Wednesday, 24 October 2018

Chrześcijanie niech się smucą (półwysep Istria)

 
 Dwieście euro i tydzień wolnego to mało na bałkańską ekspedycję. Ale i dużo, bo przy takim ograniczeniu człowiek nastawia się na intensywne odczuwanie, patrzenie, doświadczanie... Choć nie wiem, na ile tej intensywności miałem. Myślę, że bardziej nastawiłem się na czas dla siebie, refleksję.
   Rano wczesna pobudka, ale z tym nie mam problemu, sam z siebie budzę się koło szóstej. Cieszyłem się, że szyby zupełnie zaparowały. Mogłem w spokoju i prywatności umyć się chusteczkami nawilżającymi, bez obawy, że ktoś dostrzeże golasa zaplątanego w śpiwory i koce.
   Po drodze, już w Chorwacji, zjadłem śniadanie w zatoczce, a później korzystając z pogody skręciłem w polną dróżkę, zagotowałem wodę i wykąpałem się z garnka, porządnie, z szamponem i całkowitą zmianą ciuchów.















   Do Puli na półwyspie Istria dojechałem popołudniem. Zaparkowałem przy starym rzymskim amfiteatrze, gdzie teraz siedzę i piję białe wino.
   Byłem pochodzić po mieście, posiedziałem nad morzem, zjadłem burka z serem i na tym skończę już zwiedzanie. Położę się wcześnie i poczytam coś. Zabrałem ze sobą dwie książki, które u zarania dziejów miały duży wpływ na ukształtowanie mojej wizji świata: Martin Eden i Buszujący w zbożu. Czuję, że potrzebuję takiego powrotu do korzeni. Próbując się dopasować, trochę zapomniałem ostatnio, kim jestem.
   Dawno nie było listy. No więc...

   Lista na siłę (ale może niekoniecznie)

   1. Zachód słońca pomiędzy filarami ruin amfiteatru. Próbuję wysilić wyobraźnię. Dwa tysiące lat temu bogaci koloniści z Cesarstwa i lokalna śmietanka chorwacka... Nie, wtedy mieszkali tu Ilirowie. No więc siedzieli na tych trybunach i oglądali najnowszą komedię Afraniusza. Wybuchali śmiechem, albo ucinali sobie drzemkę. A później szli pić wino do... vinorium? A ci, którzy mieli wystarczająco szczęścia albo pieniędzy, spędzali resztę nocy na miłosnych igraszkach z żonami albo prostytutkami. A rano skacowani wysyłali niewolnika po więcej wina, żeby jakoś przeżyć poniedziałek.
   2. Sprawia mi dużą satysfakcję układanie całych zdań po chorwacku i obserwowanie, że jestem zrozumiały. Gorzej ze zrozumieniem odpowiedzi :)
   3. Z przyzwyczajenia kupiłem jej mały upominek. Ciężko wykorzenić naturalne odruchy.
   4. Policzyłem dziś gotówkę i wyszło mi, że muszę zacząć kierować się na północ, jeśli nie chcę utknąć z pustym bakiem gdzieś na południu Węgier. Rozłożę sobie powrót na dwa albo trzy dni, żeby jeszcze pocieszyć się podróżą.
   5. Jedna z rzeczy, która zafascynowała mnie w Bałkanach. Napiszę to naokoło. Kiedy miałem jakieś pięć lat, tata zabrał mnie w góry, na granicę ze Słowacją i pokazał odległą wioskę w dolinie. Powiedział, że to jest inny kraj "Za Granicą". Pamiętam, jak wielkie to zrobiło na mnie wrażenie. Gdzieś tam, w niedostępnym miejscu za mistyczną Granicą jest odmienna kraina, gdzie mieszkają odmienni ludzie. To było dla mnie tak, jakby pokazał mi przez lunetę mieszkańców księżyca.
   W tym roku, na wiosnę, postanowiłem, że pojadę właśnie tam, do odmiennych krain, które teoretycznie są bliżej niż te oswojone, które do tej pory poznawałem: Anglia, Irlandia, Dania, Holandia, Hiszpania. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że te miejsca naprawdę tam są. Inne, egzotyczne, barwne, i są niesamowicie blisko. Wystarczy kilka godzin. Moja Xsara stała się moim kosmicznym wehikułem. A mieszkańcy obcych planet nie zdają sobie nawet sprawy, że między nimi przechodza się kosmita, szpieg z krainy deszczowców.
   6. Lubię pisać, bawić się słowami, którymi sam w sobie wykopuję wrażenia. Pisanie najbardziej pomaga mi odzyskiwać siebie po ostatnim roku próbowania być kimś innym w imię uczucia. Kiedy piszę, wszystko się zatrzymuje. Nie czuję się wtedy "nikimś", nie martwi mnie brak wielkiej kariery, bogactwa, wpływów. Nie biegnę, nie boję się, nie martwię. Jestem najbardziej sobą. Jeśli jeszcze kiedyś spotkam osobę, którą pokocham, to tak właśnie powinienem się przy niej czuć. I'm writing it in stone.
   7. Biją dzwony. Rzymianie zapalają pochodnie. Wieczorny spektakl właśnie się zaczyna. Nalejcie wina do czasz i niechaj dzisiejszego wieczoru nikt się nie smuci. (Oprócz Chrześcijan na arenie. Chrześcijanie niech się smucą.)

