Sunday, 28 October 2018

Gra w Trzy Rzeczy

 












   Dobry, wyciszony dzień. W piątek po południu wróciłem z Bałkanów. W sobotę nie odpocząłem, ponieważ wciągnął mnie proces twórczy. Od dziewiątej rano do drugiej rano dzisiaj pisałem, nagrywałem, edytowałem i dopiero kiedy skończyłem (zadowolony z efektu:), padłem do łóżka.
   Dziś za to zrobiłem sobie dzień relaksu i nicnierobienia. Napaliłem w kominku, ogień tli się od rana, wygonił słotę i chłód ze ścian. Rozpaliłem też w kuchni, żeby nagrzać wodę w bojlerze. Wziąłem długą kąpiel z pianą, prawie zasnąłem w wannie. Później przy szepcie telewizora (leciała powtórka Wielkiej Gry z lat dziewięćdziesiątych) czytałem gotyckie opowiadanie z osiemnastego wieku „Dusze czyśćcowe”, o zepsuciu i nawróceniu Don Juana.
   Czuję się spokojny. Ucichły zawirowania ostatniego roku, pragnienia, rozczarowania, dysonanse. Z ulgą odkrywam, że jestem ciągle sobą, nie popsułem się. Ufff...:)

*** *** ***
 
   Panie Redaktorze
   Zagramy w pewną grę? Proszę, niech się pan nie boi, nic poważnego. Sama ją dzisiaj wymyśliłam i stwierdziłam, że wypróbuję na panu, jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko. No więc tak. Ta gra się nazywa trzy rzeczy i nigdy się nie kończy. Temat na dzisiaj:
   „Trzy rzeczy, które widzisz, leżąc w wannie.”
   W sumie to nie wiem, czy można nazwać to grą, ale byłam ciekawa, co (i jak) pan napisze. Oczywiście, skoro to wymyśliłam, zacznę od siebie. Mam nadzieję, że nie weźmie pan tego za oznakę mojego egocentryzmu i arogancji (choć trudno zaprzeczyć, że jak większość z nas, w jakimś tam stopniu cierpię na te dolegliwości:).
   Zaczynam.
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   1.  Moje kolana!:) W mojej mini kawalerce zmieściła się tylko mini wanna, która stoi wciśnięta między wysłużoną pralkę i przyrdzewiały kaloryfer. Nad prawym kolanem mam malutkie, jasnobrązowe znamię. Mama mówiła mi zawsze, że jest kształtu ziemniaka, ale ja uważam, że to dokładna mapa Australii.
   2. Franka. Franek to mój dziki pająk. Próbowałam go oswoić, ale myślę, że pająki to małe narcyzy, które nie są w stanie nawiązać głębszej emocjonalnej relacji. I tak go lubię. Franek od miesięcy rozbudowuje swoją pajęczynę za pralką. Nie mam sumienia, żeby mu ją wymieść. Czasami, kiedy leżę w wannie (albo siedzę na wiadomym miejscu), wychodzi sobie na mnie popatrzeć.
   3. Niemiecką, przedwojenną maszynę do szycia. To bardzo malutka maszyna, mieści się na pralce. Jest czarna, ma złoty napis „Serata”, który otaczają złote frezje. Bardzo ją lubię, choć czasami budzi we mnie niepokój myśl, że może jakaś niemiecka szwaczka naprawiała na niej kiedyś mundur Hitlera. Mam nadzieję, że nie.
   Czy ta gra jest dla pana głupia i dziecinna? Niech pan szczerze powie. Czekam na list.

   Z serdecznymi pozdrowieniami
   Szmuglerka ukraińskich rowerów
   Anna Słota 
   Kraków (jednak trochę tutaj jeszcze pobędę, więc śmiało, niech pan pisze, jeśli tylko będzie pan miał ochotę)



