Sunday, 9 November 2014

Proxima estacion Esperanza



   Wziął mnie klimat na ukulele, spróbuję stworzyć coś nowego.
   Pamiętam tamten wieczór. Kopenhaga, dopiero co zacząłem uczyć się na ukulele, wolny dzień, po długich dniach w restauracji, Tania siedziała przy stole, rysując coś, jak zwykle, dołączyła się z tzw. mandoliną ustną:)
   Już prawie druga. Zrobiłem placek z masłem orzechowym i kawą, będzie na jakieś 2-3 śniadania do pracy. Wczoraj ugotowałem yam z sosem jamajskim, nawet fajnie to wyszło. Sprawdzałem, czy dałoby się to uprawiać w Polsce, ale nie ma szans, yam rośnie od 8 do 10 miesięcy, a u nas śnieg prawie pół roku.
   Co poza tym? Nostalgia, spokój, tęsknota. Czytam "Tysiąc lat wkurzania Francuzów", miła, zabawna książka. Tęsknię za domem, odliczam dni do ucieczki z Londynu i zaszycia się w górskiej chatce.
   Kilka złych nocy pod rząd. Podobne do siebie: najpierw sen, w którym jestem całkiem sam, przebudzenie i rozmyślanie, czekając aż zrobi się jaśniej i będzie można uciec od czarnych myśli w codzienne sprawy.
   Proxima estacion Esperanza.

   I jeszcze garść starych klimatów:)

 

Thursday, 6 November 2014

Free Writing

 
 Nie wiem, co napisać. Pomyślałem, że może sesja free writting trochę mnie naprowadzi.
   Więc, co w twojej głowie, Marcinku? Sam nie wiem. Dużo głupot, dużo mądrości, dużo żali, marzeń i kompletnie oderwanych myśli, jak na przykład smak paelli w jakimś mieście na Camino de Santiago, część Kajko i Kokosza, która zawsze kojarzy mi się z makowcem, tzw. plumkanie, czyli muzyka do spania, sny o anarchii, najpiękniejsza miłość z najpiękniejszą dziewczyną świata, a pamiętasz taką płytę z trąbkami, bardzo ją lubiliśmy, Touch and Go, użyli ją w reklamie piwa EB z tym francuskim aktorem, zapomniałem jego imienia? A pamiętasz, jak raz przyszedłem nad ranem, bo chlałem z Tomem pół nocy, ale wiedziałem, że jesteś smutna, więc poszedłem na nogach 15 kilometrów, bo było za późno na autobusy, haha. To był dobry czas. Myślałem, że to młodość, a później samo wszystko się jakoś ułoży. Czasami nic się samo nie układa. Czekaj, a pamiętasz, jak miałem sen o Aniele Śmierci idącym przez wieś, a nagle Łajza zaczął szczekać pod oknem jak oszalały, a ty poczułaś, że coś strasznego idzie pod oknem? Wow, to było coś. A na ślub dostaliśmy telewizor, a babcia śpiewała Hare Kryszna z nami, a później spytała, o co chodzi z tym innym, indyjskim Bogiem? Czy to ten sam, co nasz, czy jakiś inny? A ja jej wyjaśniałem, że Bóg jest jeden, tylko inaczej go nazywają w różnych częściach świata, bo świat to spore miejsce, a Bóg jest wielki, to by było głupie, gdyby pojawił się tylko w jednym miejscu. Pamiętasz wszystkie nasze godziny w pociągach, autobusach, samolotach?:) Haha, miało być free writting, a piszę do Ciebie, jak zwykle. Zawsze będę pisał do ciebie, małpoludku:) Dziś zrobiłem zupę drwala - gęstą, pełną czosnku i różnych "śmieci" - marchewki, ryżu, soczewicy i maggi. Nie chciało mi się nic innego wykombinować. Poza tym bida z nędzą, nic już nie zostało w lodówce, a z dnia na dzień biedniej. Ale jest na wino, dobrzy przyjaciele dostarczyli tytoń, a jedzenie kradnę z pracy, więc nie jest tak źle. A mądrości i muzykę wysyłają mi przyjazne duchy. Co więcej? Nie wiem. Dziś wieczorem mi lżej. Może to temu, że zamiast przeszłości, teraźniejszości i przyszłości widzę jedną ciągłą linię, gdzie Ty i ja jesteśmy zawsze, nie ogranicza nas nic. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Niech nas jutro uratuje Tytus albo Janek Kos.

