Monday, 29 December 2014

Starocie:)














Pięć głupiutkich snów

Kosmiczna awaria

     Mieszkam w bazie kosmicznej. W poszyciu kadłuba zrobiła się dziura. Ubieram skafander i wychodzę na zewnątrz. Mróz jest tak wielki, że pomimo skafandra parzy mnie cała twarz, usta, nos, skóra od razu pokrywa się warstewką lodu. Na granicy śmierci szybko udaje mi się załatać dziurę od środka. Robię to w ten sposób, że przykładam rękę do otworu, a uciekające powietrze zamarza, w końcu całkowicie blokując wyciek. Teraz muszę wyjść na zewnątrz i założyć łatkę. Na zewnątrz okazuje się, że ktoś już to zrobił. A przecież na stacji jestem tylko ja. Podejrzewam, że to jakiś obcy.
     Jakiś czas później jestem na nieznanej planecie. Mieszkam w szczelnym, tlenowym namiocie, na zewnątrz którego panuje straszliwy mróz, a powietrze nie nadaje się do oddychania. Napada mnie lokalne zwierzę, podobne do tygrysa. Nie mogę do niego strzelić, bo otwarcie namiotu oznaczałoby śmierć (a gdzie skafander? Bez sensu:)

Flirt z Sigourney Weaver

     Jestem w autobusie pełnym dzieci, wybierających się na wycieczkę. Ich opiekunką jest Sigourney Weaver. Rozmawiamy w zrelaksowanej atmosferze. Żartuję sobie z niej, nazywam ją „Alien”, ale wreszcie przyznaję, że jako nastolatek byłem w niej zakochany. Śmieje się zadowolona, pochlebiłem jej. Później opowiadam jej o Camino de Santiago, ale w trakcie opowieści Sigourney zamienia się w inną kobietę, którą w ogóle nie interesują moje hiszpańskie przygody.

Szafot

     Jestem w Kopenhadze. Za jakieś przestępstwo zostaję skazany na śmierć. Czuję wielki smutek i bezsilność w zetknięciu z potężną, biurokratyczną machiną prawa. Ogarnia mnie rozżalenie, że zostanę zabity, aby spełnić wymogi martwego prawa, nie ma znaczenia kim jestem, co myślę, co czuję, o czym marzę, za czym tęsknię. Nie ma żadnego wyjścia, już po mnie. Uświadamiam sobie bezsens i nieludzkość idei, że przepisy prawa mogą być ważniejsze od żywej materii duszy, osobowości. Leżę na pryczy i płaczę.

Melancholia

     Spaceruję z Tanią po dziwnym, niepokojącym mieście. Spomiędzy drzew wygląda nienaturalnie wielka tarcza księżyca. Patrzę na nią z lękiem. Boję się nie tylko jej rozmiarów, ale też tego, że całkowicie inna jest rzeźba kraterów, które układają się w niesympatyczny uśmiech. To druga strona księżyca, do tej pory odwrócona do nas plecami. Ten uśmiech zawsze tam był. Zdaję sobie sprawę, że czeka nas koniec. Księżyc wypadł z orbity i zbliża się do Ziemi, w bezwładności odwracając do nas ciemną dotychczas stronę. Pokazuję Tani.
     - Widzisz?
     Potakuje i przytula się mocno, jakbym mógł ją ochronić. Boję się i jest mi przeraźliwie smutno.

Niedźwiedź

     Jestem w domu na wsi. Pod okno przyplątuje się niedźwiedź. Nie za wielki, i nie otwarcie wrogi, ale uparty, silny i obcy. Wiem, że jeśli zechce, może wyrządzić mi krzywdę, nie ma w nim strachu, a dla mnie nie ma ucieczki. Zerkam za okno. Niedźwiedź już wspina się po rynnie. Słyszę, że coś do mnie mówi. Jest to starożytny język niedźwiedzi. Wiem, że to gatunek bardzo nam obcy w swojej świadomości, ale jednak rozumny. Żałuję, że nie znam języka, choć coś mi mówi, że bariera gatunkowa jest zbyt wielka, żebyśmy mogli się porozumieć.





No comments:

Post a Comment