Monday, 13 September 2010

Proces twórczy 3



Eh zazdrość człowieka zżera, gdy czyta takiego geniusza. Dla mnie Neil Gaiman to prawdziwy mistrz. Otwierasz pierwszą stronę i po tobie, wsiąkłeś, nawet King nie ma takiej mocy (choć moc Kinga nieogarnięta jest również:). Gaiman ma w sobie poezję, oj tak moi mili, facet dokopał się do ukrytych poziomów, których pilnuje Cerber, na których przechadzają się dusze czyśćcowe i gdzie uczniowe dawno spalonej szkoły grają w twista (co to cholera jest ten twist – nigdy się nie dowiedziałem).

Zmiana tematu, ale na jaki? Coś co pomoże mi w pisaniu? Coś co ruszy akcję? To sobie zachowaj do książki, nie marnuj pomysłów, tutaj na kartkach free writing po prostu pisz, co ślina na język przyniesie.

Sąsiadowi spaliła burza telewizor i dekoder cyfrowego polsatu (czy innego z tych ustrojstw, skąd mam się znać?). Siedział później cały dzień w naszej kuchni, pokorny, zmartwiony i szczęśliwy, że w centrum. Co kto wszedł opowiadał mu o swojej tragedii. My też mieliśmy burzową przygodę: wszystko wyłączyliśmy z gniazdka, ale kiedy piorun uderzył gdzieś blisko, odłączona lampka buchnęła białym światłem prosto w twarz, omal się nie zesrałem.

Oj ciągnie się dzisiaj to free writing, nie wróżę łatwego pisania, ale 6 stron ma był i już, taki standard wrzuciłem. Gdyby nawet szło jak z nosa, to w kilka miesięcy zakończę pierwszy draft i można będzie się wziąć za ratowanie tego tworu. Jak na razie nie jestem zadowolony, szczególnie po przeczytaniu kilku stron „Amerykańskich Bogów”. Jak nadać treścią taką trójwymiarowość? Jak, cholera, jak?

Wczoraj w nocy wypiłem kawę i pisałem. Chciałem sprawdzić, czy jestem rannym, czy nocnym pisarzem. Ciągle nie mam pojęcia. Chyba wolę napisać dużo rano, bo wtedy nic nade mną nie wisi, a wieczorem zobić ekstra robotę, żeby czuć się lepiej. Dobre samopoczucie to fajna rzecz. Kiedy się skończy ta strona? Nie zatrzymuję się dłużej niż na sekundę, żeby rozuszać zesztywniały umysł, ale w jakiś sposób cieńko dzisiaj.

W mojej dawnej szkole, tu zaraz, dwa domy dalej – to było częste miejsce moich koszmarów. Fruwałem na strychu. Byłem duchem. Życie było nudne, puste i niebezpieczne, bo nigdy nie brakowało większych duchów, polujących na takie małe łazęgi jak ja.

Sunday, 12 September 2010

Nieustraszeni

Po raz enty obejrzałem "Nieustraszonych Pogromców Wampirów" Polańskiego. Pomijając, że film jest genialny, za każdym razem jestem po uszy zakochany w roli Sharon Tate. Popatrzcie sami.








Mój ulubiony moment z filmu:

Thursday, 9 September 2010

Proces twórczy 2



Wrzucam jeszcze kawałek ostatnich sesji free writing. Ulubiona część pisania:)

* * *

Free writing, free writing, żeby rozgrzać pióro, a spod pióra nic się nie chce lać, żadne piękne słowa, metafory, chwytające za serce konstrukcje, archetypy i marzenia dzielone z zludzkością – kiedy piszesz o marzeniu dzielonym z ludzkością, archetypowym znaczysię, wtedy rezonans się odzywa w sercach czytelników i myślą, że piszesz prosto do nich, że skądś się znacie, z mitycznych szlaków, podniebnych ścieżek, balów o północy w astralnych frakach, mentalnych garniturach, przy szampanie półbogów, po którym nie ma kaca, a wręcz przeciwnie – człowiek się rano czuje jeszcze lepiej niż się czuł przed imprezą.

