Saturday, 13 February 2010

I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...




I świeży druk pachnie, i pożółkłe strony...

Drugi dzień urlopu. A może już trzeci? Sobota. Czyli drugi. Tanię znowu ścięło choróbsko. To drugi raz w tym roku, i chyba szósty w ostatnich sześciu miesiącach. Nie wiem, może to stres, może tęsknota za domem, może grzyb w łazience. Poczytałem jej trochę. „Triumf Pana Kleksa”, ale nie za długo, bo rozbolało mnie gardło. Tylko do wizyty Alojzego Bąbla przebranego za listonosza. W końcu chyba zasnęła. „Pana Kleksa” zamówiłem ostatnio z Polski, w nostalgicznym ataku tęsknoty za utraconym rajem. Spróbuję poczytać do poduszki, choć nie wiem, jak umysł przyzwyczajony do wielopoziomowej i zaangażowanej lektury będzie reagował na książkę dla dzieci.

Poszperałem trochę w sieci za ebookami. Nie, żeby czytać, skąd – nienawidzę czytać z ekranu. Po prostu, żeby zerknąć, może przypomnieć sobie jakąś książkę, która kiedyś mnie ruszyła. Ani się obejrzałem, jak wsiąkłem po uszy. Znajome tytuły i autorzy obudzili wspomnienia. „Dzieci kapitana Granta”, „Trzej muszkieterowie”, Artur Conan Doyle, Edgar Alan Poe, „Cieplarnia” Aldissa, „Kroniki marsjańskie”, „Dzień Tryfidów”. Wszystkie książki, które podsuwał mi ojciec odkąd tylko zacząłem czytać.



U nas domu książka to była świętość, tak samo jak chleb. Pamiętam, jako berbeć, kiedy upuściłem kawałek chleba, albo książkę, musiałem pokornie ucałować, nie było zmiłuj się. Mieszkaliśmy w malutkiej osadzie górskiej, może dziesięć chat, jeden telewizor, do wioski ze sklepem jakaś godzina drogi. Książka to był towar deficytowy. Tak samo zresztą jak czasami chleb. Tata zaszczepiał nam miłość do literatury od samego początku. Pamiętam, jak przychodził z pracy lekko (w sumie częściej „mocno”, ale leśnicy tak już mają) wstawiony i przy wtórze utyskiwań mamy, recytował z pamięci wiersze Mickiewicza. Jego ulubiony był „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Widzę to, jak dziś – zataczający się, pogrążony w roli, podnosi wyimaginowany nóż i wbija go w wyimaginowanego „pana”, gdy tymczasem mama stoi z założonymi rękami i kiwa z politowaniem głową. Uwielbiałem to. Straszne historie wierszem, pomieszane z zapachem wódki. Jak z książki.



Za biblioteczkę służył „ostatni pokój” i tata nie lubił, żebyśmy się tam szwendali – mówię o czasach, kiedy miałem nie więcej niż cztery, pięć lat. Myślę, że bał się, że coś zniszczymy, nie uszanujemy literatury. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Wchodziłem do tamtego pokoju, jak do kościoła, z otwartymi ustami przyglądając się niebosiężnym półkom (teraz pewnie byłyby gdzieś tak do wysokości szyi), na których stały tajemnicze księgi, pełne jeszcze niedostępnych opowieści – niektóre z wesołymi, pociągającymi okładkami, inne niepokojące, mroczne, pełne niewytłumaczalnego, choć bardzo realnego zagrożenia.

Szczególnie jeden z tomów serii Szczęśliwa Siódemka – „Duchy, zjawy, upiory” budził we mnie grozę. Do tej krwistoczerwonej, przerażającej książki, z której uśmiechała się trupia czaszka, podchodziło się jak do prawdziwego potwora – powoli, na drżących nogach, spoglądając przez ramię, czy droga ucieczki do „środkowego pokoju”, z którego był już tylko krok do swojskiej kuchni, stoi otworem. Podchodziłem na dwa kroki, wyciągałem dłoń, wysuwałem kawałek książki, tylko tyle, żeby zobaczyć kawałek okładki i w długą! Fascynacja trwała przez lata i w końcu przeczytałem ją chyba w drugiej klasie podstawówki. Tak zapoczątkowałem okres dziecięcej paranoi i życia w ciągłym strachu. Do dziesiątego roku życia miałem już przeczytanego po kilka razy całego Poe’go, Opowieści Niesamowite z prozy rosyjskiej, Opowieści Niesamowite francuskie (jasnoniebieska okładka i gdzieś w środku obraz najstraszniejszego diabła, jakiego w życiu widziałem, brrr), „O duchach – opowieści prawdziwe”... Uwielbiałem to, choć spać musiałem przy zapalonym świetle i do dziś pamiętam najgorsze w życiu koszmary z tamtego okresu. Albo przychodząc ze szkoły do pustego domu, wczołgiwałem się pod koc, gdzie drżąc ze strachu, potrafiłem przeczekać kilka godzin do powrotu jakiegoś domownika. Czego nie robi z człowieka miłość do literatury.