   Pani Anno
   Bardzo dziękuję za  krótki, ale treściwy list. Ta garstka osobistych informacji sprawiła mi ogromną radość. Szczerze mówiąc jestem zaszczycony, że obdarzyła mnie pani takim zaufaniem. A gra wcale nie wydaje mi się głupia ani dziecinna. Obawiam się jednak, że moja łazienka jest trochę trywialna. No ale spróbuję popatrzeć na nią magicznym okiem. No więc...
   Trzy rzeczy, które widzę, leżąc w wannie:
   (o kolanach nie piszę, bo nie chcę dublować:)
   1. Duże zdjęcie Cziburaszki zwanego Kiwaczkiem. Wisi nad pralką. Kiedy jest mi źle i sobie patrzę na tego futrzatego smutnego nie wiadomo co, to robi mi się lepiej. Nie jestem pewny, dlaczego... W jakiś dziwny sposób przypomina mi, kim byłem i jestem. Głupie, co? Czy nie?
   2. Pianę. Lubię się kąpać w pianie. Prawie zawsze wlewam za dużo płynu do bąbelków i kiedy wanna napełnia się wodą to kłęby piany zaczynają spadać na podłogę. Zerkam wtedy zza pienistej zasłony, czy nie zostawiłem w kontakcie kabla od pralki, albo czegoś innego, żeby wymykająca się spod kontroli piana nie skróciła mi niespodziewanie życia.
   3. Półkę z książkami:) Tak, mam w łazience małą, wiszącą półeczkę, na której zawsze leży kilka tomów. Mam coś takiego, że leżąc w wannie lubię czytać klasykę. Obecnie na regaliku znajdują się: „Opowieści Niesamowite” Edgar Alan Poe, „Martin Eden” Jack London, „Dzienniki Gwiazdowe” Stanisław Lem i „Na srebrnym globie” Żuławski. „Opowieści niesamowite” leżą na samym spodzie, żeby nie straszyły mnie okładką, kiedy chcę zrelaksować się w kąpieli, a nie pomaga w tym widok trumny z odsuniętym wiekiem i wysuwającą się dłonią kościotrupa.

   Z jakiegoś powodu kontakt z panią stał się dla mnie bardzo ważny.
   Pozdrawiam panią bardzo serdecznie.
   Marcycho del Urviho

Stara sukienka - Księżycowy Terrorysta



Stara sukienka

Jakie to było przepiękne, kiedy zaczął się bal,
ubrała stara sukienkę, którą ktoś dawno jej dał.
Ona ma w oczach żal, lecz uśmiechem go zakrywa,
pośród ciał, pośród fal, chce się ukryć, w tłumie zginąć.

a jajajajajajaajaj, jaka piękna z niej jest dama,
parę kilo, kilka zmarszczek, ostrożnie zasłoniła,
choć tak głośno i tak pięknie, czuje że czas jej przemija,
ktoś podaje szklankę wina, szybko ze wstydem wypija.

Kiedyś przyjdzie, kiedyś zjawi się,
kiedyś stamtąd ją zabierze,
nie ostatni, który kłamał,
ani tamten który bił.

Ten, co jeszcze jej nie spotkał,
a nie ten, co w oczy kpił,
ten co kochać będzie czysto,
a nie ten co mówił: ssij.

Dajdaradadadaj, to pracowniczy jest bal,
orkiestra gra, no bo dobry szef, zamówił, wielki ma gest.
Ona nie tańczy, choć chciałaby,
przecież chodziła na kurs.
Każdy już wziął to co chciał, a jej żal,
chociaż to dla niego ma.

Ref:
Zatańcz ze mną, mój mężczyzno,
zobacz co dla ciebie mam,
pierwszy taniec, pierwsza miłość,
nie patrz na mój album szram.

Dziś dla ciebie się urodzę,
będę najpiękniejszą z dam,
parę kilo, parę zmarszczek,
tobie dziś w posagu dam.

2.

Kiedyś przyjdzie, kiedyś zjawi się,
kiedyś stamtąd ją zabierze,
nie ostatni, który kłamał,
ani tamten który bił.

Ten, co jeszcze jej nie spotkał,
a nie ten, co w oczy kpił,
ten co kochać będzie czysto,
a nie ten co mówił: ssij.