Tuesday, 23 October 2018

Zapisek znaleziony w ruinach

 
Szłam dziś przez park. Tivoli w październiku jest dla mnie najpiękniejszy. W taki złoty dzień, jak dziś, ale i w szaro-siny, deszczowy, jak wczoraj i jutro.
   Tęsknię za domem. Za naszą chatką pod Radosinem, gdzie mama hodowała róże, a ojciec wracał późno do domu po pracy w browarze. Wiem, że Serbia nie jest daleko. Czasami zdaje mi się jednak, że jest. Kiedy on patrzy na mnie pustym wzrokiem, a oczy które kiedyś spoglądały z miłością, dziś najczęściej prześlizgują się po mnie z gadzią pogardą, wtedy wydaje mi się, że zabrał mnie na księżyc zły duch i zamknął samą w zimnym księżycowym zamku. Słoweński księżyc.
   Myślałam dzisiaj i poczułam coś, co jest prawdą. Czasami tak się zdarzy, że pewna myśl jest tak żywa, potężna i prawdziwa, że nie może być po prostu myślą, musi być prawdą. Pomyślałam, że największym szczęściem jest spotkanie kogoś, kogo Bóg stworzył w tak podobnym natchnieniu, że ten ktoś myśli i czuje zupełnie jak my. I kiedy się spotkamy, to będzie, jakbyśmy spotkali samego Boga. Nie wiem, czy dobrze to tłumaczę. Bratnia dusza.
   Ale później pomyślałam, że czas jest taką nieskończoną otchłanią. Jedna godzina, jeden dzień, rok, stulecie, milion lat. Ile dni ma milion lat?
   Kiedy czasami przechodzam się po muzeum, zdaje mi się, jakbym spadała w bezdenną przepaść. Patrzę np. na taki obraz sprzed 500 lat. Pewnego dnia ktoś go namalował. Może to był taki dzień, jak dzisiaj. Suche kolorowe liście, chłodnawy blask słońca, zapach ziemi. Minął dzień, malarz popatrzył na swoje dzieło i powiedział do żony: kochana, zobacz, chyba już skończyłem, nie będę już nic zmieniał. Jak ci się wydaje? Później minął następny dzień, i następny i następny. Minęło 50 lat i artysta zmarł. Później minęło jeszcze 10000 dni, a później 300000, I tak się zbierało, aż do dzisiaj. Przeraża mnie to.
   No więc czas jest otchłanią. A co jeśli Bóg nie wysyła nas tutaj zgodnie z jakimś planem, tylko wrzuca do świata chaotycznie? "Ty wyląduj sobie dzisiaj, a ty zostań jaskinowcem, a ty na stalowym ptaku polecisz do gwiazd". I wtedy być może nigdy nie spotkamy tej jednej duszy, z którą kochalibyśmy się doskonale, bo mogą dzielić nas tysiące, miliony dni, miliardy godzin!
   Zaczyna się chmurzyć i wiatr mocniej wieje. Nie wiem dlaczego, zrobiło mi się bardzo smutno. Poczułam, że jesteś tak blisko, jak to tylko możliwe. Przez chwilę czułam nawet twój zapach, między gałęziami drzew mignął mi kolor twoich włosów. Rozglądam się i jestem sama...