Moje zainteresowania nie ograniczały się do literatury grozy. Chwała Bogu, bo kto wie, czy wyrósłbym na w miarę normalnego gościa, za jakiego się uważam. W tym samym czasie (mówię o okresie pomiędzy dziewiątym, a piętnastym rokiem życia), jak pewnie wszyscy w moim wieku, zakochałem się w Tomku na różnych tropach, krainach, i wojennych ścieżkach. Oczywiście „Pan Samochodzik”. Co jeszcze... Juliusz Verne – wszystko, co wpadło w ręce, z czego „W 80 dni dookoła świata” przeczytałem chyba dziesięć razy, podobnie jak „Dzieci kapitana Granta”. „Trzej Muszkieterowie”! To też było ekstatyczne doświadczenie, powtarzane raz za razem. Ojciec któregoś dnia powiedział z tajemniczą miną, że istnieją dalsze części tego arcydzieła. Przez lata szukałem tych mitycznych ksiąg, wątpiąc w ich istnienie, aż w końcu znalazłem w jakimś antykwariacie, choć było już za późno, żebym czerpał z nich tyle radości, ile czerpałbym wtedy, gdy zaczynałem mój związek z Dumasem.

Jeszcze... O! „Nędznicy”. Na tę książkę namawiał mnie zarówno ojciec, jak i mama, ale odstraszała mnie objętość, jak i poważny język. Kiedy w końcu się skusiłem, wpadłem na cały tydzień, zaniedbując jedzenie i sen. To chyba wtedy zaczął się mój romans z klasyką (E. A. Poe nie zaliczałem oczywiście do klasyki. Poe był po prostu cool). Dickens z „Oliwerem Twistem” i „Opowieścią wigilijną” porwał moje serce. To chyba gdzieś w tamtym momencie zaczął się budzić we mnie mały anarchista. Później Sienkiewicz. Do dziś słowo „trylogia” ma dla mnie tylko jedno znaczenie. Frodo z kolegami nie był w stanie odbić miana „trylogia” od Kmicica, Skrzetuskiego, czy Małego Rycerza. Za późno się pojawił.



Przyszedł czas na moją największą miłość, której pozostawałem wierny przez lata. Fantastyka. Był to też konik mojego staruszka, więc nie miałem wyjścia, jak dać się zarazić. Nie pamiętam, co było najpierw. Podobnie jak z innymi książkami dla dorosłych, zacząłem przed dziesiątym rokiem życia. Lubię myśleć, że moja pierwsza książka to były „Kroniki marsjańskie” Bradburego i że to dzieło ukształtowało mnie na resztę życia, ale to tylko wyobraźnia. Przypominam sobie jednak, że podobnie jak „Duchy, zjawy, upiory”, okładka „Kronik marsjańskich” towarzyszyła mi od najmłodszych lat, jeszcze zanim nauczyłem się czytać. Na czarnym tle, pomiędzy czterema, bursztynowymi planetami widać czarną czaszkę. Nie bałem się. Byłem zafascynowany. No i jak się później okazało, miałem rację - jest to jedna z najpiękniejszych książek, na jaką miałem okazję trafić.

No więc fantastyka. Nie pamiętam początku, ale nie zapomnę największych przygód. „Cieplarnia” Aldissa, wow. Świat na drzewie, młodzi chłopcy walczący o przeżycie i jeden z pierwszych, nigdy nie zapomnianych kontaktów z seksem w literaturze. Jeden z chłopców zostaje ostatnim samcem w plemieniu i na nim spoczywa zadanie "rozpładzania" ludzkości. Skubany.
„Bajki robotów” z ilustracjami Mroza, grube tomisko, z pożółkłymi kartkami, też chyba przeczytane ze sto razy. „Opowieści o pilocie Pirxie” – raz za razem. Do dziś „Test pilota Pirxa” podtrzymuje mnie na duchu, kiedy patrzę na moje niepoukładane życie. Trochę później Zajdel – „Limes Inferior”, „Paradyzja”, „Cała prawda o planecie Xsi” – anarchista w środku budził się coraz bardziej. Konrad Fijałkowski – kto go jeszcze pamięta? Tak samo Andrzej Trepka, Czesław Chruszczewski, Bohdan Petecki, Jacek Sawaszkiewicz, Jerzy Żuławski – tymi ludźmi się żyło.



Mówię o drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie było łatwo o książki, a jak już mówiłem, niemożliwością było zdobycie ich, mieszkając na wsi. Mam taką historię – i czerwienie się, gdy o niej opowiadam. Raz wybrałem się na wyprawę do wioski kilkanaście kilometrów od mojej, żeby zobaczyć, co mają w bibliotece. Serce stanęło mi na widok upragnionych, acz niedostępnych autorów. Robert Silverberg, Aldiss, Clark, „K jak Kosmos” Bradburego. Pani bibliotekarka wyszła na kawę. W hipnotycznym transie zgarnąłem do torby całą prawie półkę książek i uciekłem. Później paląc się z poczucia winy, ale równocześnie pogrążony w słodkim, bibliofilskim odurzeniu , rozłożyłem łupy na podłodze w pokoju i długo wpatrywałem się w okładki, wąchałem stronice, przeglądałem spisy treści... Jezu - mam nadzieję, że takie rzeczy też się przedawniają i że nie czeka mnie wizyta z prokuratury.



