Thursday, 21 May 2009

Zorba odźwiernym.



Ale Zorba ani drgnął, stał nieruchomo i patrzył na mnie:

— Posłuchaj, co ci powiem, szefie. Przejrzałem twoje zamiary. Teraz, gdy mówiłeś, miałem, jak to nazywają, objawienie i zrozumiałem!

— Więc jakie mam zamiary, Zorbo? — spytałem zaintrygowany.

— Chcesz wybudować klasztor, w którym zamiast mnichów umieścisz kilku podobnych do siebie gryzipiórków, żeby pisali dniem i nocą swoje bazgroły. A potem, jak się to widzi na niektórych świętych obrazach, z ust waszych wyjdą drukowane wstęgi. No co, odgadłem?

Zasmucony spuściłem głowę. Oto moje dawne, młodzieńcze, wspaniałe sny — jak skrzydła oskubane z piór... Naiwne, szlachetne, wzniosłe marzenia: zorganizować intelektualną wspólnotę, zamknąć się wraz z dziesiątką przyjaciół — muzykami, malarzami, poetami — pracować cały dzień i spotykać się tylko wieczorem, aby razem zjeść posiłek, śpiewać, czytać wspólnie i razem omawiać ważne problemy ludzkości, burząc tradycyjne poglądy. Sporządziłem nawet regulamin takiej wspólnoty, znalazłem także pomieszczenie w górach Hymetu u świętego Jana...

— A jednak zgadłem! — rzekł Zorba zadowolony, że milczę.
— Zgadłeś, Zorbo — odparłem z ukrytym wzruszeniem.
— Mam tedy do ciebie tylko jedną prośbę, świątobliwy przeorze: Uczyń mnie w tym klasztorze odźwiernym, abym mógł od czasu do czasu przeszmuglować do świętego miejsca coś z zewnątrz — kobiety, mandoliny, butelki z wódką, pieczone prosięta... Wszystko po to, byś nie zmarnował całego życia na głupstwa!

No comments:

Post a Comment