Tuesday, 4 November 2014

Lista nr. 108 (finding way home)

 






















   1. Kolejny dzień z głowy. W pracy dobrze, przeleciało szybko w miłej atmosferze. Szkoda mi będzie to zostawić.
   2. Smutek jest ciągle. Czasami bardziej w tle, czasami wysuwa się do przodu. Myślę o Tani dużo. Szkoda mi jej bardzo. Myślę, że nie może być szczęśliwa w nowym związku, tak jak i ja. To, co mieliśmy, było szczególne, rzadkie. Żadne z nas nie będzie się nigdy i nigdzie czuło w domu z kimś innym. Nie zostawię jej tak z tym, samej. Będę czekał, aż znajdzie drogę z powrotem do domu. Przynajmniej przez jakiś czas, aż się nie upewnię, że wszystko u niej w porządku.
   3. Lekki ból głowy.
   4. Fernanda przyniosła mi tytoniu ze swojego hiszpańskiego zapasu, dobra dziewczyna.
   5. Leje, zimno, ściemnia się już o czwartej. Miło siedzieć w przytulnym pokoju w taki wieczór.
   6. Filmik rozjaśnił mi wieczór:)

Monday, 3 November 2014

Lista numer 48

   1. Pierwszy dzień po urlopie. Fajnie. Dziś wszyscy zostaliśmy przydzieleni do nowych klas. Miałem stres, bo nie ze wszystkimi chciałbym pracować, ale dostałem świetną grupę. Chloe, Carelis, Chantel i Fernanda. Spontaniczny, wyluzowany klimat, koleżeńsko, miło. Szczególnie cieszę się z Fernandy. Bardzo polubiliśmy się z tą extremadurską dziewczyną:) No i będę mógł poćwiczyć mój hiszpański. A Carelis jest z Kuby.
   2. Po powrocie do domu ugotowałem pyszny gulasz sojowy (prawie z niczego:) z ryżem. Petia za bardzo się nie zna na gotowaniu, ale nie byłem zbyt zmęczony po pracy, tak że nie było problemu, z przyjemnością ugotowałem. Później wyskoczyliśmy do sklepu po piwo, mąkę na jutrzejsze kotlety warzywne i koncentrat pomidorowy na pojutrzejsze spaghetti.
   3. Miły wieczór. Kiedy jestem po dniu pracy, czuję się spokojniejszy, cieszę się wolnym czasem. Oprócz tego rano mantrowałem, trochę szczerej modlitwy z rana nadaje dniu jakiegoś ciepła.
   4. Wieczór z 5nizzą i Nohavicą.
   5. Petia zaczyna od przyszłego tygodnia pracę. Tylko jeden dzień w tygodniu na razie, ale i tak dużo nam to pomoże.
   6. To na razie, przyjaciele.

Sunday, 2 November 2014

Dobre życie

 