Następnym razem mi się nie poszczęściło. Spróbowałem szczęścia w antykwariacie, w mieście wojewódzkim. Miałem piętnaście, może szesnaście lat. Przez pół godziny przymierzałem się do porwania brakującego mi tomu trylogii księżycowej Żuławskiego. Wreszcie schowałem książkę pod sweter i ruszyłem do wyjścia.
- Co tam masz? – spytała pani antykwariuszka. Jej głos ociekał jadem. Zimny pot wyszedł mi na twarz. Czułem się jak w sennym koszmarze. Powoli wyciągnąłem książkę zza paska i położywszy ją na ladzie skierowałem się do drzwi. Nie zdążyłem. Jedna ze sprzedawczyń złapała mnie za ubranie, druga wykręciła rękę, a trzecia zawołała policjanta. Skończyło się na zatrzymaniu legitymacji szkolnej i wysłaniu jej do ogólniaka. Na szczęście miałem wtyki, w osobie profesora, który opiekował się kółkiem teatralnym, więc legitymacja niezauważalnie do mnie wróciła. To była ostatnia książka, jaką ukradłem. Choć ojciec zawsze powtarzał, że kradzież książki to nie jest nic złego – książki należą do wszystkich, to jednak wspomnienie bycia przyłapanym było zbyt traumatyczne, żebym mógł kontynuować mój niecny proceder.

Trochę zboczyłem z tematu i nie mam przygotowanego, żadnego płynnego zakończenia.
A może nie trzeba? Może w tej książce ktoś wyrwał ostatnią stronę?



Friday, 12 February 2010

Daj nam szansę, my Friend



Grzebałem w starociach i znalazłem ten wiersz sprzed kilku lat. Trochę młodzieńczego entuzjazmu:)

Daj nam szansę, my Friend


Nie płacz, bracie -
rytm jest tuż za drzwiami
i mieni się kolorami.
Wystarczy, że sięgniesz ręką,
powiesz kilka słów,
uwierzysz w Manitou,
i rytm będzie tuż tuż
właśnie tu - trąbek dźwięk.

Przepis jest prosty -
włącz play w sercu,
podkręć basy w głowie,
weź do kupy garść wspomnień -
kiedy słuch cię nie mylił
i słyszałeś przyjaciół nadających
z małych radiostacji
na punkowch wyspach,
w hipisowskich azylach.

Bo taki jest fakt -
myślisz, że to był tylko sen,
myślisz, że wyrosłeś,
że świat to tylko o punkty gra,
zła karma, dobra karma,
y que pasara con mi pobre alma?

A właśnie, że nie -
świat do odważnych należy,
świat odważnym reggae gra.
Po prostu się wsłuchaj przez chwilę,
słuchaj, jak Pachamama gra
słuchaj, nie gadaj, tsss...

Poeci muszą żyć z dnia na dzień.
Bardowie nie mogą płacić podatków.
Artyście nie wolno zapomnieć,
że szczęście ma smak
przypadkowych spotkań
i niepewności jutra -
jak możesz mówić o szczęściu,
kiedy znasz rozkład
każdego następnego dnia?

Przecież zgodziliśmy się na smutek,
zgodziliśmy się na (czasami) pusty gar
i rosyjską ruletkę,
no bo jaki sens ma trzymanie się życia
tylko po to, by życie przeciekło między palcami?
Życie trzeba przeżyć, nie przeżuć.

Dlatego, my Friend, zrób coś i
daj nam jeszcze jedną szansę,
rozdaj nowe karty.
Daj nam, my Friend, nową szansę
bycia poetami.

Tuesday, 9 February 2010

W bursztynie - sen



W bursztynie
(sen)
1

Jestem na przyjęciu. Mamy po czternaście, piętnaście lat. Może to czyjeś urodziny? A może spotkaliśmy się, ot tak, żeby naśladować dorosłych?
Panuje atmosfera zabawy, świeżości, podekscytowania, elektryczny haj, kiedy w człowieku budzą się dorosłe myśli, uczucia.

Jest tam dziewczyna, w której jestem zakochany. Czarnowłosa, sarniooka, pijąc oranżadę po drugiej stronie pokoju, rzuca mi ukradkowe, zawstydzone spojrzenia. Wiem, że też czuje coś do mnie, ale jestem za młody, żeby skorzystać z tej wiedzy. Zresztą tak jest dobrze. Jestem szczęśliwy.

