Friday, 17 May 2013

Rozdział 12

   

 













     Nie wierzę w to:)
     Dziś skończyłem ostatnią scenę dwunastego rozdziału Najstarszych. Tak się bałem kolejnego podejścia do skończenia tej książki, powstrzymywałem się ponad dwa lata, a okazuje się, że jakoś to idzie, zrobiłem w tydzień cały rozdział. Przyznaję - bez natchnienia i twórczych ekstaz, ale jednak krok po kroku do przodu. Zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog, razem będzie około 600 000 znaków ze spacjami, czyli niezła cegła.
     Najważniejsze to skończyć pierwszy szkic, nawet jeśli miałoby to przypominać streszczenie a nie faktyczną powieść. Chodzi o świadomość, że "najgorsze za mną". A później szlifowanie, dopracowywanie, łatanie dziur - to moja ulubiona część.
     Najważniejsze - dyscyplina.
     Rano, nawet przed śniadaniem przynajmniej jedna scena. To samo po południu bądź wieczorem. Tak że dziennie od dwóch do czterech scen da się zrobić. W tym tempie miałbym pierwszy szkic najpóźniej do lipca, albo patrząc realniej do sierpnia.
     Na zdjęciu jeden z bohaterów. Ktoś rozpoznaje gębę? ;)

Wednesday, 15 May 2013

Sanatorium (sen)

     Jeden z tych realistycznych snów, które przylepiają się na długo. Smutny nastrój, utrata, może dobry pomysł na opowiadanie.





















Sanatorium
(sen)

     Wyglądam zmęczony za okno, gdzie nad głową wzeszła już zielononiebieska Ziemia. Ciężki dziś był dzień. Sporo turystów, których trzeba było oprowadzić po księżycowej bazie. Tania kończy sprzątać korytarze i pokoje z papierków po batonach, niedojedzonych hot-dogów, butelek po coli. Słyszę, jak ktoś otwiera zewnętrzne drzwi. Zastygam ze strach, kiedy tlen z bazy ucieka z hukiem, a do środka wdziera się kosmiczny mróz. Trwa to tylko chwilę, drzwi się szybko zamykają, ale wystarczy, żebym prawie stracił przytomność. Drzwi zamykają się i powietrze wraca do normy. Idę sprawdzić, czy wszystko w porządku z Tanią. Jest. Siedzi na ławce i ciężko dyszy.
     - Co za idiota projektuje kosmiczną bazę bez śluzy powietrznej? – mówię chyba już po raz milionowy. Za każdym razem kiedy ktoś wchodzi, czy wychodzi, tracimy atmosferę. A co, jeśli ktoś w ogóle zapomni zamknąć drzwi? Będzie po nas.
     W tym momencie znów słyszę syk rozsuwających się drzwi. Znów tracimy powietrze. Tym razem trwa to długo, zbyt długo. Przewracam się na podłogę, obok pada Tania. Leżymy, próbując złapać choć łyk powietrza. Czuję, że tym razem to koniec. Mróz ścina moje oczy. Tuż zanim umieram, widzę kilka postaci w mundurach. Nie mają skafandrów. Jak udaje się im przeżyć?

     Ku swojemu zdziwieniu odzyskuję przytomność. Klęczę na wielkim placu, otoczony tłumem podekscytowanych ludzi. Rozglądam się dookoła. Za mną stoi jakiś człowiek. Elegancki garnitur, na głowie kaptur kata. Z głośników rozlega się głos:
     „Witamy wszystkich na egzekucji groźnego kryminalisty. Po latach więzienia Zapomnienie, w makiecie księżycowej bazy, gdzie przechodził karę ciągłego zagrożenia, dziś nadszedł dzień zakończenia wyroku. Śmierć przez rozstrzelanie. Niech umrze z godnością!”
     Tłum odpowiada entuzjastycznym rykiem. Skandują coś. Z trudem rozróżniam słowa: „Z godnością! Z godnością!”
     Boże, jak bardzo się boję. Zaczynam płakać, kładę się na ziemi i błagam o litość, czuję ciepło w kroku – oddałem mocz. Tłum wrzeszczy z dezaprobatą. Kat podnosi mnie na kolana i szepce do ucha:
     - Pokaż, że jesteś mężczyzną. I tak umrzesz, ale umrzyj z godnością.
     Dochodzi do mnie, że to koniec. Zmuszam się do opanowania. Głęboko oddycham. Skoro i tak po mnie, to równie dobrze mogę to przyjąć z odwagą. Wstaję i wyprostowuję się dumnie. Uspakajam oddech. Tłum cichnie. Rozglądam się dookoła, tym razem spokojnie. Czuję z tyłu głowy nacisk lufy pistoletu.
     - Mogę mieć chwilę na modlitwę? – pytam. Kat odsuwa pistolet. Mówię tylko „Hare Kryszna” i odwracam się do mężczyzny. – Już.
     Tłum mruczy z aprobatą.
     Znów dotyk lufy na głowie. Jestem gotowy.
     Zamiast strzału, czuję nagle ogromną ulgę, oczyszczenie. I nie tylko to – wraca pamięć.

