Wednesday, 29 October 2014

Dobry wieczór, księżniczko


    













Trafiłem dziś na ten post sprzed roku. List. Minął rok i niczego już nie ma. Tani nie ma. Nawet mnie za bardzo już nie ma. Świadomie wchodzę w alkohol, zwiększając codzienną dawkę, palę jak lokomotywa, nie martwiąc się już ani trochę o raka, na niczym mi nie zależy. Nadzieja, że mogę znaleźć ukojenie w kimś innym rozwiała się szybko. Czyli zostałem jednak książkowym straceńcem, o których lubiłem czytać w czasach młodości, lol. Próbuję się uśmiechać do życia, nawet w środku tego wszystkiego, ale to wymuszone. To tylko odwracanie uwagi od tęsknoty i poczucia utraty, które jest tak wielkie, niezmierzone, że w jego obliczu czuję się jak mysz nad oceanem. Nie byłem na to gotowy.
   Pamiętam tamten wieczór, kiedy pisałem ten list. Miło, jesiennie, znalazłem niedawno pracę, ciułałem grosz do grosza, żeby ściągnąć Tanię jak najszybciej, żebyśmy znów mogli walczyć z życiem razem. Za oknem po pnączach śmigały szczury, grzejnik miło zionął ogniem, a ja marzyłem sobie o przyszłości, która przecież w końcu musi zacząć wyglądać lepiej, że w końcu znajdziemy swoje miejsce, uciułamy trochę grosza, znajdziemy spokój. 

     Dobry Wieczór, Księżniczko
     Wiem, obiecałem, że będę pisał prawdziwe listy, z rozmazanym tuszem, kulfonami, oblizanym znaczkiem, ale jakoś nie mogłem się ogarnąć. Dopiero dzisiaj i to tak zaraz z brzegu, w poniedziałek, wieczorem, po pracy, prysznicu, odgrzanym spaghetti, przepłukaniu skarpetek i niknącym już posmaku przedwczorajszego kaca (wybacz).

     Grzejnik grzeje mi złodziejskie stopy i świeci na złoto, taki mały, prywatny zachód słońca, w tej starej fabryce, która jest ostatnio moim domem. Ale co to za dom bez Ciebie, Księżniczko? Po winoroślach za oknem wspinają się sympatyczne szczury – rzezimieszki, po korytarzu oświetlonym tylko małą świeczką rozchodzą się stłumione głosy smutnych alkoholików, ktoś w kuchni smaży placki ziemniaczane, zza okna dźwięk ulicy. Nie jest źle, uwierz mi, w jakiś sposób lubię już to miejsce, Bóg chyba dba o mnie trochę, tak że nie masz się co martwić. Tylko Ciebie mi brakuje.

    Tyle czasu już minęło. Czasami pytasz przez telefon: „Czy ty istniejesz, czy to tylko twój odcieleśniony głos, moje marzenie, stary, miły sen?” Istnieję, Księżniczko, bez obaw. Dla Ciebie zawsze będę istniał. Czasami wprawdzie tylko jako głos, stare zdjęcie, co wypadnie z książki, dziurawa skarpetka za łóżkiem, no ale miłość podobno nie ma granic. W skarpetce też może się kryć. To tak na pocieszenie. Ale prawdę mówiąc czasami to przykucnąłbym w nocy na parapecie i zawyłbym z rozpaczą do Księżyca, na skargę, że Cię tu nie ma, że świat taki oporny, że czas taki bezlitosny, że ludzie nieprzeniknieni, że jakoś zawsze nam pod wiatr, pod prąd, pod górę, dziurawe kieszenie i w ogóle.

     Słucham sobie Cranberries. Jak kiedyś, wiesz przecież, wieczorami, kiedy siadałem w kącie, pisałem wiersze i czasami zerkałem na Ciebie, jak siedzisz przy biurku i rysujesz coś na marginesie pamiętnika. Lata temu, kiedy jeszcze myślałem, że będziemy żyć wiecznie...
     Eh, przepraszam, nie chciałem Cię zdołować. Jasne, że będziemy żyć wiecznie, Księżniczko. A bo to tylko jedno życie nas czeka? No i w tym jeszcze przecież niejedno nas spotka. Burza już cichnie, powietrze oczyszczone, słychać nawet świerszcze i ziemia ładnie pachnie. Obiecuję.

     Co jeszcze u mnie? Dziś śmigając na rowerze z pracy znalazłem karton starych papryk, wcale nie takich jeszcze złych. Mam puszkę fasoli, trochę koncentratu, oregano, będzie pyszna zupa. Oprócz tego mieszka tu Ricote, Hiszpan, miły chłopak. Pedałuje po Londynie i znajduje darmowe jedzenie. Wieczorem robi małe paczuszki i zostawia pod naszymi drzwiami. Zawsze mamy chleb, owoce, czasami nawet kawałek sera. Czasem, kiedy wpadnie, opowiadam mu o Tobie.

     O rowerze trochę Ci już mówiłem. Nazywa się Iskra, jest niemożliwie zielony, przymocowałem do niego koszyczek z lodówki, ma nawet pompkę i bardzo go lubię. Choć to dopiero trochę ponad tydzień, juz zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Kiedy wreszcie się tu zjawisz, też znajdziemy ci rumaka. Wyczaiłem trochę miejsc, w które Cię zabiorę. Pierwsze kilka razy będziesz mogła nawet jechać chodnikiem, jeśli będziesz się bała londyńskiego ruchu, nie masz się co wstydzić. Ja też trochę spięty jeździłem na początku.

     A co u Ciebie? Wyobrażam sobie, jak siedzisz w naszej chatce, przy oknie, zerkasz na MasterChefa, chrupiesz paluszki i rysujesz nas, dwójkę szczęśliwych dzieciaków, jak zawsze w Twoich dziełach. Chodzisz na jesienne spacery? Jak to tam wszystko teraz wygląda? Rzeka przybrała? Ciepło, czy dżdżysto? Jakaś dynia uchowała się w ogródku, czy rozdałaś już wszystkie? Bawisz się z dziećmi? Czytasz coś fajnego? Zdrowo się odżywiasz? Mantrujesz od czasu do czasu? Śnią Ci się lwy w ogródku? Mam nadzieję, że nie, bo do kogo się masz wtedy przytulać ze strachu? Piec nie dymi? Myszy nie ma? A pająki? (dziś jednego wytrzepałem z nogawki, olbrzyma, umarłabyś, gdybyś go zobaczyła) Jesteś częściej smutna, czy wesoła?

     Nie odzwyczaj się za bardzo ode mnie, Księżniczko.
     Posyłam ten list odrzutowym balonem,
     napędzanym księżycowym blaskiem,
     steruje nim mistrz Il de Fons,
     możesz mu w pełni zaufać,
     to stary, rodzinny przyjaciel.
     Z najszczerszymi wyrazami miłości
     Kłapouchy

2 comments: