Wednesday, 4 March 2020
Śmierć i odrodzenie
Czytam stare wpisy na blogu. Nie planowałem robić sobie reminiscencji, przypadkowo tak wyszło, kiedy szukałem dla kolegi linka do "Egzystencjalnych aforyzmów" Kazimierza Dąbrowskiego, które dawno temu przetłumaczyłem z angielskiego. Trafiłem na okres duński, 2011/2012 rok, kiedy zmagałem się pierwszy raz z depresją. Zdziwiło mnie, że nawet w środku największej ciemności, potrafiłem znaleźć światło. A może tak to tylko wygląda z perspektywy czasu i kiedy za parę lat spojrzę na dzisiaj, to też będę myślał, że nie było tak źle? Aha, piszę o tym, bo zdaje się, mam coraz mocniejszą depresję. Próbowałem z tym walczyć, odsuwać, ale nie da się tak na siłę. No ale może to dobra sposobność, żeby właśnie poszukać tego światła, obudzić kreatywność, znaleźć wolność, poszukać siebie - swobody, naturalności, duchowości - wszystkich tych rzeczy, które ostatnio gdzieś zniknęły.
Grzebiąc w starych zapiskach, znalazłem sen...
Śmierć i odrodzenie
(sen ze stycznia 2012 roku)
Śniłem o śmierci i odrodzeniu. No więc najpierw wojna – każdy tłukł się z każdym, wszystkie kraje wystąpiły przeciwko sobie, bez ładu i składu, każde państwo ze swoją bronią, jakby wszystkim szajba odbiła, jak te małe zwierzątka, zapomniałem jak się nazywają, które nagle zaczynają biec ku morzu i toną tysiącami, jakby natura zmuszała ich do zachowania równowagi populacyjnej. No i tak było z ludźmi w moim śnie.
Cholernie nie chciałem umrzeć. Biegłem, chowałem się, uciekałem, kombinowałem, wiłem się jakbym mógł coś zmienić. Nagle złapał mnie olbrzym. Pół człowiek, pół robot, skonstruowany do walki. Chwycił mnie między dwa palce i podniósł do góry.
- Nie chcę umierać – zakwiliłem.
Olbrzym się zaśmiał.
- Możesz sobie nie chcieć. Każdy musi umrzeć.
- Połóż mnie na ziemi, proszę, daj mi jeszcze pożyć, choć chwilkę…
Olbrzym (przypominający pewnego kolegę, którego nie widziałem już od lat, z którym lubiliśmy się dosyć mocno), postawił mnie na ziemi i podał szklankę trucizny.
- To będzie mniej bolało, niż jakbym cię miał zadeptać.
- Ale… - jęknąłem, wyciągając jednak rękę. Olbrzym patrzył dobrotliwie, a dookoła nas wybuchały granaty, moździerze, spadały dzidy, strzały. No i co miałem zrobić? Wychyliłem szklankę i położyłem się w zabłoconej koleinie po czołgu. Chłód zaczął się w stopach. Lodowaty dotyk przesuwał się coraz wyżej, to było tak, jakby w wielkim budynku stopniowo gasły światła – od parteru, coraz wyżej. I tam gdzie już zgasły, znikał też budynek. Lodowatość rozprzestrzeniała się coraz bardziej, wiedziałem, że umieram, strasznie się bałem, chciałem to zatrzymać, wiedziałem, że teraz to już tylko pustka, czerń i ten bezosobowy lód na zawsze.
I umarłem.
Po drugiej stronie bramy z lodu i nicości było całkiem miło. Zielono, cicho, pachnąco. Czerwcowa jasna noc. I czekała tam na mnie dziewczyna. To była Ona, ale taka, jaka byłaby po przejściu na drugą stronę – bez strachu, bez granic, bez ego. Chwyciła mnie za rękę.
- Fajnie, że już jesteś – powiedziała.
- I co teraz? – zapytałem.
- Trzymaj mnie mocno. – Ścisnęła moją dłoń i wznieśliśmy się do góry. Najpierw powoli niezgrabnie, nie mogliśmy się nawet wzbić ponad korony drzew.
- Przestań kontrolować – powiedziała.
Zrozumiałem. Przestałem koncentrować się na fruwaniu, porzuciłem wiarę, że to ode mnie coś zależy. I dopiero wtedy poczułem prawdziwą wolność. Wystrzeliliśmy do góry jak rakiety, niczym nie skrępowani. Nad głową gwiazdy, pod stopami las, łąka, woda, jakieś domki z migoczącymi oknami, a pomiędzy tym my – zadziwieni, roześmiani, wolni i tak cholernie niematerialni, że aż rozkosz.
***
Taki to miałem sen w tamtym ciężkim okresie. Chciałbym, żeby znów mnie odwiedził Morfeusz i pozwolił dostrzec głębszy sens w tym wszystkim...
Subscribe to:
Post Comments (Atom)


No comments:
Post a Comment