Friday, 26 October 2018

Słodkie jabłka - Księżycowy Terrorysta

Zapomniałem wkleić ostatnio. Mój najnowszy rzewny;) Z elementami hip hopu, tak dla hecy;)

 

Słodkie jabłka 1. Hej moja mała, otrzyj z twarzy łzę wszystko będzie dobrze, zniknie cały lęk, miłość to jest życie, więc uśmiechnij się, kochaj samą siebie, kochaj też i mnie. Weź do ręki kluczyk, otwórz serce swe, zaproś mnie do środka, tam zamieszkać chcę, na tym głupim świecie każdy zmaga się, dla pieniędzy i pozycji, a ja ciebie, ciebie chcę. Ref: Niech poprowadzę cię za rękę tam gdzie, chciwość ucięła sobie drzemkę i gdzie, nikt się nie chowa, no bo nikt nie musi, gdzie słodkie jabłka, słodka wolność mądrej duszy. 2. Musisz teraz wierzyć, że już będzie dobrze, to co się splątało, z biegiem czasu się rozplącze, miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Pamiętaj że nawet kiedy nie stoję zbyt blisko, nawet wtedy kiedy w kłótni, głupie słowa trysną, miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Ref: Niech poprowadzę cię za rękę tam gdzie, chciwość ucięła sobie drzemkę i gdzie, nikt się nie chowa, no bo nikt nie musi, gdzie słodkie jabłka, słodka wolność mądrej duszy. 3. W materialnym świecie tak to już wygląda, im więcej rozdajesz, tym mniej tego masz, Nic tu nie jest trwałe, każda rzecz się kończy, skończą się pieniądze, kiedyś skończy się twój czas Tylko ona trwa i kwitnie, nigdy nie przestaje, gdy ją masz, to ze mną na jednych falach nadajesz miłość to jest droga, miłość to jest dar, im więcej jej dajesz komuś tym więcej jej masz. Tylko ona trwa i kwitnie, nigdy nie przestaje, gdy ją masz, to ze mną na jednych falach nadajesz słodkie jabłka, słodka wolność, słodki dotyk skóry, w ciele dusza, w duszy miłość, lecimy pod chmury

Wednesday, 24 October 2018

Chrześcijanie niech się smucą (półwysep Istria)

 
 Dwieście euro i tydzień wolnego to mało na bałkańską ekspedycję. Ale i dużo, bo przy takim ograniczeniu człowiek nastawia się na intensywne odczuwanie, patrzenie, doświadczanie... Choć nie wiem, na ile tej intensywności miałem. Myślę, że bardziej nastawiłem się na czas dla siebie, refleksję.
   Rano wczesna pobudka, ale z tym nie mam problemu, sam z siebie budzę się koło szóstej. Cieszyłem się, że szyby zupełnie zaparowały. Mogłem w spokoju i prywatności umyć się chusteczkami nawilżającymi, bez obawy, że ktoś dostrzeże golasa zaplątanego w śpiwory i koce.
   Po drodze, już w Chorwacji, zjadłem śniadanie w zatoczce, a później korzystając z pogody skręciłem w polną dróżkę, zagotowałem wodę i wykąpałem się z garnka, porządnie, z szamponem i całkowitą zmianą ciuchów.















   Do Puli na półwyspie Istria dojechałem popołudniem. Zaparkowałem przy starym rzymskim amfiteatrze, gdzie teraz siedzę i piję białe wino.
   Byłem pochodzić po mieście, posiedziałem nad morzem, zjadłem burka z serem i na tym skończę już zwiedzanie. Położę się wcześnie i poczytam coś. Zabrałem ze sobą dwie książki, które u zarania dziejów miały duży wpływ na ukształtowanie mojej wizji świata: Martin Eden i Buszujący w zbożu. Czuję, że potrzebuję takiego powrotu do korzeni. Próbując się dopasować, trochę zapomniałem ostatnio, kim jestem.
   Dawno nie było listy. No więc...

