Thursday, 9 May 2013

Irlandzkie szwendanie























Na Temple Bar (Dublin), próbując związać koniec z końcem. Szału nie ma:)


     Fragment dziennika sprzed ośmiu lat. Po bohemskim okresie w Kopenhadze, wylądowaliśmy na przedmieściach Dublina. Najpierw tylko ja miałem pracę. Zostałem szefem kuchni w restauracji wegetariańskiej. Szefowa okazała się diablicą z piekła rodem, ale wytrzymałem i tak 3 miesiące, zanim się zerwałem (zostałem najdłużej sprawującym swą funkcję szefem kuchni w historii tej restauracji). Później Tania została opiekunką w domu starców, a ja bezowocnie szukałem jakiegokolwiek zajęcia. Ostatecznie wyjechaliśmy do Anglii.


02.05.2005, Bray, Irlandia

     Ptak mnie wczoraj osrał. Siedziałem w tym tunelu na Temple Bar, gdzie zawsze siedzą i żebrzą cygańskie nastoletnie matki z dziećmi, grałem na akordeonie (Passanger), kiedy poczułem mokre chluśnięcie w głowę. Dobrze, że było mało ludzi i akurat miałem rolkę papieru toaletowego, na katar. Ogólnie jednak granie szło dobrze. Uzbierałem jakieś 20 euro w godzinę. Później zjawił się Jamajka. Niby zaczęliśmy razem jammingować, ale jak to bywa z Brazylijczykami, wszystko zaczęło się rozchodzić jakoś w szwach, jeszcze wypaliliśmy jointa, wypili po piwie, zaczęli gadać mieszając hiszpański z angielskim, aż w końcu zwinąłem się na autobus do Bray.
     Tania idzie właśnie na spacer. Sama. Chodzi naburmuszona, od kiedy przedwczoraj nie wymasowałem jej bolącej nogi. Cholera, sam byłem wykończony. No ale wyrzuty sumienia i tak mam. Poza tym czuje się chyba niedoceniania i musi pokazać, że sama sobie daje radę ze wszystkim, beze mnie. Wkurza mnie to, ale z drugiej strony lepiej, że robi rzeczy samodzielnie.

04.05.2005, Bray, Irlandia

     Dziś cały dzień się szwendam. Zrobiłem humus, będzie do chleba, zamarynowałem pomidory suszone w zalewie. Byłem jeszcze na internecie w kafejce i na zakupach, a wcześniej biegałem. To już drugi dzień i mam cholerne zakwasy. No i nie palę fajek już trzeci dzień. Tzn. trochę oszukałem dzisiaj, bo zrobiłem sobie jointa, ale nie łamię się, będę nadal próbował trzymać się z dala. Chciałbym móc wreszcie zaliczyć się do rasy niepalących.
     Tania w robocie. Tęsknię za nią. Szkoda mi jej, pracuje ciężko, a odkąd odszedłem z Cafe Fresh, nic nie zarabiam, wszystko jest na niej.

05.05.2005, Bray, Irlandia

     Miły dzionek. Odwiedziłem chłopaków w Cafe Fresh i udało mi się nie zapalić, choć wszyscy kopcili jak lokomotywy. Odkryłem, że w rzucaniu palenia najważniejsze jest nie myśleć: „rzucam palenie”, ale trzeba sobie powtarzać i naprawdę w to uwierzyć: „nie jestem palaczem, jestem niepalący, nie utożsamiam się z tymi wszystkimi ludźmi z papierosami”. I od razu czuję się wolny. Fajnie by było, gdybym dał rady. Codzienne bieganie też pomaga.
     W Cafe Fresh atmosfera ciężka. Wprawdzie nie ma Krwawej Mary, ale jej obecność można wyczuć wszędzie. Michael najbardziej ostatnio pokazuje swoją nienawiść. Nigdy tak ostantacyjnie nie okazywał niechęci wobec niej, ale odkąd zgnoiła publicznie jego i Jarka, ża to, że poszli na fajkę przed przerwą, nienawiść wylewa się z niego na całego. Nie dziwię się mu. Suka z niej straszna.
     Co z resztą dnia? Nie jestem pewny. Tak dziwnie bez fajek, alkoholu też mi się nie chce. Poćwiczę z Tarotem, posłucham muzyki, Ojos de Brujo, ostatnio super mi wchodzą. Czekam na Tanię. podobno opieprzyła kogoś w robocie za złe traktowanie staruszków, mówiła przez telefon.

