Sunday, 5 May 2013

Wojownicy Kryszny


     Dziś piąty maja, 2013. Mam taki pomysł – w niektóre dni będę wrzucał wpis ze starych dzienników, z tego konkretnego dnia, przypadkowego roku, albo jeśli tego dnia nie pisałem, z dnia sąsiedniego. To kawał życia – od maja 1997, kiedy byłem jeszcze mnichem w Hare Kryszna, do dzisiaj, kiedy jestem… żebym to ja wiedział:) Dołączyłem kilka zdjęć z tamtych czasów.
     Zapraszam do wehikułu czasu.

* * *
W aśramie brahmacarinów, na łóżku Madana, obok ja.

















    Poniższy zapis pochodzi z 1997, kiedy byłem jeszcze dwudziestojednoletnim mnichem w krakowskiej świątyni Hare Kryszna. Bardzo miło wspominam te dni – te określone przygody, wyzwania życiowe miały niepowtarzalny smak i w tamtym okresie ukształtowała się duża część mnie. Tą przygodę, choć brzmi trochę drastycznie, teraz wspominam bardzo miło. Czasy romantyzmu, braterstwa, młodości…

03.05.1997, Kraków

     Byliśmy dziś na harinamie (kolorowy taniec na ulicy do wtóru mantr, bębnów i dzwoneczków). Napadła nas banda skinheadów. Nie wpadło nam do głowy, że trzeci maj, czyli narodowe święto nie jest najlepszym dniem na prezentację mniejszości religijnych. Nie w Polsce przynajmniej.
     Zaczęło się od tego, że tańczyliśmy na Rynku w kółku. Świeciło słońce, wiosna w pełni, miła atmosfera, były z nami kobiety, dzieci. Czuliśmy, że nasza kolorowa grupka, w szafranowych dhoti, barwnych sari, pięknie komponuje się z tym miejscem, dniem.
     Nagle poczułem silne uderzenie w plecy, że aż dech mi zaparło, o mały włos się nie wywróciłem. Do środka wszedł wielki sknhead, z wyrazem takiej wściekłości i nienawiści na twarzy, ze aż serce we mnie stanęło. Skinhead stanął na środku wyzywająco, mierząc nas wzrokiem. Wtedy guru maharaja (mistrz duchowy) chwycił karatale (małe, mosiężne dzwoneczki), podbiegł do skinheada i z całej siły walnął go w głowę. Tamten aż się zatoczył – nie wiem, czy bardziej ze zdziwienia czy z bólu. Popatrzył na nas w tępym szoku, po czym pobiegł gdzieś w tłum. Wiedzieliśmy, że to nie koniec kłopotów. Wzięliśmy kobiety do środka i kontynuowaliśmy intonowanie. Ucieczka i tak nie miałaby sensu, z naszymi fryzurami i strojami nie moglibyśmy się zgubić w tłumie, lepiej było zostać w kupie, niż dać się pojedynczo wyłapać.

     Już po chwili nasz „koleżka” wrócił z grupą innych skinów. Zaczęli skandować jakieś nacjonalistyczne, nienawistne hasła. My ciągle kontynuowaliśmy śpiewanie Hare Kryszna. To ich rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zaczęli ściągać pasy, wyciągać z kieszeni łancuchy, jeden założył kastet. Nie wszyscy mieli flayersy i glany, niektórzy z nich byli w garniturach. W końcu zaatakowali nas i zadyma zaczęła się na całego.
     Najważniejsze było zapewnić bezpieczeństwo kobietom i dzieciom. Otoczyliśmy je zwartym kręgiem, zwracając twarze ku napastnikom.

     Nie będę ukrywał, że byłem przerażony. Na szczęście nie wszyscy z nas są pacyfistami (czy też tchórzami zadymowymi, jak ja). Zdziwieni skinheadzi osłupieli, kiedy wielbiciele zaczęli stawiać zaciekły opór. Martanda miał w rękach dwa wielkie, metalowe czynele (metalowy instrument indyjski), którymi bez litości walił po głowach atakujących go bandytów. Zostawił na ich głowach niejedną ranę. Widząc jego opór, już wkrótce miał przeciwko sobie trzech albo czterech napastników, próbujących przebić się przez osłonę jego długich rąk. Jemu chyba najbardziej się dostało, po bójce jego nos wyglądał jak krwawy ziemniak, z obitych warg kapała krew. Nie tylko on walczył, paru większych bhaktów też. Zaczęliśmy się przesuwać w stronę Kościoła Mariackiego, gdzie w ostateczności moglibyśmy się schronić.

     W tym całym chaosie nie byłem pewien, co robić. Podszedłem do Maharaja, patrząc na niego pytająco. Zawołał: „Chant, don’t worry, Krishna will protect us!”.
     I faktycznie, w pewnym momencie skinheadzi wycofali się! Jak to bywa z tchórzami, natykając się na opór, zwiali.
     Jaki bilans? Dziewczynom i dzieciom nic się nie stało, Janardan musiał pojechać do szpitala, chyba ma złamaną rękę, Zygmunt miał przecięty łuk brwiowy, poza tym było jeszcze sporo zakrwawionych nosów, wszystkie nasze instrumenty oraz stroje też były pochlapana krwią. Wyglądało to źle, ale było trochę lepiej niż wyglądało.
     Ciekawe, że nikt za nami nie stanął, nie bronił nas, a kilka osób nawet popierało skinheadów. Co za ludzie.

     Mam trochę wyrzuty sumienia, że nie rzuciłem się w walkę. Byłem sparaliżowany. Nawet kiedy któryś ze skinów uderzył Maharaja, nie byłem w stanie się przełamać. Kontakt z tak skoncentrowaną, irracjonalną nienawiścią całkowicie pozbawił mnie głowy. Źle mi z tym. Ktoś uderzył mojego mistrza duchowego, a ja zamiast go bronić, chowałem się za jego plecami. Dzieciak ze mnie, eh… Na usprawiedliwienie powiem, że w pewnym momencie byłem już gotowy do walki, kiedy bójka przesunęła się zbyt blisko kobiet i dzieci, ale wtedy wszystko się skończyło.
     Guru maharaja bardzo mnie ujął za serce, kiedy skoczył jak lew na tego skina, który mnie walnął w plecy. Świętość nie musi oznaczać bierności. Dzięki, Kryszno, że nikomu z nas nie stało się nic poważniejszego.

Od lewej Ananta Bhakti, Gadotkaca (przemiły wielbiciel z Serbii) i ja.

Tutaj stoję z moim dobrym przyjacielem z tamtych czasów, z Marcinem (obecnie Harinamem)

















Duży festiwal w 1997, chyba urodziny guru maharaja. Brałem udział w przedstawieniu, kawałek mojej głowy wystaje po lewej stronie, za wzniesioną ręką naszego reżysera, Sirny. Od lewej Dvaraka, Sirna, Devadatta, Jay Krsna, żona Devadatty (zapomniałem imienia), Śaśabindu, Anupama i Kryszna Nama.

3 comments:

  1. Jakbym się dowiedział, że jakiś skinhead uderzył Maharaja, to prawdopodobnie bym go zabił. Tego sukinsyna, którego mordę obijałem gongiem, jego twarz pamiętam do dzisiaj. Nienawiść, zazdrość.

    ReplyDelete
  2. This comment has been removed by a blog administrator.

    ReplyDelete