Adrijana Kovacevic
Ljubljana, 23 październik, 1876 rok

   Zatrzymałem się przy stosie zmurszałych cegieł porośniętych bluszczem. Spodobało mi się to miejsce. Tak blisko centrum Ljubljany, a wydawało się, jakbym znalazł się w angielskiej, zapuszczonej wsi.
   Ogarnął mnie smutek. Ktoś tu kiedyś mieszkał, pracował, kochał, żył.
   Poczułem też zapach perfum, jakich nigdy wcześniej nie czułem. Róża i ogórek. I wśród gałęzi mignął mi kolor twoich włosów.

Marcello de Amontillado
Ljubljana, 23 października, 2018 rok

Ljubljana



 Noc była chłodna, ale dwa śpiwory ogrzewały mnie aż nadto. Obudziłem się o szóstej, po długim, spokojnym śnie. Wstawiłem wodę na kawę na kuchence turystycznej, co wzbudziło zainteresowanie przechodniów zmierzających do pracy. Kawa i papieros odgoniły resztki snu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę Ljubljany.
   Jechałem powoli, leniwie, ciesząc się złocistą pogodą. W radiu nastawiłem jakąś spokojną stację, nadającą słoweńską muzykę. Zatrzymałem się na śniadanie (przywieziony z Polski chleb i pasztet sojowy). Na łące zobaczyłem rzeźbę sympatycznego byka z bujną hipsterską grzywką. Podszedłem bliżej, żeby zrobić zdjęcie i okazałości, że to nie rzeźba, ale żywy, najpiękniejszy na świecie długowłosy byczek. Zastygł po prostu w bezruchu, zaskoczony moim pojawieniem się.
   Ljubljana jest urocza. Brukowane ciasne uliczki otaczają wzgórze z zamkiem. Przeszedłem chyba wszystkie. Wspiąłem się też na wzgórze, skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto.
   Przed powrotem do samochodu zjadłem pysznego falafela. Musiałem wrócić i wykupić dodatkowy bilet, ponieważ maksymalny czas parkowania to cztery godziny. A od dziewiętnastej, tak jak w Mariborze, nie płaci się nic, więc zostaję na noc.
   Błądząc po mieście trafiłem do Parku Tivoli, który po zejściu z głównej drogi zamienił się w ciemny, wilgotny las. Przy starych ruinach miałem krótka wizję artystyczno-emocjonalną;) Może ją rozwinę.
   Teraz siedzę opatulony przed pubem Levstik i piję piwo: ciemne mieszane z jasnym. Pycha. W Polsce nie ma takiego dobrego piwa. Nie wiem dlaczego.