 Już wieczór. Niedziela, koniec urlopu, od jutra znów do pracy. Dzień spokojny. Rano zrobiłem ciasto ze śliwkami i bananami, po południu placki ziemniaczane. Miało być więcej, żeby zostało coś na jutrzejszy obiad w pracy, ale wyszły tak dobre, że zeżarliśmy prawie wszystkie.
   Jeszcze tylko trzy odcinki Star Treka. Zastanawiałem się skąd tak silne emocje u mnie w związku z tym serialem. Różne rzeczy. Wiadomo - ucieczka od problemów, szczególnie teraz, kiedy wszystko tak się rozsypało. Ale jest też coś innego. Ciężko mi to precyzyjnie opisać. Tęsknię za silnymi zasadami moralnymi, za jasną strukturą życia, i nie mam na myśli nudnego schematu, ale dobre życie kierowane jasną ideą i spójnością, wiernością sobie. Z zazdrością oglądam przygody mądrego, rozsądnego kapitana Picarda, silnego i dowcipnego majora Rikera, opiekuńczej Deany Troi, prostego, analitycznego Daty i patrzę na swoje chaotyczne życie bez planu, bez kierunku, z dnia na dzień - porywy serca, nadzieje, ciągła niepewność i zagubienie. 
   To nie jest tak, że nie lubię takiego życia. Dobijam do czterdziestki i już zaakceptowałem siebie (tak myślę). Cenię w sobie ten kreatywny chaos, prostotę, otwartość, poddanie się życiu i jego podmuchom. To też nie jest łatwe, tak się otworzyć i zaufać. Ale jednak tęskno za jasnym celem, prostym życiem, spokojem. Szczególnie teraz, kiedy straciłem najważniejszą osobę w życiu, która uosabiała dla mnie spokój i normalność.
   Szczerze mówiąc to nie mam wiary na osiągnięcie spokoju i wewnętrznej harmonii. Mam nadzieję, ale od nadziei do wiary jeszcze kawał drogi. Wiem, że Londyn na pewno mnie nie przybliża do tego. Wcześniej, kiedy byłem jeszcze z Tanią, miało to jakiś sens, miałem motywację. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że nie chce mi się tu siedzieć i biegać za każdym groszem, żeby zapłacić rachunki, czynsz i jedzenie. Nie ma w tym sensu. Chcę się wyłączyć. Za jakieś trzy, cztery miesiące Petra wraca do Czech, ja się zwinę na wieś. Żebym przywiózł chociaż z 1000 funtów, to pozwoliłoby mi spokojnie przetrwać parę miesięcy. Na wiosnę rozkopię ziemię na warzywa. Spróbuję założyć jeszcze większy ogród niż ostatnio. Tym razem pocieszę się zbiorami, bo ostatnio wyjechałem za chlebem jeszcze na wiosnę i Tania cieszyła się plonami beze mnie (choć wiernie wysyłała mi zdjęcia dyń do Liverpoolu:). Nauczę się zaprawiać słoiki, lubię takie rzeczy. 
   Może, kiedy wreszcie zejdzie ze mnie gorycz, zacznę znów się modlić, czytać książki Swamiego, szukać pomocy na wyższym planie, ale póki co za dużo mam w środku żalu do Boga, Tani, tzw. przyjaciół, co zamiast wsparcia w momencie kryzysu, rzucili się jak psy na kość, no i najbardziej żalu do siebie. Ciężko mi czasami poradzić sobie z tym rozczarowaniem.
   Idę zapalić na balkon i powoli zbieram się do spania.
   Dobrej nocy.
   

Saturday, 1 November 2014

Jesienny spacer z Petią

   Pogoda dziś dopisała. Zebraliśmy się z Petrą i poszliśmy na spacer, pocieszyć się słońcem i pobawić aparatem. Było spoko, nastrzelaliśmy trochę zdjęć, pogadaliśmy o życiu, wypili piwo, zapalili, było trochę śmiechu. Później w domu ugotowaliśmy na szybko spaghetti  i teraz relaksujemy się przy komputerach. Petra gra w jakieś hidden objects, ja się zaraz zabieram za Star Treka. Kończę ostatni sezon Next Generation. Zabrzmi dziecinnie, ale smutno mi z tego powodu:) Zaprzyjaźniłem się z nimi wszystkimi. Ale zasysam już Star Trek Voyager, dam im szansę.









