Wednesday, 2 September 2015

Wierchowe granie, Elfik i tańce pod księżycem


























   Wreszcie mam chwilę, żeby coś napisać.
   Dziś pierwszy dzień w pracy po urlopie. Jeszcze nie wiem, z kim będę w klasie, ale zdaje się z Arethą, z czego bym się cieszył, bo to dobra dziewczyna, lubię ją bardzo. Opieprzałem się, jak wszyscy zresztą. Dużo herbat, ciastek i książka.
   W domu poćwiczyłem prawie godzinę. Czas wziąć sie za piwny brzuch, bo już mi się znudziło z niego śmiać, wolę go zamienić na mięśnie.

   Jak bym w jednym słowie podsumował urlop w Polsce? Cud.
   Trochę napisałem w ostatnich postach. Czuję, że wydarzyło się bardzo dużo. Mam wrażenie, że pojechałem do sanatorium, żeby podleczyć duszę i tam pod okiem specjalistów zrzucałem złogi, goiłem rany, odsysałem mentalną ropę i piłem kojące wody mineralne (najczęściej ogniste:). Specjalistami byli: Anima Mundi, Moja Własna Dusza i dobre duchy pod postacią hipisów, niespodziewanych gości oraz szanownych członków rodziny.
   Ostatniego dnia przed wyjazdem przyjechała do mnie koleżanka z bloga. Będę nazywał ją Elfikiem, choć może się jej to nie podobać, bo to bardzo poważna, niezależna kobieta;)
   Poszliśmy razem w góry na góralską imprezę. Nie wiedziałem, gdzie to dokładnie jest. Na pytanie Elfika odpowiedziałem, że dojdziemy w jakąś godzinę do dwóch. Szliśmy pięć. Polana była bardzo daleko, podejścia były strome, a oprócz tego nasza forma była tragiczna, więc przystawaliśmy co 200 metrów na piwo i fajkę.
    Wreszcie doszliśmy na miejsce. Na ogniu warzył się gulasz z dziczyzny, w drugim kotle gulasz wegetariański. Górale z dudami, heligonkami i fujarami robili tło. Na stosach leżały oscypki, słoiki z kiszonkami, chleb, butelki z samogonem i swojskim winem. Dużo znajomych twarzy. Tom, Gosia, Szymek, dzieciaki, Roland, Mucha, Tomas, zresztą nie będę wymieniał, bo nie dałbym rady. Znajomi, których nie widziałem od lat. Chciałem Elfika poznać z Łukaszem (bratem), ale znalazłem go w krzakach, nieobecnego, dochodzącego do siebie w krainie Morfeusza, po poranku ze śliwowicą. Wiki powiedziała, że rano natrzaskał nieproszonemu gościowi, który zaczepiał ludzi. "Tata to jest rozbójnik, ale to dobry człowiek", stwierdziła, z czym trudno było się nie zgodzić.





















   Przywitaliśmy sie z kim się dało i poszliśmy rozbić namiot, gdzie po chwili Elfik padła wykończona (nieprzespana noc w pociągu z Warszawy). Padłem na chwile obok niej, ale zbyt byłem podekscytowany wszystkim, żeby spać. Ona zresztą też. Wkrótce dołączyliśmy do reszty.
   Język polski mieszał się ze słowackim, dochodzili nowi znajomi, z którymi serdecznie się witałem i którzy pokazywali ukradkiem na Elfika, porozumiewawczo mrugali, a kiedy mieli okazję, pytali: "To twoja nowa dziewczyna? Przefajna. Nie za młoda dla ciebie?" Wyjaśniałem cierpliwie każdemu, że to przyjaciółka, ale musiałem się zgodzić, że dziewczyna z niej była naprawdę fajna, pod wieloma względami:)
   Zjedliśmy gulaszu, napili się wina, które przytargaliśmy z dołu. W międzyczasie góralscy przyjaciele nalewali nam śliwowicy, ale z tym trunkiem byliśmy wyjątkowo ostrożni.
   Elfik zaaklimatyzowała się błyskawicznie, ze wszystkimi gadała, jakby znała ich od lat, pomagała z jedzeniem, z ogniem i w ogóle imponowała mi na maksa.
















   Kiedy zaszło już słońce, a wzeszedł księżyc w pełni, zaczął się główny punkt programu. Zapłonęło ogromne ognisko, a bębniarze z "City Bum Bum" zaczęli transowe granie. Udało mi się wypatrzeć wolny djembe i dołączyłem do muzyków.

















    Później więcej muzyki i tańca. Wszyscy coraz bardziej się rozgrzewali. Mnie samego porwały ekstatyczno-transowe podrygi i jak szalony zacząłem skakać wokół ognia, wygłupiając się z Tomem, Rosą, Elfikiem też, która wreszcie dostała swój wymarzony taniec pod gwiazdami.
   Po bębnach zaczęły śpiewać folkowe piosenki słowackie dziewczyny. Cudne to było. Zakochałem się we wszystkich na raz. Położyliśmy się z Elfikiem na trawie i słuchaliśmy z otwartymi gębami.
   No ale następnego dnia rano musieliśmy wcześnie wstać (ja w drogę do Londynu, a ona do Warszawy), więc chyba pierwsi ze wszystkich wymknęliśmy się do namiotu i lekko (ale bez przesady) pijani zasnęliśmy ze zmęczonymi uśmiechami na twarzach.






 












   A rano piękny wschód słońca, droga z powrotem (tym razem wyrobiliśmy się w trochę ponad godzinę, a nie w pięć), prysznic i śniadanie u mnie w domu, pociąg do Bielska, naleśniki w Green Wayu i pożegnanie na PKSie.
   A jeszcze później zaczęła się moja gehenna powrotu do UK (zepsuta klima, strajk w Calle, zgubiony pasażer i 10 godzin opóźnienia), ale o tym chcę zapomnieć, więc nie będę się rozpisywał.
   I tyle.

15 comments:

  1. ja chcę jeszcze raz!! piwa, fajek, pięciu godzin marszu! wszystkiego! energii ludzi, miejsca i czasu! pięknie było! dziękuję!

    ReplyDelete
  2. też chcę do takiego sanatorium! :) od samego oglądania zdjęć, serce mi rośnie :)

    ReplyDelete
  3. chętnie bym tak potyniała pod gwiazdami z góralami ;)

    ReplyDelete
  4. Bo Elfik jest przefajna :) i pięknoto z niej nieziemska :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. uwielbiam WAS :************ (poza tym chyba lekko się zmieszałam... za dużo tych słodkości wy pięknoty moje ;) )

      Delete
    2. ale już nas znasz, z realnego świata i wiesz, że jesteśmy szczerzy...

      Delete
    3. ale byłoby cudnie tak w trojkę posiedzieć gdzieś wieczoru któregoś...

      Delete
    4. majówka albo październik zaraz! (chociaż może z kultury osobistej byłoby lepiej.. kiedy Gosia nas zaprosi ;) )

      Delete