Mieszkałem kiedyś na Księżycu. Nie na tym, którego sięgają lunety, ale tym z innego wymiaru. Żyłem 10 000 lat, pijałem soma rasę, miałem przyjaciół, przechadzaliśmy się w niebieskim świetle Ziemi w pełni i rozmawialiśmy o filozofii. Pewnego dnia, po tysiącach lat relaksiku skończył mi się karmiczny kredyt i w trymiga wyskoczyłem z półboskiego ciała. Pod stopami przyjaciele, ukochana, przytulny dom, przewiewany wonnym, mroźnym powietrzem, cyk i po wszystkim. Zabolało mnie, że nikt nawet nie spojrzał w górę, każdy kontynuował rozmowy, zajęcia, recytowania poezji, a ja po prostu przestałem dla nich istnieć. Cholera, nie za miła sytuacja. Później wylądowałem na Ziemi i od teraz to Księżyc mam nad głową, a Ziemię pod stopami, i nie ma soma rasy, ludzie gadają o politycce i meczach, nie o filozofii i poezji, no a zamiast żyć 10 000 lat, żyjemy zaledwie 60, 70, czy sto. Niedużo, co?

Ok – wyczerpuje ci się bateria, czy brakuje ci słów? Nie wyczerp wszystkich, to przecież tylko rozgrzewka. O czym planujesz dziś pisać – chcę przedstawić Zuzkę, Zuzannę, Zuzannę … Nie wiem, jak na nazwisko, nieważne, jeszcze nie teraz. No więc miła dziewczyna, dziewczyna z moich marzeń – samodzielna, o ostrej urodzie, trochę egzotycznej, potrafi mówić ze wzgardą, potrafi się śmiać krystalicznie, choć na co dzień ma głos lekko zachrypniety, jak chłopak. Zuzka. Wylądowała w niezłej kabale, nie ma już grzebienia, nylonowych rajstop, piwa i koleżanek. Wylądowała w mało sympatycznej krainie, i to wcale nie jakaś opowieść fantasy, ale kawał ciężkiego chleba i traumatycznych przejść. Zuzka to nie jest senny cień, ale konkretna dziewczyna. Patrzę na jej zdjęcie, ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest za ładna. A mi się podoba.

Wednesday, 8 September 2010

Proces twórczy



Pracuję obecnie nad książką. Jednym z ćwiczeń, jakie używam to przed rozpoczęciem właściwego pisania, robię sobie sesje free writing, czyli kilkuminutowe pisanie, co ślina na język przyniesie, żeby rozruszać duszę. Poniżej próbka.

* * *

Skąd ta pustka? Słowa, które ze mnie wylatują wydają mi się puste, myśli miałkie, brak temu idei, spójności, jakbym wszystko robił na siłę. Jakbym teraz powiedział sobie: Jestem Pisarzem i sam fakt zaszufladkowania się sprawił, że pisanie zaczęło być pracą, a nie twórczym procesem. Być może słowo „praca” zabija we mnie duszę? Pisanie musi być swobodnym przepływem energii, idei, ucieleśnieniem mojego pragnienia wolności?

Te sesje free writing są ważne. Uczę się procesu twórczego. Próbuję zrozumieć, jak pozostać swobodnym duchem, równocześnie trzymając się jednego zadania przez długi okres czasu. Nie wychodzi mi na razie za dobrze. Czuję się jak płatny robotnik, idący do pracy. Każda strona to łopata piachu, którą przerzucam bez entuzjazmu, gromadząc zapisane strony i myśląc o przyszłości, o jakimś mistycznym momencie, kiedy wreszcie zacznie się proces twórczy. Proces twórczy już się zaczął i nie będzie lepszej sposobności, żeby przywołać muzę. Muzo, bądź ze mną zawsze.
Tołstoj napisał, że trzeba mieć jeden pogląd w ciągu pisania powieści i być mu wierny. Powieści, w których narrator zmienia swoje poglądy na każdej stronie jest bezsmakowa, nijaka.
Nie o tym chciałem pisać.

Czego mi brakuje. Kolorów, srebra, zapachów, niewinności bohatera – niewinności, która zapewnia świeże spojrzenie na rzeczywistość. Przypomnij sobie karciane opowieści – zwykły bohater, o zwykłych marzeniach, barwny przykład szczerego, baśniowego eskapizmu z odrobiną pieprzu (latająca, naga bestyjka).

