Wednesday, 25 August 2010

Zwycięstwo z przypadku



Zwycięstwo z przypadku

- I mówisz, że on tym przyleciał z poprzedniego cyklu? – Grajdołek nie ukrywał powątpiewania. Staliśmy koło dźwigu, spoglądając na lśniący kadłub u naszych stóp. To nie promienie słońca odbijały się w błyszczącej czerni. Metal lśnił własnym światłem.
- Nie powiedziałem, że z poprzedniego – wydukałem. – Z któregoś…
- Milion lat temu? – ton kolegi nie budził wątpliwości. Właśnie podpisałem na siebie wyrok. Od jutra będę pośmiewiskiem całej firmy. Ale co mi tam. Takie odkrycie…
- Nie milion, ale dwanaście… – Wbijałem wzrok w przedmiot, który trzy godziny wcześniej tkwił pod warstwą błota na placu budowy pod osiedle „Grzyby po deszczu”. A kiedy dzięki łopatce dźwiga przestał tkwić, usłyszałem głos. Mistyczny, przerażająco realny głos z epoki tak odległej, że nie mogłem sobie nawet wyobrazić. „Dwanaście milionów lat”. Tak powiedział. A później dodał: „Już dłużej kurwa nie wytrzymam!”

- Technicznie, to nie przyleciał, ale przeczekał. - Nie doczekałem się riposty. Złośliwa uwaga zamarła na ustach Grajdołka, a zmięty papieros zawisnął na wardze. Ktoś wyczołgał się z pojazdu.
Mężczyzna wpadł w błoto. Z obrzydzeniem popatrzył na uświnione spodnie i ruszył w naszą stronę. Zadowolony zauważyłem, że Grajdołkowi zrzedła mina.
Nieznajomy z eonów dawno minionych stanął wreszcie na suchym gruncie. Gość jak gość. Może nos trochę większy niż normalny, ale widziałem gorsze.
- Z którym gadałem? – zapytał opryskliwie. Wysunąłem się do przodu. Niechętnym spojrzeniem obrzucił zabłocone gumowce i połatany waciak. Znałem ten wzrok. Inteligent, kurna…

Gość sięgnął do kieszeni i wyciągnął wytartą mapę. Mimo urazy nachyliłem się z ciekawością. Nic nie dało się odczytać. Domyśliłem się, że to mapa świata – dużo wody i białe czapy na biegunach, ale na tym podobieństwo się kończyło. Fragmentaryczne, poszarpane lądy nic nie przypominały. Czyżby to był jednak gość z innej planety?
Mężczyzna wskazał czerwony punkt na jednej z większych wysp.
- To my.
Wzruszyłem bezradnie ramionami i kiwnąłem na Grajdołka. Podszedł niechętnie.
- Ehh… - zająknął się. – To raczej nie my.
- Polska… Europa. Nie słyszeliście o Europie?
Pokręciliśmy niepewnie głowami.
Zamyślił się. W końcu szepnął do siebie:
- Wędrujące kontynenty… Kurwa, wędrujące kontynenty… Nie przewidzieliśmy…
Kontynenty? O czym on gada? Kontynent jest jeden.
Grajdołek sięgnął do mapy i trochę ją odwrócił.
- Gdyby popatrzeć z tej strony, to trochę jakby znajomo.
Zerknąłem.
- Racja. Wtedy ten czerwony punkt byłby jednak u nas… Ale ten zielony…
- Co z zielonym? – podchwycił gorączkowo gość z przeszłości.
- Tutaj byłoby morze – wskazałem pomiędzy czerwonym punktem a zielonym. – W takim razie… - Nie zdążyłem odpowiedzieć. Grajdołek triumfalnie stuknął brudnym palcem w biegun.
- Zielony punkt musi być tutaj! – zawołał. Gość z rozpaczą popatrzył na białą plamę. Szkoda mi się go zrobiło.
- A co to, ten zielony? – spytałem.
- Kolega.
- Kolega?
- Kolega – westchnął. – Założyliśmy się, kto dłużej wytrzyma…
- I co?
- I nic. Przegrałem. Lodem go przykryło. Nawet jakby chciał wyjść, to będzie musiał poczekać parę milionów lat. Wygrał skubaniec.
Popatrzyłem zmieszany na Grajdołka. Faktycznie głupio tak przegrać. Żeby to jeszcze była czyjaś wina, a tutaj kontynenty zawiniły. Wędrujące.
Grajdołek poklepał gościa po ramieniu.
- Zapraszamy na piwko. I bigos. U nas na stołówce najlepszy robią.
Mężczyzna podniósł oczy.
- Bigos?
- A co pan myślał? Że tylko w… - zająknąłem się.
- W Polsce… - pośpieszył z pomocą Grajdołek.
- Że tylko w Polsce można dobrze zjeść?

3 comments:

  1. hehe, ciekawa koncepcja na arcyciekawą zabawę. pozostaje tylko pozazdrościć żelaznej cierpliwości 'bohatera z przeszłości'.

    ReplyDelete
  2. OPtymistycznie bardzo - ważne, że istnieje świat ... :)))

    Fajny pomysł

    ReplyDelete