Monday, 22 October 2018

Noc w Mariborze

 
A gdyby śpiewak z Mariboru zaczął nucić cichutko, tuż obok parku, gdzie pijany chłopak zwrócił właśnie skromną kolację wymieszaną z piwem? Zasnąłbym jak kamień i nie obudziłby mnie żaden zły sen, jak wczoraj (za dużo ostatnio było tych złych snów).
   Zaraz będzie dziesiąta. Leżę w samochodzie na parkingu przy cichutkiej uliczce obok centrum.
   Słowenia powitała mnie dobrą muzyką w radiu i dobrymi drogami.   
   Odetchnąłem z ulgą, kiedy wyjechałem z Węgier. Zawsze oddycham z ulgą, kiedy opuszczam ten nudny, obcy kraj z jego suchym porządkiem, płaskością i nieprzyjemnym językiem, i wjeżdżam do słowiańskich krain. Tutaj czuję się od razu jak w domu.
   Słuchając radia upewniłem się, że słoweński jest bardzo podobny do chorwackiego i będę mógł się bez trudu porozumieć. Dwa miesiące intensywnej nauki opłaciły się; bez trudu nawiązałem kilka rozmów z mieszkańcami Mariboru. Spytałem, gdzie kupić papierosy o tej porze, do której mogę parkować za darmo, co ciekawego można tutaj zobaczyć. Rozumiałem też wszystkie szyldy :) Do przyszłego lata będzie już zupełnie dobrze.
   Dwanaście godzin za kółkiem wyciszyło mnie. Byłem zmęczony, bo kolejną noc spałem tylko kilka godzin, ale umysł pozostał skupiony i spokojny.
   Jutro chcę zwiedzić Ljubljanę (oryginalny zapis podoba mi się o wiele bardziej niż polska Lublana. Brzmi słodziej, miękcej). Nie wiem, czy zostanę tam na noc, ale całkiem możliwe. Chciałbym zobaczyć to miasto nocą, napić się piwa w przytulnym pubie, poobserwować ludzi, poczuć ich.
   A później Chorwacja. Jest taki półwysep na północy, który mi się spodobał na mapie, będę chciał się tam zatrzymać na chwilę.
   Inspiracją do tej podróży jest samotność. Moje potrzeby emocjonalne: potrzeba bliskości, głębokiej rozmowy, zrozumienia, dotyku, intymności, są niezaspokojone. Szukając kontaktu z kimś, kto wydawał mi się jeszcze niedawno bliski, natknąłem się na ścianę niezrozumienia na skalę kosmiczną. Jakbyśmy byli z dwóch różnych planet.
   Podróż pozwala mi nabrać dystansu. Odrywając się od miejsca, gdzie mieszkam i pracuję, odrywam się w pewnym sensie od siebie. Stając się obserwatorem mijanych krain, troszkę staję się też obserwatorem siebie i mogę podejść do swoich spraw z pewną neutralnością.
   Eh, coś chyba marudzę i za bardzo filozofuję:) To przez zmęczenie.
   Światła uniwersytetu ekonomicznego zaglądają mi do samochodu, ale nie przeszkadzają. Z rzadka przejeżdżają poniedziałkowe auta i jeszcze rzadziej rozlegają się kroki przechodniów. Troszkę zlepiają się mi już powieki. Na pewno nie narysuję nic do tego zapiska. Zrobię tylko zdjęcie. Dobrze mi tu na swój sposób. Lepiej niż we własnym łóżku.
 

Sunday, 21 October 2018

Niedziela przedbałkańska

 
 Jest ranek. Ogień wesoło strzela w piecu, czajniki szumią parą, zza ścian dobiegają głosy budzących się turystów. To ostatnia niedziela trzytygodniowego maratonu pracy. Choć jestem zmęczony, było warto: spłaciłem wszystkie długi, a to dla mnie bardzo ważna rzecz. Teraz czeka mnie tydzień urlopu. Planuję jutro wyruszyć na krótką wycieczkę na Bałkany. Myślę o Słowenii i kawałku Chorwacji. Może pora roku nie najlepsza, ale nie przejmuję się. Potrzebuję przestrzeni, żeby móc swobodnie pooddychać i pomyśleć. Długa podróż samochodem do krainy, którą ostatnio pokochałem na pewno mi w tym pomoże. I będę mógł poćwiczyć i wypróbować mój chorwacki :)
   Dziś wyspałem się lepiej niż w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zaczynam uwalniać się od negatywnych przekazów na swój temat, którymi byłem ostatnio intensywnie karmiony. Cieszę się wewnętrzna wolnością, wracającą energią, perspektywami. Planuję otaczać się pozytywnymi ludźmi, którzy mnie doceniają, szanują to, co robię, prezentują podobne spojrzenie na rzeczywistość, są dojrzali emocjonalnie. A jeśli takich nie spotkam w tym momencie, to i tak jakiś czas chcę pobyć sam, poukładać sobie wszystko w środku, zanim znów otworzę się na związek i wpuszczę kogoś do swojego życia.
   No więc jutro zaczyna się trzecia wyprawa bałkańska! I to trzecia w tym roku:)
   Dziś po zejściu z gór planuję wreszcie posprzątać dom na błysk, oprać się i spakować. Mam tylko 3 kartusze do kuchenki, ale na tydzień powinno wystarczyć. Wezmę też coś do czytania, chce mi się jakiejś klasyki. Od jakiegoś czasu chodzą za mną "Nędznicy", może wygospodaruję czas na lekturę. Oprócz tego dziennik, żeby systematycznie pisać. Dwa śpiwory, bo będę spał w samochodzie, a noce mają być zimne. Nagrać na płyty kilka nowych albumów, bo starocie już mi się przesluchały. Jakieś zakupy w Biedronce, bo budżet wyjątkowo ograniczony. I tyle. Cała naprzód ku nowej przygodzie ;)
 