Możesz to połączyć z „Najstarszymi”. Możesz patrzeć na tę opowieść, jak na magiczną historię, którą naprawdę przeżywasz? Przecież nie mogłeś się doczekać wejścia do Łaciatych Rubieży. Dlaczego ci przeszło? Powiem ci dlaczego – bo wcale tam nie weszłeś. Ślizgasz się po warstwie lodu, pod którą kwietnie prawdziwe życie. Jak go znaleźć? A jak piszesz teraz? Wcale nie używasz tylko słów. Piszesz to, co naprawdę czujesz, słowa płyną same, jesteś zsynchronizowany z ich melodią, rytmem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ok. Więc wyobraź sobie, że zaczynasz nastepną scenę Najstarszych… I nie bądź jak Chandler w odcinku Friendsów, w którym Monika zabiera go do fotografa i za każdym razem, kiedy obiektyw skupia się na nim, jego twarz zastyga w sztuczną maskę. Czy tak samo jest z tobą? Dopóki tak sobie piszesz, wszystko jest dobrze. Kiedy wracasz do powieści, nagle okazuje się, że znów jesteś zaspanym robotnikiem z łopatom, czekającym na fajrant i piwo z kolegami. ok. Więc spróbuj.

Tecumseh podszedł do… I już – maska zastygła, fotograf chce zrobić zdjęcie, ale zamiast Chandlera, na krześle siedzi manekin bez duszy. Cholera. Czuję bezsilność. Jeszcze raz.
Tecumseh popatrzył na...

Friday, 3 September 2010

Usterka w materii czasu



Usterka w materii czasu
(sen)

Samolot leci za nisko. Cholernie za nisko. Próbuję sobie powiedzieć, że pilot wie, co robi, staram się myśleć o czymś innym, ale jedyne co widzę do linia drzew i krótki pas trawy, który z pewnością nie wystarczy jako pas do lądowania. Inni pasażerowie też to zauważyli. Słychać coraz głośniejszy szmer wzburzonych rozmów, szybko jednak zagłusza go dźwięk wyjącego silnika. Chwytam za rękę Tulasi. Już nie mam wątpliwości – samolot ląduje.

Kiedy w miarę gładko uderzamy o ziemię i ciągle jesteśmy żywi, przez chwilę mam nadzieję, że uda się wyjść z tego cało, ale wtedy widzę las, w który wjedziemy za kilka sekund. To koniec. Ściskam mocno dłoń Tulasi, zamykam oczy i staram się myśleć o Bogu.

Moment przed wybuchem trwa wieczność. Myślę, że może to normalne, że przed śmiercią czas rozciąga się kilkakrotnie, tak człowiek próbuje przedłużyć swoje życie.
Ale tak długo? I dlaczego zrobiło się tak cicho?

Otwieram oczy. Wszystko zastygło jak zatrzymana klatka filmu. Po chwili zdaję sobie sprawę, że odnosi się to tylko do samolotu – ludzie poruszają się, oddychają, rozglądają z niedowierzaniem i milczą, podobnie jak ja zaskoczeni, że jeszcze żyją. Wyglądam za okno. Skrzydła są już oderwane, z okaleczonego wraku tryskają nieruchome płomienie, wyglądające jak szklana imitacja ognia. Przód pokładu również zanurzony jest w zastygniętym płomieniu. Wydaje mi się, że w jego głębi widzę zwęglone, nieruchome postacie.
Odwracam się do Tulasi.
- Uciekajmy stąd.
Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Część osób odzyskała już rozsądek na tyle, żeby wiedzieć, iż mają jeszcze szansę na przeżycie, choć za cholerę nie potrafiliby sobie wytłumaczyć, jak to się stało.

Przeciskamy się pomiędzy ludźmi. Ciekawa rzecz – choć wszyscy są pogrążeni w panice, panuje cisza. Ludzie boją się odezwać, boją się obudzić los, chcą uciec w ciszy jak przerażone myszki, licząc na to, że nikt nie zauważy ich nieposłuszeństwa, ich niezgody na pokorne przyjęcie swojego losu.

