 2010
Wednesday, 3 March 2010
Wskazówki pisarskie

Czytam ostatnio książki o pisaniu i kiedy coś wyda mi się interesujące, czy pomocne, odkładam na bok. Poniżej mały wybór, między innymi z Orsona Scotta Carda i Raya Bradburego.
Wskazówki pisarskie
*
Nie jesteś sam. Wielu pisarzy nienawidzi swojego pierwszego szkicu i otwarcie mówi, jakie uczucia w nich budzi. Stephen King, Ernest Hemingway, Anne Lamott – wszyscy oni pisali o tym obszernie, podobnie jak wielu innych pisarzy.
Patrząc na to, jak gówniany jest nasz pierwszy szkic, zastanawiamy się, po co w ogóle zaczęliśmy pisać. Jeśli zrelaksujesz się, skupisz na samym procesie i pozwolisz swojemu wewnętrznemu krytykowi zamilknąć, pisanie stanie się łatwiejsze.
*
Zobowiąż się do napisania zdania, albo dwóch za każdym razem kiedy mijasz komputer, czy notatnik.
*
W autobusie, pociągu, czy prowadząc samochód, wyobrażaj sobie sceny, które chcesz opisać, myśl o słowach i zdaniach, jakie użyjesz do ich opisania.
*
Zanim położysz się spać, poproś swoją podświadomość, żeby dała ci opowieści i rozwiązania.
*
Pisarz pisze lepiej, jaśniej, bardziej interesująco, kiedy nie próbuje pisać dobrze. Kiedy skupia się na historii i na pomaganiu czytelnikowi w zrozumieniu akcji, jego styl polepsza się dramatycznie i staje się o wiele bardziej interesujący i indywidualny, niż wcześniej, kiedy ktoś próbował podążać za wskazówkami jakiegoś nauczyciela pisania.
*
Twój naturalny styl jest już obecny w twoim języku, kiedy wyrażasz się swobodnie. Właśnie ten styl chcesz pokazać w swojej pracy. W pewien sposób jest to odwrotność stwarzania stylu. Zamiast koncentrować się na sobie, „oh, jakim stylowym pisarzem jestem”, koncentrujesz się na czytelniku – jak możesz efektywnie przekazać mu wydarzenia twojej opowieści, tak żeby zostały żywe w jego pamięci.
*
Czy możesz poprawić swój styl? Nie bezpośrednio. Ale jeśli pracujesz nad przekazaniem prostej opowieści, w sposób wiarygodny, jasny, przekonujący, twój naturalny styl wydobędzie się na powierzchnię sam, bez twojej pomocy. Czasami będziesz musiał to stonować, ale nigdy w trakcie pierwszego szkicu. Nie myśl o tym w trakcie pisania.
*
Można powiedzieć, że większość rzeczy, jakie zdarzają się w życiu bohatera nie są obecne w tekście, ponieważ nie są wystarczająco ważne, czy interesujące. Tak naprawdę większość rzeczy, które robi twój charakter nie są wspomniane. Jak często piszesz, że twój bohater się podrapał, albo wytarł nos? Jedynie kilka wydarzeń, czy szczegółów znajdzie się w twojej opowieści. Jeżeli zamieścisz w tekście dialog bez znaczenia, na przykład rozmowa ze sklepikarzem, kiedy twój bohater kupuje gumę i rozmowa nie prowadzi do niczego, twoi czytelnicy zniecierpliwią się, bo chcą czytać o rzeczach, które ich interesują. A kiedy opuścisz, albo zaledwie streścisz sceny, którymi czytelnicy są zainteresowani, stracisz ich, ponieważ nie spełniasz ich oczekiwań.
*
„Powiedział” jest za bardzo widoczne, jeśli używasz go za dużo, albo za często znajdujesz dla niego zamiennik. Powinieneś zastępować „powiedział”, albo dodać do niego przymiotnik modyfikujący znaczenie „powiedział” jedynie wtedy, gdy dialog nie zawiera dosyć informacji, o tym, jak te słowa wypowiedziano. Powtarzanie „powiedział” przeszkadza jedynie wtedy, gdy w dialogu występują tylko dwie postacie, wypowiadające krótkie zdania. Moja rada jest taka, żeby w ogóle nie myśleć o tym w trakcie pisania. Po prostu używaj „powiedział” rutynowo, za wyjątkiem sytuacji, kiedy musisz – powtarzam – musisz zawrzeć więcej informacji.
*
Ostatecznie wszyscy twoi bohaterowie będą brzmieli jak ty, ponieważ to ty wkładasz im w usta słowa. Ale pomimo tego będą się różnić. Uczyniłeś ich przecież indywidualnościami. Ich mowa będzie warunkowana różnymi zmartwieniami, nastawieniami, sytuacjami, a nie językiem. Wszystkie postacie pokażą aspekty twojego stylu pisania, ale wewnątrz tego stylu będą się całkowicie różnić od siebie.
*
Nie ma ucieczki od twojego własnego stylu. Kiedy mam postać, która ma być dowcipna, będzie ona dowcipna w taki sposób, w jaki jestem ja. Język używany przez bohaterów zawsze będzie mój własny. Możesz oszaleć próbować napisać coś, co nie brzmi jak ty, ponieważ nie możesz brzmieć jak nie ty, chyba że skopiujesz kogoś innego, a jaki to ma sens? Po prostu stwórz postacie i niech mówią to co mają powiedzieć, tak jak ty byś to powiedział w ich sytuacji. Jeśli zrobisz to dobrze, wystarczy.
*
Tajemnicą jest, żeby nie myśleć o dialogu, jako o odrębnej czynności. Nie piszesz dialogu. Piszesz o spotkaniu pomiędzy dwoma charakterami. Częścią tego spotkania jest to, co mówią, ale również jak reagują na siebie, co zdarzyło się między nimi w przeszłości, kto jest świadkiem, jakie wrażenie chcą zrobić, itd. Rozwiązaniem problemu dialogu nie jest „napisanie lepszego dialogu”, ale rozjaśnienie, czy zmiana tego, co postać myśli i czuje.
*
Twoja narracja powinna być opisana w płynnym języku, który łatwo czyta się na głos. Innymi słowami narracja powinna brzmieć jak dialog wypowiadany przez dobrego gawędziarza.
*
Jeśli martwisz się o swój styl, szczególnie podczas pisania dialogów, istnieją duże szanse, że przestaniesz zwracać uwagę to, co wydarza się w opowieści i dlaczego.
*
Nie powinno się zaczynać opowieści od zalania czytelnika emocjami. Czytelnik nie dostał jeszcze żadnych informacji o postaci i tym samym nie ma żadnego powodu, żeby się o niego martwić. Czytelnik nie powinien zetknąć się z emocjami dopóki całkowicie nie zrozumie całej sytuacji. Dopiero wtedy będzie mógł wczuć się w uczucia bohatera. Opowieść musi „zarobić” na emocje.
*
Przedstaw konflikt wewnętrzny w bohaterze.
*
Musisz sprawić, żeby twój wewnętrzny edytor przestał patrzeć na styl twojej prozy. Kropka. Język jest niczym. Możesz bawić się językiem, ale nie ma to nic wspólnego z procesem pisania. Twój wewnętrzny edytor musi skupić się na tym, co się wydarza i dlaczego. Czy dobrze wybrałeś punkt rozpoczęcia? Czy bohater rozumie, co się dzieje? Czy wydarzenia są jasne dla czytelnika? Czy obecne wydarzenie jest ważne, czy też jest jedynie wypełniaczem? Na to powinno się zwracać uwagę, i to one decydują, czy twoja opowieść będzie ważna, prawdziwa, jasna dla czytelnika od samego początku. Jeśli skoncentrujesz się na historii, nie na stylu, twój styl zacznie wychodzić na powierzchnię, odezwie się twój prawdziwy głos. Twój styl będzie lepszy, jeśli nie będziesz o nim myślał.
*
Co sprawia, że wydarzenia w opowieści wydają się czytelnikowi ważne? Prawie zawsze jest to fakt, że sprawy bohatera rezonują ze sprawami i problemami czytelnika.
*
Czego pisarz może nauczyć się od jaszczurki, albo ptaka? Prawda jest w szybkości. Im szybciej piszesz, tym uczciwszy jesteś. Wahanie powoduje za dużo myślenia. Z ociągania się przychodzi wysiłek w poprawiani stylu, który zastępuje dotykanie prawdy.
*
Jakie to dziwne: jesteśmy tak zajęci w poszukiwaniu sposobów i wydarzeń na zewnątrz, że zapominamy patrzeć do wewnątrz.
*
Kiedy piszę, zostawiam za sobą dziury. Czasami nie przychodzi mi do głowy żaden ekscytujący sposób opisania czegoś. Opuszczam tę część i wracam do niej później.
*
Nie używaj więcej słów niż potrzeba.
*
Nie powtarzaj się.
*
Żeby twój bohater nie stał się „papierowy” musisz mieszać. Nikt nie jest biały, albo czarny, dlatego twoja postać musi mieć dobre i złe strony. Bohaterowie powinni mieć wady, łotry – zalety. Bohater może być odważny, ale bez przesady. Dopiero jego strach czyni go prawdziwym.
Tuesday, 2 March 2010
Tecumseh

Tecumseh
Żyj tak, aby strach przed śmiercią
nigdy nie zawitał w twoim sercu.
Nie krytykuj religii innych ludzi.
Szanuj poglądy innych
i wymagaj, żeby oni szanowali twoje.
Kochaj swoje życie, staraj się je doskonalić,
szukać piękna we wszystkim, co cię spotyka.
Staraj się, aby twoje życie było długie
i poświęcone służbie dla twego ludu.
Przygotuj szlachetną pieśń śmierci –
zaśpiewasz ją w dniu, w którym przekroczysz wielką granicę.
Zawsze pozdrawiaj swych przyjaciół słowem lub gestem.
Pozdrawiaj również obcych, których spotkasz na pustkowiu.
Szanuj wszystkich, ale nie upokarzaj się przed nikim.
Kiedy wstajesz rano, podziękuj za światło,
za życie, za siłę.
Podziękuj za jedzenie, za radość istnienia.
Jeśli nie widzisz powodu do wdzięczności,
wina leży po twojej stronie.
Nie dotykaj trującej wody ognistej,
która zamienia ludzi mądrych w głupców
i która odbiera duchowi jego wizję.
Kiedy nadejdzie śmierć,
nie bądź tacy, jak ci,
których serca pełne są strachu,
i którzy modlą się o więcej czasu,
żeby przeżyć swe życie inaczej.
Zaśpiewaj pieśń śmierci
i umrzyj jak bohater
wracający do domu.
Tecumseh (1768-1813), wódz plemienia Szaunisów.
Saturday, 27 February 2010
Ray Bradbury o pisaniu

Jeżeli piszesz bez zapału, bez entuzjazmu, bez miłości, bez zabawy, jesteś pisarzem tylko w połowie. Oznacza to, że jesteś tak zajęty obserwowaniem komercyjnego rynku, albo podązaniem za trendami avangardowej śmietanki, że zapominasz, jak być sobą. Nie znasz siebie.
Pisarz musi być podekscytowany tym, co robi. Powinien być pełen entuzjazmu i gorączki. Bez tego może równie dobrze pracować przy zbiorach brzoskwiń, albo kopać rowy. Bóg świadkiem, że wyszło by mu to na zdrowie.
Kiedy ostatni raz napisałeś historię, w której twoja prawdziwa miłość, albo nienawiść przedostały się na papier? Kiedy ostatnio pozwoliłeś gnębiącej cię krzywdzie uderzyć w kartkę, jak piorun? Jakie są najlepsze i najgorsze rzeczy w twoim życiu i kiedy zbierzesz się na to, żeby o nich szeptać, albo krzyczeć?
("Zen in the Art of Writing" Ray Bradbury)
Monday, 22 February 2010
To nie był nawet człowiek
Jak to już mam w zwyczaju, wrzucam fragment opowiadania, nad którym teraz pracuję. Chyba robi mi się z tego jakiś przesąd.