   Lista na siłę (ale może niekoniecznie)

   1. Zachód słońca pomiędzy filarami ruin amfiteatru. Próbuję wysilić wyobraźnię. Dwa tysiące lat temu bogaci koloniści z Cesarstwa i lokalna śmietanka chorwacka... Nie, wtedy mieszkali tu Ilirowie. No więc siedzieli na tych trybunach i oglądali najnowszą komedię Afraniusza. Wybuchali śmiechem, albo ucinali sobie drzemkę. A później szli pić wino do... vinorium? A ci, którzy mieli wystarczająco szczęścia albo pieniędzy, spędzali resztę nocy na miłosnych igraszkach z żonami albo prostytutkami. A rano skacowani wysyłali niewolnika po więcej wina, żeby jakoś przeżyć poniedziałek.
   2. Sprawia mi dużą satysfakcję układanie całych zdań po chorwacku i obserwowanie, że jestem zrozumiały. Gorzej ze zrozumieniem odpowiedzi :)
   3. Z przyzwyczajenia kupiłem jej mały upominek. Ciężko wykorzenić naturalne odruchy.
   4. Policzyłem dziś gotówkę i wyszło mi, że muszę zacząć kierować się na północ, jeśli nie chcę utknąć z pustym bakiem gdzieś na południu Węgier. Rozłożę sobie powrót na dwa albo trzy dni, żeby jeszcze pocieszyć się podróżą.
   5. Jedna z rzeczy, która zafascynowała mnie w Bałkanach. Napiszę to naokoło. Kiedy miałem jakieś pięć lat, tata zabrał mnie w góry, na granicę ze Słowacją i pokazał odległą wioskę w dolinie. Powiedział, że to jest inny kraj "Za Granicą". Pamiętam, jak wielkie to zrobiło na mnie wrażenie. Gdzieś tam, w niedostępnym miejscu za mistyczną Granicą jest odmienna kraina, gdzie mieszkają odmienni ludzie. To było dla mnie tak, jakby pokazał mi przez lunetę mieszkańców księżyca.
   W tym roku, na wiosnę, postanowiłem, że pojadę właśnie tam, do odmiennych krain, które teoretycznie są bliżej niż te oswojone, które do tej pory poznawałem: Anglia, Irlandia, Dania, Holandia, Hiszpania. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że te miejsca naprawdę tam są. Inne, egzotyczne, barwne, i są niesamowicie blisko. Wystarczy kilka godzin. Moja Xsara stała się moim kosmicznym wehikułem. A mieszkańcy obcych planet nie zdają sobie nawet sprawy, że między nimi przechodza się kosmita, szpieg z krainy deszczowców.
   6. Lubię pisać, bawić się słowami, którymi sam w sobie wykopuję wrażenia. Pisanie najbardziej pomaga mi odzyskiwać siebie po ostatnim roku próbowania być kimś innym w imię uczucia. Kiedy piszę, wszystko się zatrzymuje. Nie czuję się wtedy "nikimś", nie martwi mnie brak wielkiej kariery, bogactwa, wpływów. Nie biegnę, nie boję się, nie martwię. Jestem najbardziej sobą. Jeśli jeszcze kiedyś spotkam osobę, którą pokocham, to tak właśnie powinienem się przy niej czuć. I'm writing it in stone.
   7. Biją dzwony. Rzymianie zapalają pochodnie. Wieczorny spektakl właśnie się zaczyna. Nalejcie wina do czasz i niechaj dzisiejszego wieczoru nikt się nie smuci. (Oprócz Chrześcijan na arenie. Chrześcijanie niech się smucą.)

