Friday, 3 September 2010

Usterka w materii czasu



Usterka w materii czasu
(sen)

Samolot leci za nisko. Cholernie za nisko. Próbuję sobie powiedzieć, że pilot wie, co robi, staram się myśleć o czymś innym, ale jedyne co widzę do linia drzew i krótki pas trawy, który z pewnością nie wystarczy jako pas do lądowania. Inni pasażerowie też to zauważyli. Słychać coraz głośniejszy szmer wzburzonych rozmów, szybko jednak zagłusza go dźwięk wyjącego silnika. Chwytam za rękę Tulasi. Już nie mam wątpliwości – samolot ląduje.

Kiedy w miarę gładko uderzamy o ziemię i ciągle jesteśmy żywi, przez chwilę mam nadzieję, że uda się wyjść z tego cało, ale wtedy widzę las, w który wjedziemy za kilka sekund. To koniec. Ściskam mocno dłoń Tulasi, zamykam oczy i staram się myśleć o Bogu.

Moment przed wybuchem trwa wieczność. Myślę, że może to normalne, że przed śmiercią czas rozciąga się kilkakrotnie, tak człowiek próbuje przedłużyć swoje życie.
Ale tak długo? I dlaczego zrobiło się tak cicho?

Otwieram oczy. Wszystko zastygło jak zatrzymana klatka filmu. Po chwili zdaję sobie sprawę, że odnosi się to tylko do samolotu – ludzie poruszają się, oddychają, rozglądają z niedowierzaniem i milczą, podobnie jak ja zaskoczeni, że jeszcze żyją. Wyglądam za okno. Skrzydła są już oderwane, z okaleczonego wraku tryskają nieruchome płomienie, wyglądające jak szklana imitacja ognia. Przód pokładu również zanurzony jest w zastygniętym płomieniu. Wydaje mi się, że w jego głębi widzę zwęglone, nieruchome postacie.
Odwracam się do Tulasi.
- Uciekajmy stąd.
Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Część osób odzyskała już rozsądek na tyle, żeby wiedzieć, iż mają jeszcze szansę na przeżycie, choć za cholerę nie potrafiliby sobie wytłumaczyć, jak to się stało.

Przeciskamy się pomiędzy ludźmi. Ciekawa rzecz – choć wszyscy są pogrążeni w panice, panuje cisza. Ludzie boją się odezwać, boją się obudzić los, chcą uciec w ciszy jak przerażone myszki, licząc na to, że nikt nie zauważy ich nieposłuszeństwa, ich niezgody na pokorne przyjęcie swojego losu.

Komuś udaje się otworzyć drzwi. Wyskakujemy na trawę i odbiegamy parę kroków. Odwracam się i patrzę na widok, którego nigdy nie zapomnę – płonący samolot zastygnięty jak w bursztynie, płonący w zupełnej ciszy, ogromny potwór wydający się zupełnie nie na miejscu w spokojnym, zielonym lesie. Słyszę szum drzew. Czyli czas zatrzymał się tylko dla samolotu. Ta obserwacja otrzeźwia mnie. Ciągnę za sobą Tulasi.
- Musimy biec! Jak najdalej!
Niektórzy z ludzi usiedli u stóp wraku, są wyraźnie w szoku.
- Uciekajcie, kurwa, uciekajcie! – wołam. Tylko część z nich słucha mojej rady. Nie wiem skąd, ale wiem, że trzeba znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Zaraz wydarzy się tu coś strasznego.

Nie wiem, jak długo biegniemy. Czuje coraz większą ulgę. Oglądam się za siebie i widzę, że dziwna poświata płonącego samolotu znika między drzewami. Nieliczni pasażerowie przemykają przez las. Nie zwalniam. Jeszcze nie.

Jęk przeciążonego silnika rozdziera ciszę. Huk wyrywanych z korzeniami drzew zlewa się z ogromną eksplozją. Chwytam Tulasi za rękę i wskakujemy w rów strumyka. Rów jest płytki, ale na szczęście ma stromy brzeg. Zanurzamy się w lodowatej wodzie. Kiedy dosięga nas podmuch gorąca, zanurzamy się jeszcze bardziej. Modlę się, żeby nie zabiły nas szczątki samolotu. Kawałki rozgrzanego do czerwoności metalu, rozerwanych kawałków turbin, płonącego plastyku przelatują nad naszymi głowami. Słyszę okrzyki bólu, wycie płonących ludzi. Kiedy wszystko się uspakaja, wychodzimy z potoka.

Kilkaset metrów dalej płonie las. Tym razem ogień jest prawdziwy, czuję na twarzy gorąco, migoczący odblask na drzewach wygląda tak, jak powinien.

Odwracam się do Tulasi. Uśmiecha się, choć to niepewny uśmiech, brak w nim radości z ocalenia. Widzę w jej oczach to samo, co czuję w sercu – nie powinniśmy przeżyć. Powinniśmy razem z resztą spłonąć we wraku. Coś poszło bardzo nie tak. We wszechświecie pojawiła się usterka i jestem pewny, że ten, kto jest odpowiedzialny za porządek rzeczy nie zostawi tego w spokoju.

Słyszę kolejny wybuch. Odruchowo pochylam głowę, ale Tulasi pokazuje na horyzont. Zbliża się przerażająco czarna chmura burzowa, rozświetlana przez kotłujące się rozbłyski wyładowań. Patrzę w górę i z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że zaczęło się polowanie. Nie jestem sam. Reszta rozbitków również stoi bez ruchu i patrzy z przerażeniem na chmurę. Wszyscy czują to samo. Pojedyncze osoby odwracają się plecami do burzy i zaczynają biec przed siebie, pochyleni, chowający się za krzakami jak ścigane zwierzęta.
Tulasi ciągnie mnie za rękę. Patrzę na nią z rozpaczą.
- Musimy uciekać – mówi. – Tu nie jesteśmy bezpieczni.

No comments:

Post a Comment