Friday, 31 October 2014

Lista końcowourlopowa

 
















Piątek. Przeleciał ten urlop. Od poniedziałku do pracy. Nastrój ogólnie lepszy. Liryczna rezygnacja plus odrobina czarnego humoru. Lepsze to niż Werterowska desperacja:)

   Lista końcowourlopowa

   1. Zapłaciłem czynsz, poszliśmy na zakupy i po wypłacie. Ale nie narzekam. W sumie całkiem nieźle - utrzymać dwie osoby (czynsz, jedzenie, autobus) z jednej pracy na pół etatu. W Polsce by to nie przeszło.
   2. Coraz częściej myśl o powrocie do domu. Po półtora roku zmagań w Anglii, ciągle na zerze, rozstaniu z Tanią, czuję się jak na wojnie. Potrzebuję się wyłączyć. Wróciłbym do mojej chatki i popłynął z prądem przez jakiś czas. Życie nic mnie tam prawie nie kosztuje. Zrobiłbym duży ogród warzywny, żeby mieć coś do roboty, nie mówiąc o darmowych warzywach, ziołach, przetworach. Rąbałbym drwa, palił w piecu, zaprawiłbym jakiś dymion albo dwa, czytał stare książki. Może nawet już w lutym? Lubię zimę na wsi. Dziwnie będzie tak samemu tam mieszkać.
   3. Poprosiłem Tanię, żeby zablokowała mnie na fejsie. Nie potrafię jednak być z nią tylko "przyjacielem". Myślałem, że to możliwe, ale nie dam rady. Za dużo czuję.
   4. Petia to dobra dziewczyna. Rozumie wszystko. Sama przeszła przez podobne historie. Gadamy o wszystkim, śmiejemy się z życia, czasem nad życiem płaczemy, czasem mamy się dosyć, a czasami myślimy, że ciężko będzie się rozstać. Ale oboje wiemy, że to nie ma przyszłości. Za bardzo się różnimy, a poza tym nie wiem, czy kiedyś zaleczę tą dziurę w sercu.
   5. Słucham Astrud Gilberto. Bossa Nova, szklanka cydru, Petia gra w jakieś głupiutkie gry, ja rysuję, piszę, zastanawiam się nad jointem, choć jeszcze wczesna godzina. Ogólnie w miarę dobry dzień. Spokojny.

Thursday, 30 October 2014

Migawki

To był zdaje się 2005 albo 2006. Kupiliśmy wreszcie nasz pierwszy cyfrowy aparat i cieszyliśmy się z nieograniczonych możliwości:) Birmingham, jeszcze przed śmiercią taty. Nie cierpieliśmy swojej pracy (oboje w restauracji) i myśleliśmy, że nam nie idzie w życiu. Tak naprawdę jednak to były jedne z najszczęśliwszych chwil.











Bezsenność

   



















Jest czwarta rano. Nie mogę spać. Często mi się ostatnio zdarza obudzić w nocy i już nie zasnąć. Zwykle to jakiś sen o Tani. Przedwczoraj spacerowaliśmy razem, szła dwa kroki przede mną, coś mówiła, ale nie słuchałem, delektowałem się po prostu jej obecnością, chciałem pogłaskać jej włosy. Dziś w nocy przyjechała skądś do mnie na wieś. Tym razem byłem świadomy sytuacji: że nie jesteśmy razem, że ma już kogoś innego, że jest tylko w odwiedziny. Poczucie zranienia było tak duże, że nie mogłem tam zostać. Wziąłem namiot i uciekłem. Później zaczęło lać coraz bardziej, nastała noc, zgubiłem się i błąkałem się opuszczony wśród psich kup, wiedząc, że nikt mnie nie szuka.
   Czasami, krótką chwilę po obudzeniu nie pamiętam, co się stało i przez chwilę wydaje mi się, że wszystko jest po staremu. Że ona śpi obok, albo już wstała i krząta się w kuchni. Po kilku sekundach pojawia się jednak niepokój, rzeczywistość wraca i nagle znów stoję twarzą w twarz z zimnymi faktami..
   Nie ma wtedy szans, żebym już zasnął. Zbyt dużo wspomnień i żalu. Próbuję czytać coś na kindlu, ale książki są suche jak pieprz. Czasami pomaga włączenie na chwilę jakiegoś serialu na laptopie. Czasem leżę w ciemności, na plecach i modlę się w sercu. Żeby mi ją oddał, czasami, żeby skończył już to wszystko.
   Może zbyt osobisty ten post, z drugiej strony niewiele osób tutaj wpada. a potrzebuję się wygadać. Nie wiem, co zrobić. Myślę, że długo nie dam rady już zmagać się w Londynie. Dwa, trzy miesiące maks. Chyba zwinę się po prostu na wioskę i zamknę na jakiś czas w chatce. Będę raczej bez kasy, no i nie spłacę długów, ale jakoś dam radę.