     Tłum znika. Zostaję tylko ja, mój kat, który wcale nie jest katem i kilku zatroskanych lekarzy. Ze smutkiem przypominam sobie, kim jestem i co tutaj robię. Nie jestem żadnym kryminalistą. Jestem po prostu chory – żyję w świecie swojej wyobraźni, jestem szaleńcem, nie pamiętającym nic ze swojego prawdziwego życia. Mieszkam w sanatorium, gdzie jest nas wielu. Do niedawna nasza choroba wydawała się nieuleczalna, lecz ktoś wymyślił eksperymentalną terapię – kontakt ze śmiercią. Okazało się, że kiedy pacjent przezwycięży strach przed śmiercią, wraca mu pamięć i normalność. Niestety nie na zawsze. „Wyleczenie” trwa zaledwie od kilku minut do kilku godzin. Przypominam sobie kilkadziesiąt ostatnich razy, kiedy w ten sam sposób – przezwyciężając śmierć, udało mi się przez chwile znów być sobą.
     Podchodzi lekarz. Klepie mnie po plecach.
     - Jak się pan czuje?
     Wzruszam ramionami.
     - Jak zwykle. Dobrze. - Patrzę na niego z nadzieją. – Udało się wam?
     Jak wiele razy wcześniej, lekarz opuszcza wzrok i kręci głową.
     Znów wzruszam ramionami. Przyzwyczaiłem się trochę. Choć rozczarowanie pali.
     - Zaprowadźcie mnie do niej.
     Idziemy długim korytarzem, mijając w większości otwarte pokoje. Siedzą tam ludzie. Patrzą w ścianę pustym wzrokiem, poruszając bezgłośnie ustami, dając dowód widmowym rozmowom w ich małym, wewnętrznym świecie. Wreszcie dochodzimy.
     W jednym z pokojów siedzi Tania i patrzy martwo przed siebie. Siadam obok.
     - Jak z nią? – pytam.
     - Przywróciliśmy ją.
     - Kiedy?
     Lekarz milczy przez chwilę.
     - Kiedy? – powtarzam.
     - Jeszcze pół godziny temu była tutaj.
     Patrzę na jej nieobecną twarz. Za każdym razem, kiedy próbują ją ściągnąć, próbują też ze mną, żebyśmy mogli się spotkać, zsynchronizować, ale nigdy się nie udaje. Zawsze mijamy się o parę chwil.
     Chcę coś powiedzieć, ale zapominam co. Chcę powiedzieć coś innego, ale też mi ucieka. Czyli to już. Głaszczę ją po policzku. Nie reaguje. Odwracam się do lekarza.
     - To chyba już  - mówię.
     Chwyta mnie za łokieć i podnosi na nogi. Nie opieram się. Chwiejnie stawiam krok za krokiem. Odwracam się. Na łóżku siedzi jakaś dziewczyna. Wydaje się dziwnie znajoma. Ładna. Wychodzimy z pokoju. Patrzę na mężczyznę, który mnie prowadzi.
     - Kim pan jest? – pytam.
     Odpowiada coś, czego nie rozumiem. Idziemy powoli przez to obce miejsce.

Monday, 13 May 2013

Parę deszczowych fotek


     Złociste magazyny ognia, boskie baterie. Stały, przez lata zbierały kosmiczną energię, teraz czekają na powrót do Słońca.
























     Łysica szarzy się w bezsłońcu, czeka na miotły, kuszące czarownice, na sabat, ponad niebytem codzienności.
























     Spod głazów wychynęło dwóch zwiadowców. Niedługo spod ziemi wyciągną skarby - stukilowe, słoniaste dynie. Zapłaciłem za nie odciskiem na dłoni i dwoma kroplami potu.

























     Spotkałem kosmitę. Nie mogliśmy się porozumieć, zbyt wiele dzieliło nas świetlnych lat, ale wydaje mi się, że wyczytałem z jego oczu kilka tajemnic z krańców galaktyki. Choć może to było tylko wishfull thinking.

























     W tym pałacu zaklętym w szopę mieszka wasz podmiot liryczny - książę zaklęty w solonego śledzia.

Sunday, 12 May 2013

Zapach starego papieru


























12.05.2013

    Wczesny wieczór, ostatnie promienie światła zza okna, za którym mokra trawa, mokre drzewa i szaro-mokre niebo. Lekki kac po urodzinach Siwej, ale w normie, nie wypiłem za dużo, zaledwie kilka lampek wina, paliłem też powściągliwie i tylko „zdrowy” American Spirit. W sumie czuję się dzisiaj nawet dobrze. Czytałem Sherlocka Holmesa w starym wydaniu z pożółkłymi stronami, lubię kontakt ze starym papierem. W łazience zamiast ostatniej Angory, leży kilka numerów Przekroju z 1963, siedząc na kiblu oglądam Profesora Filutka, czytam o wydarzeniach ważnych dla budowania międzynarodowego socjalizmu pod przewodnictwem ZSRR, albo oglądam kolorowe ilustracje ostatnich krzyków paryskiej mody. Uspakaja mnie to.
     Wpadło parę groszy od znajomego. Dług, z którego spłatą nie musimy się śpieszyć. Te pieniądze kupują nam jakieś cztery miesiące życia tutaj, na wsi, zanim będziemy musieli zdecydować, co dalej. Najważniejsze, żeby przez ten czas opadło napięcie nerwowe i będziemy w stanie się czymś zająć. Może nawet pojechać znów za granicę? Nie chce mi się, ale trzeba zacząć zarabiać. Nie przystaję na tyle do polskich realiów, żeby móc coś zarobić tutaj. Próbowałem, ale bez wykształcenia, znajomości ani przedsiębiorczej żyłki jestem skazany na najniższe, ciężkie fuchy, za siedem-osiem zeta na godzinę. Nie dam rady. Jeśli więc nic się nie wyklaruje, znów europejskie ulice, stanie w urzędach, wypełnianie papierków w obcych językach, a później jakaś przeciętna praca, ale przynajmniej płatna na tyle, żeby odłożyć trochę gotówki.
     Nie żalę się:) Takie mam życie, takie sobie zbudowałem (bardziej czy mniej świadomie), muszę próbować z uśmiechem iść do przodu.
     Na razie jednak jestem tutaj – chatka w górach, dynia i cukinia strzela w górę, podobnie jak rządki szpinaku, sałaty, rzodkiewki i marchewki, zasadziłem dziewięć krzaków porzeczek, skończyłem streszczenie brakujących scen do Najstarszych, zostało mi do napisania jeszcze sześć rozdziałów i będę mógł zacząć drugi draft, czekam z niecierpliwością na wynik konkursu na książkę (wysłałem zbiór opowiadań ze swoimi ilustracjami), kiedy polepszy się pogoda, zaczniemy z Tanią jeździć więcej na rowerach, ostatnio zaliczyliśmy dwadzieścia kilometrów po górskich drogach, wiosna pachniała tak cudnie, że myślałem, że spadnę z roweru, z rozkoszy, dziesięć kilometrów mieliśmy pod górkę, ale za to powrotne dziesięć zjeżdżaliśmy bez jednego machnięcia pedałem. Dziś rano ugotowałem kitri z młodej kapustki, po południu Tania dorobiła do niego placków ziemniaczanych, które zalałem śmietaną, a na deser zjedliśmy sobie kisielu z herbatnikami, oglądając w tv program o mężu-zabójcy.
     Jest mi smutno, ale melancholia stała się już częścią mnie. Dzisiejszy smutek nawet nie jest taki zły, napięcie jest tak niewielkie, że mogę spokojnie wrócić do szacownego pana Arthura Conana Doyla.
     Trzymajcie się.