Tuesday, 23 October 2018

Zapisek znaleziony w ruinach

 
Szłam dziś przez park. Tivoli w październiku jest dla mnie najpiękniejszy. W taki złoty dzień, jak dziś, ale i w szaro-siny, deszczowy, jak wczoraj i jutro.
   Tęsknię za domem. Za naszą chatką pod Radosinem, gdzie mama hodowała róże, a ojciec wracał późno do domu po pracy w browarze. Wiem, że Serbia nie jest daleko. Czasami zdaje mi się jednak, że jest. Kiedy on patrzy na mnie pustym wzrokiem, a oczy które kiedyś spoglądały z miłością, dziś najczęściej prześlizgują się po mnie z gadzią pogardą, wtedy wydaje mi się, że zabrał mnie na księżyc zły duch i zamknął samą w zimnym księżycowym zamku. Słoweński księżyc.
   Myślałam dzisiaj i poczułam coś, co jest prawdą. Czasami tak się zdarzy, że pewna myśl jest tak żywa, potężna i prawdziwa, że nie może być po prostu myślą, musi być prawdą. Pomyślałam, że największym szczęściem jest spotkanie kogoś, kogo Bóg stworzył w tak podobnym natchnieniu, że ten ktoś myśli i czuje zupełnie jak my. I kiedy się spotkamy, to będzie, jakbyśmy spotkali samego Boga. Nie wiem, czy dobrze to tłumaczę. Bratnia dusza.
   Ale później pomyślałam, że czas jest taką nieskończoną otchłanią. Jedna godzina, jeden dzień, rok, stulecie, milion lat. Ile dni ma milion lat?
   Kiedy czasami przechodzam się po muzeum, zdaje mi się, jakbym spadała w bezdenną przepaść. Patrzę np. na taki obraz sprzed 500 lat. Pewnego dnia ktoś go namalował. Może to był taki dzień, jak dzisiaj. Suche kolorowe liście, chłodnawy blask słońca, zapach ziemi. Minął dzień, malarz popatrzył na swoje dzieło i powiedział do żony: kochana, zobacz, chyba już skończyłem, nie będę już nic zmieniał. Jak ci się wydaje? Później minął następny dzień, i następny i następny. Minęło 50 lat i artysta zmarł. Później minęło jeszcze 10000 dni, a później 300000, I tak się zbierało, aż do dzisiaj. Przeraża mnie to.
   No więc czas jest otchłanią. A co jeśli Bóg nie wysyła nas tutaj zgodnie z jakimś planem, tylko wrzuca do świata chaotycznie? "Ty wyląduj sobie dzisiaj, a ty zostań jaskinowcem, a ty na stalowym ptaku polecisz do gwiazd". I wtedy być może nigdy nie spotkamy tej jednej duszy, z którą kochalibyśmy się doskonale, bo mogą dzielić nas tysiące, miliony dni, miliardy godzin!
   Zaczyna się chmurzyć i wiatr mocniej wieje. Nie wiem dlaczego, zrobiło mi się bardzo smutno. Poczułam, że jesteś tak blisko, jak to tylko możliwe. Przez chwilę czułam nawet twój zapach, między gałęziami drzew mignął mi kolor twoich włosów. Rozglądam się i jestem sama...

Adrijana Kovacevic
Ljubljana, 23 październik, 1876 rok

   Zatrzymałem się przy stosie zmurszałych cegieł porośniętych bluszczem. Spodobało mi się to miejsce. Tak blisko centrum Ljubljany, a wydawało się, jakbym znalazł się w angielskiej, zapuszczonej wsi.
   Ogarnął mnie smutek. Ktoś tu kiedyś mieszkał, pracował, kochał, żył.
   Poczułem też zapach perfum, jakich nigdy wcześniej nie czułem. Róża i ogórek. I wśród gałęzi mignął mi kolor twoich włosów.

Marcello de Amontillado
Ljubljana, 23 października, 2018 rok

Ljubljana



 Noc była chłodna, ale dwa śpiwory ogrzewały mnie aż nadto. Obudziłem się o szóstej, po długim, spokojnym śnie. Wstawiłem wodę na kawę na kuchence turystycznej, co wzbudziło zainteresowanie przechodniów zmierzających do pracy. Kawa i papieros odgoniły resztki snu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę Ljubljany.
   Jechałem powoli, leniwie, ciesząc się złocistą pogodą. W radiu nastawiłem jakąś spokojną stację, nadającą słoweńską muzykę. Zatrzymałem się na śniadanie (przywieziony z Polski chleb i pasztet sojowy). Na łące zobaczyłem rzeźbę sympatycznego byka z bujną hipsterską grzywką. Podszedłem bliżej, żeby zrobić zdjęcie i okazałości, że to nie rzeźba, ale żywy, najpiękniejszy na świecie długowłosy byczek. Zastygł po prostu w bezruchu, zaskoczony moim pojawieniem się.
   Ljubljana jest urocza. Brukowane ciasne uliczki otaczają wzgórze z zamkiem. Przeszedłem chyba wszystkie. Wspiąłem się też na wzgórze, skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto.
   Przed powrotem do samochodu zjadłem pysznego falafela. Musiałem wrócić i wykupić dodatkowy bilet, ponieważ maksymalny czas parkowania to cztery godziny. A od dziewiętnastej, tak jak w Mariborze, nie płaci się nic, więc zostaję na noc.
   Błądząc po mieście trafiłem do Parku Tivoli, który po zejściu z głównej drogi zamienił się w ciemny, wilgotny las. Przy starych ruinach miałem krótka wizję artystyczno-emocjonalną;) Może ją rozwinę.
   Teraz siedzę opatulony przed pubem Levstik i piję piwo: ciemne mieszane z jasnym. Pycha. W Polsce nie ma takiego dobrego piwa. Nie wiem dlaczego.