Wednesday, 29 October 2014

Dobry wieczór, księżniczko


    













Trafiłem dziś na ten post sprzed roku. List. Minął rok i niczego już nie ma. Tani nie ma. Nawet mnie za bardzo już nie ma. Świadomie wchodzę w alkohol, zwiększając codzienną dawkę, palę jak lokomotywa, nie martwiąc się już ani trochę o raka, na niczym mi nie zależy. Nadzieja, że mogę znaleźć ukojenie w kimś innym rozwiała się szybko. Czyli zostałem jednak książkowym straceńcem, o których lubiłem czytać w czasach młodości, lol. Próbuję się uśmiechać do życia, nawet w środku tego wszystkiego, ale to wymuszone. To tylko odwracanie uwagi od tęsknoty i poczucia utraty, które jest tak wielkie, niezmierzone, że w jego obliczu czuję się jak mysz nad oceanem. Nie byłem na to gotowy.
   Pamiętam tamten wieczór, kiedy pisałem ten list. Miło, jesiennie, znalazłem niedawno pracę, ciułałem grosz do grosza, żeby ściągnąć Tanię jak najszybciej, żebyśmy znów mogli walczyć z życiem razem. Za oknem po pnączach śmigały szczury, grzejnik miło zionął ogniem, a ja marzyłem sobie o przyszłości, która przecież w końcu musi zacząć wyglądać lepiej, że w końcu znajdziemy swoje miejsce, uciułamy trochę grosza, znajdziemy spokój. 

     Dobry Wieczór, Księżniczko
     Wiem, obiecałem, że będę pisał prawdziwe listy, z rozmazanym tuszem, kulfonami, oblizanym znaczkiem, ale jakoś nie mogłem się ogarnąć. Dopiero dzisiaj i to tak zaraz z brzegu, w poniedziałek, wieczorem, po pracy, prysznicu, odgrzanym spaghetti, przepłukaniu skarpetek i niknącym już posmaku przedwczorajszego kaca (wybacz).

     Grzejnik grzeje mi złodziejskie stopy i świeci na złoto, taki mały, prywatny zachód słońca, w tej starej fabryce, która jest ostatnio moim domem. Ale co to za dom bez Ciebie, Księżniczko? Po winoroślach za oknem wspinają się sympatyczne szczury – rzezimieszki, po korytarzu oświetlonym tylko małą świeczką rozchodzą się stłumione głosy smutnych alkoholików, ktoś w kuchni smaży placki ziemniaczane, zza okna dźwięk ulicy. Nie jest źle, uwierz mi, w jakiś sposób lubię już to miejsce, Bóg chyba dba o mnie trochę, tak że nie masz się co martwić. Tylko Ciebie mi brakuje.