Thursday, 9 May 2013

Irlandzkie szwendanie























Na Temple Bar (Dublin), próbując związać koniec z końcem. Szału nie ma:)


     Fragment dziennika sprzed ośmiu lat. Po bohemskim okresie w Kopenhadze, wylądowaliśmy na przedmieściach Dublina. Najpierw tylko ja miałem pracę. Zostałem szefem kuchni w restauracji wegetariańskiej. Szefowa okazała się diablicą z piekła rodem, ale wytrzymałem i tak 3 miesiące, zanim się zerwałem (zostałem najdłużej sprawującym swą funkcję szefem kuchni w historii tej restauracji). Później Tania została opiekunką w domu starców, a ja bezowocnie szukałem jakiegokolwiek zajęcia. Ostatecznie wyjechaliśmy do Anglii.


02.05.2005, Bray, Irlandia

     Ptak mnie wczoraj osrał. Siedziałem w tym tunelu na Temple Bar, gdzie zawsze siedzą i żebrzą cygańskie nastoletnie matki z dziećmi, grałem na akordeonie (Passanger), kiedy poczułem mokre chluśnięcie w głowę. Dobrze, że było mało ludzi i akurat miałem rolkę papieru toaletowego, na katar. Ogólnie jednak granie szło dobrze. Uzbierałem jakieś 20 euro w godzinę. Później zjawił się Jamajka. Niby zaczęliśmy razem jammingować, ale jak to bywa z Brazylijczykami, wszystko zaczęło się rozchodzić jakoś w szwach, jeszcze wypaliliśmy jointa, wypili po piwie, zaczęli gadać mieszając hiszpański z angielskim, aż w końcu zwinąłem się na autobus do Bray.
     Tania idzie właśnie na spacer. Sama. Chodzi naburmuszona, od kiedy przedwczoraj nie wymasowałem jej bolącej nogi. Cholera, sam byłem wykończony. No ale wyrzuty sumienia i tak mam. Poza tym czuje się chyba niedoceniania i musi pokazać, że sama sobie daje radę ze wszystkim, beze mnie. Wkurza mnie to, ale z drugiej strony lepiej, że robi rzeczy samodzielnie.

04.05.2005, Bray, Irlandia

     Dziś cały dzień się szwendam. Zrobiłem humus, będzie do chleba, zamarynowałem pomidory suszone w zalewie. Byłem jeszcze na internecie w kafejce i na zakupach, a wcześniej biegałem. To już drugi dzień i mam cholerne zakwasy. No i nie palę fajek już trzeci dzień. Tzn. trochę oszukałem dzisiaj, bo zrobiłem sobie jointa, ale nie łamię się, będę nadal próbował trzymać się z dala. Chciałbym móc wreszcie zaliczyć się do rasy niepalących.
     Tania w robocie. Tęsknię za nią. Szkoda mi jej, pracuje ciężko, a odkąd odszedłem z Cafe Fresh, nic nie zarabiam, wszystko jest na niej.

05.05.2005, Bray, Irlandia

     Miły dzionek. Odwiedziłem chłopaków w Cafe Fresh i udało mi się nie zapalić, choć wszyscy kopcili jak lokomotywy. Odkryłem, że w rzucaniu palenia najważniejsze jest nie myśleć: „rzucam palenie”, ale trzeba sobie powtarzać i naprawdę w to uwierzyć: „nie jestem palaczem, jestem niepalący, nie utożsamiam się z tymi wszystkimi ludźmi z papierosami”. I od razu czuję się wolny. Fajnie by było, gdybym dał rady. Codzienne bieganie też pomaga.
     W Cafe Fresh atmosfera ciężka. Wprawdzie nie ma Krwawej Mary, ale jej obecność można wyczuć wszędzie. Michael najbardziej ostatnio pokazuje swoją nienawiść. Nigdy tak ostantacyjnie nie okazywał niechęci wobec niej, ale odkąd zgnoiła publicznie jego i Jarka, ża to, że poszli na fajkę przed przerwą, nienawiść wylewa się z niego na całego. Nie dziwię się mu. Suka z niej straszna.
     Co z resztą dnia? Nie jestem pewny. Tak dziwnie bez fajek, alkoholu też mi się nie chce. Poćwiczę z Tarotem, posłucham muzyki, Ojos de Brujo, ostatnio super mi wchodzą. Czekam na Tanię. podobno opieprzyła kogoś w robocie za złe traktowanie staruszków, mówiła przez telefon.