Postanowiłem sięgnąć do korzeni i umiejscowić akcję w moich stronach, czyli w Beskidzie Żywieckim. A bohater to w pewnym sensie ja - myślę, że szukam przymierza z sobą sprzed wielu lat. Poróżniliśmy się pewnego dnia i chyba już czas wyciągnąć do siebie prawice. Dlatego próbuję pisać tę opowieść z miłością;). Jeśli nic się nie zmieni, będzie to początek cyklu. Zobaczymy.
To nie był nawet człowiek
(fragment opowiadania)
Kiedy ostatnia łopata ziemi wylądowała na grobie, świt zdążył zafarbować czerń nieba na ciemny granat. Pot spływał mi po plecach zimnym strumieniem. Ciężko dysząc obiecałem sobie, że rzucę palenie jeszcze dziś. Po skończonej harówce padłem na trawę i zapaliłem papierosa. Mokre nogawki nieprzyjemnie kleiły się do łydek, ale nie miałem siły, żeby coś z tym zrobić. Chciałem spać i zapomnieć.
Julek usiadł obok i wytarłszy czoło rękawem popatrzył na mnie. Choć było jeszcze za ciemno na odczytywanie emocji z twarzy, wyczułem emanację współczucia.
- Jak się trzymasz? – zapytał.
- Może być – mruknąłem.
- Przepraszam. Myślałem, że mamy trochę więcej czasu z tym kołkiem,
Przymknąłem oczy. To był błąd. Pod powiekami znów rozegrała się scena sprzed kilkudziesięciu minut.
Retrospekcja:
Wracamy z kołkiem, którego, jak mówi mój nowy przyjaciel, nie mamy czasu naostrzyć. Sygnalizuje, żebym zabrał kamień z nad rzeki. Podnoszę jeden, płaski, okrągły, ciężki. Potykam się i pomimo prób utrzymania równowagi, wpadam po pas do wody.
- Szybciej. Nie mamy czasu – mówi mój towarzysz. Siarczyście klnąc, gramolę się na brzeg. Po chwili idziemy, prawie biegniemy. Widać już ciemniejsze wzniesienie. To nazrywane łopiany okrywają ciało. Julek oddycha z ulgą.
- Zdążyliśmy.
Odrzucamy liście. Przez chwilę mam nadzieję, że nie będzie pod nimi nic. Niestety, trup leży, złośliwie czekając na nasz powrót. Julek przykłada tępy, niczym sztyl od łopaty kołek do mostka. Kiwnięciem głowy wskazuje na kamień. Podnoszę ciężar do góry. Waham się. Przecież to zwykły nieboszczyk. Dałem się nabrać na bajki o wampirach. Nie wezmę w tym udziału. Wystarczy. Już mam powiedzieć to na głos, kiedy wampir wyrywa kołek z ręki Juliusza i ciska go w krzaki. Potwór siada mechanicznie, patrzy na nas, następnie jak sprężyna rzuca się całym ciałem przed siebie.
Jestem sparaliżowany. Kamień wypada mi z rąk. Na szczęścia Julek nie traci razonu. Biegnie w krzaki, w kilka sekund znajduje kołek i woła:
- Kamień! Weź kamień! – po czym rusza w ślady wampira. Jego słowa działają jak wiadro zimnej wody. Chwytam zgubę i biegnę za nimi, na ślepo, w ciemność. Są. Dwa miotające się kształty. Julek trzyma za nogi wyrywającego się mężczyznę. Po krótkiej szarpaninie siada na niego. Przykłada kołek do piersi.
- Wal!
Opuszczam kamień. Za słabo. Gdyby ten cholerny badyl był ostrzejszy... Cios za ciosem. Z każdym uderzeniem drewno wchodzi zaledwie o kilka milimetrów, nie więcej. Wampir miota się i krzyczy. Jezu, co za upiorny skrzek. Okoliczne psy ujadają coraz głośniej. Mam wrażenie, że słyszy nas cała wioska. Wreszcie jednym z ciosów wbijam kołek porządnie, na wylot. Przelatuje mi przez głowę myśl, że musiałem przebić kość, dlatego weszło tak łatwo. Ciało wiotczeje. Gdzieś w oddali, w lesie rozbrzmiewa nieludzki, wściekły wrzask. Przypominam sobie, że było ich dwóch. Wrzask ginie, urwany. Czuję, że ręce i twarz pokrywa lepka krew.
koniec retrospekcji
- Już nigdy nie zjem śliwek z tego drzewa – powiedziałem markotnie, spoglądając na ciężkie od owoców gałęzie.
- Mówiłem, żeby pochować go w lesie.
- Jak wiesz, w lesie czeka jego przyjaciel. Na dziś wystarczy mi nowych znajomości.
Grób wykopaliśmy w ogrodzie za domem. Ziemia wyścielona była śliwkami. Po skończonej robocie zamaskowaliśmy rozkopany grunt owocami. Nie został ślad.
Popatrzyłem do góry. Ciemność. Pewnie chmury ciągle tam były, ale na wschodzie przebijało już czyste niebo. Czekał nas słoneczny dzień. Pociągnąłem nosem. Zapach mokrej ziemi, śliwek i krwi był intensywny i oszałamiający. Powoli dochodziłem do siebie. Spróbowałem poukładać poszatkowany na kawałki świat. To nie był nawet człowiek... Widać powiedziałem to na głos, bo Julek powtórzył za mną:
- To nie był nawet człowiek – wyczułem gorycz. Raczej nie było to jego pierwsze spotkanie z wampirzymi agentami CIA. Nie miałem siły spytać. Jutro. Jutro wszystkiego się dowiem.
- Czeka nas długi, ciężki dzień. Skorzystaj z ostatnich godzin odpoczynku – powiedział.
- A ty? - Nie mogłem zaprosić go do domu. Jak wytłumaczyłbym obecność takiego dziwaka o trzeciej nad ranem? Zresztą według wiedzy rodziców, w tej chwili smacznie spałem we własnym łóżku.