Komuś udaje się otworzyć drzwi. Wyskakujemy na trawę i odbiegamy parę kroków. Odwracam się i patrzę na widok, którego nigdy nie zapomnę – płonący samolot zastygnięty jak w bursztynie, płonący w zupełnej ciszy, ogromny potwór wydający się zupełnie nie na miejscu w spokojnym, zielonym lesie. Słyszę szum drzew. Czyli czas zatrzymał się tylko dla samolotu. Ta obserwacja otrzeźwia mnie. Ciągnę za sobą Tulasi.
- Musimy biec! Jak najdalej!
Niektórzy z ludzi usiedli u stóp wraku, są wyraźnie w szoku.
- Uciekajcie, kurwa, uciekajcie! – wołam. Tylko część z nich słucha mojej rady. Nie wiem skąd, ale wiem, że trzeba znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Zaraz wydarzy się tu coś strasznego.

Nie wiem, jak długo biegniemy. Czuje coraz większą ulgę. Oglądam się za siebie i widzę, że dziwna poświata płonącego samolotu znika między drzewami. Nieliczni pasażerowie przemykają przez las. Nie zwalniam. Jeszcze nie.

Jęk przeciążonego silnika rozdziera ciszę. Huk wyrywanych z korzeniami drzew zlewa się z ogromną eksplozją. Chwytam Tulasi za rękę i wskakujemy w rów strumyka. Rów jest płytki, ale na szczęście ma stromy brzeg. Zanurzamy się w lodowatej wodzie. Kiedy dosięga nas podmuch gorąca, zanurzamy się jeszcze bardziej. Modlę się, żeby nie zabiły nas szczątki samolotu. Kawałki rozgrzanego do czerwoności metalu, rozerwanych kawałków turbin, płonącego plastyku przelatują nad naszymi głowami. Słyszę okrzyki bólu, wycie płonących ludzi. Kiedy wszystko się uspakaja, wychodzimy z potoka.

Kilkaset metrów dalej płonie las. Tym razem ogień jest prawdziwy, czuję na twarzy gorąco, migoczący odblask na drzewach wygląda tak, jak powinien.

Odwracam się do Tulasi. Uśmiecha się, choć to niepewny uśmiech, brak w nim radości z ocalenia. Widzę w jej oczach to samo, co czuję w sercu – nie powinniśmy przeżyć. Powinniśmy razem z resztą spłonąć we wraku. Coś poszło bardzo nie tak. We wszechświecie pojawiła się usterka i jestem pewny, że ten, kto jest odpowiedzialny za porządek rzeczy nie zostawi tego w spokoju.

Słyszę kolejny wybuch. Odruchowo pochylam głowę, ale Tulasi pokazuje na horyzont. Zbliża się przerażająco czarna chmura burzowa, rozświetlana przez kotłujące się rozbłyski wyładowań. Patrzę w górę i z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że zaczęło się polowanie. Nie jestem sam. Reszta rozbitków również stoi bez ruchu i patrzy z przerażeniem na chmurę. Wszyscy czują to samo. Pojedyncze osoby odwracają się plecami do burzy i zaczynają biec przed siebie, pochyleni, chowający się za krzakami jak ścigane zwierzęta.
Tulasi ciągnie mnie za rękę. Patrzę na nią z rozpaczą.
- Musimy uciekać – mówi. – Tu nie jesteśmy bezpieczni.

Friday, 27 August 2010

Nowe opowiadanie w "Akcencie"

Wszystkich fanów mojej skromnej twórczości ;P zapraszam do nabycia kolejnego numeru "Akcentu" (3.10). Ukaże się chyba we wrześniu. Mój tekst to "Wynalazek Profesora T.Alenta".

Wednesday, 25 August 2010

Zwycięstwo z przypadku



Zwycięstwo z przypadku

- I mówisz, że on tym przyleciał z poprzedniego cyklu? – Grajdołek nie ukrywał powątpiewania. Staliśmy koło dźwigu, spoglądając na lśniący kadłub u naszych stóp. To nie promienie słońca odbijały się w błyszczącej czerni. Metal lśnił własnym światłem.
- Nie powiedziałem, że z poprzedniego – wydukałem. – Z któregoś…
- Milion lat temu? – ton kolegi nie budził wątpliwości. Właśnie podpisałem na siebie wyrok. Od jutra będę pośmiewiskiem całej firmy. Ale co mi tam. Takie odkrycie…
- Nie milion, ale dwanaście… – Wbijałem wzrok w przedmiot, który trzy godziny wcześniej tkwił pod warstwą błota na placu budowy pod osiedle „Grzyby po deszczu”. A kiedy dzięki łopatce dźwiga przestał tkwić, usłyszałem głos. Mistyczny, przerażająco realny głos z epoki tak odległej, że nie mogłem sobie nawet wyobrazić. „Dwanaście milionów lat”. Tak powiedział. A później dodał: „Już dłużej kurwa nie wytrzymam!”