12.05.2005, Bray, Irlandia

     Smętny dziś dzień, choć pogodowo piękny – niebo bezchmurne, ciepły wiatr, zielono. Tania ma zły humor, chyba dlatego, że jutro znów ma dwunastkę w pracy, no i za całokształ też – wypalenie tymi zapyziałymi przedmieściami, ludźmi w pracy, sąsiadami. No a że jestem najbliżej, odbija się to na mnie najbardziej.
     No ale nie jest całkiem źle. Przed chwilą schodzę do kuchni, żeby nam coś upichcić, a tam Tania już coś tworzy. Wcześniej byliśmy na mieście, kupiliśmy kreta, żeby przetkać ten coraz bardziej obrzydliwy i śliski brodzik w łązieńce (udało się!).
     Nie mogę już usiedzieć na miejscu (mam na myśli Irlandię). Ciągnie mnie w drogę. Z drugiej strony wiem, że to nie jest rozwiązanie. Po chwili znów byłbym sfrustrowany, znów tęskniłbym za Tanią, znów bankructwo. Ale przecież nie zawsze tak jest. Moja ostatnia wyprawa po Europie przyniosła dużo przyjaźni, przygód, dzięki niej wylądowaliśmy później w Kopenhadze, znaleźli fajną pracę. Tak, ruszę znowu gdzieś dalej. Jeszcze nie teraz. Teraz czas na zarabianie. Fajnie byłoby wreszcie mieć włąsny kąt. Jakiś domek, najmarniejszy, malutki, ale nasz. Całkiem inaczej by się wtedy włóczyło, wiedząc, że mamy swoją przystań. Teraz to czasami człowiek czuje się jak bezdomny a nie globtrotter. Tylko, że ten dom taki drogi. Z dwa lata trzeba by było przemęczyć. Tylko, że póki co nie zarabiam.

* * *

     Nie mogłem już wysiedzieć w domu. Zjadłem obiad i teraz siedzę na plaży. Puściłem parę kaczek, ale co to za przyjemność, kiedy nie ma nikogo, kto by powiedział „wow”. Zapach morza. Delikatny, ale jest, może kiedy zrobi się cieplej, będzie go czuć mocniej? Kawałek ode mnie siedzi ładna, czarnowłosa, drobna dziewczyna z szalem i filmuje dużą kamerą morze. Dziwiłem się, po co jej tak długi film o morzu. Nuda. Chyba doszła do tego samego wniosku, bo wreszcie wstała, obrzuciła mnie nieśmiałym spojrzeniem i poszła. Dalej spaceruje matka z dwójką dzieci, a jeszcze dalej dwa niezidentyfikowane postacie. To tyle jeśli chodzi o tłumy na plaży i możliwości nawiązania znajomości. Jakież to Bray smętne. Albo może to ja? Podobno tylko nudni ludzie się nudzą. Stąd, gdzie siedzę, widać po prawej górę z krzyżem. Kiedyś weszliśmy tam z Tanią. Na falach kilka żaglówek, a na horyzoncie znika powoli prom do Anglii. Podobno morze łagodzi nastrój, więc posiedzę jeszcze trochę.

15.05.2005, Bray, Irlandia

     Czekam na autobus do Dublina. Piękny dzień, chyba najcieplejszy, odkąd trafiłem do Irlandii, a przynajmniej tak się zapowiada. Choć tutaj to może być moment i nagle zacznie walić deszczem, albo wstanie gęsta mgła, nigdy nie wiadomo. Na razie jednak upał. Wziąłem akordeon i jadę do Dublina. Jeszcze nie ma nawet dziesiątej. Najpierw pójdę do parku, poczytam, popiszę w dzienniku, poukładam tarota, a po dwunastej pójdę na ulicę zarobić parę groszy.
     Już pół godziny czekam na ten cholerny autobus! Co za dziura.
     Tania, bidulka już w pracy. Dziś druga dwunastka, a jutro trzecia. Jest wykończona i załamana. mam nadzieję, że coś wkrótce znajdę, odciążę ją trochę.
     Wczoraj nauczyłem się pięknej melodii na akordeonie, tej grupy, Les Negresses Verdes, zapomniałem tytułu. Wejdzie na stałe do mojego repertuaru. Co jeszcze? Byłem wczoraj w biurze turystycznym i kupiłem przewodnik po Wicklow Way, jednej z najsłynniejszych tras pieszych w Irlandii. Wyprawa na cały tydzień, będzie ze 130 km. Kiedy wpadnie trochę więcej kasy, zrobimy to z Tanią, będzie co wspominać.

później

     Takie to granie było dziś smętne. Nie chodzi nawet o kasę, zarobiłem na dzisiejszy wyjazd, wliczając w to Bulmersa i tytoń (tyle z mojego niepalenia), ale nie mam po prostu nastroju. Siedzę teraz w parku, zjadłem kilka tych gołąbków z liści winogron z ryżem w środku, cztery sztuki za półtora euro, wziąłem osiem. Wypiłem Bulmersa i teraz nie wiem, może pójdę na internet i napiszę do znajomych, do Ruthanny. Kawałeczek stąd chłopak i dziewczyna ćwiczą żonglowanie. Przypomniało mi to Danię, Christianię, Solarplexus i całe nasze cyrkowe towarzystwo. Fajnie było. Wtedy byłem najbliższy bycia szczęśliwym.
     Jak długo zostaniemy w Irlandii? Jaki będzie następny stop? Cuando llegare, cuando llegare, por donde saldra sol, por donde saldra sol?