- Co radzisz?
Podrapałem się po głowie. Mam!
- Co powiesz na strych, nad szopą? Jest tam trochę siana, a nawet koc.
Wstaliśmy. Pokazałem Julkowi szopę, a sam, najciszej jak mogłem wdrapałem się z powrotem przez okno. Wyłączyłem telewizor, wziąłem prysznic i w niecałą minutę spałem. Odszedłem do krainy snów tak łagodnie i nieodwołalnie, jakbym nigdy nie spotkał dziewiętnastowiecznego pisarza, z którym zabiłem wampira, podsłuchującego historię o Majowym Uśmiechu oraz trzech, bardzo niesympatycznych braciach. We śnie byłem Foxem Mulderem i próbowałem odnaleźć Scully, która odeszła z przystojnym agentem ubezpieczeniowym. Zapłakany i bezradny usiadłem na leśnej polanie. Z nieba zaczęły spadać złociste, lśniące jaja. Spadały aż do samego rana.

Friday, 19 February 2010
Saturday, 13 February 2010
I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...
I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...
Drugi dzień urlopu. A może już trzeci? Sobota. Czyli drugi. Tanię znowu ścięło choróbsko. To drugi raz w tym roku, i chyba szósty w ostatnich sześciu miesiącach. Nie wiem, może to stres, może tęsknota za domem, może grzyb w łazience. Poczytałem jej trochę. „Triumf Pana Kleksa”, ale nie za długo, bo rozbolało mnie gardło. Tylko do wizyty Alojzego Bąbla przebranego za listonosza. W końcu chyba zasnęła. „Pana Kleksa” zamówiłem ostatnio z Polski, w nostalgicznym ataku tęsknoty za utraconym rajem. Spróbuję poczytać do poduszki, choć nie wiem, jak umysł przyzwyczajony do wielopoziomowej i zaangażowanej lektury będzie reagował na książkę dla dzieci.
Poszperałem trochę w sieci za ebookami. Nie, żeby czytać, skąd – nienawidzę czytać z ekranu. Po prostu, żeby zerknąć, może przypomnieć sobie jakąś książkę, która kiedyś mnie ruszyła. Ani się obejrzałem, jak wsiąkłem po uszy. Znajome tytuły i autorzy obudzili wspomnienia. „Dzieci kapitana Granta”, „Trzej muszkieterowie”, Artur Conan Doyle, Edgar Alan Poe, „Cieplarnia” Aldissa, „Kroniki marsjańskie”, „Dzień Tryfidów”. Wszystkie książki, które podsuwał mi ojciec odkąd tylko zacząłem czytać.

U nas domu książka to była świętość, tak samo jak chleb. Pamiętam, jako berbeć, kiedy upuściłem kawałek chleba, albo książkę, musiałem pokornie ucałować, nie było zmiłuj się. Mieszkaliśmy w malutkiej osadzie górskiej, może dziesięć chat, jeden telewizor, do wioski ze sklepem jakaś godzina drogi. Książka to był towar deficytowy. Tak samo zresztą jak czasami chleb. Tata zaszczepiał nam miłość do literatury od samego początku. Pamiętam, jak przychodził z pracy lekko (w sumie częściej „mocno”, ale leśnicy tak już mają) wstawiony i przy wtórze utyskiwań mamy, recytował z pamięci wiersze Mickiewicza. Jego ulubiony był „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Widzę to, jak dziś – zataczający się, pogrążony w roli, podnosi wyimaginowany nóż i wbija go w wyimaginowanego „pana”, gdy tymczasem mama stoi z założonymi rękami i kiwa z politowaniem głową. Uwielbiałem to. Straszne historie wierszem, pomieszane z zapachem wódki. Jak z książki.
Za biblioteczkę służył „ostatni pokój” i tata nie lubił, żebyśmy się tam szwendali – mówię o czasach, kiedy miałem nie więcej niż cztery, pięć lat. Myślę, że bał się, że coś zniszczymy, nie uszanujemy literatury. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Wchodziłem do tamtego pokoju, jak do kościoła, z otwartymi ustami przyglądając się niebosiężnym półkom (teraz pewnie byłyby gdzieś tak do wysokości szyi), na których stały tajemnicze księgi, pełne jeszcze niedostępnych opowieści – niektóre z wesołymi, pociągającymi okładkami, inne niepokojące, mroczne, pełne niewytłumaczalnego, choć bardzo realnego zagrożenia.
Szczególnie jeden z tomów serii Szczęśliwa Siódemka – „Duchy, zjawy, upiory” budził we mnie grozę. Do tej krwistoczerwonej, przerażającej książki, z której uśmiechała się trupia czaszka, podchodziło się jak do prawdziwego potwora – powoli, na drżących nogach, spoglądając przez ramię, czy droga ucieczki do „środkowego pokoju”, z którego był już tylko krok do swojskiej kuchni, stoi otworem. Podchodziłem na dwa kroki, wyciągałem dłoń, wysuwałem kawałek książki, tylko tyle, żeby zobaczyć kawałek okładki i w długą! Fascynacja trwała przez lata i w końcu przeczytałem ją chyba w drugiej klasie podstawówki. Tak zapoczątkowałem okres dziecięcej paranoi i życia w ciągłym strachu. Do dziesiątego roku życia miałem już przeczytanego po kilka razy całego Poe’go, Opowieści Niesamowite z prozy rosyjskiej, Opowieści Niesamowite francuskie (jasnoniebieska okładka i gdzieś w środku obraz najstraszniejszego diabła, jakiego w życiu widziałem, brrr), „O duchach – opowieści prawdziwe”... Uwielbiałem to, choć spać musiałem przy zapalonym świetle i do dziś pamiętam najgorsze w życiu koszmary z tamtego okresu. Albo przychodząc ze szkoły do pustego domu, wczołgiwałem się pod koc, gdzie drżąc ze strachu, potrafiłem przeczekać kilka godzin do powrotu jakiegoś domownika. Czego nie robi z człowieka miłość do literatury.