Saturday, 20 October 2018

Zielony groszek

 
 Dzień dobry, panie Redaktorze. Dziś rano czekała mnie na blogu miła niespodzianka. Jednak pan żyje. I proszę nie mówić "co to za życie" (tak, ja już znam to pana podejście :). Szczerze mówiąc, zazdroszczę. Większość ludzi w życiu się nudzi. Idą utartym torem, unikają wyzwań, boją się zmian, zadawala ich przeciętność. Pan, w swoim poszukiwaniu doskonałości i Domu (zawsze pisze pan "Dom" z dużej litery, zauważyłam) nigdy nie jest usatysfakcjonowany nijakością, kłamstwem, byle czym. Nie jest to łatwa droga, wymaga dużej wytrzymałości, tolerancji i optymizmu. Ktoś, kto nie rozumie, mógłby spytać "jaki optymizm?! Ten facet wpada z jednej kabały w drugą, jak tak można żyć?". Ale ja, choć nie znamy się osobiście, myślę, że pana znam bardzo dobrze. Czasami czytając kogoś albo o kimś, nie znając tej osoby twarzą w twarz, można go zrozumieć lepiej, niż kogoś z kim rozmawia się codziennie. Przecież nigdy nie spotkałam Ijona Tichego, a znam go jak brata. Z Anią z Zielonego Wzgórza mogłabym konie kraść. A Skrzetuskiego mogę wziąć na męża już dziś. Dlatego mogę powiedzieć z przekonaniem: pana optymizm, Redaktorze, jest głęboki, zarażający i uwodzący. Czasami myślę, że tylko pan go nie dostrzega.
   Na tym zakończę mój krótki list. Mam nadzieję, że zastał pana w dobrym zdrowiu. Pozdrawiam serdecznie.
 
   Była kierowniczka sklepu "Lewiatan", obecnie poetka i hodowca zielonego groszku na pół etatu.

   Anna Słota
   Kraków (tylko w tym tygodniu, więc raczej proszę nie odpisywać)

*** ***

   Pani (panno?) Anno
   Bardzo dziękuję za miłe słowa. To nie pierwszy raz, kiedy wyciąga mnie pani z odmętów melancholii. Nie wiem, jak pani to robi. Urzeka mnie pani trzeźwość i rzeczowość, i to mocne stąpanie po ziemi. Myślę, że tych cech mi trochę brakuje. Postaram się wziąć pani słowa do serca. Jeżeli mój list nie zastanie pani w Krakowie (wyobrażam sobie niewielką, czyściutką garsonierkę, zieloną od groszku), mam nadzieję, że jakaś dobra dusza dostarczy go gdzieś tam w pani peregrynacjach.
   Ja za dwa dni będę w drodze, Bałkany znów mnie wzywają. Liczę na to, że moja relacja z podróży pani nie rozczaruje. Pozdrawiam i całuję pani dłoń.
   Redaktor

Świdnica






















   Kilometr za kilometrem. Październik zaskoczył złotą jesienią. Przestronne wnętrze Xsary, z głośników albo przypadkowe stacje radiowe, albo kurs chorwackiego. Wiecie jak jest arbuz po chorwacku? Lubenica (coś od miłości?). A melon? Dinja. A kocham cię? Volim te.
   Jaki cel? Niby nieważny, chodzi przecie o drogę. Ale wybrałem Świdnicę. Obudziłem się o piątej rano i stwierdziłem, że muszę jechać. Daleko, szybko, w nieznane, na zawsze, ale żeby wrócić przed środą, bo muszę do pracy. Napisałem w google „fajne miejsca na południu Polski”. Pojawiła się Świdnica. Prawie 6 godzin jazdy. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz, żeby zabić czas, trochę się zmęczyć i czuć, że nie stoi się w miejscu.
    Ja i M. Od czerwca przez całe lato każdy weekend spędziliśmy wspólnie. Rozmowy, czary, wycieczki, trzytygodniowa wyprawa po Bałkanach. A później wszystko stało się coraz gorsze, coraz bledsze, zimniejsze, trywialniejsze, bezduszne. Nie rozumiejąc, co się dzieje, próbowałem ratować, pytać, rozmawiać, ale nie była zainteresowana rozmowami. „Mężczyzna tak się nie zachowuje”, „Po co zawsze chcesz gadać? Zrelaksuj się”... Nie dałem rady, ściana była zbyt wysoka, chłód zbyt lodowaty, słowa zbyt ostre. Uprzedzając ostateczny cios, sam to skończyłem. I teraz znów samotny, na swojej samotnej wyspie, jadę do egzotycznej Świdnicy.