- Technicznie, to nie przyleciał, ale przeczekał. - Nie doczekałem się riposty. Złośliwa uwaga zamarła na ustach Grajdołka, a zmięty papieros zawisnął na wardze. Ktoś wyczołgał się z pojazdu.
Mężczyzna wpadł w błoto. Z obrzydzeniem popatrzył na uświnione spodnie i ruszył w naszą stronę. Zadowolony zauważyłem, że Grajdołkowi zrzedła mina.
Nieznajomy z eonów dawno minionych stanął wreszcie na suchym gruncie. Gość jak gość. Może nos trochę większy niż normalny, ale widziałem gorsze.
- Z którym gadałem? – zapytał opryskliwie. Wysunąłem się do przodu. Niechętnym spojrzeniem obrzucił zabłocone gumowce i połatany waciak. Znałem ten wzrok. Inteligent, kurna…

Gość sięgnął do kieszeni i wyciągnął wytartą mapę. Mimo urazy nachyliłem się z ciekawością. Nic nie dało się odczytać. Domyśliłem się, że to mapa świata – dużo wody i białe czapy na biegunach, ale na tym podobieństwo się kończyło. Fragmentaryczne, poszarpane lądy nic nie przypominały. Czyżby to był jednak gość z innej planety?
Mężczyzna wskazał czerwony punkt na jednej z większych wysp.
- To my.
Wzruszyłem bezradnie ramionami i kiwnąłem na Grajdołka. Podszedł niechętnie.
- Ehh… - zająknął się. – To raczej nie my.
- Polska… Europa. Nie słyszeliście o Europie?
Pokręciliśmy niepewnie głowami.
Zamyślił się. W końcu szepnął do siebie:
- Wędrujące kontynenty… Kurwa, wędrujące kontynenty… Nie przewidzieliśmy…
Kontynenty? O czym on gada? Kontynent jest jeden.
Grajdołek sięgnął do mapy i trochę ją odwrócił.
- Gdyby popatrzeć z tej strony, to trochę jakby znajomo.
Zerknąłem.
- Racja. Wtedy ten czerwony punkt byłby jednak u nas… Ale ten zielony…
- Co z zielonym? – podchwycił gorączkowo gość z przeszłości.
- Tutaj byłoby morze – wskazałem pomiędzy czerwonym punktem a zielonym. – W takim razie… - Nie zdążyłem odpowiedzieć. Grajdołek triumfalnie stuknął brudnym palcem w biegun.
- Zielony punkt musi być tutaj! – zawołał. Gość z rozpaczą popatrzył na białą plamę. Szkoda mi się go zrobiło.
- A co to, ten zielony? – spytałem.
- Kolega.
- Kolega?
- Kolega – westchnął. – Założyliśmy się, kto dłużej wytrzyma…
- I co?
- I nic. Przegrałem. Lodem go przykryło. Nawet jakby chciał wyjść, to będzie musiał poczekać parę milionów lat. Wygrał skubaniec.
Popatrzyłem zmieszany na Grajdołka. Faktycznie głupio tak przegrać. Żeby to jeszcze była czyjaś wina, a tutaj kontynenty zawiniły. Wędrujące.
Grajdołek poklepał gościa po ramieniu.
- Zapraszamy na piwko. I bigos. U nas na stołówce najlepszy robią.
Mężczyzna podniósł oczy.
- Bigos?
- A co pan myślał? Że tylko w… - zająknąłem się.
- W Polsce… - pośpieszył z pomocą Grajdołek.
- Że tylko w Polsce można dobrze zjeść?