* * *
Kilka migawek z tamtego okresu:

Tania na wycieczce, gdzieś na łonie natury
























Chłopaki z Cafe Fresh: Jarek z Polski, Michael - tubylec, i ja skręcam papierosa
























Z okazji meczu Irlandii z Izraelem odbyła się manifestacja przeciwko okupacji Palestyny przez Izrael

Tuesday, 7 May 2013

Wtorek

























07.05.2013

     Dzień nawet spoko. Rano kontynuacja nerwicy, lęków, ale w pewnym momencie dnia, razem z Tanią doszliśmy do wniosku, że jest różnica pomiędzy wrażliwością a przewrażliwością i powinniśmy wprowadzić nowe motto do naszego życia. Brzmi ono w kilku wersjach: pierdoli mnie to, mam wyjebane - bardziej współcześnie, jebie mnie to. Trochę drastycznie, wiem, ale tak naprawdę było to bardzo pozytywne i okraszone dużą dawką śmiechu. Chodzi o to, że po prostu martwimy się za dużo – sobą, sytuacją, a szczególnie innymi ludźmi. Musimy postarać się wyluzować. Zbudować choć małą osłonę przed światem. Nie można żyć normalnie, z systemem nerwowym całkiem na wierzchu.
     Byliśmy na poczcie, wysłałem na konkurs swój zbiór opowiadań z własnymi ilustracjami. Fajnie byłoby wreszcie gdzieś, coś wygrać. Nie chodzi nawet o te trzy tysiaki, ale o podbudowanie nieistniejącej prawie samooceny. Potrzebuję jakiegoś impulsu do tworzenia, bo zbyt często czuję, że to co robię jest bezwartościowe, podobnie zresztą jak ja sam.
     Zostawiliśmy też u mechanika rowerowego rower Tani. po drodze wpadliśmy na pomysł wycieczki rowerowej – odwiedzić Tomasa na Słowacji, jakieś 170 km. Wzięłoby się plecak, śpiwory i w trzy dni dojechalibyśmy. Przydałoby nam się takie wyrwanie od codzienny spraw i stawienie czoła wyzwaniu. Ja jestem za tym, żeby od razu jechać, ale Tania ma trochę cykora, muszę ją jeszcze urobić.
     W Rajczy spotkaliśmy Rolanda, który dziś dojechał swoim kamperem ze Szwajacarii. Stary hippis, będzie miał ponad pięćdziesiąt lat, od lat przyjaciel rodziny. My w sumie poznaliśmy się rok temu, po powrocie z Kopenhagi. Fajny gościu. Wróciliśmy na wioskę razem z nim, zostaje u nas kilka dni.
     Tania włączyła reggae, Skints, i naszła mnie ochota na jakieś nowe reggae, idę zaraz poszperać na chomiku.
     Napaliłem w kominku, zapaliłem kadzidełko (świeża dostawa z Indii, najwyższa jakość), wcześniej wziąłem prysznic, porąbałem trochę drwa, obejrzałem grządki, na których wychodzi już rzodkiewka i sałata, podyskutowałem na forum internetowym, pograłem na ukulele, obejrzeliśmy z Tanią pół odcinka Sherlocka (seriale z BBC najlepsze), zjedliśmy jeden obiad (kotlety sojowe, ziemniaki z masłem i mizeria), a później drugi z Rolandem (tortelloni ze szpinakiem i ricottą, w śmietanie z warzywami), z odrobiną białego, szwajcarskiego wina, a na deser szwajcarskie czekoladki (nie jestem fanem, za mdłe).
     Już niedługo koniec dnia.
     A Tania tańczy sobie wieczornie do Balkan Beat Box.

Galeria Tani

Żebyście mieli jakieś pojęcie, ile ona kolorów i lekkości w moje życie wprowadza:)








Sunday, 5 May 2013

Wojownicy Kryszny


     Dziś piąty maja, 2013. Mam taki pomysł – w niektóre dni będę wrzucał wpis ze starych dzienników, z tego konkretnego dnia, przypadkowego roku, albo jeśli tego dnia nie pisałem, z dnia sąsiedniego. To kawał życia – od maja 1997, kiedy byłem jeszcze mnichem w Hare Kryszna, do dzisiaj, kiedy jestem… żebym to ja wiedział:) Dołączyłem kilka zdjęć z tamtych czasów.
     Zapraszam do wehikułu czasu.

* * *
W aśramie brahmacarinów, na łóżku Madana, obok ja.

















