Sunday, 2 November 2014

Dobre życie

 

 Już wieczór. Niedziela, koniec urlopu, od jutra znów do pracy. Dzień spokojny. Rano zrobiłem ciasto ze śliwkami i bananami, po południu placki ziemniaczane. Miało być więcej, żeby zostało coś na jutrzejszy obiad w pracy, ale wyszły tak dobre, że zeżarliśmy prawie wszystkie.
   Jeszcze tylko trzy odcinki Star Treka. Zastanawiałem się skąd tak silne emocje u mnie w związku z tym serialem. Różne rzeczy. Wiadomo - ucieczka od problemów, szczególnie teraz, kiedy wszystko tak się rozsypało. Ale jest też coś innego. Ciężko mi to precyzyjnie opisać. Tęsknię za silnymi zasadami moralnymi, za jasną strukturą życia, i nie mam na myśli nudnego schematu, ale dobre życie kierowane jasną ideą i spójnością, wiernością sobie. Z zazdrością oglądam przygody mądrego, rozsądnego kapitana Picarda, silnego i dowcipnego majora Rikera, opiekuńczej Deany Troi, prostego, analitycznego Daty i patrzę na swoje chaotyczne życie bez planu, bez kierunku, z dnia na dzień - porywy serca, nadzieje, ciągła niepewność i zagubienie. 
   To nie jest tak, że nie lubię takiego życia. Dobijam do czterdziestki i już zaakceptowałem siebie (tak myślę). Cenię w sobie ten kreatywny chaos, prostotę, otwartość, poddanie się życiu i jego podmuchom. To też nie jest łatwe, tak się otworzyć i zaufać. Ale jednak tęskno za jasnym celem, prostym życiem, spokojem. Szczególnie teraz, kiedy straciłem najważniejszą osobę w życiu, która uosabiała dla mnie spokój i normalność.
   Szczerze mówiąc to nie mam wiary na osiągnięcie spokoju i wewnętrznej harmonii. Mam nadzieję, ale od nadziei do wiary jeszcze kawał drogi. Wiem, że Londyn na pewno mnie nie przybliża do tego. Wcześniej, kiedy byłem jeszcze z Tanią, miało to jakiś sens, miałem motywację. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że nie chce mi się tu siedzieć i biegać za każdym groszem, żeby zapłacić rachunki, czynsz i jedzenie. Nie ma w tym sensu. Chcę się wyłączyć. Za jakieś trzy, cztery miesiące Petra wraca do Czech, ja się zwinę na wieś. Żebym przywiózł chociaż z 1000 funtów, to pozwoliłoby mi spokojnie przetrwać parę miesięcy. Na wiosnę rozkopię ziemię na warzywa. Spróbuję założyć jeszcze większy ogród niż ostatnio. Tym razem pocieszę się zbiorami, bo ostatnio wyjechałem za chlebem jeszcze na wiosnę i Tania cieszyła się plonami beze mnie (choć wiernie wysyłała mi zdjęcia dyń do Liverpoolu:). Nauczę się zaprawiać słoiki, lubię takie rzeczy. 
   Może, kiedy wreszcie zejdzie ze mnie gorycz, zacznę znów się modlić, czytać książki Swamiego, szukać pomocy na wyższym planie, ale póki co za dużo mam w środku żalu do Boga, Tani, tzw. przyjaciół, co zamiast wsparcia w momencie kryzysu, rzucili się jak psy na kość, no i najbardziej żalu do siebie. Ciężko mi czasami poradzić sobie z tym rozczarowaniem.
   Idę zapalić na balkon i powoli zbieram się do spania.
   Dobrej nocy.
   

No comments:

Post a Comment