Tuesday, 24 August 2010

Dzieło sztuki



Dzieło sztuki

Baronet Q. zawahał się przed zamknięciem drzwi.
- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? – zapytał przyjaciela, który nonszalancko rozłożył na stole butelkę przedniego Porto, kieliszek i paczkę tytoniu.
- Pozwól mi martwić się moją częścią zakładu, a ty martw się swoją. Jutro o tej porze będziesz chudszy o dwadzieścia złotych gwinei – odpowiedział niefrasobliwie hrabia P.
Troska zniknęła z oblicza baroneta Q.
- Za godzinę będziesz szlochał przy mojej dorożce, błagając, abym nikomu nie powiedział, jak narobiłeś w spodnie – warknął i z hukiem zatrzasnął drzwi.
Hrabia P. zaśmiał się na słowa przyjaciela i nalał sobie kieliszek ciemnego trunku. Śmiał się jeszcze, kiedy słodki, mocny alkohol wpłynął gorącą strugą do żołądka. A później spojrzał na obraz. I przestał się śmiać.

* * *

Ogromne, ciemne oczy markizy d’Avout lśniły słodyczą. Gdyby nie ciemna zmysłowość drżących płatków nosa, wyuzdanie linii pełnych warg i lubieżność łabędziej szyi, można by się zakochać. Mężczyźni nie kochali jej jednak. Oni pożądali.
Markiza d’Avout oderwała wzrok od obrazu i zwróciła się drwiąco do towarzysza:
- To wszystko? Obraz wystraszonego pajaca z kieliszkiem wina? Możesz zapomnieć o „obsypaniu pocałunkami sprężystych piersi i zbadaniu mrocznych sekretów dolnych partii”. – Wyciągnęła rękę. – Zdaje się, że jest mi pan coś winny.
Uśmiechnięty młodzieniec ucałował drobną dłoń. Markiza wydęła pogardliwie usta.
- Miałam na myśli dwadzieścia złotych luidorów – prychnęła.
- Ależ moja droga. Obraz, o którym mówi nasz zakład wisi tam – wskazał na przeciwległą ścianę. Markiza odwróciła głowę. Wyniosłość w ponętnym spojrzeniu przerodziła się w przerażenie. Wyuzdane usta rozwarły się do krzyku.

* * *

Niezła – powiedział L. Antoniusz Quintus, pochylając się nad mozaiką. – Barbarzyńska uroda, ale bestyjka ma coś w oczach – oblizał wargi.
- Kurwiki? – podsunął Q. Marek Terencjusz.
- Może i kurwiki, ale z pewnością nie posiwiałem z grozy, a jedyne dreszcze jakie czuję, to w lędźwiach. - L. Antoniusz Quintus popatrzył na przyjaciela. - Obiecałeś mi, że doświadczę prawdziwego strachu. Wisisz mi dwadzieścia złotych aureusów.
Q. Marek Terencjusz pokręcił głową.
- Drogi Antoniuszu. Dzieło, o którym była mowa, znajduje się tam – pociągnął przyjaciela za rękaw. Mężczyzna zrobił kilka kroków. Stanął. Ugięły się pod nim kolana. Zadrżał, zwymiotował, zemdlał i upadł twarzą w zwrócony obiad.

* * *

- Ale ohyda! Przyprowadziłeś mnie tutaj, żebym oglądał zarzyganego Rzymianina? Przed kolacją? I dlaczego wystawiają taki kicz w galerii sztuki? Przecież tutaj przychodzą ludzie! – potok gorączkowych słów wypłynął z ust Account Executive PR, niesympatycznego, młodego mężczyzny z przedwczesną łysiną.
- Spokojnie, spokojnie. Obraz, o którym mówiłem stoi tam – równie niesympatyczny mężczyzna, stażysta działu handlowego firmy obuwniczej wskazał na ciemną niszę w głębi galerii. – Najpierw jednak chcę coś zaproponować. Zakład. Stawiam dwadzieścia złotych, że…

Saturday, 14 August 2010

Złoty pył



Złoty pył
(Najwyższej Kapłance)

Wjechałem w noc na rydwanie.
Rzucając stalowe spojrzenia
zeskoczyłem w trawę,
wyzywająco zdeptałem kwiaty.
Nie zauważyłem złotego pyłu
na skórzanych butach,
a rondo kapelusza
przesłoniło księżyc.
Ogłosiłem później,
że noc jest pustkowiem.