2

Zjawia się gość. Nie pasuje do naszego towarzystwa. Jest starszy, koło trzydziestki. Kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu, w połączeniu z orlim nosem i czarnymi, lśniącymi oczami nadają mu drapieżnego, nieprzyjemnego wyglądu. Podaje się za magika. Akceptujemy go. Czekamy z ciekawością na pokaz sztuczek. Mężczyzna najpierw zaprzyjaźnia się z każdym z nas, z osobna. Żartuje, śmieje się, łamie lody. Gdy podchodzi do „mojej” dziewczyny, czuję niepokój i niechęć. Chciałbym, żeby go tutaj nie było. Wydaje mi się, że skaził atmosferę naszego dziecięcego spotkania.

Wreszcie mówi, że naszedł czas na sztuczkę. Powoli okręca głowę, przyglądając się każdemu z dzieci osobno, jakby wybierał ofiarę, aż wreszcie zatrzymuje się na rudym chłopcu, zajadającym ciasto. Chłopiec przestaje jeść i lekko wystraszony patrzy na mężczyznę. Ten przymyka oczy i zaczyna mówić o tajemnicach chłopca, o których nie mógł wiedzieć nikt, oprócz niego. O jego zauroczeniu innym chłopcem, jego przyjacielem, o masturbacji, o pieniądzach odkładanych na operację.

Wszyscy się krzywią, już nikt nie czuje nastroju zabawy. Atmosfera się zagęszcza, pojawia się strach. Czujemy się jak więźniowie. Głowa mężczyzny znów obraca się dookoła, jak przerażający łeb mechanicznego klowna. Szuka następnej ofiary.



3

Leżę na trawie. Otacza mnie piękny ogród. Gorące słońce pieści moją twarz, przez sitko pachnących źdźbeł trawy. Brzęczą pszczoły, pachną kwiaty, płynę w zmysłowej bezczynności. Czas rusza się bardzo leniwie, tak leniwie, że wydaje się, jakby stał w miejscu. Skąd się tutaj wziąłem? Kim jestem? Gdzie?

Lekki niepokój zakłóca idyllę. Podnoszę się na łokciu. Widzę ją. Niepokój mija. Ona leży obok, patrzy na mnie, uśmiecha się omdlewająco. Wyciąga dłoń. Dotykamy się palcami. „Kocham cię” – mówi. Też ją kocham. Jest tylko ogród, słońce i miłość. I bezruch. Statyczność. Zdaję sobie sprawę, że niepokój nie minął do końca. Ciągle jest, raniąc jak ćmiący ząb. Przenika mnie uczucie straty, wrażenie, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Ona ciągle tam jest, ciągle się uśmiecha, ale w jej oczach, głęboko, pod powierzchnią leniwej ni to seksualności, ni to platoniczności, widzę strach i niemoc. Chcę sobie przypomnieć...

4

Nagle ogród znika. Powraca pamięć. Leżę na podłodze mieszkania. Intensywny zapach moczu atakuje nozdrza. Czuję głód i strach. Zniewolenie. Rozglądam się spod półprzymkniętych powiek. Inne dzieci leżą obok mnie. Wychudzone, brudne twarze kryją poruszające się nerwowo powieki. Dzieci śnią. Próbuję przypomnieć sobie, jak długo to już trwa. Godzinę? Dzień? Miesiąc? Gdzie jest...

Słyszę kroki. Zamykam kurczowo powieki. Choć przerażenie zamgliło myśli, wiem, że mężczyzna nie może zdać sobie sprawy, że nie śpię. To moja jedyna szansa. Kroki zatrzymują się przed moją twarzą. Słyszę szelest. Mężczyzna kuca obok. Tak mi się zdaje.
- Nieładnie tak kłamać – mówi drwiąco i zimne, spocone palce dotykają mojego czoła. Zapadam się. Wszystko blaknie...
I znów leżę w ogrodzie zapomnienia, w którym panuje martwy, słoneczny spokój, gdzie ona patrzy na mnie z miłością, pod którą jej oczy krzyczą z przerażenia, a gdzieś w środku ćmi mętne uczucie straty, uwięzienia i oszustwa.

5

Mały chłopiec bawi się z przyjaciółmi pod lasem. Choć jego rówieśnicy biegają, śmieją się, krzyczą, malec nie czuje się najlepiej. Męczy go myśl o śnie, jaki nawiedził go ostatniej nocy. To był okropny koszmar. Były w nim dzieci, trochę tylko starsze od niego, zły pan, więzienie. Chłopiec czuje wielki smutek.

Patrzy na zrujnowaną chatę pod lasem i nagle przypomina sobie, że wygląda ona dokładnie tak, jak dom z jego snu. Zostawia przyjaciół i powoli idzie w kierunku drewnianego, starego budynku, który stoi tam pusty już od lat. Matki zabroniły się tam bawić, ostrzegając przed duchami i zgniłymi deskami. Chłopiec dochodzi do ruiny. Stoi przed drzwiami, z wahaniem wyciągając rękę do klamki. Nie chce otwierać tych drzwi, ale myśl o dzieciach ze snu zmusza go do tego. Otwiera. Wchodzi. Na podłodze leżą dzieci. Kilkanaście brudnych, wychudzonych ciał. Wydaje się, że śpią, ale chłopiec wie, że to tylko iluzja. Gdyby żyły, ciągle byłyby w świecie słonecznego ogrodu. Sen o nich nawiedził go tylko dlatego, że ostatni z więźniów złego pana, zmarł właśnie tej nocy.