12.05.2005, Bray, Irlandia

     Smętny dziś dzień, choć pogodowo piękny – niebo bezchmurne, ciepły wiatr, zielono. Tania ma zły humor, chyba dlatego, że jutro znów ma dwunastkę w pracy, no i za całokształ też – wypalenie tymi zapyziałymi przedmieściami, ludźmi w pracy, sąsiadami. No a że jestem najbliżej, odbija się to na mnie najbardziej.
     No ale nie jest całkiem źle. Przed chwilą schodzę do kuchni, żeby nam coś upichcić, a tam Tania już coś tworzy. Wcześniej byliśmy na mieście, kupiliśmy kreta, żeby przetkać ten coraz bardziej obrzydliwy i śliski brodzik w łązieńce (udało się!).
     Nie mogę już usiedzieć na miejscu (mam na myśli Irlandię). Ciągnie mnie w drogę. Z drugiej strony wiem, że to nie jest rozwiązanie. Po chwili znów byłbym sfrustrowany, znów tęskniłbym za Tanią, znów bankructwo. Ale przecież nie zawsze tak jest. Moja ostatnia wyprawa po Europie przyniosła dużo przyjaźni, przygód, dzięki niej wylądowaliśmy później w Kopenhadze, znaleźli fajną pracę. Tak, ruszę znowu gdzieś dalej. Jeszcze nie teraz. Teraz czas na zarabianie. Fajnie byłoby wreszcie mieć włąsny kąt. Jakiś domek, najmarniejszy, malutki, ale nasz. Całkiem inaczej by się wtedy włóczyło, wiedząc, że mamy swoją przystań. Teraz to czasami człowiek czuje się jak bezdomny a nie globtrotter. Tylko, że ten dom taki drogi. Z dwa lata trzeba by było przemęczyć. Tylko, że póki co nie zarabiam.

* * *

     Nie mogłem już wysiedzieć w domu. Zjadłem obiad i teraz siedzę na plaży. Puściłem parę kaczek, ale co to za przyjemność, kiedy nie ma nikogo, kto by powiedział „wow”. Zapach morza. Delikatny, ale jest, może kiedy zrobi się cieplej, będzie go czuć mocniej? Kawałek ode mnie siedzi ładna, czarnowłosa, drobna dziewczyna z szalem i filmuje dużą kamerą morze. Dziwiłem się, po co jej tak długi film o morzu. Nuda. Chyba doszła do tego samego wniosku, bo wreszcie wstała, obrzuciła mnie nieśmiałym spojrzeniem i poszła. Dalej spaceruje matka z dwójką dzieci, a jeszcze dalej dwa niezidentyfikowane postacie. To tyle jeśli chodzi o tłumy na plaży i możliwości nawiązania znajomości. Jakież to Bray smętne. Albo może to ja? Podobno tylko nudni ludzie się nudzą. Stąd, gdzie siedzę, widać po prawej górę z krzyżem. Kiedyś weszliśmy tam z Tanią. Na falach kilka żaglówek, a na horyzoncie znika powoli prom do Anglii. Podobno morze łagodzi nastrój, więc posiedzę jeszcze trochę.

15.05.2005, Bray, Irlandia

     Czekam na autobus do Dublina. Piękny dzień, chyba najcieplejszy, odkąd trafiłem do Irlandii, a przynajmniej tak się zapowiada. Choć tutaj to może być moment i nagle zacznie walić deszczem, albo wstanie gęsta mgła, nigdy nie wiadomo. Na razie jednak upał. Wziąłem akordeon i jadę do Dublina. Jeszcze nie ma nawet dziesiątej. Najpierw pójdę do parku, poczytam, popiszę w dzienniku, poukładam tarota, a po dwunastej pójdę na ulicę zarobić parę groszy.
     Już pół godziny czekam na ten cholerny autobus! Co za dziura.
     Tania, bidulka już w pracy. Dziś druga dwunastka, a jutro trzecia. Jest wykończona i załamana. mam nadzieję, że coś wkrótce znajdę, odciążę ją trochę.
     Wczoraj nauczyłem się pięknej melodii na akordeonie, tej grupy, Les Negresses Verdes, zapomniałem tytułu. Wejdzie na stałe do mojego repertuaru. Co jeszcze? Byłem wczoraj w biurze turystycznym i kupiłem przewodnik po Wicklow Way, jednej z najsłynniejszych tras pieszych w Irlandii. Wyprawa na cały tydzień, będzie ze 130 km. Kiedy wpadnie trochę więcej kasy, zrobimy to z Tanią, będzie co wspominać.

później

     Takie to granie było dziś smętne. Nie chodzi nawet o kasę, zarobiłem na dzisiejszy wyjazd, wliczając w to Bulmersa i tytoń (tyle z mojego niepalenia), ale nie mam po prostu nastroju. Siedzę teraz w parku, zjadłem kilka tych gołąbków z liści winogron z ryżem w środku, cztery sztuki za półtora euro, wziąłem osiem. Wypiłem Bulmersa i teraz nie wiem, może pójdę na internet i napiszę do znajomych, do Ruthanny. Kawałeczek stąd chłopak i dziewczyna ćwiczą żonglowanie. Przypomniało mi to Danię, Christianię, Solarplexus i całe nasze cyrkowe towarzystwo. Fajnie było. Wtedy byłem najbliższy bycia szczęśliwym.
     Jak długo zostaniemy w Irlandii? Jaki będzie następny stop? Cuando llegare, cuando llegare, por donde saldra sol, por donde saldra sol?

* * *
Kilka migawek z tamtego okresu:

Tania na wycieczce, gdzieś na łonie natury
























Chłopaki z Cafe Fresh: Jarek z Polski, Michael - tubylec, i ja skręcam papierosa
























Z okazji meczu Irlandii z Izraelem odbyła się manifestacja przeciwko okupacji Palestyny przez Izrael

No comments:

Post a Comment