Monday, 22 October 2018

Noc w Mariborze

 
A gdyby śpiewak z Mariboru zaczął nucić cichutko, tuż obok parku, gdzie pijany chłopak zwrócił właśnie skromną kolację wymieszaną z piwem? Zasnąłbym jak kamień i nie obudziłby mnie żaden zły sen, jak wczoraj (za dużo ostatnio było tych złych snów).
   Zaraz będzie dziesiąta. Leżę w samochodzie na parkingu przy cichutkiej uliczce obok centrum.
   Słowenia powitała mnie dobrą muzyką w radiu i dobrymi drogami.   
   Odetchnąłem z ulgą, kiedy wyjechałem z Węgier. Zawsze oddycham z ulgą, kiedy opuszczam ten nudny, obcy kraj z jego suchym porządkiem, płaskością i nieprzyjemnym językiem, i wjeżdżam do słowiańskich krain. Tutaj czuję się od razu jak w domu.
   Słuchając radia upewniłem się, że słoweński jest bardzo podobny do chorwackiego i będę mógł się bez trudu porozumieć. Dwa miesiące intensywnej nauki opłaciły się; bez trudu nawiązałem kilka rozmów z mieszkańcami Mariboru. Spytałem, gdzie kupić papierosy o tej porze, do której mogę parkować za darmo, co ciekawego można tutaj zobaczyć. Rozumiałem też wszystkie szyldy :) Do przyszłego lata będzie już zupełnie dobrze.
   Dwanaście godzin za kółkiem wyciszyło mnie. Byłem zmęczony, bo kolejną noc spałem tylko kilka godzin, ale umysł pozostał skupiony i spokojny.
   Jutro chcę zwiedzić Ljubljanę (oryginalny zapis podoba mi się o wiele bardziej niż polska Lublana. Brzmi słodziej, miękcej). Nie wiem, czy zostanę tam na noc, ale całkiem możliwe. Chciałbym zobaczyć to miasto nocą, napić się piwa w przytulnym pubie, poobserwować ludzi, poczuć ich.
   A później Chorwacja. Jest taki półwysep na północy, który mi się spodobał na mapie, będę chciał się tam zatrzymać na chwilę.
   Inspiracją do tej podróży jest samotność. Moje potrzeby emocjonalne: potrzeba bliskości, głębokiej rozmowy, zrozumienia, dotyku, intymności, są niezaspokojone. Szukając kontaktu z kimś, kto wydawał mi się jeszcze niedawno bliski, natknąłem się na ścianę niezrozumienia na skalę kosmiczną. Jakbyśmy byli z dwóch różnych planet.
   Podróż pozwala mi nabrać dystansu. Odrywając się od miejsca, gdzie mieszkam i pracuję, odrywam się w pewnym sensie od siebie. Stając się obserwatorem mijanych krain, troszkę staję się też obserwatorem siebie i mogę podejść do swoich spraw z pewną neutralnością.
   Eh, coś chyba marudzę i za bardzo filozofuję:) To przez zmęczenie.
   Światła uniwersytetu ekonomicznego zaglądają mi do samochodu, ale nie przeszkadzają. Z rzadka przejeżdżają poniedziałkowe auta i jeszcze rzadziej rozlegają się kroki przechodniów. Troszkę zlepiają się mi już powieki. Na pewno nie narysuję nic do tego zapiska. Zrobię tylko zdjęcie. Dobrze mi tu na swój sposób. Lepiej niż we własnym łóżku.
 

