Tuesday, 21 January 2020

Lista miłosenna

























1. Wróciłem do domu (nie było mnie od piątku) i cieszę się ze spokoju, mojego kąta, kominka, pędzli i desek.
2. Namalowałem obraz, próbując nowej techniki. Bardzo jestem zadowolony i na pewno będę próbował więcej w tym stylu. (Nie wiem, jak nazywa się ta metoda. Stosował ją Paul Klee. Nałożyłem na kawałek folii cienką warstwę białej farby, a następnie docisnąłem ją do gotowego obrazu, tworząc smugi i rysy.)
3. Weekend w Zakopanem. Tłumy ludzi, ale nie przeszkadzało mi. Poczułem się trochę jak w Londynie, kiedy musiałem przepychać się wśród ludzi. Wjazd kolejką na Gubałówkę. Z powrotem musieliśmy zejść, bo kolejka na kolejkę powrotną ("kolejka na kolejkę"...) była kosmiczna. Zamiast zejścia było zjeżdżanie na dupie. Stok oblodzony.
4. Zawiozłem dziś na Żar Monikę z dzieciakami i Alexem. Łukasz sprawił im kilka dni na nartach. Bardzo się cieszyli. Kiedy zostawiłem ich na Żarze i poszedłem do samochodu, to mały Borysek podbiegł do mnie i dał mi wielkiego przytulaka. Ładuję sobie nim baterie:)

Thursday, 9 January 2020

Bóg O Tysiącu Imion (Ślub)

























Nie wierzę, że ten dzień tak szybko przeleciał. Patrzę na zegar, a tutaj już prawie dziesiąta. Nie spałem dziś w nocy. Męczyła mnie bezsenność i czarne myśli. O pierwszej w nocy dałem sobie spokój z próbowaniem i zacząłem oglądać "Messiaha" na Netflixie. Do 8 rano miałem już obejrzane większość. Dobry początek, ale później zaczął się ciągnąć.
Praca jakoś szła, choć po nieprzespanej nocy miałem głowę pełną waty. Na szczęście dziś pracowałem z domu, nie musiałem jechać do biura. Po południu zrobiłem telefoniczny wywiad z Michałem Wiśniewskim. Akurat jechał na koncert do Wrocławia, więc w drodze miał trochę czasu. Poczułem do niego dużą sympatię. Wprawdzie rozmowa nam się nie kleiła, ale jest w nim coś takiego smutnego, zagubionego, co mnie ujęło.
Po pracy wziąłem się za malowanie. Włączyłem The Knife, a później Royksopp i Pretty Lights. Pasował mi dziś ich klimat. Byłem smutny cały dzień, więc skandynawska elektronika wchodziła jak marzenie:)
Nie mogę się otrząsnąć z uczucia, że zawiodłem w osobistym życiu. Rozwód, a później dwa nieudane związki, z których każdy zostawił mnie trochę mniejszego. Jakby zgubił w nich kawałek siebie. Szczególnie ten ostatni.
Kiedy jest mi tak źle, to zatapiam się w twórczości. Albo piszę, albo nagrywam, albo maluję. Ostatnio szczególnie to ostatnie. Tworzę sobie wtedy wymarzony świat, bez dysonansów, niezrozumienia, konfliktu i chowam się "do budki". Tak jak w dzieciństwie. Wchodziłem do poszwy z pierzyną, jak do kokonu i czekałem, aż wszyscy o mnie zapomną. Dziś narysowałem Ślub. Na gałęzi drzewa w środku rozgwieżdżonej nocy stoją dwa krasnale. Jeden to ja, a drugi to ona, tylko że normalna, bez tych wszystkich rzeczy, które nas dzielą. Szykujemy się do skoku - to będzie nasz miesiąc miodowy. Nie spadniemy, tylko polecimy wśród gwiazd do innych lasów, złowimy happy endy i spotkamy mądrego Pana Sowę, Małego Księcia i Boga O Tysiącu Imion.

Monday, 6 January 2020

Lista styczniowa





















Kiedy nie mam siły, to robię listy:)
Więc zapraszam na Listę Styczniową:

1. Święta ogołociły mnie z oszczędności, więc postanowiłem pomóc chłopakom w Bacówce i zarobić parę groszy. Spodziewałem się spokojnych zimowych dni, a zamiast tego był ruch turystyczny większy niż w wakacje. Zapieprz był ogromny. Sobota, niedziela i poniedziałek. Słaniając się na nogach, zszedłem dziś z gór i spędziłem około pół godziny na odkopywaniu samochody z zaspy. Po przyjściu do domu pierwsza rzecz: napaliłem w piecach, żeby nagrzać dom i wodę. W międzyczasie oglądałem The Office.