***

   Małe, przyjemne miasteczko. W noclegowni na ulicy Śląskiej miła pani recepcjonistka dała mi mapy, narysowała krzyżyki na atrakcjach, pubie i knajpce z domowymi obiadkami.
   - A pan służbowo?
   - Nie. Dziś rano wpadłem na pomysł, żeby odwiedzić Świdnicę. Zupełnie przypadkowo.
   Popatrzyła z sympatią.
   - O, to zupełnie jak Julia Roberts w takim filmie, gdzie rzuca ją chłopak, więc ona z zamkniętymi oczami trafia palcem w mapę.
   - Jakby pani zgadła. Jestem tydzień po zerwaniu. To moja terapia.
   Sympatia w jej oczach zwielokrotnia się o kilka rzędów.
   Następnego dnia, kiedy żegnałem się z nią przy biurku, powiedziała:
   - Proszę pana, ja też to przeżyłam rok temu. Da pan radę. Czasami nawet trzeba się wypłakać. Wszystko minie.
   Odpowiedziałem wdzięcznym uśmiechem.
   Nie zapytałem nawet jak jej na imię. Miała w twarzy coś ładnego, miłego.

***

   Późnym wieczorem poszedłem na Kler do lokalnego kina. To był zły wybór. W takim stanie powinienem pójść na komedię romantyczną, albo film akcji. Kler był mocny, ostry, smutny, przerażający i wstrząsający. Wyszedłem z kina przed północą. Szedłem samotnie przez park. Lekko przygarbiony paliłem papierosa i czułem się najbardziej samotną osobą we wszechświecie.


Grzeszne myśli



 Długa przerwa. Po intensywnymni dobrym lecie przyszła jesień. Opadły liście i mgły, znów skończyło się z M. I znow jestem w punkcie wyjścia. Bogatszy o kilka mądrości oraz nowych siniaków. Trochę zmęczony, ale gdzieś tam świta promyk nadziei: że zła passa dobiegła końca, a ostatni rok przyniósł kilka konkretnych i ważnych lekcji. 2019, przybywaj,  I'm ready (or not;)

Pięć Grzesznych Myśli:

   1. Chciałbym być kochany bezwarunkowo. 
   2. Chciałbym się zakochać z serca, a nie z ciała. Ale też chciałbym, żeby ona była tak (dla mnie) piękna, żeby zapierało mi dech.
   3. Chciałbym mieć trzykołowego Harleya za 100 000 zł.
   4. Chciałbym być jednym z tych sławnych artystów, którym nie zależy na sławie.
   5. Chciałbym mieć przyjaciela, który byłby starszy, silniejszy, przystojniejszy i mądrzejszy ode mnie. Czasami położyłbym mu głowę na kolanach, on wyłożyłby się wygodnie i zawadiacko rozmarzony opowiadałby mi, co zrobimy i jak świat jest nasz.



   Szanowny Panie Redaktorze
   Piszę zmartwiona, ponieważ zauważyłam, że ostatnio zgubił pan radość życia. Oczywiście rozumiem: jako artysta i poszukiwacz może pan czasami (a nawet powinien) oddać się egzystencjalnym falom. Ale jednak nie popadajmy w przesadę. Wszechświat potrzebuje balansu. Z moich obserwacji wynika:


 - Zakochał się pan w dziewczynie o kamiennym sercu, która podkopała, i to znacznie, pana poczucie wartości i w ogóle tożsamość. No cóż, zdarza się, że tak okrutnie powiem i to z pewnością nie panu pierwszemu, jak zaświadczy na przykład taki Wokulski. No ale kto jak kto, ale pan powinien być zadowolony, że udało się mu doświadczyć, a na dodatek ujść cało, z sytuacji, o jakiej od wieków piszą poeci.
   - Coraz częściej zdaje pan sobie sprawę, że ma już 42 lata. Rozumiem, może przytłoczyć, ale z drugiej strony, Panie Redaktorze, niech pan popatrzy w lustro! Młody, przystojny człowiek, o marzycielskim, głębokim spojrzeniu, pełen ideałów, doświadczeń, pomysłów. Wstyd tak się smucić. Tu się trzeba cieszyć!
   - Często wspomina pan o samotności. Trudno ukryć, że ludzie pana pokroju nie są znani z powierzchownych znajomości, a te głębokie trudno nawiązać. Ale spójrzmy trzeźwo: naprawdę nie ma pan bliskich przyjaciół, bratnich dusz? Choć jednej? Nie wierzę. A kto wie, co czeka za zakrętem. No a nawet jeśli miałby pan pozostać samotny do końca: czy to aż takie straszne? Kilka na pół głębokich znajomości, odrobina zażyłości z w miarę dobrymi osobami i kompania Tołstoja, Bradburego, Kazantzakisa, Kropotkina, Bakunina i wielu innych. This is sublime, Mr. Editor. Piszę to bez złośliwości. Ot tak, do przemyślenia.