Chłopiec płacze, coraz bardziej, coraz więcej łez, chciałby przytulić zmarłego chłopca, tego, który leży pod samym oknem. Rozpoznał w nim głównego bohatera snu, ale zbyt się boi, żeby podejść bliżej. Więc ucieka i z płaczem biegnie do przyjaciół, żeby opowiedzieć im o swoim odkryciu.



Thursday, 28 January 2010

Panika


G. De Chirico "Misterio y melancol�a de una calle"

Panika
fragment opowiadania

Powoli zbliżam się do końca. Potrzebuję jeszcze z dwóch zwrotów akcji, trochę więcej przerażenia i czas na puentę. Może w ten weekend się uda?

Obejrzał się dookoła. Nie był pewny, z której strony przyszli. Każda ciasna uliczka wydawała się taka sama – odpychająca i nieznajoma. Spokojnie. Najpierw na rynek weszła Juana i Alice. Zatrzymały się. Minął je i wtedy coś go sparaliżowało... Walczył przez chwilę. Później upadł na bruk, tutaj, w tym miejscu... Czyli uliczka, którą przyszli, musiała być dokładnie za nim.

Nie zastanawiając się, ruszył prawie biegiem. Odepchnął od siebie myśl, że za cholerę nie przypomina sobie ukruszonego gzymsu, który pomimo wieku, ciągle zachował intensywnie czerwony malunek egzotycznych kwiatów.

Echo kroków odbijało się głucho od ścian. Tak, jakby maszerowało (biegło, Stan, przyznaj to – biegło!) przynajmniej dziesięć osób. Rozważył ściągnięcie butów, ale to oznaczałoby, że musi się zatrzymać. Nie było takiej możliwości.

Panika, piekącymi falami wylewała się z przepony. Czuł bijące w piersi serce, jakby to było przekrojone na pół chili, pocierające się o otwartą ranę. Pięć lat temu uciekał przed bandziorem na Brooklyn Avenue. Było późno, nie mógł złapać taksówki, znikąd zjawił się ten czarny dzieciak. Wyglądał kurewsko groźnie, jak śpiewak z rapowego teledysku. Oddał portfel, ale to mu nie wystarczyło, chyba był na czymś, mówił tak szybko, nerwowo, nie patrzył w oczy, a później wyciągnął nóż i już nie było miejsca na dyplomację i ściąganie zegarka, pozostała jedynie paniczna ucieczka. Jeszcze nigdy tak nie biegł i też paliło go w piersi, a później był z siebie dumny, że wygrał wyścig z tym gówniarzem.

Teraz było gorzej. O wiele gorzej.

Tuesday, 19 January 2010

Idealna książka



Idealna książka

Wymyśliłem idealną dla mnie książkę. W sumie „wymyśliłem” to za dużo powiedziane. „Wymarzyłem” pasowałoby lepiej. Albo „enigmatycznie zarysowałem”. Opowiem wam.

Moja idealna książka z pewnością byłaby zilustrowana przez Jana Marcina Szancera. I to na co drugiej stronie.

Byłaby stara, pachnąca już nie drukiem, ale kurzem, lekarstwami i odciskami tysiąca palców.

Głównym bohaterem byłby mężczyzna, koło trzydziestki, czyli tak jak ja, który pomimo swojego wieku, czuje się dzieckiem i jak dziecko postrzega świat. W ten sposób skrzyżowałyby się w niej świat dorosłych i świat dzieci – ale tylko najlepsze rzeczy z nich dwóch - bez dziecięcego egocentryzmu i dorosłej zgorzkniałości.

Nikt by w niej nie umarł... Nie – to by było nierealistyczne i płytkie. Może ktoś by umarł i na pożółkłych stronach powiałoby smutkiem, ale w świecie tej książki zaświaty i druga szansa byłyby niedyskutowalnym faktem.

Byłaby też miłość – nie współczesna, głęboka, postmodernistyczna i dekadencka, ale prosta i miła. Coś pomiędzy „Pierścieniem i różą”, a pierwszą miłością do Marusi. Erotyka ograniczałaby się do pocałunków, ucieczek przed złoczyńcami oraz jazdą na jednorożcu.



W mojej idealnej książce dobro zatriumfowałoby nad złem. Niech by to byli harcerze triumfujący nad chuliganami, rycerze nad zbójami (albo na odwrót, jeśli zbóje pochodziliby z Tatr, a rycerze z Austrii), czy niebiescy kosmici nad chciwymi Ziemianami - cokolwiek, żeby tylko było wiadomo, że świat jest fair.

Język mojej książki byłby barwny i piękny, pełen słów jak rynsztunek, kawalarz, heca, azaliż, ażurowy, garniec, porywczość, klawo... Żadnych przekleństw i wymądrzań się nad bólami egzystencjalnymi – te rzeczy miałyby zakaz wstępu na strony mojej książki.