Sunday, 21 October 2018

Niedziela przedbałkańska

 
 Jest ranek. Ogień wesoło strzela w piecu, czajniki szumią parą, zza ścian dobiegają głosy budzących się turystów. To ostatnia niedziela trzytygodniowego maratonu pracy. Choć jestem zmęczony, było warto: spłaciłem wszystkie długi, a to dla mnie bardzo ważna rzecz. Teraz czeka mnie tydzień urlopu. Planuję jutro wyruszyć na krótką wycieczkę na Bałkany. Myślę o Słowenii i kawałku Chorwacji. Może pora roku nie najlepsza, ale nie przejmuję się. Potrzebuję przestrzeni, żeby móc swobodnie pooddychać i pomyśleć. Długa podróż samochodem do krainy, którą ostatnio pokochałem na pewno mi w tym pomoże. I będę mógł poćwiczyć i wypróbować mój chorwacki :)
   Dziś wyspałem się lepiej niż w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zaczynam uwalniać się od negatywnych przekazów na swój temat, którymi byłem ostatnio intensywnie karmiony. Cieszę się wewnętrzna wolnością, wracającą energią, perspektywami. Planuję otaczać się pozytywnymi ludźmi, którzy mnie doceniają, szanują to, co robię, prezentują podobne spojrzenie na rzeczywistość, są dojrzali emocjonalnie. A jeśli takich nie spotkam w tym momencie, to i tak jakiś czas chcę pobyć sam, poukładać sobie wszystko w środku, zanim znów otworzę się na związek i wpuszczę kogoś do swojego życia.
   No więc jutro zaczyna się trzecia wyprawa bałkańska! I to trzecia w tym roku:)
   Dziś po zejściu z gór planuję wreszcie posprzątać dom na błysk, oprać się i spakować. Mam tylko 3 kartusze do kuchenki, ale na tydzień powinno wystarczyć. Wezmę też coś do czytania, chce mi się jakiejś klasyki. Od jakiegoś czasu chodzą za mną "Nędznicy", może wygospodaruję czas na lekturę. Oprócz tego dziennik, żeby systematycznie pisać. Dwa śpiwory, bo będę spał w samochodzie, a noce mają być zimne. Nagrać na płyty kilka nowych albumów, bo starocie już mi się przesluchały. Jakieś zakupy w Biedronce, bo budżet wyjątkowo ograniczony. I tyle. Cała naprzód ku nowej przygodzie ;)
 

Saturday, 20 October 2018

Zielony groszek

 
 Dzień dobry, panie Redaktorze. Dziś rano czekała mnie na blogu miła niespodzianka. Jednak pan żyje. I proszę nie mówić "co to za życie" (tak, ja już znam to pana podejście :). Szczerze mówiąc, zazdroszczę. Większość ludzi w życiu się nudzi. Idą utartym torem, unikają wyzwań, boją się zmian, zadawala ich przeciętność. Pan, w swoim poszukiwaniu doskonałości i Domu (zawsze pisze pan "Dom" z dużej litery, zauważyłam) nigdy nie jest usatysfakcjonowany nijakością, kłamstwem, byle czym. Nie jest to łatwa droga, wymaga dużej wytrzymałości, tolerancji i optymizmu. Ktoś, kto nie rozumie, mógłby spytać "jaki optymizm?! Ten facet wpada z jednej kabały w drugą, jak tak można żyć?". Ale ja, choć nie znamy się osobiście, myślę, że pana znam bardzo dobrze. Czasami czytając kogoś albo o kimś, nie znając tej osoby twarzą w twarz, można go zrozumieć lepiej, niż kogoś z kim rozmawia się codziennie. Przecież nigdy nie spotkałam Ijona Tichego, a znam go jak brata. Z Anią z Zielonego Wzgórza mogłabym konie kraść. A Skrzetuskiego mogę wziąć na męża już dziś. Dlatego mogę powiedzieć z przekonaniem: pana optymizm, Redaktorze, jest głęboki, zarażający i uwodzący. Czasami myślę, że tylko pan go nie dostrzega.
   Na tym zakończę mój krótki list. Mam nadzieję, że zastał pana w dobrym zdrowiu. Pozdrawiam serdecznie.
 
   Była kierowniczka sklepu "Lewiatan", obecnie poetka i hodowca zielonego groszku na pół etatu.

