Monday, 4 November 2019

Zmysł miłości

























Drogi Panie Redaktorze

Dzisiejszy jesienny dzień już nie był złocistoczerwony. Był szary, dżdżysty i wietrzny. Dlatego postanowiłam nie wychodzić z domu. Cały dzień wrzucałam do pieca świerkowe szczapki i co rusz dolewałam gorącej wody do imbryka z Earl Grey (moja ulubiona herbata:)

Dużo myślałam. Mam nadzieję, że mi Pan wybaczy, ale myślałam o Panu i czy mogę jakoś pomóc w tych trudnych chwilach. A że w grę wchodzi tylko pomoc na odległość, więc musiałam myśleć dosyć intensywnie. Sięgnęłam do swoich doświadczeń i postanowiłam się nimi podzielić. Nie wiem, czy Pana sytuacja jest taka, jak była moja, prawie na pewno nie, ale może znajdzie Pan jakieś punkty styczne (o Boże, brzmię jak jakaś psychoterapeutka! Trochę mi głupio:).

Wspominałam w poprzednim liście o swoim złamanym sercu. Czas wyleczył mnie z ran. Cieszę się jednak z tego całego doświadczenia. Ale może w skrócie opowiem.

Miałam kiedyś chłopaka. Bardzo się zakochałam. Czułam, że też mnie kocha. Okazało się, że pomyliłam się, ale nie zarzucam tego sobie. Lepiej wierzyć w miłość, niż nie wierzyć. Nawet jeśli dojdzie do czegoś takiego...

Mój chłopak był taki:

- Kiedy chciał, potrafił być najsłodszym i najbardziej opiekuńczym człowiekiem na świecie.
- Potrafił mnie słuchać i okazywał mi oddanie i ciepło.
- Przynajmniej na początku...
- Później zaczął się oddalać. Jednego dnia był taki jak dawniej, a następnego zimny i wyniosły.
- Zaczęłam się martwić. Coraz częściej łapałam go na mniejszych lub większych kłamstwach. Najpierw przypadkiem, a później zaczęłam szukać dowodów... Wiem, głupie, ale chciałam wierzyć, że się mylę. Ale dowodów było coraz więcej.
- Spotykał się ze swoimi byłymi, a czasami z nowymi kobietami. Kiedy mówiłam mu, że źle mi z tym, to śmiał się i mówił, żebym się zrelaksowała, to tylko znajome.
- Był mną coraz bardziej znudzony.
- Jednocześnie był chorobliwie i bezsensownie zazdrosny.
- Kiedy byliśmy w towarzystwie, to dla wszystkich kobiet był czarujący, a dla mnie oschły i poirytowany. Kiedy mówiłam mu delikatnie, jak się z tym czuję, to stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny i zarzucał mi paranoję... Wiem, okropne. I będąc taką, jaka jestem dzisiaj, to odeszłabym bez wahania.
- Czasami na chwilę znów był dla mnie taki jak dawniej. Ale te momenty trwały coraz krócej i krócej. Czasami przez kilka tygodni, a nawet miesięcy czekałam choć na mały cień dawnego ciepła i uczucia.
- Kiedy już miałam dość i decydowałam się odejść (wiele razy), wtedy przychodził i najsłodszymi słowami prosił, żebyśmy jeszcze raz spróbowali, bo bardzo mnie kocha.
- Chciałam, żebyśmy się pobrali, stworzyli sobie dom. Mówiłam mu o tym. Patrzył na mnie wtedy zachmurzony i z niechęcią mówił, że nie potrzebuje niczego więcej. Może kiedyś w przyszłości, sam nie wie kiedy... I że mam przestać zawracać mu tym głowę, bo psuje mu to humor.














Wiem, dzielę się bardzo dużą ilością osobistych informacji. I troszkę mi wstyd. Boję się, Panie Redaktorze, że źle Pan o mnie pomyśli i to byłaby dla mnie naprawdę coś przykrego. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Trochę się znamy, choć tylko korespondencyjnie i czuję w Panu bratnią duszę.

No i jak się to wszystko skończyło? Sytuacja stała się nie do wytrzymania. Nie wierzyłam już w żadne jego słowo. Byłam zmęczona jego flirtowaniem z innymi, zimnem, wybuchami złości, kolejnymi znajomościami, o których przypadkiem się dowiadywałam, unikaniem spotkań i jego niechęcią do bycia ze mną na dobre. On też miał już tego dość. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni przestał się do mnie odzywać, dzwonić, pisać. Jakiś czas jeszcze próbowałam nawiązać kontakt, ale w końcu zrezygnowałam... Nie miało to już sensu.