2. Zadzwonił do mnie brat. Powiedział, że zamówił pizzę wege i jakieś gruzińskie potrawy, a oprócz tego otworzył nalewkę z kwiatów czarnego bzu, żebyśmy uczcili Trzech Króli. Nie miałem nastroju towarzyskiego, smutek po rozstaniu z M. trzyma mocno, ale zebrałem się w sobie i poszedłem w odwiedziny. Było bardzo miło. Mama, bracia, szwagierka, dzieci. Pizza dotarła po 2 godzinach, ale w międzyczasie raczyliśmy się domowymi trunkami i rozmawiali o życiu, wymieniali anegdotami. O przemycie papierosów, problemach w związkach, dzieciaki opowiadały, ile zarobiły kolędując, Alex opowiadał, jak złamał rękę przedwczoraj... Najpierw zmuszałem się, żeby być obecnym, ale później coś się przełamało i śmiałem się szczerze.

3. W sobotę w Bacówce zapaliłem wieczorem zielonego. Kiedy wszyscy wyszli z kuchni (z moją niewielką zachętą, bo chciałem już być sam:), położyłem się w śpiworze i puściłem sobie Draculę z tego roku (BBC). Fuck. Nie wiem, czy to zioło, czy mój ogólny nastrój, ale horror był mocny, mroczny, gotycki i properly creepy. Obejrzałem pierwszą część i całą noc miałem koszmary o wampirach.

4. Jestem już w łóżku. Kominek nagrzewa grube mury, które od kilku dni nie czuły ognia. Lekko szumi mi w głowie, ale nie jestem pijany. Z głośników leci Above & Beyond (trance). Piszę sam nie wiem dla kogo... Chyba najbardziej dla siebie, żeby znaleźć sens w samotności i poczuciu zabłądzenia. Zresztą przeczyta mnie tylko Adam i M. sprawdzająca, czy za nią tęsknię i czy kogoś już znalazłem. Więc moim głównym czytelnikiem jestem ja sam. Kiedy zapisuję te myśli i małe sprawy, to jest mi lepiej. Staję się częścią opowieści i zapominam, że jestem tylko pyłkiem niesionym przez bezosobowy, mroźny wiatr kosmosu.


Friday, 3 January 2020

2020 - Początki

























Już nowy rok. Za oknem lekki mrozik, ale kominek miło grzeje. Napaliłem też w kuchni, żeby zagrzać wodę w bojlerze, wziąłem gorącą kąpiel, nalałem sobie kruskovaca z Bośni (diabelnie słodki) i postanowiłem napisać kilka słów. 
Skończył mi się właśnie świąteczny urlop. Z rozleniwieniem i lekką niechęcią siadłem przy komputerze i wziąłem się do pracy. Szybko strząsnąłem z siebie apatię i poszło fajnie. Udało mi się załatwić wywiad z Marylą Rodowicz i Bednarkiem. Wpadłem na kilka pomysłów, jak rozkręcić stronę (dla przypomnienia: od lata pracuję jako redaktor portalu internetowego), no i nadrobiłem świąteczne zaległości w redakcyjnych sprawach. 
Później malowałem. Wczoraj i dziś. Akryle stały się moim głównym hobby na ten moment. Mam cały rytuał. Wygładzam deskę papierem ściernym, maluję podkładem (mam podkład biały, czarny i przezroczysty, ale głównie używam białego), kiedy wyschnie, to jeszcze raz lekko przecieram drobnym papierem ściernym, a później bawię się kolorami, teksturami, pomysłami. Czasami wyjdzie mi coś wyjątkowo brzydkiego, a czasami podoba mi się to, co napaćkam. Kupiłem też zawieszki, więc po wyschnięciu mogę od razu powiesić na ścianie. Część rozdałem na prezenty świąteczne, część zaoferowałem na aukcję w szkole w mojej wsi, gdzie na coś zbierają (nie pamiętam na co:).
Choć główna rzecz to malowanie, to wraca do mnie pomysł z napisaniem książki z moich podróży. Najpierw trochę mnie przytłaczał, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie muszę napisać jakiejś epopei, ale po prostu niewielką, lekką książkę z kilkoma przygodami i przemyśleniami. Teraz tylko trzeba zacząć. Ale myślę, że już niedługo. Ten rok zacząłem jako singiel, sprawy z M. pozamykane, więc ogromna część stresów życiowych została zakończona. Mogę teraz skupić się na sobie i swoich sprawach, zamiast rozkminiać emocjonalne dylematy. 
Fajnie mi z tym. Tak, brakuje mi bliskiej duszy, ale po zawirowaniach ostatnich dwóch lat czuję, że potrzebuję odpoczynku. 

