Wednesday, 8 September 2010

Proces twórczy



Pracuję obecnie nad książką. Jednym z ćwiczeń, jakie używam to przed rozpoczęciem właściwego pisania, robię sobie sesje free writing, czyli kilkuminutowe pisanie, co ślina na język przyniesie, żeby rozruszać duszę. Poniżej próbka.

* * *

Skąd ta pustka? Słowa, które ze mnie wylatują wydają mi się puste, myśli miałkie, brak temu idei, spójności, jakbym wszystko robił na siłę. Jakbym teraz powiedział sobie: Jestem Pisarzem i sam fakt zaszufladkowania się sprawił, że pisanie zaczęło być pracą, a nie twórczym procesem. Być może słowo „praca” zabija we mnie duszę? Pisanie musi być swobodnym przepływem energii, idei, ucieleśnieniem mojego pragnienia wolności?

Te sesje free writing są ważne. Uczę się procesu twórczego. Próbuję zrozumieć, jak pozostać swobodnym duchem, równocześnie trzymając się jednego zadania przez długi okres czasu. Nie wychodzi mi na razie za dobrze. Czuję się jak płatny robotnik, idący do pracy. Każda strona to łopata piachu, którą przerzucam bez entuzjazmu, gromadząc zapisane strony i myśląc o przyszłości, o jakimś mistycznym momencie, kiedy wreszcie zacznie się proces twórczy. Proces twórczy już się zaczął i nie będzie lepszej sposobności, żeby przywołać muzę. Muzo, bądź ze mną zawsze.
Tołstoj napisał, że trzeba mieć jeden pogląd w ciągu pisania powieści i być mu wierny. Powieści, w których narrator zmienia swoje poglądy na każdej stronie jest bezsmakowa, nijaka.
Nie o tym chciałem pisać.

Czego mi brakuje. Kolorów, srebra, zapachów, niewinności bohatera – niewinności, która zapewnia świeże spojrzenie na rzeczywistość. Przypomnij sobie karciane opowieści – zwykły bohater, o zwykłych marzeniach, barwny przykład szczerego, baśniowego eskapizmu z odrobiną pieprzu (latająca, naga bestyjka).

Możesz to połączyć z „Najstarszymi”. Możesz patrzeć na tę opowieść, jak na magiczną historię, którą naprawdę przeżywasz? Przecież nie mogłeś się doczekać wejścia do Łaciatych Rubieży. Dlaczego ci przeszło? Powiem ci dlaczego – bo wcale tam nie weszłeś. Ślizgasz się po warstwie lodu, pod którą kwietnie prawdziwe życie. Jak go znaleźć? A jak piszesz teraz? Wcale nie używasz tylko słów. Piszesz to, co naprawdę czujesz, słowa płyną same, jesteś zsynchronizowany z ich melodią, rytmem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ok. Więc wyobraź sobie, że zaczynasz nastepną scenę Najstarszych… I nie bądź jak Chandler w odcinku Friendsów, w którym Monika zabiera go do fotografa i za każdym razem, kiedy obiektyw skupia się na nim, jego twarz zastyga w sztuczną maskę. Czy tak samo jest z tobą? Dopóki tak sobie piszesz, wszystko jest dobrze. Kiedy wracasz do powieści, nagle okazuje się, że znów jesteś zaspanym robotnikiem z łopatom, czekającym na fajrant i piwo z kolegami. ok. Więc spróbuj.

Tecumseh podszedł do… I już – maska zastygła, fotograf chce zrobić zdjęcie, ale zamiast Chandlera, na krześle siedzi manekin bez duszy. Cholera. Czuję bezsilność. Jeszcze raz.
Tecumseh popatrzył na...

8 comments:

  1. Karciane opowieści czytało się świetnie.
    Powodzenia

    ReplyDelete
  2. Też organizuję sobie takie sesje...czasami to właśnie one są tym "prawdziwym" pisaniem. Czytałam kiedyś wywiad ze znaną poczytną autorką tzw "top topów" dla kobiet:)I owa autorka powiedziała, że codziennie rano punkt 9 siada przed kompem z kubłem kawy i PISZE. Jak to w robocie - mała przerwa na śniadanie i znowu pisanie....
    Pomyślałam sobie wtedy, że dupa blada ze mnie będzie a nie pisarka, bo w życiu nie potrafiłabym tak dzień w dzień o 9 rano z tym kubłem kawy...Rozpierdzielona jestem chyba jakoś za bardzo...piszę wtedy gdy czuję....pewnie dlatego nie zostałam poczytną autorką top topów dla pań:):)
    Marcin - trzymam kciuki za książkę, i fajnych sesji wolnopisarskich życzę:)

    ReplyDelete
  3. Bardzo ciekawy freestyle. Trzymam kciuki za pisanie książki.

    Pozdrawiam,
    Antonina

    ReplyDelete
  4. Dzięki za życzenia. Książka to ciężka sprawa, właśnie to siadanie codziennie, czy się chce, czy nie jest zabaójcze, ale jest w tym również coś fajnego - przekraczanie własnych ograniczeń.

    ReplyDelete
  5. To ja w nawiązaniu do tego, co napisała Green Canoe, ale z własnego podwórka. Rady Kapuścińskiego: pisz przynajmniej stronę dziennie. Jeśli za dobrze ci idzie, przerwij. Będziesz miał od czego zacząć następnym razem. Jeśli nie możesz pisać, nie dręcz się. Idź poczytać.
    Żeby nie wyszło, że się mądrzę: ta ostatnia rada podoba mi się najbardziej :)))

    ReplyDelete
  6. Jakbym miał stosować tę poradę, to tylko bym czytał i nic nie napisał. Są różne typy ludzi - np. leń, jak ja, muszę się zmuszać:)
    Robię tak - dziennie przynajmniej sześć stron powieści. Nawet jeśli uważam, że to gówno, pisze się tragicznie, wymuszam każde słowo, pcham się do przodu. Chodzi o to, żeby skończyć pierwszy szkic, a przeciez później można szlifować do oporu, poprawiać, wzbogacać. Na razie to działa, w półtora miesiąca mam ponad 300 000 znaków ze spacjami.

    Po kilku szlifach nie omieszkam się narzucić kilku osobom...;P

    ReplyDelete
  7. Życzę powodzenia, natchnienia, radości z pisania... Nawet jeśli ta radość przytłumiona jest czasem poczuciem obowiązku, narzucaniem sobie ograniczeń - to na pewno jest, podziemna, przepływa i dodaje sił. Twoje free writing czyta się świetnie - tylko krok dzieli je od ecriture automatique surrealistów, których tak bardzo sobie cenię. Jest w tym wyzwolenie i przekraczanie granic.
    Powodzenia, po prostu :)

    ReplyDelete
  8. Dzięki Ada. Free writing to jest naprawdę fajna sprawa. Nie potrafię nawet zacząć pisać, jeśli nie zrobię takiej rozgrzewki. Podróżuję z Tobą po Krakowie:)

    ReplyDelete