    Tyle czasu już minęło. Czasami pytasz przez telefon: „Czy ty istniejesz, czy to tylko twój odcieleśniony głos, moje marzenie, stary, miły sen?” Istnieję, Księżniczko, bez obaw. Dla Ciebie zawsze będę istniał. Czasami wprawdzie tylko jako głos, stare zdjęcie, co wypadnie z książki, dziurawa skarpetka za łóżkiem, no ale miłość podobno nie ma granic. W skarpetce też może się kryć. To tak na pocieszenie. Ale prawdę mówiąc czasami to przykucnąłbym w nocy na parapecie i zawyłbym z rozpaczą do Księżyca, na skargę, że Cię tu nie ma, że świat taki oporny, że czas taki bezlitosny, że ludzie nieprzeniknieni, że jakoś zawsze nam pod wiatr, pod prąd, pod górę, dziurawe kieszenie i w ogóle.

     Słucham sobie Cranberries. Jak kiedyś, wiesz przecież, wieczorami, kiedy siadałem w kącie, pisałem wiersze i czasami zerkałem na Ciebie, jak siedzisz przy biurku i rysujesz coś na marginesie pamiętnika. Lata temu, kiedy jeszcze myślałem, że będziemy żyć wiecznie...
     Eh, przepraszam, nie chciałem Cię zdołować. Jasne, że będziemy żyć wiecznie, Księżniczko. A bo to tylko jedno życie nas czeka? No i w tym jeszcze przecież niejedno nas spotka. Burza już cichnie, powietrze oczyszczone, słychać nawet świerszcze i ziemia ładnie pachnie. Obiecuję.

     Co jeszcze u mnie? Dziś śmigając na rowerze z pracy znalazłem karton starych papryk, wcale nie takich jeszcze złych. Mam puszkę fasoli, trochę koncentratu, oregano, będzie pyszna zupa. Oprócz tego mieszka tu Ricote, Hiszpan, miły chłopak. Pedałuje po Londynie i znajduje darmowe jedzenie. Wieczorem robi małe paczuszki i zostawia pod naszymi drzwiami. Zawsze mamy chleb, owoce, czasami nawet kawałek sera. Czasem, kiedy wpadnie, opowiadam mu o Tobie.

     O rowerze trochę Ci już mówiłem. Nazywa się Iskra, jest niemożliwie zielony, przymocowałem do niego koszyczek z lodówki, ma nawet pompkę i bardzo go lubię. Choć to dopiero trochę ponad tydzień, juz zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Kiedy wreszcie się tu zjawisz, też znajdziemy ci rumaka. Wyczaiłem trochę miejsc, w które Cię zabiorę. Pierwsze kilka razy będziesz mogła nawet jechać chodnikiem, jeśli będziesz się bała londyńskiego ruchu, nie masz się co wstydzić. Ja też trochę spięty jeździłem na początku.

     A co u Ciebie? Wyobrażam sobie, jak siedzisz w naszej chatce, przy oknie, zerkasz na MasterChefa, chrupiesz paluszki i rysujesz nas, dwójkę szczęśliwych dzieciaków, jak zawsze w Twoich dziełach. Chodzisz na jesienne spacery? Jak to tam wszystko teraz wygląda? Rzeka przybrała? Ciepło, czy dżdżysto? Jakaś dynia uchowała się w ogródku, czy rozdałaś już wszystkie? Bawisz się z dziećmi? Czytasz coś fajnego? Zdrowo się odżywiasz? Mantrujesz od czasu do czasu? Śnią Ci się lwy w ogródku? Mam nadzieję, że nie, bo do kogo się masz wtedy przytulać ze strachu? Piec nie dymi? Myszy nie ma? A pająki? (dziś jednego wytrzepałem z nogawki, olbrzyma, umarłabyś, gdybyś go zobaczyła) Jesteś częściej smutna, czy wesoła?

     Nie odzwyczaj się za bardzo ode mnie, Księżniczko.
     Posyłam ten list odrzutowym balonem,
     napędzanym księżycowym blaskiem,
     steruje nim mistrz Il de Fons,
     możesz mu w pełni zaufać,
     to stary, rodzinny przyjaciel.
     Z najszczerszymi wyrazami miłości
     Kłapouchy