A w międzyczasie:

1. Maraton The Office. Kiedyś to byli Friendsi, teraz łagodzę egzystencjalne zajawki Jimem, Dwaightem, Pamelą, Michaelem i resztą.
2. Mało czytam! Zrobiłem w święta przemeblowanie i główna część biblioteczki wylądowała przed moim nosem. Zerkam na książki, których jeszcze nie czytałem, albo które chciałbym przeczytać jeszcze raz i gryzę się tym, że nie potrafię znaleźć czasu. Dużo pracuję, oglądam, maluję, zawsze w biegu, nie umiem się zatrzymać i po prostu zagłębić w lekturze. 
3. Chce mi się jakiejś mini podróży. Nawet takiej na kilka godzin samochodem. W ten weekend pracuję w bacówce, ale może w przyszły się wybiorę. 

Sunday, 8 December 2019

To był potwornie długi dzień. W sumie weekend. Tydzień:) Ale dziś było wyjątkowo ciężko. Tak sobie mówię, ze to koniec roku, akumulują się wszystkie zaległe rzeczy i musi teraz się zakotłować, żeby nowy rok mógł się zacząć czysto, na świeżo. Wiem, piszę enigmatycznie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Trochę się wstydzę, że tkwię utknięty w czymś, co wiem, że nie jest dla mnie dobre, mam tysiąc powodów, żeby nie tkwić, ale z jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego mi powodu, nie umiem po prostu się wyrwać i zacząć nowy rozdział.

Friday, 8 November 2019

Radziecka kosmonautka

Kosmonautka, akryle na drewnie





















Miły dzionek. Miałem pójść dziś do pracy w bacówce, ale okazało się, że chłopaki nikogo dziś nie potrzebują. A zresztą miałem lekkiego kaca po wczorajszej imprezie integracyjnej z biura, więc wyszło na dobre. Cały dzień malowałem. Bałem się, że szybko mi przejdzie inspiracja i okaże się, że wyrzuciłem w błoto kupę kasy, ale wiem już, że akryle zostają. Po prostu lubię.

Jakoś rzeczy wyglądają dziś jasno. Uśmiecham się w środku, bo czuję, że otwierają się dookoła nowe drzwi. A to fajna sprawa: nie wiedzieć, w jaką stronę pójdą rzeczy, równocześnie czując, że pójdą dobrze. I to w sumie wszystko, co chciałem napisać.

Namalowałem dzisiaj radziecką kosmonautkę.


Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota



Tuesday, 5 November 2019

Rodzinna posiadówka
















Dziś miałem wieczór rodzinny. Sytuacja wygląda tak, że kilkanaście metrów od mojej chatki znajduje się dom moich braci, mamy i ich dzieci. Jest to dom otwarty, gościnny, hałaśliwy i wesoły. Czasami tam wpadam, żeby doładować baterie.
Dziś pracowałem z domu. Przygotowywałem plakat na festiwal jazzowy, który organizujemy na wiosnę. Redagowałem również wywiad z  Turnauem oraz wywiad z Karłowskim. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony z dnia pracy. Bardzo owocny i twórczy.
Po południu jednak znów zaczął mnie ogarniać smutek egzystencjalny, więc postanowiłem wpaść w odwiedziny do moich braci i sióstr krwi. To było bardzo sympatyczne. Łukasz spał po pracy. Spytałem, czy ma jakieś swojskie wino do zdegustowania. "Ależ oczywiście! Nie jedno." I znienacka zrobiła się akcja przelewania win do butelek. Czarny bez, aronia i dzika róża. Nie przypuszczałem, że spędzę tam 2 godziny. Degustowaliśmy trunki, wspominaliśmy stare czasy, mama dołożyła trochę swoich historii, które ciekawie było skonfrontować z naszymi wersjami. I jeszcze słodkie dzieciaczki Łukasza ze swoimi komentarzami. No nie mogłem się oderwać.
To zdjęcie oddaje klimat. Zwracam uwagę na zaangażowanego w przelewanie wina dwuletniego Boryska:)
Fajnie było oderwać się na chwilę od przykrych myśli.
A jeszcze fajniej poczuć, że te złe chwile przeminą, skończą się, a zostanie esencja. Miłość, przyjaźń, ludzie.

