Oczy mi się już kleją. Prowadziłem dziś 16 godzin. Chcę jednak napisać kilka słów, żeby podsumować dzień.
Jestem na stacji benzynowej 80 km na południe od Budapesztu. Ale po kolei.
Obudziłem się na kempingu pod Dubrownikiem o 4 rano na sporym kacu. Napiłem się soku i chciałem jeszcze pospać, ale nie dałem rady. Pociąg myśli zaczął się rozpędzać, nie dając mi szansy na sen, dałem sobie więc spokój. W bladym świcie złożyłem namiot, wyrzuciłem śmieci, zapaliłem papierosa (bez porannej kawy to porażka) i ruszyłem.
Plan był taki, żeby wjechać do Czarnogóry. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że z Dubrownika do Czarnogóry jedzie się przez Bośnię. Na granicy celnicy poinformowali mnie, że potrzebuję zieloną kartę. Kosztowało mnie to 40 euro. Urzędnik, który załatwiał formalności powiedział, że skoro chcę jechać do Serbii, żebym dał sobie spokój z Czarnogórą, bo to nic ciekawego, ale zamiast tego, żebym pojechał do Wyszehradu i tamtędy przedostał się do Serbii. Pomyślałem, że dlaczego nie.
Przed samym wjazdem do miasta GPS pokierował mnie w lewo i nagle zamiast przekraczać granice z Serbią, wspinałem się po stromych serpentynach w kierunku północnym. Widok zapierał dech w piersiach. W dole rozciągał się wspaniały Wyszehrad otoczony koroną gór. Zastanawiałem się, czy nie zawrócić i nie trzymać się pierwotnego planu, ale nie chciało mi się znów pokonywać tych samych ścieżek, postanowiłem więc kontynuować.
Wkrótce szosa zamieniła się w wiejska drogę, aby po chwili skurczy się do leśnej ścieżki. Aż w końcu zdradziecka nawigacja ogłosiła, że nie ma tam drogi. Dzięki. Zacisnąłem zęby i stwierdziłem, że nie wracam, choćbym miał ten samochód przenieść przez las na własnych rękach. Po jakiejś godzinie znów pojawił się asfalt (pamiętający chyba jeszcze czasy Tito), a wraz z nim pojedyncze chaty. Choć nie wiedziałem, gdzie jestem, to odetchnąłem z ulgą.
Było tam niezwykle pięknie. Bałkany dokładnie takie, jakie sobie wyobrażałem. Choć ciągle byłem zestresowany szukaniem drogi, to poczułem się swojsko, słowiańsko, nie tak jak w ładnej ale obcej Chorwacji.
Wśród sypiących się chat wypatrzyłem jakąś starowinkę. Zatrzymałem samochód i spytałem gdzie jestem i jak mam jechać na północ. Ani ja jej nie zrozumiałem, ani ona mnie, jak myślę, ale widząc z jakim entuzjazmem pokazuje kierunek, zdałem się na nią.
Po minucie obudził się GPS i triumfalnie ogłosił, że droga się odnalazła.
Było już popołudnie. Zastanowiłem się, co zrobić. Gdybym odbił na Wschód, na Serbię, to trasa przedłużyłaby się o kolejny dzień, a szczerze mówiąc byłem już zmęczony i chciałem wracać do domu. Nie wspominając o topniejacych pieniądzach (biorąc pod uwagę utratę pracy, kto wie, kiedy wpłyną następne). Pomyślałem, że Bałkany to jednak wielkie, różnorodne miejsce, trudno zobaczyć wszystko w czasie jednej wyprawy. Wpisałem więc w nawigację Dom, żeby znaleźć najkrótsza drogę.
Lista podróżna 3
1. Pod wieczór, na Węgrzech zacząłem już wyraźnie czuć swój zapach, ale jak na złość nie mogłem znaleźć ustronnego miejsca, żeby wziąć kąpiel z butelki i przebrać bieliznę. W końcu zatrzymałem się w zatoczce przy drodze i wystawiony na widok publiczny, doprowadziłem się do porządku.
2. W Bośni naprawdę kochają swoją tradycyjna muzykę. Jakiś czas fajnie się słuchało radia, ale w końcu miałem dość bałkańskiego akordeonu. Niestety, nie udało mi się znaleźć stacji ze współczesną muzyką, żeby y posłuchać Dua Lipa na przyklad:)
3. Ciągle Bośnia: tyle piekna w tych górach. Cudnego, monumentalnego, soczystego, zielonego, świeżego. W pewnym momencie mózg czuje się już tym zalany, więcej nie może przyswoić. Pomyslalem z zazdrością, że nasz Beskid Żywiecki to mały bidulek.
4. Cieszę się z tej wycieczki. Choć przeżyłem ją w smutnej sytuacji osobistej, która, nie ukrywam, ciążyła mi cały czas, nawet w snach, to doceniłem Bałkany. Są takie, jakie sobie wyobrażałem i więcej. Będę tu wracał.
5. Myślę, że te 6 dni, wliczając jutrzejszy, pomogły mi trochę oczyścić głowę, naprostować pewne rzeczy i zamknąć sprawy.
M. nie była dziewczyna dla mnie. Dobrze się stało, że nie wyszło. Poza samym początkiem i krótkimi momentami szczęścia, to była prawdziwa męka. Inne wartości, inna moralność, inne podejście do życia, miłości, ludzi. Cieszę się, że odzyskuję siebie.
6. W małym, bośniackim miasteczku grupa Cyganów, grająca na trąbkach w opuszczonej, zrujnowany, komunistycznej restauracji.

Fajnie, że zacząłeś odzyskiwać siebie...
ReplyDeleteNo fajnie. Ale to dopiero początek i czeka mnie jeszcze długa rekonwalescencja. Czasem wkurza mnie, że tak głęboko i intensywnie doświadczam. Kiedy jestem szczęśliwy to się cieszę, ale w kryzysie to wolałbym nie:)
Delete