   Anna Słota
   Kraków (tylko w tym tygodniu, więc raczej proszę nie odpisywać)

*** ***

   Pani (panno?) Anno
   Bardzo dziękuję za miłe słowa. To nie pierwszy raz, kiedy wyciąga mnie pani z odmętów melancholii. Nie wiem, jak pani to robi. Urzeka mnie pani trzeźwość i rzeczowość, i to mocne stąpanie po ziemi. Myślę, że tych cech mi trochę brakuje. Postaram się wziąć pani słowa do serca. Jeżeli mój list nie zastanie pani w Krakowie (wyobrażam sobie niewielką, czyściutką garsonierkę, zieloną od groszku), mam nadzieję, że jakaś dobra dusza dostarczy go gdzieś tam w pani peregrynacjach.
   Ja za dwa dni będę w drodze, Bałkany znów mnie wzywają. Liczę na to, że moja relacja z podróży pani nie rozczaruje. Pozdrawiam i całuję pani dłoń.
   Redaktor

Świdnica






















   Kilometr za kilometrem. Październik zaskoczył złotą jesienią. Przestronne wnętrze Xsary, z głośników albo przypadkowe stacje radiowe, albo kurs chorwackiego. Wiecie jak jest arbuz po chorwacku? Lubenica (coś od miłości?). A melon? Dinja. A kocham cię? Volim te.
   Jaki cel? Niby nieważny, chodzi przecie o drogę. Ale wybrałem Świdnicę. Obudziłem się o piątej rano i stwierdziłem, że muszę jechać. Daleko, szybko, w nieznane, na zawsze, ale żeby wrócić przed środą, bo muszę do pracy. Napisałem w google „fajne miejsca na południu Polski”. Pojawiła się Świdnica. Prawie 6 godzin jazdy. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz, żeby zabić czas, trochę się zmęczyć i czuć, że nie stoi się w miejscu.
    Ja i M. Od czerwca przez całe lato każdy weekend spędziliśmy wspólnie. Rozmowy, czary, wycieczki, trzytygodniowa wyprawa po Bałkanach. A później wszystko stało się coraz gorsze, coraz bledsze, zimniejsze, trywialniejsze, bezduszne. Nie rozumiejąc, co się dzieje, próbowałem ratować, pytać, rozmawiać, ale nie była zainteresowana rozmowami. „Mężczyzna tak się nie zachowuje”, „Po co zawsze chcesz gadać? Zrelaksuj się”... Nie dałem rady, ściana była zbyt wysoka, chłód zbyt lodowaty, słowa zbyt ostre. Uprzedzając ostateczny cios, sam to skończyłem. I teraz znów samotny, na swojej samotnej wyspie, jadę do egzotycznej Świdnicy.

***

   Małe, przyjemne miasteczko. W noclegowni na ulicy Śląskiej miła pani recepcjonistka dała mi mapy, narysowała krzyżyki na atrakcjach, pubie i knajpce z domowymi obiadkami.
   - A pan służbowo?
   - Nie. Dziś rano wpadłem na pomysł, żeby odwiedzić Świdnicę. Zupełnie przypadkowo.
   Popatrzyła z sympatią.
   - O, to zupełnie jak Julia Roberts w takim filmie, gdzie rzuca ją chłopak, więc ona z zamkniętymi oczami trafia palcem w mapę.
   - Jakby pani zgadła. Jestem tydzień po zerwaniu. To moja terapia.
   Sympatia w jej oczach zwielokrotnia się o kilka rzędów.
   Następnego dnia, kiedy żegnałem się z nią przy biurku, powiedziała:
   - Proszę pana, ja też to przeżyłam rok temu. Da pan radę. Czasami nawet trzeba się wypłakać. Wszystko minie.
   Odpowiedziałem wdzięcznym uśmiechem.
   Nie zapytałem nawet jak jej na imię. Miała w twarzy coś ładnego, miłego.

***

   Późnym wieczorem poszedłem na Kler do lokalnego kina. To był zły wybór. W takim stanie powinienem pójść na komedię romantyczną, albo film akcji. Kler był mocny, ostry, smutny, przerażający i wstrząsający. Wyszedłem z kina przed północą. Szedłem samotnie przez park. Lekko przygarbiony paliłem papierosa i czułem się najbardziej samotną osobą we wszechświecie.