Plakat na festiwal jazzowy

Monday, 4 November 2019

Zmysł miłości

























Drogi Panie Redaktorze

Dzisiejszy jesienny dzień już nie był złocistoczerwony. Był szary, dżdżysty i wietrzny. Dlatego postanowiłam nie wychodzić z domu. Cały dzień wrzucałam do pieca świerkowe szczapki i co rusz dolewałam gorącej wody do imbryka z Earl Grey (moja ulubiona herbata:)

Dużo myślałam. Mam nadzieję, że mi Pan wybaczy, ale myślałam o Panu i czy mogę jakoś pomóc w tych trudnych chwilach. A że w grę wchodzi tylko pomoc na odległość, więc musiałam myśleć dosyć intensywnie. Sięgnęłam do swoich doświadczeń i postanowiłam się nimi podzielić. Nie wiem, czy Pana sytuacja jest taka, jak była moja, prawie na pewno nie, ale może znajdzie Pan jakieś punkty styczne (o Boże, brzmię jak jakaś psychoterapeutka! Trochę mi głupio:).

Wspominałam w poprzednim liście o swoim złamanym sercu. Czas wyleczył mnie z ran. Cieszę się jednak z tego całego doświadczenia. Ale może w skrócie opowiem.

Miałam kiedyś chłopaka. Bardzo się zakochałam. Czułam, że też mnie kocha. Okazało się, że pomyliłam się, ale nie zarzucam tego sobie. Lepiej wierzyć w miłość, niż nie wierzyć. Nawet jeśli dojdzie do czegoś takiego...

Mój chłopak był taki:

- Kiedy chciał, potrafił być najsłodszym i najbardziej opiekuńczym człowiekiem na świecie.
- Potrafił mnie słuchać i okazywał mi oddanie i ciepło.
- Przynajmniej na początku...
- Później zaczął się oddalać. Jednego dnia był taki jak dawniej, a następnego zimny i wyniosły.
- Zaczęłam się martwić. Coraz częściej łapałam go na mniejszych lub większych kłamstwach. Najpierw przypadkiem, a później zaczęłam szukać dowodów... Wiem, głupie, ale chciałam wierzyć, że się mylę. Ale dowodów było coraz więcej.
- Spotykał się ze swoimi byłymi, a czasami z nowymi kobietami. Kiedy mówiłam mu, że źle mi z tym, to śmiał się i mówił, żebym się zrelaksowała, to tylko znajome.
- Był mną coraz bardziej znudzony.
- Jednocześnie był chorobliwie i bezsensownie zazdrosny.
- Kiedy byliśmy w towarzystwie, to dla wszystkich kobiet był czarujący, a dla mnie oschły i poirytowany. Kiedy mówiłam mu delikatnie, jak się z tym czuję, to stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny i zarzucał mi paranoję... Wiem, okropne. I będąc taką, jaka jestem dzisiaj, to odeszłabym bez wahania.
- Czasami na chwilę znów był dla mnie taki jak dawniej. Ale te momenty trwały coraz krócej i krócej. Czasami przez kilka tygodni, a nawet miesięcy czekałam choć na mały cień dawnego ciepła i uczucia.
- Kiedy już miałam dość i decydowałam się odejść (wiele razy), wtedy przychodził i najsłodszymi słowami prosił, żebyśmy jeszcze raz spróbowali, bo bardzo mnie kocha.
- Chciałam, żebyśmy się pobrali, stworzyli sobie dom. Mówiłam mu o tym. Patrzył na mnie wtedy zachmurzony i z niechęcią mówił, że nie potrzebuje niczego więcej. Może kiedyś w przyszłości, sam nie wie kiedy... I że mam przestać zawracać mu tym głowę, bo psuje mu to humor.














Wiem, dzielę się bardzo dużą ilością osobistych informacji. I troszkę mi wstyd. Boję się, Panie Redaktorze, że źle Pan o mnie pomyśli i to byłaby dla mnie naprawdę coś przykrego. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Trochę się znamy, choć tylko korespondencyjnie i czuję w Panu bratnią duszę.