Moje zainteresowania nie ograniczały się do literatury grozy. Chwała Bogu, bo kto wie, czy wyrósłbym na w miarę normalnego gościa, za jakiego się uważam. W tym samym czasie (mówię o okresie pomiędzy dziewiątym, a piętnastym rokiem życia), jak pewnie wszyscy w moim wieku, zakochałem się w Tomku na różnych tropach, krainach, i wojennych ścieżkach. Oczywiście „Pan Samochodzik”. Co jeszcze... Juliusz Verne – wszystko, co wpadło w ręce, z czego „W 80 dni dookoła świata” przeczytałem chyba dziesięć razy, podobnie jak „Dzieci kapitana Granta”. „Trzej Muszkieterowie”! To też było ekstatyczne doświadczenie, powtarzane raz za razem. Ojciec któregoś dnia powiedział z tajemniczą miną, że istnieją dalsze części tego arcydzieła. Przez lata szukałem tych mitycznych ksiąg, wątpiąc w ich istnienie, aż w końcu znalazłem w jakimś antykwariacie, choć było już za późno, żebym czerpał z nich tyle radości, ile czerpałbym wtedy, gdy zaczynałem mój związek z Dumasem.
Jeszcze... O! „Nędznicy”. Na tę książkę namawiał mnie zarówno ojciec, jak i mama, ale odstraszała mnie objętość, jak i poważny język. Kiedy w końcu się skusiłem, wpadłem na cały tydzień, zaniedbując jedzenie i sen. To chyba wtedy zaczął się mój romans z klasyką (E. A. Poe nie zaliczałem oczywiście do klasyki. Poe był po prostu cool). Dickens z „Oliwerem Twistem” i „Opowieścią wigilijną” porwał moje serce. To chyba gdzieś w tamtym momencie zaczął się budzić we mnie mały anarchista. Później Sienkiewicz. Do dziś słowo „trylogia” ma dla mnie tylko jedno znaczenie. Frodo z kolegami nie był w stanie odbić miana „trylogia” od Kmicica, Skrzetuskiego, czy Małego Rycerza. Za późno się pojawił.

Przyszedł czas na moją największą miłość, której pozostawałem wierny przez lata. Fantastyka. Był to też konik mojego staruszka, więc nie miałem wyjścia, jak dać się zarazić. Nie pamiętam, co było najpierw. Podobnie jak z innymi książkami dla dorosłych, zacząłem przed dziesiątym rokiem życia. Lubię myśleć, że moja pierwsza książka to były „Kroniki marsjańskie” Bradburego i że to dzieło ukształtowało mnie na resztę życia, ale to tylko wyobraźnia. Przypominam sobie jednak, że podobnie jak „Duchy, zjawy, upiory”, okładka „Kronik marsjańskich” towarzyszyła mi od najmłodszych lat, jeszcze zanim nauczyłem się czytać. Na czarnym tle, pomiędzy czterema, bursztynowymi planetami widać czarną czaszkę. Nie bałem się. Byłem zafascynowany. No i jak się później okazało, miałem rację - jest to jedna z najpiękniejszych książek, na jaką miałem okazję trafić.
No więc fantastyka. Nie pamiętam początku, ale nie zapomnę największych przygód. „Cieplarnia” Aldissa, wow. Świat na drzewie, młodzi chłopcy walczący o przeżycie i jeden z pierwszych, nigdy nie zapomnianych kontaktów z seksem w literaturze. Jeden z chłopców zostaje ostatnim samcem w plemieniu i na nim spoczywa zadanie "rozpładzania" ludzkości. Skubany.
„Bajki robotów” z ilustracjami Mroza, grube tomisko, z pożółkłymi kartkami, też chyba przeczytane ze sto razy. „Opowieści o pilocie Pirxie” – raz za razem. Do dziś „Test pilota Pirxa” podtrzymuje mnie na duchu, kiedy patrzę na moje niepoukładane życie. Trochę później Zajdel – „Limes Inferior”, „Paradyzja”, „Cała prawda o planecie Xsi” – anarchista w środku budził się coraz bardziej. Konrad Fijałkowski – kto go jeszcze pamięta? Tak samo Andrzej Trepka, Czesław Chruszczewski, Bohdan Petecki, Jacek Sawaszkiewicz, Jerzy Żuławski – tymi ludźmi się żyło.

Mówię o drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie było łatwo o książki, a jak już mówiłem, niemożliwością było zdobycie ich, mieszkając na wsi. Mam taką historię – i czerwienie się, gdy o niej opowiadam. Raz wybrałem się na wyprawę do wioski kilkanaście kilometrów od mojej, żeby zobaczyć, co mają w bibliotece. Serce stanęło mi na widok upragnionych, acz niedostępnych autorów. Robert Silverberg, Aldiss, Clark, „K jak Kosmos” Bradburego. Pani bibliotekarka wyszła na kawę. W hipnotycznym transie zgarnąłem do torby całą prawie półkę książek i uciekłem. Później paląc się z poczucia winy, ale równocześnie pogrążony w słodkim, bibliofilskim odurzeniu , rozłożyłem łupy na podłodze w pokoju i długo wpatrywałem się w okładki, wąchałem stronice, przeglądałem spisy treści... Jezu - mam nadzieję, że takie rzeczy też się przedawniają i że nie czeka mnie wizyta z prokuratury.

Następnym razem mi się nie poszczęściło. Spróbowałem szczęścia w antykwariacie, w mieście wojewódzkim. Miałem piętnaście, może szesnaście lat. Przez pół godziny przymierzałem się do porwania brakującego mi tomu trylogii księżycowej Żuławskiego. Wreszcie schowałem książkę pod sweter i ruszyłem do wyjścia.
- Co tam masz? – spytała pani antykwariuszka. Jej głos ociekał jadem. Zimny pot wyszedł mi na twarz. Czułem się jak w sennym koszmarze. Powoli wyciągnąłem książkę zza paska i położywszy ją na ladzie skierowałem się do drzwi. Nie zdążyłem. Jedna ze sprzedawczyń złapała mnie za ubranie, druga wykręciła rękę, a trzecia zawołała policjanta. Skończyło się na zatrzymaniu legitymacji szkolnej i wysłaniu jej do ogólniaka. Na szczęście miałem wtyki, w osobie profesora, który opiekował się kółkiem teatralnym, więc legitymacja niezauważalnie do mnie wróciła. To była ostatnia książka, jaką ukradłem. Choć ojciec zawsze powtarzał, że kradzież książki to nie jest nic złego – książki należą do wszystkich, to jednak wspomnienie bycia przyłapanym było zbyt traumatyczne, żebym mógł kontynuować mój niecny proceder.
Trochę zboczyłem z tematu i nie mam przygotowanego, żadnego płynnego zakończenia.
A może nie trzeba? Może w tej książce ktoś wyrwał ostatnią stronę?

Friday, 12 February 2010
Daj nam szansę, my Friend

Grzebałem w starociach i znalazłem ten wiersz sprzed kilku lat. Trochę młodzieńczego entuzjazmu:)
Daj nam szansę, my Friend
Nie płacz, bracie -
rytm jest tuż za drzwiami
i mieni się kolorami.
Wystarczy, że sięgniesz ręką,
powiesz kilka słów,
uwierzysz w Manitou,
i rytm będzie tuż tuż
właśnie tu - trąbek dźwięk.
Przepis jest prosty -
włącz play w sercu,
podkręć basy w głowie,
weź do kupy garść wspomnień -
kiedy słuch cię nie mylił
i słyszałeś przyjaciół nadających
z małych radiostacji
na punkowch wyspach,
w hipisowskich azylach.
Bo taki jest fakt -
myślisz, że to był tylko sen,
myślisz, że wyrosłeś,
że świat to tylko o punkty gra,
zła karma, dobra karma,
y que pasara con mi pobre alma?
A właśnie, że nie -
świat do odważnych należy,
świat odważnym reggae gra.
Po prostu się wsłuchaj przez chwilę,
słuchaj, jak Pachamama gra
słuchaj, nie gadaj, tsss...
Poeci muszą żyć z dnia na dzień.
Bardowie nie mogą płacić podatków.
Artyście nie wolno zapomnieć,
że szczęście ma smak
przypadkowych spotkań
i niepewności jutra -
jak możesz mówić o szczęściu,
kiedy znasz rozkład
każdego następnego dnia?
Przecież zgodziliśmy się na smutek,
zgodziliśmy się na (czasami) pusty gar
i rosyjską ruletkę,
no bo jaki sens ma trzymanie się życia
tylko po to, by życie przeciekło między palcami?
Życie trzeba przeżyć, nie przeżuć.
Dlatego, my Friend, zrób coś i
daj nam jeszcze jedną szansę,
rozdaj nowe karty.
Daj nam, my Friend, nową szansę
bycia poetami.
Tuesday, 9 February 2010
W bursztynie - sen
1
Zjawia się gość. Nie pasuje do naszego towarzystwa. Jest starszy, koło trzydziestki. Kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu, w połączeniu z orlim nosem i czarnymi, lśniącymi oczami nadają mu drapieżnego, nieprzyjemnego wyglądu. Podaje się za magika. Akceptujemy go. Czekamy z ciekawością na pokaz sztuczek. Mężczyzna najpierw zaprzyjaźnia się z każdym z nas, z osobna. Żartuje, śmieje się, łamie lody. Gdy podchodzi do „mojej” dziewczyny, czuję niepokój i niechęć. Chciałbym, żeby go tutaj nie było. Wydaje mi się, że skaził atmosferę naszego dziecięcego spotkania.
Wreszcie mówi, że naszedł czas na sztuczkę. Powoli okręca głowę, przyglądając się każdemu z dzieci osobno, jakby wybierał ofiarę, aż wreszcie zatrzymuje się na rudym chłopcu, zajadającym ciasto. Chłopiec przestaje jeść i lekko wystraszony patrzy na mężczyznę. Ten przymyka oczy i zaczyna mówić o tajemnicach chłopca, o których nie mógł wiedzieć nikt, oprócz niego. O jego zauroczeniu innym chłopcem, jego przyjacielem, o masturbacji, o pieniądzach odkładanych na operację.
Wszyscy się krzywią, już nikt nie czuje nastroju zabawy. Atmosfera się zagęszcza, pojawia się strach. Czujemy się jak więźniowie. Głowa mężczyzny znów obraca się dookoła, jak przerażający łeb mechanicznego klowna. Szuka następnej ofiary.

3
Leżę na trawie. Otacza mnie piękny ogród. Gorące słońce pieści moją twarz, przez sitko pachnących źdźbeł trawy. Brzęczą pszczoły, pachną kwiaty, płynę w zmysłowej bezczynności. Czas rusza się bardzo leniwie, tak leniwie, że wydaje się, jakby stał w miejscu. Skąd się tutaj wziąłem? Kim jestem? Gdzie?
Lekki niepokój zakłóca idyllę. Podnoszę się na łokciu. Widzę ją. Niepokój mija. Ona leży obok, patrzy na mnie, uśmiecha się omdlewająco. Wyciąga dłoń. Dotykamy się palcami. „Kocham cię” – mówi. Też ją kocham. Jest tylko ogród, słońce i miłość. I bezruch. Statyczność. Zdaję sobie sprawę, że niepokój nie minął do końca. Ciągle jest, raniąc jak ćmiący ząb. Przenika mnie uczucie straty, wrażenie, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Ona ciągle tam jest, ciągle się uśmiecha, ale w jej oczach, głęboko, pod powierzchnią leniwej ni to seksualności, ni to platoniczności, widzę strach i niemoc. Chcę sobie przypomnieć...
4
Nagle ogród znika. Powraca pamięć. Leżę na podłodze mieszkania. Intensywny zapach moczu atakuje nozdrza. Czuję głód i strach. Zniewolenie. Rozglądam się spod półprzymkniętych powiek. Inne dzieci leżą obok mnie. Wychudzone, brudne twarze kryją poruszające się nerwowo powieki. Dzieci śnią. Próbuję przypomnieć sobie, jak długo to już trwa. Godzinę? Dzień? Miesiąc? Gdzie jest...