    Poniższy zapis pochodzi z 1997, kiedy byłem jeszcze dwudziestojednoletnim mnichem w krakowskiej świątyni Hare Kryszna. Bardzo miło wspominam te dni – te określone przygody, wyzwania życiowe miały niepowtarzalny smak i w tamtym okresie ukształtowała się duża część mnie. Tą przygodę, choć brzmi trochę drastycznie, teraz wspominam bardzo miło. Czasy romantyzmu, braterstwa, młodości…

03.05.1997, Kraków

     Byliśmy dziś na harinamie (kolorowy taniec na ulicy do wtóru mantr, bębnów i dzwoneczków). Napadła nas banda skinheadów. Nie wpadło nam do głowy, że trzeci maj, czyli narodowe święto nie jest najlepszym dniem na prezentację mniejszości religijnych. Nie w Polsce przynajmniej.
     Zaczęło się od tego, że tańczyliśmy na Rynku w kółku. Świeciło słońce, wiosna w pełni, miła atmosfera, były z nami kobiety, dzieci. Czuliśmy, że nasza kolorowa grupka, w szafranowych dhoti, barwnych sari, pięknie komponuje się z tym miejscem, dniem.
     Nagle poczułem silne uderzenie w plecy, że aż dech mi zaparło, o mały włos się nie wywróciłem. Do środka wszedł wielki sknhead, z wyrazem takiej wściekłości i nienawiści na twarzy, ze aż serce we mnie stanęło. Skinhead stanął na środku wyzywająco, mierząc nas wzrokiem. Wtedy guru maharaja (mistrz duchowy) chwycił karatale (małe, mosiężne dzwoneczki), podbiegł do skinheada i z całej siły walnął go w głowę. Tamten aż się zatoczył – nie wiem, czy bardziej ze zdziwienia czy z bólu. Popatrzył na nas w tępym szoku, po czym pobiegł gdzieś w tłum. Wiedzieliśmy, że to nie koniec kłopotów. Wzięliśmy kobiety do środka i kontynuowaliśmy intonowanie. Ucieczka i tak nie miałaby sensu, z naszymi fryzurami i strojami nie moglibyśmy się zgubić w tłumie, lepiej było zostać w kupie, niż dać się pojedynczo wyłapać.

     Już po chwili nasz „koleżka” wrócił z grupą innych skinów. Zaczęli skandować jakieś nacjonalistyczne, nienawistne hasła. My ciągle kontynuowaliśmy śpiewanie Hare Kryszna. To ich rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zaczęli ściągać pasy, wyciągać z kieszeni łancuchy, jeden założył kastet. Nie wszyscy mieli flayersy i glany, niektórzy z nich byli w garniturach. W końcu zaatakowali nas i zadyma zaczęła się na całego.
     Najważniejsze było zapewnić bezpieczeństwo kobietom i dzieciom. Otoczyliśmy je zwartym kręgiem, zwracając twarze ku napastnikom.

     Nie będę ukrywał, że byłem przerażony. Na szczęście nie wszyscy z nas są pacyfistami (czy też tchórzami zadymowymi, jak ja). Zdziwieni skinheadzi osłupieli, kiedy wielbiciele zaczęli stawiać zaciekły opór. Martanda miał w rękach dwa wielkie, metalowe czynele (metalowy instrument indyjski), którymi bez litości walił po głowach atakujących go bandytów. Zostawił na ich głowach niejedną ranę. Widząc jego opór, już wkrótce miał przeciwko sobie trzech albo czterech napastników, próbujących przebić się przez osłonę jego długich rąk. Jemu chyba najbardziej się dostało, po bójce jego nos wyglądał jak krwawy ziemniak, z obitych warg kapała krew. Nie tylko on walczył, paru większych bhaktów też. Zaczęliśmy się przesuwać w stronę Kościoła Mariackiego, gdzie w ostateczności moglibyśmy się schronić.

     W tym całym chaosie nie byłem pewien, co robić. Podszedłem do Maharaja, patrząc na niego pytająco. Zawołał: „Chant, don’t worry, Krishna will protect us!”.
     I faktycznie, w pewnym momencie skinheadzi wycofali się! Jak to bywa z tchórzami, natykając się na opór, zwiali.
     Jaki bilans? Dziewczynom i dzieciom nic się nie stało, Janardan musiał pojechać do szpitala, chyba ma złamaną rękę, Zygmunt miał przecięty łuk brwiowy, poza tym było jeszcze sporo zakrwawionych nosów, wszystkie nasze instrumenty oraz stroje też były pochlapana krwią. Wyglądało to źle, ale było trochę lepiej niż wyglądało.
     Ciekawe, że nikt za nami nie stanął, nie bronił nas, a kilka osób nawet popierało skinheadów. Co za ludzie.

     Mam trochę wyrzuty sumienia, że nie rzuciłem się w walkę. Byłem sparaliżowany. Nawet kiedy któryś ze skinów uderzył Maharaja, nie byłem w stanie się przełamać. Kontakt z tak skoncentrowaną, irracjonalną nienawiścią całkowicie pozbawił mnie głowy. Źle mi z tym. Ktoś uderzył mojego mistrza duchowego, a ja zamiast go bronić, chowałem się za jego plecami. Dzieciak ze mnie, eh… Na usprawiedliwienie powiem, że w pewnym momencie byłem już gotowy do walki, kiedy bójka przesunęła się zbyt blisko kobiet i dzieci, ale wtedy wszystko się skończyło.
     Guru maharaja bardzo mnie ujął za serce, kiedy skoczył jak lew na tego skina, który mnie walnął w plecy. Świętość nie musi oznaczać bierności. Dzięki, Kryszno, że nikomu z nas nie stało się nic poważniejszego.

Od lewej Ananta Bhakti, Gadotkaca (przemiły wielbiciel z Serbii) i ja.