No i jak się to wszystko skończyło? Sytuacja stała się nie do wytrzymania. Nie wierzyłam już w żadne jego słowo. Byłam zmęczona jego flirtowaniem z innymi, zimnem, wybuchami złości, kolejnymi znajomościami, o których przypadkiem się dowiadywałam, unikaniem spotkań i jego niechęcią do bycia ze mną na dobre. On też miał już tego dość. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni przestał się do mnie odzywać, dzwonić, pisać. Jakiś czas jeszcze próbowałam nawiązać kontakt, ale w końcu zrezygnowałam... Nie miało to już sensu.

Było mi źle i smutno. Nie potrafiłam przestać myśleć o tych złych rzeczach, które mi zrobił, o tym, jak mnie traktował, ale też i o dobrych wspomnieniach. Jakoś tak mi się to dziwnie mieszało. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, prawie nie sypiałam, błąkałam się trochę nieprzytomna po uliczkach mojego miasteczka, sama, bo pozrywałam kontakty z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi. Czułam się oszukana, głupia, mała i żałosna. Trwało to kilka miesięcy...

Nie wiem, Panie Redaktorze, czy znajduje Pan tutaj jakieś punkty styczne ze swoją sytuacją. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jaka to nieprzyjemna sprawa i nie życzyłabym tego Panu.

I wie Pan co mi pomogło? Poczułam nagle wobec niego już nie tęsknotę, żal, czy nawet złość, ale ogromne współczucie. Samo jakoś to przyszło. I to dosyć nagle, choć wiem, że musiałam dojrzeć do tej myśli. Pewnego dnia, samotnego i smutnego, jak wiele poprzednich, wspominałam jakiś drobiazg z nim związany. Spacer po parku w jego mieście. Z ciepłem przypomniałam sobie, jak trzymaliśmy się za ręce i jak słuchałam jego wspomnień ze studiów. I nagle mnie to uderzyło: on tego nie ma.
Ja mogę z czułością wspominać kolor jego szczoteczki do zębów, wycieczkę w góry, teksturę jego ulubionej bluzy. Zarówno ja, jak i Pan, Panie Redaktorze, mamy głęboko zakorzeniony instynkt bliskości. Czas sprawia, że nasze uczucie staje się coraz silniejsze, przywiązanie głębsze, związek coraz bardziej złożony i mocny. Dla niego coraz więcej wspólnego czasu oznaczało coraz większą nudę i chęć zmiany. Uderzyło mnie to bardzo silnie. W życiu tego biednego chłopaka wydarzyło się kiedyś, może w dzieciństwie coś, co pozbawiło go możliwości bliskości (a może taki się urodził).

Pan, ja i większość osób, mamy zmysł miłości, pragnienie i umiejętność budowania więzi. Jest jednak mała grupka ludzi, którzy nie mogą. I nawet nie wiedzą, że pozbawieni są czegoś najcenniejszego. Pan wie, o czym mówię: empatia, współczucie, troska i opiekuńczość, szacunek, podziw... To są składniki miłości. Mój chłopak nie potrafił tego odczuwać. Miał w sobie głód, ale objawiał się on pragnieniem adoracji, rozrywki, nowości. I tylko tyle.

Ta myśl i uczucie, uderzyły mnie bardzo mocno. Puściła tęsknota i poczucie zranienia. I zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo szkoda. Wyobraża Pan sobie: nigdy nie kochać, ani nawet nie podejrzewać, że tego nie mamy i nigdy nie będziemy mieć? Straszne, prawda? Być pozbawionym najważniejszego zmysłu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy! To współczucie napełniło mnie tak mocno, że aż się popłakałam, a te złe uczucia odeszły.

Co dalej? Nic. Jakiś czas później się odezwał. Zaprosił mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie. Miło porozmawialiśmy. Mówił, że tęskni, że chciałby do mnie wrócić, że teraz będzie już dobrze. Uśmiechnęłam się, uściskałam go, poszłam na dworzec i już nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Ufff, ale się rozpisałam:) I to tak poważnie. Ale musiałam. Ciężko mi było patrzeć na Pana stan. Niech się Pan nie gniewa, jeśli przestrzeliłam i Pana sytuacja jest zupełnie inna. Wiem, że jest tyle opowieści, ile ludzi. Ale jeśli choć trochę byłam w stanie Panu pomóc tą historią, to będę bardzo szczęśliwa.