Było mi źle i smutno. Nie potrafiłam przestać myśleć o tych złych rzeczach, które mi zrobił, o tym, jak mnie traktował, ale też i o dobrych wspomnieniach. Jakoś tak mi się to dziwnie mieszało. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, prawie nie sypiałam, błąkałam się trochę nieprzytomna po uliczkach mojego miasteczka, sama, bo pozrywałam kontakty z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi. Czułam się oszukana, głupia, mała i żałosna. Trwało to kilka miesięcy...

Nie wiem, Panie Redaktorze, czy znajduje Pan tutaj jakieś punkty styczne ze swoją sytuacją. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jaka to nieprzyjemna sprawa i nie życzyłabym tego Panu.

I wie Pan co mi pomogło? Poczułam nagle wobec niego już nie tęsknotę, żal, czy nawet złość, ale ogromne współczucie. Samo jakoś to przyszło. I to dosyć nagle, choć wiem, że musiałam dojrzeć do tej myśli. Pewnego dnia, samotnego i smutnego, jak wiele poprzednich, wspominałam jakiś drobiazg z nim związany. Spacer po parku w jego mieście. Z ciepłem przypomniałam sobie, jak trzymaliśmy się za ręce i jak słuchałam jego wspomnień ze studiów. I nagle mnie to uderzyło: on tego nie ma.
Ja mogę z czułością wspominać kolor jego szczoteczki do zębów, wycieczkę w góry, teksturę jego ulubionej bluzy. Zarówno ja, jak i Pan, Panie Redaktorze, mamy głęboko zakorzeniony instynkt bliskości. Czas sprawia, że nasze uczucie staje się coraz silniejsze, przywiązanie głębsze, związek coraz bardziej złożony i mocny. Dla niego coraz więcej wspólnego czasu oznaczało coraz większą nudę i chęć zmiany. Uderzyło mnie to bardzo silnie. W życiu tego biednego chłopaka wydarzyło się kiedyś, może w dzieciństwie coś, co pozbawiło go możliwości bliskości (a może taki się urodził).

Pan, ja i większość osób, mamy zmysł miłości, pragnienie i umiejętność budowania więzi. Jest jednak mała grupka ludzi, którzy nie mogą. I nawet nie wiedzą, że pozbawieni są czegoś najcenniejszego. Pan wie, o czym mówię: empatia, współczucie, troska i opiekuńczość, szacunek, podziw... To są składniki miłości. Mój chłopak nie potrafił tego odczuwać. Miał w sobie głód, ale objawiał się on pragnieniem adoracji, rozrywki, nowości. I tylko tyle.

Ta myśl i uczucie, uderzyły mnie bardzo mocno. Puściła tęsknota i poczucie zranienia. I zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo szkoda. Wyobraża Pan sobie: nigdy nie kochać, ani nawet nie podejrzewać, że tego nie mamy i nigdy nie będziemy mieć? Straszne, prawda? Być pozbawionym najważniejszego zmysłu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy! To współczucie napełniło mnie tak mocno, że aż się popłakałam, a te złe uczucia odeszły.

Co dalej? Nic. Jakiś czas później się odezwał. Zaprosił mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie. Miło porozmawialiśmy. Mówił, że tęskni, że chciałby do mnie wrócić, że teraz będzie już dobrze. Uśmiechnęłam się, uściskałam go, poszłam na dworzec i już nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Ufff, ale się rozpisałam:) I to tak poważnie. Ale musiałam. Ciężko mi było patrzeć na Pana stan. Niech się Pan nie gniewa, jeśli przestrzeliłam i Pana sytuacja jest zupełnie inna. Wiem, że jest tyle opowieści, ile ludzi. Ale jeśli choć trochę byłam w stanie Panu pomóc tą historią, to będę bardzo szczęśliwa.

U mnie już ciemno, ale nie zapalam światła. Tylko mała świeczka rozjaśnia mój pokój. Gdzieś w oddali przejeżdża tramwaj, a w kamienicy naprzeciwko ktoś cichutko gra na trąbce. Lekko fałszuje, ale to miła melodia. Wypiję jeszcze ostatnią filiżankę herbaty - chyba dziesiątą (pewnie będę pięć razy wstawała dziś w nocy na siku:) i już się kładę.

Życzę Panu przyjemnych snów. Mam nadzieję, że dzisiaj Pan się wyśpi.

Pana Przyjaciółka i Dobrzeżycząca
Pogodna Dziewczyna z Liściem Klonu w Berecie
Anna Słota

***

Kochana Pani Aniu.
Bardzo dziękuję za ten list. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Dziś powiem tylko, że bardzo się cieszę, że Pani napisała.
Marcelino


No comments:

Post a Comment