Tutaj stoję z moim dobrym przyjacielem z tamtych czasów, z Marcinem (obecnie Harinamem)

















Duży festiwal w 1997, chyba urodziny guru maharaja. Brałem udział w przedstawieniu, kawałek mojej głowy wystaje po lewej stronie, za wzniesioną ręką naszego reżysera, Sirny. Od lewej Dvaraka, Sirna, Devadatta, Jay Krsna, żona Devadatty (zapomniałem imienia), Śaśabindu, Anupama i Kryszna Nama.

Saturday, 4 May 2013

A jednak Najstarsi

























     Zastanawiałem się, co pisać, jak wyjść z tej długotrwałej posuchy twórczej. No i wczoraj wygrzebałem niedokończoną powieść, nad którą przesiedziałem ponad pół roku, a która w życiowych zawirowaniach wylądowała w szafie. Uporządkowałem notatki, przypomniałem sobie fabułę, co czułem do postaci i zdecydowałem się dać "Najstarszym" drugą szansę. Trochę mam stracha, bo powieść to nie opowiadanie, ale z drugiej strony największy kawał roboty już za mną.
     Trochę ciężki moment do zaczynania czegokolwiek, znów odezwały się lęki i niepokoje, jak stare, bitewne rany, które całe życie dają o sobie znać przy wilgotnej pogodzie czy zmianie ciśnienia. Ale nauczyłem się już, że nie ma co czekać na lepszy moment. Jest jak jest.

Wednesday, 1 May 2013

Nowy strumień świadomości 1


















Nowy strumień świadomości 1
01.05.2013 

     Jednak nie jakiś tam strumień, ale strumień w poszukiwaniu twórczego pomysłu. W dół Amazonki śmiga białe, długie canoe, w środku tylko ja, przydałoby się więcej wędrowców, przecież jestem towarzyski diabeł. W nocy coś śniłem, ach już wiem – dostaliśmy z Tanią pracę za 30 zł za godzinę, w rozgłośni radiowej, mieliśmy mieć własną audycję i cieszyłem się, że wreszcie możemy zarabiać na byciu sobą, a nie na sprzedawaniu za grosze drogocennego czasu.

     No dobra – pomysł na pisanie. W sumie większość opowiadań zacząłem w ten sposób, że napisałem jakieś odjechane zdanie, nie mające zbyt wiele sensu (not yet) i z niego, była to pierwsza nić, z której zaczynałem tkać historię. Czas by do tego wrócić. Pierwsze zdania… …tutaj nastąpiła długa pauza, których powinien się wystrzegać wędrowiec po Amazonce strumienia świadomości, to trochę jak utonięcie na mieliźnie. Tzn. utknięcie, na mieliźnie się przecież nie tonie, no chyba że ktoś bardzo chce.
     - Hrabia Świętokrzyski nie potrafił długo cieszyć się zwycięstwem. Spakował wehikuł czasu i wrócił do łodzi podwodnej. Nie tak wyobrażał sobie pierwszy dzień wakacji. Miało być wino, kobiety, manuskrypty i sybaryckie uczty. Zamiast tego zaserwowano mu top secret misję na krańcu galaktyki.
     - Bla, bla, bla….
     Może lepiej coś z życia i to właśnie pokolorować. Pisz o tym, co wiesz, co czujesz, na czym się znasz. Co ci przyjdzie z gry słów?

     O czym więc pisać? O podróżach? O emigracji? O znienawidzonych pracach? Co za posucha. Nie czuję tego pisania, ale ileż można błąkać się z pięcioma opowiadaniami na krzyż? Potrzebuję nowych rzeczy. Znów poczuć moc, znów poczuć się pisarzem, wczuć się w nowe postacie, nowe przygody… Może wezmę tarota? On mi nieraz pomógł.

     Albo jeszcze chwilę. Zaczekam aż nagrzeje się woda w bojlerze, wykąpię się, zrobię termofor i będzie odświętnie, „pisarsko”, a nie tak jak teraz, w starym dresie, koszulka lepi się do pleców, bo kąpałem się przedwczoraj, między zębami płatki owsiane z porannego musli, w nogi zimno, od pieców jeszcze się nie nagrzało, dziś pierwsze palenie w kuchni z nową podkową, która ma podobno przetrwać dekady, jak powiedział majster, który zrobił mi ją za dwie stówy.

     Najpierw relax. O czym chciałbym pisać… Pamiętam Karciane opowieści, moje pierwsze opowiadanie. Świetnie mi się to pisało. Czułem tam siebie i czułem magię, czułem marzenia sprzed lat, było w tym coś z astralnych wędrówek, książek Juliusza Verne’a, seksualnych pierwszych odkryć i najsłabszy wygrywa mimo wszystkich czynników wskazujących na coś przeciwnego.  Podobnie czułem, kiedy zacząłem „Najstarszych” (mam nadzieję, że ten projekt uda mi się reaktywować, ciągle jest w nim część mnie, która czeka, żeby w pełni zakwitnąć. Muszę tylko się rozgrzać. Stąd najpierw kilka opowiadań).
     „Opowieści doktora Bienka” – to też mocno odczuwałem – ta nostalgiczność, retro, uprzejmość i posmak tajemnicy.
     Wiem, czego szukam.