Słyszę kroki. Zamykam kurczowo powieki. Choć przerażenie zamgliło myśli, wiem, że mężczyzna nie może zdać sobie sprawy, że nie śpię. To moja jedyna szansa. Kroki zatrzymują się przed moją twarzą. Słyszę szelest. Mężczyzna kuca obok. Tak mi się zdaje.
- Nieładnie tak kłamać – mówi drwiąco i zimne, spocone palce dotykają mojego czoła. Zapadam się. Wszystko blaknie...
I znów leżę w ogrodzie zapomnienia, w którym panuje martwy, słoneczny spokój, gdzie ona patrzy na mnie z miłością, pod którą jej oczy krzyczą z przerażenia, a gdzieś w środku ćmi mętne uczucie straty, uwięzienia i oszustwa.
5
Mały chłopiec bawi się z przyjaciółmi pod lasem. Choć jego rówieśnicy biegają, śmieją się, krzyczą, malec nie czuje się najlepiej. Męczy go myśl o śnie, jaki nawiedził go ostatniej nocy. To był okropny koszmar. Były w nim dzieci, trochę tylko starsze od niego, zły pan, więzienie. Chłopiec czuje wielki smutek.
Patrzy na zrujnowaną chatę pod lasem i nagle przypomina sobie, że wygląda ona dokładnie tak, jak dom z jego snu. Zostawia przyjaciół i powoli idzie w kierunku drewnianego, starego budynku, który stoi tam pusty już od lat. Matki zabroniły się tam bawić, ostrzegając przed duchami i zgniłymi deskami. Chłopiec dochodzi do ruiny. Stoi przed drzwiami, z wahaniem wyciągając rękę do klamki. Nie chce otwierać tych drzwi, ale myśl o dzieciach ze snu zmusza go do tego. Otwiera. Wchodzi. Na podłodze leżą dzieci. Kilkanaście brudnych, wychudzonych ciał. Wydaje się, że śpią, ale chłopiec wie, że to tylko iluzja. Gdyby żyły, ciągle byłyby w świecie słonecznego ogrodu. Sen o nich nawiedził go tylko dlatego, że ostatni z więźniów złego pana, zmarł właśnie tej nocy.
Chłopiec płacze, coraz bardziej, coraz więcej łez, chciałby przytulić zmarłego chłopca, tego, który leży pod samym oknem. Rozpoznał w nim głównego bohatera snu, ale zbyt się boi, żeby podejść bliżej. Więc ucieka i z płaczem biegnie do przyjaciół, żeby opowiedzieć im o swoim odkryciu.

Jestem na przyjęciu. Mamy po czternaście, piętnaście lat. Może to czyjeś urodziny? A może spotkaliśmy się, ot tak, żeby naśladować dorosłych?
Panuje atmosfera zabawy, świeżości, podekscytowania, elektryczny haj, kiedy w człowieku budzą się dorosłe myśli, uczucia.
Jest tam dziewczyna, w której jestem zakochany. Czarnowłosa, sarniooka, pijąc oranżadę po drugiej stronie pokoju, rzuca mi ukradkowe, zawstydzone spojrzenia. Wiem, że też czuje coś do mnie, ale jestem za młody, żeby skorzystać z tej wiedzy. Zresztą tak jest dobrze. Jestem szczęśliwy.
2Panuje atmosfera zabawy, świeżości, podekscytowania, elektryczny haj, kiedy w człowieku budzą się dorosłe myśli, uczucia.
Jest tam dziewczyna, w której jestem zakochany. Czarnowłosa, sarniooka, pijąc oranżadę po drugiej stronie pokoju, rzuca mi ukradkowe, zawstydzone spojrzenia. Wiem, że też czuje coś do mnie, ale jestem za młody, żeby skorzystać z tej wiedzy. Zresztą tak jest dobrze. Jestem szczęśliwy.
Zjawia się gość. Nie pasuje do naszego towarzystwa. Jest starszy, koło trzydziestki. Kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu, w połączeniu z orlim nosem i czarnymi, lśniącymi oczami nadają mu drapieżnego, nieprzyjemnego wyglądu. Podaje się za magika. Akceptujemy go. Czekamy z ciekawością na pokaz sztuczek. Mężczyzna najpierw zaprzyjaźnia się z każdym z nas, z osobna. Żartuje, śmieje się, łamie lody. Gdy podchodzi do „mojej” dziewczyny, czuję niepokój i niechęć. Chciałbym, żeby go tutaj nie było. Wydaje mi się, że skaził atmosferę naszego dziecięcego spotkania.
Wreszcie mówi, że naszedł czas na sztuczkę. Powoli okręca głowę, przyglądając się każdemu z dzieci osobno, jakby wybierał ofiarę, aż wreszcie zatrzymuje się na rudym chłopcu, zajadającym ciasto. Chłopiec przestaje jeść i lekko wystraszony patrzy na mężczyznę. Ten przymyka oczy i zaczyna mówić o tajemnicach chłopca, o których nie mógł wiedzieć nikt, oprócz niego. O jego zauroczeniu innym chłopcem, jego przyjacielem, o masturbacji, o pieniądzach odkładanych na operację.
Wszyscy się krzywią, już nikt nie czuje nastroju zabawy. Atmosfera się zagęszcza, pojawia się strach. Czujemy się jak więźniowie. Głowa mężczyzny znów obraca się dookoła, jak przerażający łeb mechanicznego klowna. Szuka następnej ofiary.
Leżę na trawie. Otacza mnie piękny ogród. Gorące słońce pieści moją twarz, przez sitko pachnących źdźbeł trawy. Brzęczą pszczoły, pachną kwiaty, płynę w zmysłowej bezczynności. Czas rusza się bardzo leniwie, tak leniwie, że wydaje się, jakby stał w miejscu. Skąd się tutaj wziąłem? Kim jestem? Gdzie?