Acha! Byłbym zapomniał! Moja doskonała książka miałaby przynajmniej dziesięć tomów, a każdy byłby równie dobry, co poprzednie.

Ważny byłby autor. Nie czytałbym byle kogo. Autor byłby jak skrzyżowanie Starszych Panów, Kornela Makuszyńskiego, Jana Brzechwy i mojego taty, kiedy nie pił.

Moja doskonała książka nie miałaby dodruków od wielu, wielu lat i oprócz kilku zapaleńców, nikt by o niej nie słyszał. W ten sposób czułbym, że to tylko moja książka, jak ostatni wojownik, jak ostatnia przystań, jak ostatnia opowieść o prawdziwym człowieku, w zalewie Harrych Potterów, młodocianych wampirów i ... kurde, nie jestem na czasie.

* * *

Patrzę na półkę i za cholerę nie mogę wypatrzyć niczego takiego. Stoją tam dobre książki – mądre, piękne, zaangażowane, buntownicze, smutne, ale nie ma pomiędzy nimi tej konkretnej, mojej idealnej. A tak mi się chce czytać!



Tuesday, 12 January 2010

Klątwa Cthulhu



Co mnie podkusiło, żeby wziąć się za horror? I to o Cthulhu?
Tania na feriach z dzieciakami, czyli dom pusty, czarny wieczór, coś drapie za oknem, a ja piszę o koszmarach, klątwach i pradawnych demonach. Tak, jakbym i tak nie miał swoich problemów...;)
No ale skończyć w połowie nie potrafię...
Pozdrowienia z mrocznych wymiarów :)

Saturday, 9 January 2010

Spóźnione podsumowanie



Spóźnione podsumowanie
(życia, nie filmu)

Obejrzał „Avatara”. Serce zatęskniło za miłością, prawością, życiem zgodnym z naturą, wiarą za kimś, kto czuwa nad nami, przekonaniem, że dobro wygrywa nad złem, miłość triumfuje nad nienawiścią, braterstwo zwycięża pieniądze...

Każdy marzy o wolności. Czasami, kiedy czytam i myślę o tym zbyt wiele, słowo to staje się tylko symbolem, reprezentacją idei, której niemożliwość istnienia w tym świecie wzbudza jedynie gniew i poczucie bezsilności.

Indianie wymordowani kilkaset lat temu, korporacje wycinające odwieczne dżungle, kapitaliści wynajmujący w swoich fabrykach dzieci, wojny o ropę, wpływy, bazy militarne, kiedy giną zwykli ludzie, jak my, rodzice, dzieci, kochankowie, przyjaciele, miłośnicy szachów, kustosze muzeów (rozgrabionych przez żołnierzy), bywalcy kawiarni, czytelnicy książek... Jak nie czuć gniewu i bezsilności? Gdyby tylko wszyscy ludzie zrozumieli, że jest to niewłaściwe, wypaczone i chore, można by zmienić świat...

Ale nie można tylko żyć gniewem, można? Z gniewu nie powstanie miłość, wibracje złości, nie przekształcą się magicznie w wibracje przyjazne, gościnne i godne. Czasami więc odwracam się do środka, próbuję zapomnieć o reszcie świata i zastanawiam się, co ja osobiście mogę znaleźć, jaką wolność, miłość, przyjaźń.

Nie będę owijał w bawełnę – jest ciężko. Łatwo wskazać co jest nie tak na zewnątrz. Ten świat jest tak popier..., że trudno jest nie widzieć tego chaosu i bezsensu. Zobaczyć natomiast co nie gra w środku – to jest wyzwanie.

Marzę o spokoju i harmonii. Zawsze marzyłem. Dlatego zostałem kiedyś mnichem, szukając tego w modlitwie, dlatego później zostawiłem to dla mojej miłości, dlatego wylądowałem w różnych miejscach, próbując znaleźć swoje plemię, pieniądze, wyjście ze ślepej uliczki – tak często ostatnio wydaje mi się, że zabrnąłem gdzieś, zgubiłem się w dziwnym miejscu i za cholerę nie ma tutaj szans na szczęście. Szukanie.

Zaczynam chyba ględzić. Tak to jest, kiedy człowiek pisze o abstraktach, zamiast o konkretach...

No więc konkrety. Mieszkam w miłym, angielskim miasteczku. Nie pracuję dla kapitalistycznego wyzyskiwacza – zamiast tego opiekuję się niepełnosprawnymi dziećmi. Praca najlepsza z tych, które do tej pory miałem. Moja małżonka dołączyła do mnie kilka miesięcy temu. Wynajmujemy przyjemne mieszkanko, jeździmy na rowerach, czasami wyskakujemy do wegetariańskiej restauracji, czasem obejrzymy film, zaprosimy znajomych, ale...