     Tylko ostatnie dwa lata przewirowały mnie z lekka i teraz muszę się pozbierać. No i skorzystać z okazji, w końcu znów mam wakacje na jakiś czas, a jeśli uda się sprzedać ziemię, to ponad rok będzie można żyć na poziomie i nie martwić się niczym. I ten czas dobrze byłoby wykorzystać na pisanie, tworzenie, żeby było coś do zaprezentowania światu i może wreszcie udałoby się uwolnić od wyścigu szczurów.
     W piecu w kuchni pięknie huczy. Ciepła woda pierwszy raz w tym roku płynie z kranów… w sumie w styczniu jeszcze mieliśmy wodę. Później był Kraków, a teraz znowu tu.
     Trochę się boję, że nie będę mógł pisać. Moje nerwy ciągle nie są w najlepszym stanie, gdzieś w żołądku ciągle zaciśnięta pięść, lęki na granicy postrzegania, dziwne nastroje. Ale jest lepiej niż było, już nie ma tego paraliżu woli i przerażenia światem. Nie ma co czekać na całkowite wyzdrowienie, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Jestem wrażliwą osobą, chłopcem żyjącym zawsze w świecie idei i marzeń. Ceną za to jest to napięcie, wewnętrzne naelektryzowanie. Myślę, że z czasem to zelżeje, kiedy wreszcie jakoś ogarnę ten swój bajzel. Na tyle chociaż, żeby znać swoją misję, swoją rolę życiową i żeby móc się utrzymać.

     Jeszcze minutkę i pójdę się wykąpać. A póki co zapodam odrobinę muzyki na słuchawkach. Adama Hursta może? Krystaliczno-metalowe, smutne nuty.

***

     Cztery karty mojej duszy przez ostatnie kilka lat:

     9 mieczy – strach, lęki, przed czym? Przed potworem poczucia winy, który ciągle grozi mi czymś za jakieś ciężkie grzechy, które rzekomo popełniłem. Jakie? A żebym to ja wiedział. To, że w dzieciństwie nie udało mi się nigdy uratować mamy przed pijanym ojcem (odkrycie z terapii)? Że nie ma we mnie miłości do Boga i dlatego utknąłem w tym zapomnianym przez Niego świecie? Że sięgnąłem po owoc wiedzy, a nie było mi wolno, nie byłem gotowy (aluzja do tej nieszczęsnej psylocybiny)? Może któreś z tych, a może każde.










     8 mieczy – poczucie, że jestem więźniem. Chciałbym wyjść, uwolnić się, ale gdzie się nie ruszę, natykam się na ostrza mieczy, ciernie, jakieś drapiące krzaki i wrogów. A stąd gorycz i rozczarowanie, i jeszcze gniew na mojego anioła stróża, że tak sobie lekko poczyna, zamiast się mną zająć, to buja się w chmurach, gra z kolegami w kosmicznego cymbergaja, kompletnie zapomniawszy o tej nieznacznej, nieważnej duszy.











     Księżyc – nocne szlaki, gdzie nie ma czarnego ani białego, a wszystko jest szare. Nasłuchuję tam głosów, z nadzieją, że natknę się na jakiś głos znajomy, wzniosły, pomocny, ale i tak nie wierzę żadnemu – przecież to noc, to księżyc, sny, koszmary. Skąd wiedzieć, które głosy prawdziwe, a które są dymem? A co jeśli nie ma dnia, a wszystko jest nocą, wszystko iluzją? Tak bywa w moim poszarganym sercu.











     10 buław – zmęczenie, wrażenie, że za dużo mi na plecy wrzucili balastu, że przecież jestem małym chłopcem, a nie gromowładnym mężczyzną, nie daję sobie rady, nie wiem…
















     To są moje główne karty tarota okres ostatnich 3-4 lat, może nawet dłużej.
     Wybiorę teraz cztery karty, które bym chciał w życiu. Antidotum.

     Gwiazda (antidotum na 9 mieczy) – lekkość, nadzieja, kreatywność, głęboki oddech na łące pod rozgwieżdżonym niebem, poczucie wolności i przestrzeni. Harmonia z Wszechświatem. Jestem tym, kim mam być, doskonale i pięknie wypełniam moje miejsce w kosmosie. A w przyszłości jeszcze więcej piękna i harmonii. Nadzieja na ciągłą metamorfozę, jak z kompasem, zawsze wskazującym właściwy kierunek.











     10 pucharów (antidotum na 8 mieczy) – I znów harmonia. Tym razem nie abstrakcyjna, kosmiczna, ale ziemska, ludzka. On i ona, zaufanie, miłość, pełnia osiągnięta we wzajemnej pomocy, wsparciu, poświęceniu. A z tego przychodzi lekkość i szczęście. Ona ważniejsza dla ciebie niż ty, a ty dla niej bardziej niż ona. Gdzie tu miejsce na strach? This is love, man...













    8 denarów (antidotum na Księżyc) – Ach, do diabła z tym bezsensownym szwendaniem się pod księżycem, strachami, błaganiami o sens i pomoc. Trzeba ten galimatias przekuć na coś twórczego, mądrego, pięknego. Niech uszczęśliwia serca, napełnia inspiracją. A to wszystko w otoczce lekkości (znów ta upragniona lekkość) i delikatności.













     Rycerz pucharów (antidotum na 10 buław) – I znów by się chciało zawołać: „do diabła z ciężarami, lamentami, niepotrzebnymi obowiązkami, uwikłaniami, poczuciem winy!” Zamiast wbijać wzrok w ziemię trzeba by popatrzeć w niebo. Z lekką nonszalancją, zawadiackością, szelmowskim uśmiechem, ale po tych wszystkich zawirowaniach, będzie się w tym kryła mądrość. Lekkość i beztroska wynikająca z głębszego doświadczenia i mądrości, nie lekkomyślność i pochopność zrodzona z młodości, z lekceważenia rzeczy ważnych.









Ilustracje z talii tarota Pauliny Cassidy