Lekki niepokój zakłóca idyllę. Podnoszę się na łokciu. Widzę ją. Niepokój mija. Ona leży obok, patrzy na mnie, uśmiecha się omdlewająco. Wyciąga dłoń. Dotykamy się palcami. „Kocham cię” – mówi. Też ją kocham. Jest tylko ogród, słońce i miłość. I bezruch. Statyczność. Zdaję sobie sprawę, że niepokój nie minął do końca. Ciągle jest, raniąc jak ćmiący ząb. Przenika mnie uczucie straty, wrażenie, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Ona ciągle tam jest, ciągle się uśmiecha, ale w jej oczach, głęboko, pod powierzchnią leniwej ni to seksualności, ni to platoniczności, widzę strach i niemoc. Chcę sobie przypomnieć...
Nagle ogród znika. Powraca pamięć. Leżę na podłodze mieszkania. Intensywny zapach moczu atakuje nozdrza. Czuję głód i strach. Zniewolenie. Rozglądam się spod półprzymkniętych powiek. Inne dzieci leżą obok mnie. Wychudzone, brudne twarze kryją poruszające się nerwowo powieki. Dzieci śnią. Próbuję przypomnieć sobie, jak długo to już trwa. Godzinę? Dzień? Miesiąc? Gdzie jest...
Słyszę kroki. Zamykam kurczowo powieki. Choć przerażenie zamgliło myśli, wiem, że mężczyzna nie może zdać sobie sprawy, że nie śpię. To moja jedyna szansa. Kroki zatrzymują się przed moją twarzą. Słyszę szelest. Mężczyzna kuca obok. Tak mi się zdaje.
- Nieładnie tak kłamać – mówi drwiąco i zimne, spocone palce dotykają mojego czoła. Zapadam się. Wszystko blaknie...
I znów leżę w ogrodzie zapomnienia, w którym panuje martwy, słoneczny spokój, gdzie ona patrzy na mnie z miłością, pod którą jej oczy krzyczą z przerażenia, a gdzieś w środku ćmi mętne uczucie straty, uwięzienia i oszustwa.
Mały chłopiec bawi się z przyjaciółmi pod lasem. Choć jego rówieśnicy biegają, śmieją się, krzyczą, malec nie czuje się najlepiej. Męczy go myśl o śnie, jaki nawiedził go ostatniej nocy. To był okropny koszmar. Były w nim dzieci, trochę tylko starsze od niego, zły pan, więzienie. Chłopiec czuje wielki smutek.
Patrzy na zrujnowaną chatę pod lasem i nagle przypomina sobie, że wygląda ona dokładnie tak, jak dom z jego snu. Zostawia przyjaciół i powoli idzie w kierunku drewnianego, starego budynku, który stoi tam pusty już od lat. Matki zabroniły się tam bawić, ostrzegając przed duchami i zgniłymi deskami. Chłopiec dochodzi do ruiny. Stoi przed drzwiami, z wahaniem wyciągając rękę do klamki. Nie chce otwierać tych drzwi, ale myśl o dzieciach ze snu zmusza go do tego. Otwiera. Wchodzi. Na podłodze leżą dzieci. Kilkanaście brudnych, wychudzonych ciał. Wydaje się, że śpią, ale chłopiec wie, że to tylko iluzja. Gdyby żyły, ciągle byłyby w świecie słonecznego ogrodu. Sen o nich nawiedził go tylko dlatego, że ostatni z więźniów złego pana, zmarł właśnie tej nocy.
Chłopiec płacze, coraz bardziej, coraz więcej łez, chciałby przytulić zmarłego chłopca, tego, który leży pod samym oknem. Rozpoznał w nim głównego bohatera snu, ale zbyt się boi, żeby podejść bliżej. Więc ucieka i z płaczem biegnie do przyjaciół, żeby opowiedzieć im o swoim odkryciu.
Thursday, 28 January 2010
Panika

G. De Chirico "Misterio y melancol�a de una calle"
Panika
fragment opowiadania
Powoli zbliżam się do końca. Potrzebuję jeszcze z dwóch zwrotów akcji, trochę więcej przerażenia i czas na puentę. Może w ten weekend się uda?
Obejrzał się dookoła. Nie był pewny, z której strony przyszli. Każda ciasna uliczka wydawała się taka sama – odpychająca i nieznajoma. Spokojnie. Najpierw na rynek weszła Juana i Alice. Zatrzymały się. Minął je i wtedy coś go sparaliżowało... Walczył przez chwilę. Później upadł na bruk, tutaj, w tym miejscu... Czyli uliczka, którą przyszli, musiała być dokładnie za nim.
Nie zastanawiając się, ruszył prawie biegiem. Odepchnął od siebie myśl, że za cholerę nie przypomina sobie ukruszonego gzymsu, który pomimo wieku, ciągle zachował intensywnie czerwony malunek egzotycznych kwiatów.
Echo kroków odbijało się głucho od ścian. Tak, jakby maszerowało (biegło, Stan, przyznaj to – biegło!) przynajmniej dziesięć osób. Rozważył ściągnięcie butów, ale to oznaczałoby, że musi się zatrzymać. Nie było takiej możliwości.
Panika, piekącymi falami wylewała się z przepony. Czuł bijące w piersi serce, jakby to było przekrojone na pół chili, pocierające się o otwartą ranę. Pięć lat temu uciekał przed bandziorem na Brooklyn Avenue. Było późno, nie mógł złapać taksówki, znikąd zjawił się ten czarny dzieciak. Wyglądał kurewsko groźnie, jak śpiewak z rapowego teledysku. Oddał portfel, ale to mu nie wystarczyło, chyba był na czymś, mówił tak szybko, nerwowo, nie patrzył w oczy, a później wyciągnął nóż i już nie było miejsca na dyplomację i ściąganie zegarka, pozostała jedynie paniczna ucieczka. Jeszcze nigdy tak nie biegł i też paliło go w piersi, a później był z siebie dumny, że wygrał wyścig z tym gówniarzem.
Teraz było gorzej. O wiele gorzej.
Subscribe to:
Posts (Atom)