U mnie już ciemno, ale nie zapalam światła. Tylko mała świeczka rozjaśnia mój pokój. Gdzieś w oddali przejeżdża tramwaj, a w kamienicy naprzeciwko ktoś cichutko gra na trąbce. Lekko fałszuje, ale to miła melodia. Wypiję jeszcze ostatnią filiżankę herbaty - chyba dziesiątą (pewnie będę pięć razy wstawała dziś w nocy na siku:) i już się kładę.

Życzę Panu przyjemnych snów. Mam nadzieję, że dzisiaj Pan się wyśpi.

Pana Przyjaciółka i Dobrzeżycząca
Pogodna Dziewczyna z Liściem Klonu w Berecie
Anna Słota

***

Kochana Pani Aniu.
Bardzo dziękuję za ten list. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Dziś powiem tylko, że bardzo się cieszę, że Pani napisała.
Marcelino


Sunday, 3 November 2019

Przedprzebudzenie



Pani Aniu!
Co za niespodzianka. Kiedy listonosz podał mi seledynową kopertę z nagryzmolonym żuczkiem, od razu wiedziałem, że to od Pani. Zresztą nikt inny nie pisze już listów na papierze.

Na początku chciałbym Panią serdecznie przeprosić za swoje milczenie. Porwał mnie wir codzienności. Pieniądze, praca, a przede wszystkim owa długa niefortunna znajomość, która odcisnęła na mnie silne piętno. Było to jak ciągnący się w nieskończoność, chaotyczny i niezrozumiały sen. Ale nie chcę o tym zbyt dużo pisać. Było, minęło...

Przykro mi słyszeć, że doświadczyła Pani złamanego serca i z tego, co Pani napisała, złamanego w wyjątkowo zimny sposób. Z drugiej strony, widząc, jak udało się Pani dojść do siebie i pozostać tą ciepłą i dobrą osobą, cieszę się bardzo. Dodaje mi to otuchy.

Wyobraziłem sobie Panią na tym spacerze po parku. Jak siedzi Pani na zboczu wzgórza, wśród zmurszałych grobowców i obserwuje skąpane w jesieni ulice. Poczułem, że chciałbym tam z Panią sobie usiąść i wspólnie patrzeć. Nie musielibyśmy nawet nic mówić. Chciałbym czuć Pani obecność i pogodny spokój. Jak to możliwe, że tak młoda osoba może sprawiać wrażenie takiej mądrości? (To nie pusty komplement - ja naprawdę odbieram Panią w taki sposób).
Widok, który Pani opisała, przypomniał mi Ljubljanę. Na wzgórzu koło zamku jest taka ławeczka koło wiekowego dębu, skąd widać stare miasto. Byłem tam w piękny jesienny dzień rok temu. Utkwiło mi to miejsce w sercu bardzo mocno.

W Pani śnie stałem w zimnym, zasypanym śniegiem lesie i płakałem. Może faktycznie byliśmy tam wspólnie. Wierzę, że niektóre dusze mogą spotkać się w snach. Jeśli tak było naprawdę, to dziękuję. Cieszę się, że nie stałem tam sam.

A ja przez 3 dni prawie nie wychodziłem z domu. Żadnych spacerów, podróży. Paliłem w kominku, piłem wino, oglądałem Doctora Who i bawiłem się akrylami i drewnem. Dziś wieczorem nagrzałem wody w bojlerze, podciąłem brodę i włosy, bo zacząłem wyglądać jak syberyjski drwal, wykąpałem się i teraz siedzę i myślę, co jeszcze Pani napisać...

O, proszę sobie zerknąć na mojego akrylowego bazgroła. Nazwałem go "Przedprzebudzenie".

Przedprzebudzenie - akryle na drewnie




















Bardzo polubiłem tę nową pasję. Wie Pani, co cieszy mnie w niej najbardziej? To, że jestem zupełnym nowicjuszem i żadne wielkie dzieło nie wyjdzie spod mojej ręki, więc mogę robić to, co chcę i nie martwić się opiniami. Bardzo oswobadzające uczucie.

Pani Aniu, będę już kończył, późno się zrobiło.
Jeszcze raz: bardzo, bardzo się cieszę, że zdecydowała się Pani odnowić naszą korespondencję. Te listy są dla mnie, jak gwiazdki spadające z nieba.

O Pani również przynajmniej jedna osoba ciepło i przyjaźnie myśli.

Ściskam i pozdrawiam serdecznie
Na zawsze Pani

Marcelino Smutalino