Innego wieczoru
odłożyłem zbroję.
Podszedłem do granicy czerni
i ułożyłem głowę na trawie.
- Zobacz, idę spać –
szepnąłem w cichą pustkę.
Gdy zamknąłem oczy,
usiadłaś obok
i całą noc śpiewałaś mi pieśni
wyższych krain.

Noc przestała być pustkowiem.

Saturday, 7 August 2010

Reżimy



Reżimy
(sen)

Jestem wysoko postawionym oficerem hiszpańskim. Bogatym, wpływowym, rozmiłowanym w wyszukanych przyjemnościach, sztuce. Któregoś wieczoru generał Franco przeprowadza pucz. Prawie bez walki przejmuje władzę w Hiszpanii. Udaje się pokonać Republikę przez przejęcie rządu, bez wojny domowej.

Franco przekazuje mi listę oficerów do zlikwidowania. Są to osoby, które stanęły po stronie Republiki, jak i osobiści wrogowie Franco. Zjawiam się w nocy w ich mieszkaniach, z grupą żołnierzy i wykonuję egzekucję na miejscu. Nie sprawia mi to przyjemności, ale nie mam na tyle silnego kręgosłupa moralnego, żeby sprzeciwić się systemowi.

Po kilku dniach widzę, jak w stronę mojego domu zmierzają żołnierze. Zdaję sobie sprawę, że Franco w swojej manii prześladowczej postanowił zlikwidować również mnie. Chwytam, co wpada mi w rękę i uciekam przez okno. Na szczęście jestem przygotowany na taką okazję. Mam wynajęty pokój w hotelu na fałszywe nazwisko. Tam ukrywam gotówkę, cywilne ubrania, podrobione dokumenty.

Jestem załamany. Wiem, że nie ma już dla mnie miejsca w Hiszpanii. Moja twarz jest znana w całym kraju, w końcu byłem jednym z najbliższych współpracowników Franco. Poranne gazety będą pewnie pełne listów gończych i artykułów o mojej zdradzie. Z mieszkania zabrałem butelkę wódki. Po drodze do hotelu piję. Rozochocony, pełen dekadenckiej chęci zabawy, żeby zatopić zmartwienia w zabawie, zabieram z ulicy trzy młode dziewczyny, prostytutki, prześliczne kobietki. Nie przejmuję się, że mogą mnie rozpoznać. Noc jest pełna alkoholu i rozpusty.

Rano, kiedy się budzę, dziewczyn już nie ma. Słyszę jakiś hałas na dole. Wyglądam przez okno. Kilka wozów żandarmerii. Dziwki mnie wydały. Żołnierze wbiegają do hotelu. Nie mam czasu. Wciągam spodnie, zarzucam na plecy marynarkę, chwytam pieniądze i uciekam na dach, stamtąd na kolejny budynek, na następny, aż w końcu dobiegam do portu. Jedyny ratunek dla mnie to wyjechać z kraju. Wsiadam na prom do Czechosłowacji.

Udaje mi się uciec, ale większą część podróży spędzam w kajucie symulując chorobę morską. Boję się rozpoznania. Po kilku dniach podróży przez ocean wpływamy promem na Wełtawę. Piękny widok. Suniemy powoli rzeką, spoglądając na monumentalne budowle, katedry, kamienice emanujące starożytnością, jakby miały tysiące lat, a nie kilkadziesiąt, czy kilkaset. Oddycham z ulgą. Jestem w Czechosłowacji.

Nie zdaję sobie sprawy, że w tym czasie wszystkie światowe dyktatury, w tym komunistyczna dyktatura Stalina sprzymierzają się w walce przeciwko demokracji. W Czechosłowacji czekają na mnie wysłannicy Franco. Przez jakiś czas udaje mi się uciekać, ale w końcu zostaję zapędzony do ślepej, ciasnej uliczki. Z samochodu wysiada sam generał Franco.
- Wsiadaj, nie rób z siebie pośmiewiska – mówi spokojnie. – Chyba nie chcesz, żebym zastrzelił cię tutaj, jak psa, na obcej ziemi.

Zrezygnowany wchodzę do wozu. Jedziemy powoli przez Pragę. Patrzę na krzątających się ludzi, wąwozy ulic, komunistyczne plakaty. Zdaję sobie sprawę, że nie ma gdzie uciec. Dla świata nadeszła era totalitaryzmu.