Jesteśmy kompletnie nieszczęśliwi. Jesteśmy przesiąknięci brakiem satysfakcji, nie potrafimy pozbyć się uczucia, że nic nie jest fair, że życie przemyka obok, że opuściły nas duchy opiekuńcze – tak! Kiedyś wierzyliśmy w duchy opiekuńcze! :). Staliśmy się zgorzkniali, krytykujemy innych... unikamy innych – tak bardzo mamy dosyć, że unikamy innych ludzi, a kiedy już mamy z nimi coś do czynienia, wynajdujemy w nich wady i męczą nas swoją obecnością, gadaniem... Ufff... Trochę tego jest mr. Ebenezer Scrooge.

Jakby tego było mało, sami też mamy problemy między sobą. Kiedyś, nawet w najgorszych momentach (oj, były takie momenty, że myśleliśmy, że już gorzej być nie może) trzymaliśmy się razem, ale ostatnio coś się psuje. Za dużo stresu, za mało nadziei. Ja się boję, że sobie nie poradzę w byciu głową rodziny, ona boi się mi zaufać. Mi umarł niedawno ojciec i mam za złe Wszechświatowi, bo jeszcze przecież mógł sobie żyć, mieliśmy jeszcze tyle rzeczy do pogadania, a jej umarła mama i w gniewie podarła kalendarz z Kryszną, wołając, że już się do Niego nie odzywa i niech sobie gdzieś włoży wiarę w Siebie i miłość, bo jest niesprawiedliwy i głuchy...
Chociaż nie jest tak źle. Dziś tylko trochę ciężko...



Może zdefiniuj, czym jest dla ciebie szczęście.
Szczęście... Nie wiem. Zmieniają mi się koncepcje z roku na rok. Kiedyś myślałem, że będę szczęśliwy odrzucając świat. Później pomyślałem, że co mi tam – teraz obejmę świat (tak na marginesie – trochę się sparzyłem).
A teraz?
Ale co? Plany, czy marzenia?
Może najpierw marzenia.

To lubię – z planami jest różnie, ale marzenia sobie mogę mieć... No więc...
Kiedyś miałem taki sen. To była jesień, 1998 roku. Jako młody mnich, razem z kilkoma przyjaciółmi mieszkałem w Irlandii, w małym miasteczku, próbując założyć tam mały klasztor Hare Kryszna... No więc sen – W tym śnie obudziłem się. Stałem u podnóża ośnieżonej góry, chyba gdzieś w Himalajach. Obok mnie stało dwóch mężczyzn. Uśmiechali się. „Witaj, wreszcie się doczekałeś” – powiedział jeden z nich. Nabrałem w płuca mroźnego powietrza. Czułem się wolny i lekki. Zrozumiałem, że skończyło się zamieszanie, zmaganie, wyścig, problemy. Doszedłem do końca ścieżki, przeżyłem swoje życie, w miarę wyprostowany, większość czasu nie na kolanach, mogę spojrzeć w lustro prawie bez wstydu i teraz wreszcie doszedłem do miejsca, gdzie zaczyna się wolność.

Zaczęliśmy wchodzić do góry. Choć było mroźnie, choć powietrze było rzadkie, to nie czułem zmęczenia, ani zimna. Zamiast tego rozpierała mnie radość oczekiwania, wszechogarniające poczucie swobody, wiara, że świat nie jest już bezpańskim chaosem, ale harmonijnym, pięknym, mającym głębszy sens miejscem.

Szliśmy wiele dni. Pewnego wieczoru, w przededniu dotarcia do celu (domu?), rozbiliśmy obóz. Mogłem z niego widzieć szczyt, wiedząc, że po drugiej stronie zacznie się coś nowego, ekscytującego, ważnego.

Rozpaliliśmy ognisko. Moi towarzysze uśmiechali się tajemniczo, przyjaźnie. W pełni im ufałem. Spytałem jak tam jest, jacy są ludzie... Odpowiedzieli, że jutro sam zobaczę.
Gdy zasypiałem plecami do ogniska, wpatrując się w tysiące jasnych gwiazd, usłyszałem jeszcze, jak mówią do siebie – „Ten chłopak to ma szczęście” – i zasnąłem.
To było szczęście. Metafizyczne, kompletne, ciepłe szczęście, trwające do porannej pobudki.



Teraz plany.
Niedawno odziedziczyłem kawałek ziemi w górach. Było to całkowicie nieoczekiwane wydarzenie, które zabłysło, jak światełko w tunelu. Czy wreszcie będziemy mieć swoje miejsce?
Obliczyliśmy ile będziemy jeszcze musieli siedzieć na obczyźnie, żeby zbudować choć najmniejszy, najlichszy domek (czyli najtańszy), żeby choć łóżko weszło, stół, parę krzeseł i pokoik dla gości. Przynajmniej dwa lata. Dwa lata. Prawie siedemset dni. Niby nie wydaje się dużo, ale kiedy człowiek ma wrażenie, że dobił już do granic swojej wytrzymałości, to uwierzcie, jest to paskudnie długi kawał czasu.