   Na koniec chciałabym napisać panu, Panie Redaktorze, że jestem wierną fanką i czekam z niecierpliwością i przyjazną chciwością na kolejne porcje pana życiorysu.

   Z szacunkiem i sympatią
   Kierowniczka Sklepu "Lewiatan"

   Anna Słota, Basznia Dolna



Wednesday, 18 July 2018

Lista zabiegana


 Mało udzielam się ostatnio na blogu. Dużo się dzieje, przyszedł okres intensywnego doświadczania i budowania. Czas refleksji przyjdzie trochę później.

Lista zabiegana:

   1. Dużo czasu spędzam z M. Myślę, że przerwa dobrze nam zrobiła. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek. Jestem w związku z tym szczęśliwy :)

   2. Muzyka. Sporo gramy z chłopakami. Nabraliśmy wiary w siebie. Za 3 tygodnie kolejny koncert. Przygotowujemy nowe utwory, cieszymy się samym graniem, ale też połączeniem z publicznością. Czuję radość, że wreszcie zacząłem grać swoje utwory dla ludzi. Chciałbym znaleźć kogoś na trąbce, skrzypcach i akordeonie, żeby dodać klimatu marzeń. Do zobaczenia 4 sierpnia na Łapsowej Polanie.

   3. Kupiłem wreszcie samochód. Xsara Picasso. Czerwony. Piękny :) Prowadzi się wspaniale, przestronny, wygodny, nawet silnik 1.6 nie przeszkadza. No bo po co tak pędzić? Muszę zrobić trochę napraw. Z kasą kiepsko, ale znajduje sobie więcej pracy, więc jakoś to ogarnę. No i cieszę się, bo mamy wehikuł na sierpniową wyprawę na Bałkany z M.

   4. Od września planuję intensywne szukanie pracy. Albo copywriting albo coś z językiem angielskim. Bardzo lubię symultaniczne tłumaczenie, może uda mi się znaleźć coś w tym kierunku.

   5. Swami jest w Polsce. Żałuję, że nie spotkam się w tym roku z moim mistrzem duchowym. Co roku czekałem na to spotkanie. Nie pozwoliła gotówka, plany, ale w sumie gdybym się upał, to dałbym radę. Myślę, że chyba jestem w takim miejscu w życiu, że nie jestem przygotowany.

   6. Krawcowy Wierch. Deszcz, mgła, Koniec Świata, warkot agregatu, zapach pomidorowej, Behemot skręca wonne zioła, kończą się papierosy, nie zaplanowałem, niedługo Netflixowy serial, odliczanie godzin do piątku, kiedy zacznie się magiczny, wesoły weekend z M., spokój i inspiracja.

Wednesday, 11 July 2018

Pierwszy koncert

















   W sobotę miałem swój pierwszy koncert. Wraz z Marem, Mateuszem i Marcinem zagraliśmy na przeglądzie piosenki autorskiej na Rycerzowej. Publiczność nas pokochała :) Dzikie tańce, bisy, okrzyki, a na koniec nawet autografy.
   To był magiczny moment. Widziałem na twarzach pozostałych członków zespołu, dla których występy sceniczne też są nowością, prawdziwe szczęście. Byliśmy zdenerwowani i stremowani, ale udało nam się przez to przebić. Pierwszy raz przeżyłem coś takiego.

   Co poza tym?

   Wróciliśmy do siebie z M. :)

   PS. 4 sierpnia gramy następny koncert. Lokalizacja to schronisko Koliba na Łapsowej Polanie. Zapraszam:)