No ale właśnie – własny domek w górach, w lesie – cholernie piękna wizja. A co potem? Ho, ho – spokojnie – nie zamierzamy planować całego życia. Na razie chatka na kurzej łapce, a czym ją nakarmimy i ogrzejemy, zobaczy się później. Może ten Facet u góry nie obraził się na nas za bardzo (za ten zniszczony kalendarz i w ogóle za obojętność) i ma coś w zanadrzu, albo przynajmniej wyśle jednego, czy dwa, akurat bezrobotne duchy opiekuńcze. W końcu już za długo musieliśmy radzić sobie sami, bez głosu szepczącego do ucha, że wszystko będzie dobrze, wszystko jest pod ochroną, że nie jest z nami jeszcze tak źle.

Na zakończenie może coś... nie wiem. Chyba już na dziś wszystko powiedziałem. Może coś do was. Wiem, że jesteśmy podobni (ja i wy). Może nasze problemu różnią się w szczegółach (na przykład nie mam problemu z pryszczami, czy nadwagą, ale za to łysieję i nie mogę porządnie rzucić fajek:), ale jestem pewny, że takich jak my jest tysiące. Niby biegamy, szukamy lepszej pracy, czasami wyjeżdżamy za nią aż za granicę, niektórzy szukają dziewczyny, chłopaka, martwimy się straconym życiem, samotnością, bezsensem, chorobami, śmiercią.

A w sumie wszystkim nam marzy się spokój, bliskość, przyjaźń, bezpieczeństwo, wiara w coś wyższego (come on – nawet ateista marzy, że chciałby wierzyć :), w sens, w sprawiedliwość, dom...

Pozdrawiam wszystkich czytelników.

Z głębokiego dołu, gdzie wolność i szczęście wydaje się tylko odległym światełkiem i gdzie samotność jest bratem syjamskim Marcinsen



PS. Jeszcze trochę pozytywów (podobno ludzie nie czytają tego, co małym druczkiem na końcu):
1. Friendsi - wiem, petit burgoise, nie ma żadnych czarnych, itd., ale ci goście potrafią wzbudzić uśmiech na mojej twarzy.
2. Stać mnie na kupowanie sobie książek.
3. Rozkręcam się z pisaniem.
...
Myślałem, że będzie więcej, ale się zaciąłem:).
No to nara.

Saturday, 2 January 2010

2012 - nowe opowiadanie



Wreszcie udało mi się zmobilizować i zacząć coś nowego. Na dobry początek roku. Już całe trzy strony. Jak zwykle nie zadbałem o wymyślenie całej fabuły przed rozpoczęciem pisania, tak że nie mam pojęcia gdzie pójdzie moja historia. Tak lubię najbardziej i ta niewiedza zwykle pozwala mi utrzymać entuzjazm potrzebny do skończenia opowiadania. Będzie o roku 2012 (zwykle nie jestem modny w tematyce, ale tym razem samo jakoś poszło w tym kierunku:), podróżach w czasie (w pewnym sensie), reinkarnacji, krysznowcach, wąchaniu kleju i wielu innych ciekawostkach (dużo wątków autobiograficznych ;). Jak zwykle, po skończeniu poproszę pokornie moich stałych edytorów o pomoc.
Pozdrowienia.

PS. Przy okazji zapraszam na un libertario, gdzie zacząłem nową serię "Z esejów Lwa Tołstoja", Wrzucam tam mało znane, wolnościowe wypowiedzi tego pisarza. Teksty tłumaczę z angielskiego.

Sunday, 27 December 2009

Tarotowe poetriki - Smutny czworokącik



Tarotowe poetriki - Smutny czworokącik

Naiwny naukowiec – cyrkowiec,
anarchista i wierszokleta
ujrzał w machinie księżniczkę,
istotę słodką, przepiękną,
mądrą i smakowitą.
Zdając się na obliczenia
i wizje z aparatury
smutny i biedny poeta
ruszył w beznadziejną podróż,
żeby księżniczkę wziąć sobie
za żonę.



Po drugiej stronie królestwa
żył dumny rycerz – najemnik,
wierny przyjaciel przyjaciół
i mściwy wrogów wróg.
Raz ujrzał księżniczki portrecik,
gdy u kolegi grał w wista.
Mężne serce osłabło z miłości
i rzuciwszy karty na stół
napalony chłopiec pojechał
się żenić.



Księżniczka – to fakt – niedościgła
w urodzie, w dowcipie i w słowach
niedociągnięcia miała w swej cnocie
(takie są życia realia)
i gdy żarliwi młodzieńcy
ścigali marzenia i sny,
gorliwe ręce markiza
du Fuę Fuą Fiją
ściskały talię dziewczyny,
która chichocząc słuchała
nieładnych, niegrzecznych... no
świńskich po prostu szeptanek.

(Ostatecznie wyszła za poetę - naukowca
– takie rzeczy się
w bajkach zdarzają.
Po czem żyli długo i szczęśliwie.)

* * *
wszystkie ilustracje w tym wpisie
są dziełem i własnością
pani Pauliny Cassidy i pochodzą
ze stworzonej przez nią talii
Paulina Tarot.